środa, 22 lutego 2017

Co z Franciszkiem?

Laudetur Iesus Christus!

Dziś kalendarzu liturgicznym obchodzimy święto Katedry Św. Piotra. Z tej okazji pozwolę sobie na trochę luźniejsze w formie i bardziej nostalgiczne rozważania. Pytanie, które zadaję w tytule jest jednak poważne i każdy tradycyjnie myślący katolik w mniej lub bardziej radykalnej formie je sobie zadaje. 

Pamiętam atmosferę tych dni... . Pamiętam gdy przed południem dnia 11 lutego 2013 r najbardziej zaciekli wrogowie tradycji przyszli do mojego pokoju i z dumą zakomunikowali mi o abdykacji umiłowanego papieża Benedykta XVI. Moją reakcją była salwa śmiechu - uznałem to po prostu za kolejną próbę ośmieszenia mnie, jednak ich natarczywość spowodowała, że wpisałem słowo "abdykacja" i wyskoczyło mi kilka pozycji typu: "TVN 24" czy "Fakt". Stwierdziłem, że już nie takie rzeczy o papieżu Benedykcie mówiono i pisano, więc spokojnie wyprosiłem moich adwersarzy skutecznie utrudniających mi pracę nad referatem. Po chwili przyszli jednak koledzy oddani świętej Tradycji i jeszcze raz powtórzyli wiadomość. Postanowiliśmy więc wspólnie przejrzeć Internet - było już nagranie samego papieża Benedykta odczytującego tekst abdykacji po łacinie. W tym momencie poczułem się jakby osierocony, nie dowierzałem temu co się stało. Pamiętam, że niewiele mówiliśmy - na Anioł Pański całe seminarium szło rozgaworzone, nie czuć było zwykłego silentium, jakie towarzyszyło nam zwykle tej modlitwie.

Okres sediswakancji był dla nas tradycjonalistów okresem żałoby. Nawet na przyjęcie nowego urzędu w Kościele owo wydarzenie z dalekiego Rzymu położyło się cieniem. Z wielkimi obawami i wieloma modlitwami czekałem na konklawe, przeczuwając chyba, że zmiana będzie doniosła, chociaż wtedy chyba nie zdawałem sobie sprawę jak bardzo. Informacja, o białym dymie zastała mnie na rekreacji podczas dyżuru związanego z wypełnianym oficjum (przydzieloną mi funkcją w seminarium). Szybko przerwałem pracę i chociaż dyżur się nie skończył poszedłem, tak jak i reszta kleryków, do sali telewizyjnej. Pamiętam każdy szczegół - nawet migawkę pokazującą nowego papieża jeszcze w katedrze św. Piotra. Moją reakcją na widok i kilka pierwszych słów nowego papieża było stwierdzenie: "On jest podobny do Jana XXIII". W istocie przeczucie mnie nie zmyliło... .

Atmosfera w Kościele i w seminarium zmieniała się z tygodnia na tydzień. "Koledzy" moderniści dokuczali mi coraz bardziej. Co chwilę słyszałem za sobą, że karnawał się skończył - w istocie dla mnie czas w seminarium też... . Ale papież Franciszek to dla mnie nie tylko ból związany z końcem (de)formacji seminaryjnej, ale także, a może przede wszystkim wielka próba wiary, która trwa do dziś. Dla utramontanisty poważnie traktującego słowa Chrystusa Pana: "Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie". " (Mt 16,18-19) - obraz jaki wyłania się z papiestwa sprawowanego przez Franciszka napawa frustracją. I nie chodzi o brak stuły, czarne buty czy pozdrowienie "dobry wieczór", ale ogólnie o nauczanie, które im dłużej dociera do mnie tym więcej wzbudza wątpliwości. Jest to niepoprawne politycznie oceniać papieża - zwłaszcza Franciszka. Wiele osób jeszcze w seminarium przewrotnie pytało mnie o nowego namiestnika chrystusowego. Ocenić negatywnie Franciszka było największą obrazą, chociaż z papieża Benedykta dworowano bardzo często i czasami z pogwałceniem elementarnej kultury, że już o synowskim posłuszeństwie nie wspomnę... .

I dziś zadaję to pytanie: "Co z Franciszkiem". Po prawie 4 latach pontyfikatu moje wątpliwości co do Franciszka rosną, a nie maleją. Takich wątpliwości nigdy nie miałem w odniesieniu do Benedykta XVI, chociaż spodziewałem się, że zadeklaruje on istniejącą w Kościele schizmę - jasno oddzieli Kościół zachodnio-katolicki, zreformuje reformę liturgii, przywróci właściwy paradygmat teologii. "A myśmy się spodziewali..." - powiedzą tradycjonaliści względem Benedykta XVI - ale w sercu pomimo wielu wad tego pontyfikatu jestem Bogu wdzięczny za tego doktora Kościoła. Zawsze wiedziałem, że ów Piotrowy Sternik prowadzi Łódź Kościoła we właściwym kierunku, chociaż czasem z niepotrzebnymi przygodami. A dziś? Dziś czuję się zdezorientowany. Z jednej strony trudno pogodzić mi się z naukami sedewakantystów i sedeprywacjonistów, z drugiej strony coraz bardziej staję się integrystą i rozumiem argumentację tych, którzy umiłowawszy prawdę porzucili jedność. 

Chciałbym móc jasno określić te stanowiska jako błędne, ale sam zauważam, że czasy w których żyjemy są nadzwyczaj skomplikowane. Franciszek nie umacnia braci w wierze, w takim rozumieniu jak czynili to jego poprzednicy. I chociaż doceniam jego wysiłki na rzecz popierania ewangelicznej rady ubóstwa, przemawiania do ludzi ludzkim, a nie teologicznym językiem, to jednak od Następcy św. Piotra domagam się zajmowania jednoznacznego stanowiska w sprawach wiary i moralności, zwłaszcza wtedy kiedy jest on o to pytany. I nie wiem co będzie dalej... . Wielu tradycjonalistów w ukryciu zadaje sobie te pytania - a co jeśli papież zadekretuje formalną herezję? Czy będzie dalej papieżem? Co z posłuszeństwem? Kto go ma osądzić? Czy porzucając jedność na rzecz prawdy nie zbłądzę? Co z tego że bramy piekielne Kościoła nie przemogą, skoro ja przez swój wybór mogę pozbawić siebie zbawienia... . 

Kryzys wiary i Kościoła, jaki przeżywamy obecnie jest porównywalny z zalewem ariańskim III i IV wieku. Przeciętny katolik nie jest w stanie nawet wczuć się choć trochę w klimat toczonego sporu. Pytanie o to czy Kościł przetrwa nie jest zasadne, natomiast coraz bardziej realne staje się pytanie, czy my jeszcze w tym Kościele trwamy. Wzdragam się rozważając tą kwestię. Nie mam odwagi nawet nie ujawniając swojego nazwiska podawać jakiś rozstrzygnięć w tej kwestii. Po prostu sam stawiam w tym miejscu jedną wielką wątpliwość. Pewnie za ten wpis spotka mnie fala krytyki. Wszystkim krytykantom dedykuję jednak pierwszy lepszy podręcznik historii Kościoła, który bardzo często wydaje aż nazbyt arbitralne oceny. Mam więc prawo mieć wątpliwości i otwarcie się z nimi dzielić. Moje rozmowy z innymi duchownymi pokazują mi dobitnie, że nie tylko ja tkwię w zawieszeniu sumienia. Wszystkim czującym podobnie życzę aby sytuacja się wyklarowała. Sądzę, że lepsza nawet najtrudniejsza prawda niż taki stan w którym jesteśmy.

Rozwiązanie obecnych trudności widzę w dwóch krokach. Pierwszy to wzmocnienie praktyk ascetycznych w intencji Franciszka. Nawet jeśli obecna sytuacja jest mówiąc językiem biblijnym wydaniem nas przez Boga na pastwę naszych ułomności (por. Rz 1,18-32) to należy żywić nadzieję, że jeśli porzucimy swe błędy i padniemy w skrusze, w poście i w płaczu i w żalu, z żarliwą modlitwą przed Bogiem, to może Pan odejmie od nas to srogie karanie. Drugi krok to otwarte dyskutowanie o tym co wielu z nas czuje. I nie chodzi mi o kontestowanie osoby Franciszka, ale o zadawanie owych niewygodnych pytań, drążenie i studiowanie tradycyjnej teologii. Dopóki papież nie podaje herezji formalnej, zawsze istnieje możliwość interpretacji ortodoksyjnej wydawanych przezeń dokumentów. Trzeba być jednak przygotowanym na możliwość zaistnienia zadeklarowanej schizmy i trzeba mieć odwagę postawić się wtedy po stronie Chrystusa i "bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dz 5,29).

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza