Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakrament święceń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakrament święceń. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2019

Niegodne przyjmowanie sakramentów

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj chciałbym poruszyć a właściwie uszczegółowić jeden z aspektów drugiego przykazania Bożego. Chodzi o godne przyjmowanie łaski sakramentalnej. Jak dobrze wiemy sakramenty są skutecznymi znakami łaskami które oznaczają łaski których udzielają. Ich moc pochodzi od samego Pana Boga i jest znakiem zawartego przymierza w Jezusie Chrystusie Panu naszym. Wielka to godność móc przyjmować sakramenty Nowego Przymierza. Starotestamentalni patriarchowie czy prorocy mogli tylko pomarzyć o możliwości odpuszczenia grzechów czy posilania się prawdziwym Ciałem Pańskim. Dziś warto sobie zadać pytanie czy szanujemy te sakramenty jako znak Bożej miłości wobec ludzi i czy nie narażamy się na gniew Boży przyjmując te łaski niegodnie?

Istnieje kilka elementów które decydują o tym czy godziwie przyjmujemy sakrament. Oczywiście w przypadku każdego z sakramentów szczegółowe wymagania będą różne, ale dla 5 z 7 sakramentów jest to łaska uświęcająca. Wynika to z klasycznego a już nienauczanego ani na katechezie ani na wydziałach teologicznych podziału który zaproponował św. Tomasz z Akwinu - mianowicie na sakramenty żywych i umarłych. Chodzi oczywiście o życie wieczne - ten kto jest w stanie łaski uświęcającej jest żywy, ten kto chodzi w stanie grzechu jest umarły. Podział może dosadny, ale dobrze obrazuje stan duszy i jest przestrogą dla wiernych którzy o czystość duszy nie dbają. Istnieją dwa sakramenty, które dają łaskę uświęcającą - mianowicie chrzest i pokuta. Tylko te dwa sakramenty przyjmować możemy a nawet powinniśmy obciążeni grzechami. Oczywiście nie muszą być to grzechy ciężkie, nie mniej jednak istotą tych sakramentów nie jest jak to chce współczesna sakramentologia włączenie do Kościoła bądź bliżej nieokreślone pojednanie, ale przywrócenie duszy życia Bożego. Dramatyzm sensu i istotności tych sakramentów właśnie w tym się zasadza że albo dają one życie (chrzest) albo je przywracają (pokuta). Wszystkie inne sakramenty z wyjątkiem ostatniego namaszczenia i to tylko w sytuacji niemożności wyspowiadania się co do godziwości wymagają łaski uświęcającej. Niestety dziś się już tego nie naucza, że sakramenty żywych przyjęte w stanie grzechu powodują wstrzymanie większości łask udzielonych przez sakrament. Do tego fakt przyjęcia sakramentu żywych w grzechu dodaje jeszcze grzechu jakim jest świętokradztwo. Jest to prawdziwe wezwanie imienia Bożego nadaremno bo nie dość że łaska udzielona przez sakrament nie może być odpowiednio spożytkowana to jeszcze Pan Bóg zostaje obrażony. Szczególne znaczenie ma to w przypadku sakramentu święceń oraz małżeństwa. Dzieje się tak dlatego że w tych sakramentach konsumpcja łaski następuje szybko  w przypadku małżeństwa zwykle w kilka godzin po zawarciu tego sakramentu w przypadku święceń zwykle jeszcze podczas Mszy w której udzielane są święcenia - z wyjątkiem może niższych których wykonywanie związane jest głównie z Mszą katechumenów oraz czynnościami pozaliturgicznymi. Każde dalsze akty udzielane pod wpływem niegodziwie przyjętego sakramentu powodują kolejne grzechy.... . Niech nikt się nie łudzi że pożycie małżeńskie dokonywane po świętokradczym zawarciu małżeństwa będzie obdarzone Bożym błogosławieństwem, albo że kapłan uzyska specjalne łaski do pełnienia swej służby. Przyjęcie małżeństwa lub święceń pod wpływem grzechu to tak jak pozostawienie dziecka ze zwichniętym biodrem podczas porodu i nie przejmowanie się skutkami jakie to może powodować dla jego dalszego życia. Szczególnie delikatna jest oczywiście materia niegodziwości w przypadku Komunii Świętej - tu wprost obrażamy Pana Boga w największym znaku i uobecnieniu miłości jakie nam zesłał i choć sakrament ten jest łatwo powtarzalny, bo przecież Mszy Świętej jest wiele to jednak wielkość ofiary Pana Boga aby ten cud mógł się powtarzać tyle razy na tylu ofiarach jest tak wielki że szkoda wynikająca z takiej niegodziwości jest nieskończona... . 

Kolejną niegodziwością jest brak odpowiedniego przygotowania. Każdy sakrament wymaga pewnej minimalnej dyspozycji co do ważności - np dla święceń należy być ochrzczonym mężczyzną. Ale każdy dobrze wie, że nie wszyscy którzy są ochrzczonymi mężczyznami nadają się do święceń. W przypadku każdego sakramentu konieczne jest odpowiednie przygotowanie intelektualne i duchowe. Jego wielkość zależy od tego jaki to jest sakrament oraz od przyjmującego - inne wymagania będą od bierzmowanego dorosłego a inne od bierzmowanego upośledzonego dziecka na przykład.  Obowiązek spoczywa tutaj nie tylko na katechetach i duszpasterzach. To obowiązek także samych przyjmujących. Kiedy idziemy na rozmowę o pracę, albo na egzamin przygotowujmy się - zbieramy informacje, zasięgamy rady tych którzy już mają to za sobą, a dzień wcześniej kładziemy się spać wcześniej żeby być wyspanym. Czemu więc nie czynimy podobnych starań kiedy spotykamy się z nieskończoną łaską Pana Boga? Dlaczego tak łatwo przychodzi nam nieprzygotowana spowiedź dokonana na zasadzie okazji która się wydarzyła - bo świeciło się światełko w konfesjonale, albo pierwsza Komunia Święta czy ślub w których przygotowujemy niemal wszystko skrupulatnie poza własnym sercem? Nieocenioną rolę będą tu pełnić oczywiście chrzestni, świadkowie bierzmowania czy ślubu - ale ostatecznie przygotowanie zależy od intencji i starania przyjmującego. 

Niegodziwość sakramentu często leży dzisiaj także po stronie szafarzy. Brak właściwie przygotowanej liturgii, niechlujność w jej odprawianiu, czy tak zwana radosna twórczość to tylko niektóre elementy tego wielkiego problemu. Jednak i w tym przypadku cała odpowiedzialność nie spoczywa tylko na szafarzach. Jako przyjmujący mamy obowiązek troszczyć się o godziwość przyjmowanych przez nas sakramentów tak jak troszczymy się o własne ciało i nie pozwolilibyśmy na interwencję chirurgiczną widząc że ów ma nieumyte ręce... . Czasem lepiej jest więc wstrzymać się przed przyjęciem sakramentu jeśli wiemy że jest on udzielany niegodziwie. Co możemy zrobić? Bardzo wiele. Począwszy od Komunii Świętej - omijać tak zwanych nadzwyczajnych szafarzy, zawsze przyjmować na klęcząco i do ust, domagać się używania pateny komunijnej, przywrócenia lub wprowadzenia balasek w swojej parafii, hojności wobec darów na zakup godziwych paramentów liturgicznych. W przypadku innych sakramentów zwykle będzie to prośba o udzielenie ich w klasycznym rycie rzymskim - chroni on bowiem skutecznie przed niegodziwym szafowaniem. Warto też zadbać o to by celebracja sakramentu odbywała się w prawdziwej świątyni oraz przed pobożnym i wierzącym po katolicku kapłanem. 

Pamiętajmy też o specyficznych wymaganiach każdego z sakramentów. Chrzest domaga się aby go udzielać niemowlętom nie dalej niż do ukończenia pierwszego miesiąca życia. Należy się postarać (o ile to możliwe) o chrzest udzielony ze źródła chrzcielnego poświęconego w Wielką Noc. Ceremonii należy w miarę możliwości dokonywać w świątyni, szafarzem powinien być kapłan a nie diakon jak to się dziś często czyni (jest on szafarzem nadzwyczajnym zgodnie z klasyczną nauką kościelną).  W przypadku bierzmowania będzie to troska o to by szafarzem był katolicki i wierzący biskup oraz o dobrego świadka i właściwą katechezę przed bierzmowaniem. Dla Eucharystii wymagań jest wiele- ale najważniejsze to godziwość szafarza i uczestników, piękno i szlachetność zarówno materii przeistoczenia użytej do sakramentu jak i przedmiotów z nią się stykających, także szat i paramentów dalszych. Właściwe przygotowanie duchowe przed przyjęciem i dziękczynienie po przyjęciu Komunii Świętej. W przypadku sakramentu pokuty będzie to sprawowanie sakramentu w konfesjonale a nie na pielgrzymce podczas wędrowania czy w domu kapłana, wyraźnie oddzielenie rozmowy duchownej od spowiedzi. Właściwy ubiór szafarza przez co rozumie się sutannę, komże lub albę i stułę koloru fioletowego. Przyjmujący musi spełnić wszystkie warunki dobrej spowiedzi i uczynić wszystko by spowiedź była integralna. Szafarz ma się starać o to by liturgia tego sakramentu przebiegła zgodnie z przepisem Kościoła, szczególnie zwracać ma uwagę by nie zmieniać formuły rozgrzeszenia co grozi nieważną spowiedzią! Przy ostatnim namaszczeniu należy unikać formy wspólnotowej celebracji tego sakramentu i najzwyczajniej w świecie nawet jeśli ma się odpowiednią chorobę ignorować takie celebry. Nie przystępować do tego sakramentu z błahymi dolegliwościami, lub dolegliwościami natury stricte duchowej. Od strony służby zdrowia i domowników zadbać o to by chory przyjąć ten sakrament będąc jeszcze przytomnym, odpowiednio przygotować pomieszczenie w którym przebywa chory. Święcenia należy przyjmować tylko po wyraźnej aprobacie spowiednika jeśli się było z nim zupełnie szczerym. Skrupulatnie badać się pod kątem kryteriów przepisanych przez Kościół. W miarę możliwości poszukać sobie wierzącego biskupa nawet jeśli oznaczałoby to zmianę seminarium. Warto postarać się także o jednoznacznie katolicki obrzęd święceń. Przed owymi odbyć sumiennie wszystkie przepisane skrutynia, zapowiedzi i ćwiczenia duchowe, dobrze przeżyć okres przygotowania nie prosić o dyspensę od czasu interstycji czy wieku przyjęcia święcenia jak tylko dla poważnej okoliczności wysuniętej przez przełożonego. Przed przyjęciem święceń nie wykonywać w sposób nadzwyczajny wynikających z nich prerogatyw jak tylko z najpoważniejszych przyczyn związanych ze zbawieniem dusz.  W przypadku małżeństwa dochować czystości we wszystkich aspektach życia. Spędzić w narzeczeństwie przynajmniej pół roku i wykorzystać go do rozwoju wiary i czystej relacji z przyszłym małżonkiem.  Odbyć sumiennie przepisane przez Kościół ćwiczenia duchowne, postarać się o to by były jak najlepsze. Nie przedkładać wesela nad celebrację sakramentu.

Powyższe uwagi należy potraktować jako zasygnalizowanie tematu, o którym można byłoby książkę sporych rozmiarów popełnić. Myślę że wrażliwość moich czytelników jest na tyle spora iż zrozumieją nie tylko te wywody ale szybko dostrzegą także inne palące problemy w życiu sakramentalnym. Będąc wdzięcznym z niezasłużonego obdarowania tak wielkimi łaskami starajmy się o owocne, czyli godziwe ich przyjmowanie. Nie stawiajmy tamy dobru, troszczmy się o jakość naszych spotkań z nieskończoną miłością Pana Boga. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 25 lipca 2018

Biskup w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Każdy blogger ma wiedzę na temat swych czytelników. Ja również wiem, że czyta mnie kilku biskupów. Większość z nich pewnie zgrzyta zębami ze zgryzoty, ale może są i przychylniej nastawieni, wszak jakiś czas temu rozniosła się fałszywa pogłoska iż sam jestem biskupem. Niniejszy wpis dedykuję moim purpurowym czytelnikom, ale nie tylko. Być może czyta mnie jakiś biskupi spowiednik, lub mniszy odpowiednik biskupa czyli opat lub prowincjał. Dziś będzie o Waszej roli w seminarium. Roli niepośledniej, gdyż każdy dobrze wychowywany seminarzysta widzi w swoim biskupie prawdziwego zastępcę Chrystusa Pana i już na etapie formacji czuje silny związek z biskupem, jako tym który przekaże mu upragnioną łaskę święceń.

Niestety większość seminarium duchownych jest zaniedbana przez swoich ordynariuszy. Troska o seminarium to bowiem nie tylko nadanie statutu oraz mianowanie kadry. Wydaje się że pewnym minimum obecności biskupa w seminarium jest rozpoczynanie i kończenie roku akademickiego, osobiste udzielanie święceń i posług, prowadzenie skrutyniów i obecność na wszystkich sesjach profesorskich w sprawie dopuszczenia seminarzystów na kolejne etapy formacji. Biskup który od tych zadań się uchyla sądzę iż grzeszy ciężko zaniedbując seminarium. 

"Biskupa obowiązkiem jest sądzić, tłumaczyć, konsekrować, święcić (duchownych), ofiarować, chrzcić i bierzmować." jak uczy pouczenie dawnych święceń biskupich. Niestety współcześnie biskup stał się przede wszystkim kurialnym urzędnikiem, z drugiej zaś strony nierzadko diecezjalną maskotką. I w tym co piszę nie ma przesady. Bo jak ocenić biskupa, który jedzie na poświęcenie szkoły, a sufragana posyła aby udzielił akolitatu swoim seminarzystom, albo zleca to zadanie rektorowi? Trzeba drodzy biskupi jasno Wam przypomnieć - jesteś duszpasterzami duszpasterzy. Przyszłość każdej diecezji leży w jej seminarium. Wobec tego pasterska troska o seminarium jest jednym z najważniejszych Waszych obowiązków. Nie konferencje naukowe,  nie przecinanie wstęg, wernisaże, wywiady, nawet nie wyjazdy na posiedzenia konferencji episkopatu... . Chrystus Pan zapyta Was o władanie własną diecezją, a nie o zarząd demokratyczny, którego nie ustanowił. 

Jeszcze w niektórych diecezjach bywało, że jeśli seminarium duchowne mieściło się w mieście biskupim, to biskup diecezjalny mieszkał w seminarium. Do niedawna była diecezja w Polsce, która miała za rektora biskupa pomocniczego - taka praktyka przed soborem nie należała do rzadkości. Oczywiście nie nawołuję do tego, by biskupi przejęli funkcję rektorów. Jednak troska biskupa o seminarium powinna być daleko bardziej posunięta niż w zakresie innych urzędów diecezjalnych. Biskup, który byłby domownikiem seminarium miałby okazję osobiście poznać swoich alumnów  i nie tylko realnie wpływać na ich formację, ale także brać aktywny udział w ich selekcji. 

Dobrą praktyką wielu diecezji jest, że biskup, lub biskupi mają wykłady w seminarium duchownym. Większość biskupów posiada dzisiaj przynajmniej doktorat - nic nie stoi na przeszkodzie, aby przynajmniej cześć przedmiotów wykładali klerykom, a przez to lepiej ich poznali. Niestety biskupi-naukowcy często zamiast przyczyniać się do formacji kleryków wolą konferencje, sympozja i karierę naukową od swoich głównych biskupich zadań. 

Jest w Polsce przynajmniej jedna diecezja, która wymaga od kandydata przeprowadzenia rozmowy wstępnej nie tylko z rektorem, ale także własnym biskupem. Uważam, że to bardzo dobra praktyka. Również przed każdym dopuszczeniem do kolejnych posług czy święceń powinna być taka rozmowa alumna z biskupem. Statuty wszystkich seminariów powinny mieć zapis, że każdy seminarzysta może w ważnej sprawie bezpośrednio zwrócić się do swojego ordynariusza. Biskupi uzasadnione skargi seminarzystów pilnie badać i w razie potrzeby interweniować. Być może gdybym miał innego biskupa diecezjalnego odwoływałbym się od decyzji wydalenia mnie z seminarium, ale ponieważ wiedziałem, że mojego biskupa seminarium mało obchodzi toteż nie zawracałem mu głowy. 

Niestety muszę to napisać... Biskup nie może też gorszyć kleryków. Zgorszenie dokonane przez biskupa woła o pomstę do nieba głośniej niż jakiegokolwiek kapłana! Mieliśmy w diecezji takiego pomocniczego biskupa, który był bardzo dowcipny, niestety humor miał rubaszny i już na początku (de)formacji zasiał kąkol wulgaryzmu. Biskup zgorszyć może także na inne sposoby. Jest oczywistym, że klerycy winni biskupowi cześć posłuszeństwo. Jednak także w korespondencji bracia skarżą mi się na bucowatość co poniektórych purpuratów. Miałem okazję poznać w swoim życiu wielu biskupów, nawet kardynała i to poznać dość dobrze. Wielkość następcy apostoła nie mierzy się po tym z jaką pogardą daje odczuć swoją wyższość podwładnym, ale jak zachowując zdrowy dystans potrafi w praktyce uszanować godność drugiego człowieka. Na szczęście spotkałem na swojej drodze trochę nie zbiskupiałych purpuratów, więc wierzę że nie całe środowisko episkopatu przesiąknęło pychą, nie mniej przestrzegam! Buta i arogancja kapłanów po święceniach wiąże się często z analogicznym doświadczeniem przełożonych w seminarium. Tych wzorców nie wynosi się raczej z domu.

Podsumowując.... Drogi Ojcze diecezji czy prowincji zakonnej. Jeśli chcesz mieć dobre prezbiterium to zadbaj o własne seminarium. Poświęć mu więcej czasu niż kolegom z episkopatu, podróżom do Rzymu (chyba że wzywa autentyczna potrzeba Kościoła) czy też jakimkolwiek innym zajęciom, choćby miały dobry posmak ale nie wynikały z Waszej biskupiej służby. Czas, post i modlitwa ofiarowane za seminarium wydadzą dobre owoce, a mitra która zdobi Wasze skronie rzeczywiście oznaczać będzie wieniec chwały za dobre pasterskie władanie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 25 października 2017

Czy możliwa jest "Msza ekumeniczna"?

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z modernistycznych wykładowców, którego bełkotu musiałem słuchać stwierdził iż Eucharystia jest sakramentem jedności (Komunia Święta) w którym ujawnia się skandal rozłamu i że od lat trwają prace nad przygotowaniem interkomunii zwłaszcza dla protestantów. Wtedy traktowałem te słowa jako marzenie ściętej głowy starego modernisty, dziś jednak coraz bardziej zauważam iż przygotowania o których mówił nasz profesor nie tylko faktycznie miały miejsce ale nieuchronnie zmierzają do konkluzji, bo oto w mediach coraz częściej słyszy się o tzw Mszy ekumenicznej. 

Czytając literaturę tradycjonalistyczną zetknąłem się z poglądem, że Novus Ordo Missae miał być taką liturgią, pod którą ze spokojnym sumieniem mogliby się podpisać protestanci. Próba czasu i praktyka pokazały jednak, że na skutek wielu interwencji konserwatywnej hierarchii nowy ryt Mszy Świętej okazał się bardziej katolicki niż przewidywali to najbardziej radykalni deformatorzy. Co prawda utracił on wiele piękna i głębokiej symboliki, ale dalej sprawia to co oznacza, czyli jest prawdziwym sakramentem. Z tego też względu chociaż duchowieństwo protestanckie przychylniej spogląda na katolickie obrzędy, to jednak w dalszym stopniu nie zamierza ich aprobować.

Okazuje się, że Novus Ordo Missae  staje się powoli jedynie etapem do dalszej ewolucji, czy raczej dewolucji katolickiego kultu. Po kilkudziesięciu latach funkcjonowania NOM-u i wymarciu większości pokoleń wychowanych na starych obrzędach odzywają się reformatorskie demony i w różnych miejscach pojawiają się sugestie, że należy uczynić dalsze kroki na drodze budowania "jedności". 

Najpoważniejszą przeszkodą obecnie wydaje się wspólna celebracja sakramentów, zwłaszcza Eucharystii. We Mszy Świętej i święceniach ujawniają się bowiem największe różnice pomiędzy Kościołem, a protestantyzmem. Czy należy doniesienia o nowych propozycjach liturgicznych traktować poważnie? Jak najbardziej! Hucznie obchodzone 500-lecie reformacji jest znakomitą okazją aby "urbi et orbi" ogłosić, że kolejny bastion niezgody pomiędzy "bratnimi religiami" upadł. Być może powstanie jakiś nowy dokument o wspólnej nauce na temat obecności Pana Jezusa w Eucharystii, gdzie podobnie jak we wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu zostanie wyartykułowany protestancki punkt widzenia, natomiast katolicki dogmat będzie przemilczany. Trzeba być bardzo czujnym, ponieważ nowa propozycja zostanie zapewne zatwierdzona jako fakultatywna ad experimentam w bardzo szczególnych wypadkach, które jednak będą się rozszerzać i ani się obejrzymy jak nowinka stanie się obowiązującym status quo, a my stracimy największy skarb depozytu łaski jakim jest Najświętsza Ofiara.

Wyraźnie stwierdzam niezależnie od tego jaki kształt przybierze ów obrzęd iż będzie on nieważny, jeśli tylko duchowieństwo protestanckie zechce go celebrować. Będzie to wyraźny znak iż to co będzie się nazywało Mszą Świętą w rzeczy samej już nią nie będzie. I nastąpi czas prześladowań, bo obrzęd ten trafi w pierwszej kolejności do nowych seminariów. Każdy wierzący kleryk, każdy wierzący katolik będzie musiał odrzucić ów obrzęd jeśli zechce pozostać w Kościele. Trzeba być wiernym temu co zawsze i wszędzie było katolickie. Papież Pius XI w encyklice Mortalium Animos naucza: "Jasną rzeczą więc jest, Czcigodni Bracia, dlaczego Stolica Apostolska swym wiernym nigdy nie pozwalała, by brali udział w zjazdach niekatolickich. Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli." Nie wolno nam uczestniczyć w spotkaniach heretyckich, nawet wtedy gdy zostaną nam one dla zmylenia podane pod nazwą katolicką. Msza Święta to serce naszej wiary, źródło i szczyt życia, sprawa najwyższej wagi. Szczególnie w czasach powszechnego zamętu należy zachować czujność. Pierwszy klucznik przestrzega: "Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!" 1 P 5, 8-9.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

P.S.
Polecam w tym temacie interesującą analizę teologiczną ks. Murzińskiego.

piątek, 29 września 2017

Homo-lobby w Kościele i homoseksualizm w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Zdaję sobie sprawę, że ruszając ten temat poderwę w powietrze wiele much, ale nie zamierzam unikać niczyjej krytyki, a jedynie pobudzać do refleksji i dyskusji nad pewnymi problemami Kościoła. To co tutaj napiszę w głównej mierze opierać się będzie na moich własnych doświadczeniach związanych z tym tematem. Sądzę, że czytelnicy nauczanie Pisma Świętego i Tradycji na temat homoseksualizmu znają zamierzam się podzielić moją refleksją nad rzeczonymi tematami mając świadomość że podpadnę zarówno rygorystom (do których bywam zaliczany) jak i laksystom.

Wstępując do seminarium oczywiście o żadnym homo-lobby nie miałem pojęcia, kwestię homoseksualizmu znałem właściwie wyłącznie z mediów, a moje doświadczenia w tym względzie obejmowały mniej lub bardziej sprośne żarty kolegów z liceum. Pech chciał, że mój pierwszy socjusz był gejem, chociaż przez cały okres mieszkania z nim nie miałem takiej świadomości. Najpewniej nie byłem w jego typie - cóż może to i lepiej bo boję się pomyśleć jakby ta przygoda w innym wypadku mogła się skończyć. Faktem jest, że ów współlokator tak uprzykrzył mi życie, że już po 3 miesiącach miałem ochotę wyskoczyć oknem. O tym że coś jest nie tak dowiedziałem się dopiero na początku drugiego roku gdy zaczął się jego intensywny romans z innym kolegą kursowym. Oboje wylecieli z seminarium tuż przed świętami Bożego narodzenia. Oczywiście tradycyjnie ogłoszono, że to ich własna decyzja. Jak się potoczyły ich losy nie wiem. Z moich obserwacji wynikało, że pierwszy chłopak homoseksualistą stał się już przed seminarium, natomiast drugi został przezeń uwiedziony. W seminarium były podobne przypadki i nie wszystkie kończyły się wydaleniem. Tak jak w wielu innych tego typu sytuacjach można odnieść wrażenie, że przełożeni przymykali oko dopóty sprawy nie zaszły za daleko, a para nie przestała się dostatecznie dobrze maskować. Najbardziej żal było mi drugiego kolegi, poszedłem nawet go upomnieć ale nie przyniosło  to oczekiwanych rezultatów. Sądzę, że jest to przykład na źle przeżywane braterstwo a przyczyn tego stanu rzeczy należy upatrywać nie tylko w samych alumnach którzy ulegli pokusie. Współczesny system seminaryjny nie przygotowuje do celibatu. Wspólnota często traktowana jest jako ersatz małżeństwa. Ojcowie duchowni mówią by energię seksualną przetransponować na miłość do wspólnoty. Tymczasem wspólnota jakakolwiek by nie była, a seminarium jest bardzo niedoskonałą wspólnotą, nie potrafi wypełnić pustki braku intymnego związku z kobietą. Wobec tego, że wspólnotowość jest wszechobecna zaczynają się między alumnami tworzyć niezdrowe więzi. Często na początku nie mają one charakteru erotycznego, jednak w środowisku tak hermetycznym jak seminarium łatwo może dojść do szkodliwej przemiany relacji. Wystarczy stres, czy przygnębienie wobec trudów seminaryjnego życia by w ramionach kolegi ukoić swoje żale. W młodym wieku o poruszenie seksualne nietrudno, łatwo może więc dojść do inicjacji grzechu. Droga odwrotu w takiej sytuacji jest bardzo trudna... .

Drugi przykład znam częściowo z opowiadań częściowo z własnej obserwacji. Była to kolejna para, która trzymała się razem od pierwszego roku. Już na trzecim roku wiadomo było iż najprawdopodobniej więź między nimi była niezdrowa. Długo ukrywali się ze swoimi tendencjami. Ostatecznie zostali wyrzuceni tuż przed święceniami diakonatu. Z tego co wiem kontynuują formację w dwóch różnych seminariach niemieckich i chyba przyjęli już diakonat. To przykład homoseksualistów perwersyjnych, czyli takich którzy wiedząc o swoich skłonnościach celowo przychodzą do seminarium by w bezpiecznym środowisku ukryć swoje preferencje. Zwykle ich działalność tworzy tak zwane homo-lobby, o którym szerzej nieco dalej. Obecność takiego kąkolu skutecznie psuje pszeniczny zasiew kapłańskiego powołania. Tacy ludzie nie tylko skłonni są uwieść innych alumnów, ale przede wszystkim wspierają kulturę tego świata szerząc modernizm podczas dyskusji na zajęciach uniwersyteckich. Zwykle osoby takie nie są w porę właściwie rozpoznawane i nawet wydalenie ich w końcowej fazie formacji nie przynosi Kościołowi oczekiwanych korzyści - co bowiem zdążyli napsuć to już należy do samego szatana.

Dobrym remedium na problem pojawiającego się w murach seminaryjnych homoseksualizmu jest właściwe wychowanie do celibatu. Należy uczyć alumnów przeżywać swoją samotność już w seminarium. Proste środki, jak chociażby podzielenie rekreacji na tą przeżywaną samotnie jak i oddzielny czas na wypoczynek wspólnotowy mogą przynieść dobre owoce. Należy także uczyć otwartości wobec innych ludzi, tak aby nie zdołały się wyzwolić niezdrowe relacje.  Przyjaźnie należy pielęgnować, ale jeśli jakiś alumn spędza więcej niż trzy rekreacje w tygodniu z tym samym kolegą to uważam, że zaczyna to już być niewłaściwe. Na te sprawy powinni uwrażliwiać przede wszystkim ojcowie duchowni kierując się zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Trzeba też porzucić nierealny pogląd na celibat. Przyjęcie celibatu jako daru z ochotnym sercem nie oznacza, że hurraoptymizmem zdoła się przykryć niedogodności związane z jego praktykowaniem. Ostatecznie celibat ma przede wszystkim wymiar ascetyczny i aby go móc właściwie przeżyć potrzebne jest wyrobienie wielu cnót. O tym się dzisiaj zapomina oszukując kleryków, że jeśli tylko zaufają Panu Bogu to problem sam się rozwiąże.

Osobiście uważam, że homoseksualizm jest chorobą o charakterze społecznym. Za ten pogląd zostałem zrugany przez pewnego wysoko postawionego w hierarchii akademickiej moralistę. Już po zakończeniu deformacji na ćwiczeniach z tak zwanej katolickiej etyki seksualnej podniosłem tą jak się okazało kontrowersyjną tezę. Dyskusja z owym wykładowcą wyglądała mnie więcej tak:
A: Pan uważa, że homoseksualizm to choroba? Przecież WHO wykreśliło homoseksualizm z listy chorób!
B: O ile wiem WHO nie jest żadnym loci teologici, w końcu nasz przedmiot nazywa się katolicka etyka seksualna, a nie świecka etyka seksualna.
A: Nie możemy być obojętni na badania naukowców!
B: Czy jeśli owi naukowcy wykreślą cholerę z listy chorób to stanie się ona mniej zaraźliwa? Czy jeśli alkoholizm  zostałby wykreślony z listy chorób WHO to jego szkodliwe oddziaływanie będzie mniejsze?
A: Pan głosząc tezę że oni są chorzy deprecjonuje ich godność...
B: (śmiech) Od kiedy choroba deprecjonuje czyjąś godność? Czy fakt że cierpię na kamicę nerkową deprecjonuje moją godność? Czy godność osoby ludzkiej zależna jest od jej zdrowia? Były już takie systemy które takie tezy głosiły. Skończyło się to w komorach gazowych, a w wersji współczesnej aborcją eugeniczną i eutanazją. (oklaski na sali)
Tak o to "pokonałem" wielkiego moralistę. W rzeczywistości odniosłem pyrrusowe zwycięstwo. Ów intelektualny zwyrodnialec dalej bowiem psuje umysły młodzieży katolickiej.... .

Ostatni przykład to właśnie typ owego słynnego homo-lobby. Osobiście uważam, że nie istnieje ono samodzielnie. Jest to bowiem część większego planu depopulacji i zniszczenia Kościoła konsekwentnie prowadzona przez masonerię rytu szkockiego. Ów wykładowca - najpewniej sam będąc homoseksualistą dostał się na intratną posadę uniwersytecką i tam rozsiewa swoje błędy. Wątpię by on sam był świadomy zła które czyni i by był członkiem jakiejś organizacji przeciwnej Kościołowi. Najprawdopodobniej jest to efekt działania masonów - jedna z ich ofiar, która teraz jako swoiste zombie rozsiewa zarazę. Laksyzm głoszony przez tego modernistę jest bardzo znamienny i wytłumaczyć go można osobistym zaangażowaniem w słabość której sam doświadcza. Czy ów kapłan praktykuje homoseksualizm, tego ocenić się nie da, ale sposób w jaki podjął się obrony środowiska LGBT dobitnie wskazuje na osobisty jego związek z dyskutowanym tematem. Co ciekawe jeśli popatrzymy na propagatorów środowisk homoseksualnych w Kościele, to znajdziemy w ich wypowiedział mnóstwo innych tez liberalnych jak chociażby ordynacja kobiet, zniesienie celibatu, czy jeszcze większa swoboda w sprawowaniu liturgii.

A jaki jest stosunek wyklętego kleryka do homoseksualizmu? Osobiście uważam, że jest to nabyta dewiacja. Należy rozróżnić jej stopnie, bo chociaż do badań profesora Kinsey'a należy się odnosić z bardzo dużą rezerwą to jednak nie każdy homoseksualista w 100 % preferuje osoby tej samej płci. Bardzo modny stał się dziś biseksualizm, który jest chyba najpoważniejszą plagą. Sam fakt odkrycia, że zjawisko homoseksualizmu jest niejednorodne i istnieje możliwość przesuwania się poszczególnych osób po osławionej skali Kinsey'a dobitnie wskazuje iż nie mamy do czynienia z czymś stałym i wrodzonym, ale jak najbardziej zmiennym, a jeśli tak się sprawy mają to na pewno istnieje możliwość wyjścia z tej dewiacji. I nawet jeśli współczesne terapie pomogą co drugiej chorej osobie albo nawet co dziesiątej to jest to wielkie zwycięstwo. Seksualność człowieka jest bowiem potężną siłą, a homoseksualizm prowadzi do niemożności realizowania tego popędu w sposób zgodny z Bożym zamysłem co niewątpliwie przysparza dewiantom wiele cierpień. Jako lektor, którego obowiązkiem jest pomagać w głoszeniu wiary sprzeciwiam się nowomowie jak wkradała się do dyskursu teologii moralnej. Czyny homoseksualne, czy jakikolwiek inne zło nie jest czymś "wewnętrznie nieuporządkowanym" jak chce współczesny Katechizm Kościoła Katolickiego, ale po prostu grzechem. Zgadzam się natomiast, że należy unikać wszelkiej dyskryminacji takich osób, jednak zdrowe społeczeństwo ma prawo bronić się godziwymi środkami przed gwałtem zadawanym mu przez dyktaturę mniejszości. Homoseksualiści zachowujący czystość są osobami cnotliwymi i zasługują na duży szacunek ze strony innych wiernych, jak również duszpasterzy. 

Dość dużym problemem jest wyświęcanie osób homoseksualnych i przyjmowanie przez nich profesji zakonnej. Dyrektywy wydane za czasów Benedykta XVI chociaż wydają się roztropne, to jednak w rezultacie utwierdzają homoseksualistów do ukrywania się. Osobiście uważam, że osoba homoseksualna może zostać godziwie wyświęcona lub przyjąć profesję zakonną. Spowiednik oraz kierownik duchowy musi się jednak upewnić, że taka osoba jest zdolna do wierności podjętym ślubom czystości lub celibatowi i że nie kieruje się błędną motywacją wstępując do seminarium duchownego czy nowicjatu. Nie może być tak, że ktoś próbuje uciec od świata i schronić się w środowisku, które może tylko spotęgować jego chorobę. Należy oczywiście zawczasu podejmować próbę leczenia. Unikałbym jednak ujawniania problemu przełożonym zewnętrznym chyba że zachodzi realna obawa, że zostanie wyświęcona lub konsekrowana niegodziwa osoba. Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że zachwieje to dalszym formowaniem, a może przyczynić się do świętokradczych spowiedzi. W ogóle sprawy moralne o ile są tajne należy pozostawić w obrębie tak zwanego forum internum. Alumni i profesi czasowi muszą mieć świadomość, że aby godziwie przyjąć święcenia lub profesję zakonną muszą mieć szczerą relację ze spowiednikiem i kierownikiem duchowym oraz posiadać ich aprobatę wobec podejmowania kolejnych kroków na drodze powołania. Dokonana przez kandydata lub kandydatkę przerwa w formacji z powodów osobistych w żadnym razie nie może być przez przełożonych zewnętrznych źle traktowana jeśli ma być zagwarantowana pełna swoboda korzystania z kierownictwa duchowego. Niestety dochodzą mnie słuchy, że zdarzają się przełożeni, którzy osoby przerywające formację aby przemyśleć czy przerobić pewne sprawy traktują jak cenzurowanych, gdy tymczasem właśnie tacy kandydaci do służby Bożej wydają się najbardziej dojrzale podchodzić do powołania, które rozeznają lub realizują. Uwagi na temat forum internum oraz kierownictwa duchowego proszę potraktować ogólnie i jako dodatek do omawianego zagadnienia, w dużej mierze dotykają one bowiem heteroseksualnych kandydatów i kandydatek i rzadko kiedy dotyczą stricte kwestii czystości, aczkolwiek problem ujawnia się szczególnie wyraźnie właśnie w temacie, który dziś omawiam.

Zło jakie może wyrządzić potencjalny ksiądz homoseksualista jest dwojakiego rodzaju. Po pierwsze jego skłonność zwiększa ryzyko wystąpienia zachowań pedofilnych, co potwierdziły badania. Po drugie istnieje duże niebezpieczeństwo wywołania zgorszenia i paradoksalnie nie chodzi mi o pierwszy przypadek, ponieważ on nie psuje tak bardzo morale wiernych jak sympatyczny ksiądz, który jest laksystą. Więcej na temat zgorszenia i uzasadnienie tej tezy znajdą czytelnicy w osobnym wpisie na temat zgorszenia - zlekceważonego grzechu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że kapłan który sam doświadcza grzechu i nie potrafi z niego wyjść zracjonalizuje swoją słabość i będzie także według własnej błędnej oceny źle prowadził inne dusze choćby w pouczeniach dawanych przy okazji sakramentu pokuty.

Wielu grzeszników uważa homoseksualizm za grzech prywatny. Tymczasem po pierwsze nie istnieje grzech prywatny - każde bowiem zło uszczupla duchowy skarbiec Kościoła, a po wtóre zwłaszcza grzech obyczajowy, a takim jest czyn homoseksualny oddziałuje choćby na tą osobę, z którą dokonuje się sodomii. Zło homoseksualizmu ujawnia się głównie w jego skutkach społecznych. Kolejni dewianci uwodzą często heteroseksualne osoby sprowadzając je na drogę grzechu. To powoduje, że coraz mniej zawieranych jest małżeństw i następuje naturalna depopulacja. Sprzeciwia się to pierwszemu przykazaniu jakie Pan Bóg dał ludziom po wygnaniu z raju: "Bądźcie płodni i mnóżcie się" Rdz 1,28. Jest to więc prawdziwie grzech przeciw naturze. Niezależnie jednak od przesłanek medycznych, społecznych czy psychologicznych istotne jest samo posłuszeństwo Słowu Bożemu. Działajmy zatem mądrze przeciw rozprzestrzenianiu się homoseksualizmu - z jednej strony bądźmy miłosierni (we właściwym tego słowa znaczeniu) dla samych dewiantów, którzy sporo cierpią, ale nie dozwalajmy by rościli sobie oni prawa których nie mają. Kategorycznie należy sprzeciwiać się wszelkim próbom zrównania ich związków z małżeństwem oraz różnorakim formom deprawacji seksualnej młodzieży. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk




czwartek, 31 sierpnia 2017

Dlaczego mamy takich duszpasterzy? - deformacja pastoralna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na omówienie czwartego i ostatniego wedle współczesnych dokumentów wymiaru formacji kandydatów do kapłaństwa. Nie bez przesady można powiedzieć, że właśnie w tym aspekcie kumulują się błędy wszystkich wcześniej omówionych. Mówi się, że współczesny kleryk zakonny po to odbywa nowicjat aby zniszczona została w nim pobożność, studia filozoficzne by zdegradować rozumność, a nauka teologii by unicestwić wiarę. W ten sposób wychowuje się kapłana niepobożnego, bezmyślnego i w dodatku niewierzącego. Jeśli na to nałożymy mówiąc językiem współczesnych dokumentów tak zwaną syntezę pastoralną to otrzymamy typowego najemnika w Winnicy Pańskiej. 

Podstawowym problemem w tak zwanej formacji pastoralnej kleryków jest zmiana paradygmatu duszpasterskiego. Przez wieki duszpasterstwo rozumiano dosłownie, jako pasterzowanie duszami - prowadzenie ich ku zbawieniu. A więc istniał paradygmat: salus animarum. Od kilkudziesięciu lat sytuacja ulega zmianie. Dzisiaj duszpasterstwo pojmuje się humanistycznie, a polega ono na takim oddziaływaniu na wiernych, aby byli dobrymi ludźmi. Mamy więc obecnie paradygmat humanistyczny. Cel duszpasterstwa zaczyna być tożsamy z tym jak funkcję wiary w społeczeństwie pojmowała religiologia, zwana przez prawowiernych katolików czerwoną refleksją o Bogu - nauka ta powstała na gruncie marksistowskim i jest dziś wykładana w każdym nowym seminarium. Paradygmat "dobrego człowieka" jest rezultatem zamiany formacji moralnej na ludzką oraz odrzucenia w formacji intelektualnej rzetelnego studium klasycznej teologii i pozbawienia formacji duchowej nadprzyrodzonej motywacji wynikającej z misyjnego nakazu Pana Jezusa Chrystusa. 

Zanik formacji moralnej i wprowadzenie w jej miejsce formacji ludzkiej spowodowało humanizację całego procesu urabiania kleryków. Teraz już nie wierność Panu Bogu, ale ideałowi człowieka staje się w praktyce naczelną zasadą pracy nad sobą. Więcej się mówi zatem o tym, że kleryk ma być dojrzałym człowiekiem niż cnotliwym i świętym chrześcijaninem.  Naturalnie 6 lat deformacji w tym względzie odciska swoje piętno, a rezultatem są kazania mówiące więcej o psychologii niż o duchowości. Dzisiejsze nauczanie bardziej odpowiada na pytanie jak żyć docześnie, aniżeli jak wzrastać do doskonałości dla życia wiecznego. Przy tym często współcześni duszpasterze bawią się w psychologów, czym szkodzą podwójnie - raz dlatego że zaniedbują właściwą dla siebie misję, a dwa że nie mają ku temu kompetencji. 

Studium klasycznej teologii daje odtrutkę na instrumentalne traktowanie religii przez różne systemy filozoficzno-polityczne. Kapłan który zna dobrze Objawienie Boże, wie że do zbawienia potrzebna jest zarówno wiara, jak i uczynki. Jeśli został ukształtowany przez rzetelne studium teologii moralnej to umie właściwie zrównoważyć w swoim życiu oba te faktory zbawienia. W konsekwencji nie wpada ani w fanatyczny fideizm, który zwykle kończy się faryzejską obłudą, ani w praktykowanie niewiary. Ten drugi błąd zdarza się dużo częściej. Ile mamy kapłanów, którzy prowadzą piękne dzieła charytatywne poświęcając im tyle czasu, że brakuje im na życie duchowe? Ten błąd aktywizmu jest przez dzisiejszy świat pochwalany zgodnie z instrumentalnym traktowaniem Kościoła i wiary jako narzędzia charytatywnego. Bardzo często kapłani aktywiści z niezrozumiałych dla pospołu przyczyn porzucają kapłaństwo. W końcu aby prowadzić takie dzieła nie potrzeba święceń, wyrzeczeń, ślubów, celibatu... . Brak wiedzy lub fałszywa wiedza prowadzi do błędnego działania. Wielu dzisiejszych kapłanów nie potrafi powiedzieć dlaczego dali się wyświęcić. Po 6 latach z gardeł wielu młodych kapłanów wydobywa się anty-świadectwo. Wchodząc do seminarium i pisząc w podaniu że chcą służyć Bogu i Kościołowi wyrazili więcej niż w okrągłych zdaniach wypowiadanych w kazaniach-świadectwach, czy wywiadach do lokalnych gazet... . Jak ksiądz który nie wie po co nim jest, ma właściwie prowadzić duszpasterstwo?

Wreszcie jeśli w formacji duchowej kleryk nie przylgnie w sposób nadprzyrodzony do swojej misji to nie odda się jej w całości. Złamana konwencja czynu-nagrody powoduje że poświęcenie się dla czegokolwiek traci sens. W tradycyjnym seminarium kleryk rozumie, że jeśli ma powołanie, to jego obowiązkiem jest wiernie je wypełnić, a nagrodą jest zbawienie wieczne. Dzisiaj aspekt powołania ubiera się w bliżej nieokreśloną relację z Bogiem, opartą na dobrowolności, notabene takiej samej jak wybór religii. Wobec tego celem duszpasterstwa przestaje być zbawienie dusz - w końcu zbawić się można zdaniem modernistów w każdej religii. Duszpasterstwo prowadzi się po to by zjednoczyć ludzi z Bogiem czy uczynić ich lepszymi - podobnych farmazonów słyszałem zresztą wiele. 

Skoro celem kapłana wobec Kościoła nie jest już zbawienie dusz to wszelka akcja prawdziwie duszpasterska z definicji traci sens. Czasem w swojej szczerości deformatorzy seminaryjni wyznawali, że wszelka działalność mająca kogoś nawrócić jest wyrazem prozelityzmu, a to słowo jest dziś w Kościele postrzegane bardzo negatywnie. Zatem mamy duszpasterstwo humanistyczne - zorientowane na cel doczesny, a nie wieczny. Tyle w kwestii podstaw teoretycznych tak zwanej formacji pastoralnej.

Sięgnięcie do samej praktyki formowania pastoralnego kleryków odsłania kolejne Himalaje problemów. Przede wszystkim system seminaryjny podaje swoim uczniom niereprezentatywne przykłady duszpasterstwa. Dlaczego tak jest - nie umiem odpowiedzieć... . Efektem tych działań jest wyrobienie w kleryku nierealnego projektu swojego przyszłego kapłaństwa, a co za tym idzie często bardzo szybkie wykolejenie. Alumnom pokazuje się głównie tak zwane duszpasterstwa specjalistyczne, w których pracują nieliczni kapłani i do tego zwykle nie od początku swojej posługi. Życie w seminarium i życie na parafii to dwie różne rzeczywistości, także doświadczenia wyniesione z własnej parafii często nie są właściwe dla przyszłego życia, zwłaszcza, że seminarzysta poznaje rzeczywistość z niewłaściwej strony ołtarza. Jeśli więc klerykom od pierwszego roku pokazuje się szpitale, hospicja, więzienia, ośrodki opiekuńcze, mass media itd to wyrabia się w nich fikcyjny pogląd przyszłości. Dzieje się to zwłaszcza jeśli zaniedbuje się prawdziwą praktykę pastoralną polegającą na podjęciu części obowiązków zgodnych z przyjętymi posługami/święceniami na zwykłej parafii. Niewiele seminariów przed święceniami diakonatu oferuje taką możliwość, a jeśli tak jest to zwykle nie po to aby dać samemu klerykowi możliwość weryfikacji powołania, ale aby go przetestować. Seminaria chwalą się na swoich witrynach systemem różnorodnych praktyk pastoralnych - są to zwykle duszpasterstwa specjalistyczne, w których klerycy realizują krótkie akcje duszpasterskie w ramach swoich wakacji. Często w trakcie tych "praktyk" obligowani są do wypełniania zadań do których nie są przygotowani już to z tytułu braku wiedzy lub też nie posiadając odpowiednich charyzmatów urzędowych. Jak można alumnowi, który ukończył pierwszy rok zlecać prowadzenie katechez, konferencji czy animowania grup apostolskich, skoro nie zaczął on nawet na dobre studiów teologicznych? Albo czemu zleca się alumnom pod pozorem świadectw głoszenie kazań do których nie mają prawa lub rozdawania Komunii Świętej skoro nie są nawet akolitami? To wszystko nie tylko uczy relatywizmu względem prawa kościelnego, ale także wyciska złe piętno na przyszłych kapłanach, często bowiem nie są oni duchowo przygotowani do podjęcia tych obowiązków. Trzeba jasno powiedzieć, że pierwsze praktyki pastoralne sens mają dopiero po zakończeniu III roku i przyjęciu stroju duchownego oraz lektoratu. W ogóle należałoby zamiast tworzyć huraoptymistyczne projekty praktyk pastoralnych zaufać Kościołowi i dać klerykom możliwość w pełni realizować otrzymane posługi/święcenia. Po to Kościół zachował je na przestrzeni wieków, aby kandydaci do świętej służby stopniowo nabywali cnót do podejmowania coraz bardziej odpowiedzialnych zadań. 

Klerycy w ramach rozeznawania swojego powołania jeszcze przed przyjęciem diakonatu powinni mieć wpisaną w studia dłuższą praktykę pastoralną uwzględnioną w rytmie życia seminaryjnego, tak aby przynajmniej przez kwartał móc poznać rzeczywistość życia na plebanii i podejmowania trudów kapłańskiego życia. W ten sposób można byłoby uniknąć wielu rozczarowań po święceniach. Trzeba stwierdzić, że praktyki takie byłyby bardziej dla samych kleryków niż przełożonych. Duszpasterstwo od strony technicznej nie jest trudne i da się do niego przyuczyć nawet niezbyt rozgarniętego kleryka - nie znam księdza, który zupełnie nie radziłby sobie ze sprawowaniem liturgii czy nauczaniem, w ostateczności kazanie czyta z kartki. Problemem jest za to własna projekcja życia kandydata do kapłaństwa i zderzenie z rzeczywistością. Podczas takiej posługi kleryk musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy po tych 3-4 latach jego postrzeganie służby kapłańskiej odpowiada rzeczywistości i czy chce się temu poświęcić na całe życie. W końcu głównym sensem życia kapłana jest poświęcenie się Panu Bogu i składanie Mu Najświętszej Ofiary.

Mój ojciec często nazywał seminarium do którego chodziłem wyższym technikum duszpasterskim. W tej satyrze tkwi niestety ziarno prawdy. Przegląd podstawowych wymiarów formacji pokazuje, że celem nowego seminarium jest wyprodukowanie zunifikowanego kapłana posiadającego wykształcenie formalne, znającego i potrafiącego zastosować techniki duszpasterskie oraz nie myślącego zbyt wiele. Jeśli na swojej drodze spotykacie kapłanów niepasujących do nieszczęsnego schematu BMW (bierny, mierny, wierny) to dziękujcie za to Panu Bogu  i samym tym duszpasterzom. Podjęli oni bowiem trud formacji równoległej, a uczynili to dla swojego i waszego zbawienia. Niestety obraz współczesnego kleru jest przykry. Seminaria tworzą armię bezwolnych konformistów niezdolnych do jakiejkolwiek walki z duchem tego świata. Być może ci młodzi ludzie wstępując do nowych seminariów chcieli razem z Panem Jezusem zbawiać świat, ale kąkol modernizmu zasiany w proces ich formacji skutecznie zagłuszył ich szlachetne pragnienia. Módlmy się przeto aby Stolica Apostolska przywróciła sprawdzone metody formacji, a rodzice i kapłani chłopców raczyli posyłać do prawdziwych seminariów. Niech one powstają w wielu krajach, aby każda dusza zaznała prawdziwego duszpasterstwa, zgodnego z paradygmatem salus animarum. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 4 sierpnia 2017

Deformacja ludzka w nowym seminarium, czyli rzecz o błędnych założeniach i faryzejskiej realizacji

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na na systematyczne omówienie największych i konstytucyjnych problemów współczesnych seminariów. Pastores Dabo Vobis w nr 43 nazywa formację ludzką fundamentem całej formacji kapłańskiej. Jeśli tak jest w istocie to trzeba się przyjrzeć tej części formacji jako pierwszej. Co ciekawe od czasów soboru watykańskiego II nie ma mowy o formacji ludzkiej. Nawet Dekret o formacji kapłańskiej o niej nie wspomina, chociaż jest jej źródłem: "Zasady chrześcijańskiego wychowania winny być święcie przestrzegane i należycie uzupełniane nowymi osiągnięciami zdrowej psychologii i pedagogiki. Przez mądrze więc zaplanowaną formację trzeba w alumnach wykształcać także należytą dojrzałość ludzką, dowiedzioną zwłaszcza przez pewną stałość ducha, zdolność podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi. Niechaj alumni przyzwyczajają się rozwijać należycie własne zdolności, niech wyrabiają w sobie siłę ducha i w ogóle niech nauczą się cenić te cnoty, które u ludzi większym cieszą się uznaniem i zalecają sługę Chrystusowego. A cnotami tego rodzaju są: "szczerość ducha, stałe przestrzeganie sprawiedliwości, dotrzymywanie przyrzeczeń, grzeczność w postępowaniu, a w rozmowach skromność połączona z miłością." DFK 11. Dla ojców soborowych tak pojęta formacja ludzka mieści się w zakresie formacji duchowej, która w oczywisty sposób obejmowała kształtowanie moralne alumnów. Tekst wydaje się być zrównoważony - cechami niezbędnymi od strony "ludzkiej" są: "stałość ducha, zdolność do podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi". Pozostałe cnoty są "do wyrobienia", a więc alumni winni do nich dążyć co wcale nie oznacza że mają przy święceniach w stopniu doskonałym je realizować. 

Dalsze dokumenty o formacji kapłańskiej w dużym stopniu rozwinęły ten aspekt kształtowania przyszłych duchownych. Z treści dokumentów znikają określenia "zdrowej psychologii i pedagogiki" - zaczyna się zbytnia poufałość z psychologią, którą uznaje się w praktyce za narzędzie weryfikacji powołania kapłańskiego co jest w ogóle nie do pogodzenia z prawdą o człowieku, który jest nie tylko duszewny, ale przede wszystkim duchowy.  Psychologia nie ma narzędzi do zbadania tego co w człowieku jest prawdziwą istotą, a więc duszy duchowej. Po arystotelesowsku rzecz ujmując jest w stanie określić tylko stopień rozwoju duszy zwierzęcej i po części duszy rozumnej. To za mało żeby weryfikować powołanie kapłańskie, które rodzi się w sercu, a przyjmowane jest przez rozum w wolnej woli. Z formowania człowieka w rozumieniu moralnym, a więc wyrabiania cnót pozostaje kształtowanie uczuciowości, emocjonalności oraz układności, grzeczności i zdolności towarzyskich. Niektóre z tych cech bywają w ostateczności nawet szkodliwe. Układny kapłan nie ma w sobie stałości postępowania - jest konformistą który będzie szedł drogą kompromisów co nieuchronnie prowadzi do zanegowania misji prorockiej kapłana, która sprowadza się do mówienia zawsze prawdy i to nie zależnie od okoliczności. W kwestii uczuć i emocji oczywiście ważne jest uporządkowanie pojawiających się problemów, ale współczesne oblicze formacji ludzkiej z zasady uznaje ten aspekt za konieczny w każdym przypadku do przepracowania. Dochodzi do tego, że klerycy na spotkaniach z ojcami duchownymi poddawani są stałej terapii indywidualnej i grupowej, co rodzi patologie tym bardziej, że księża ci często nie znając się na psychologii wykraczają poza teren swoich kompetencji. Dość wspomnieć swego czasu głośną sprawę pewnego księdza z diecezji płockiej, który zrzucił sutannę... Tymczasem wystarczy aby kleryk wyrobił w sobie cnotę wstrzemięźliwości i to wystarczy aby uczucia i emocje nie rządziły nim, ale on nimi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za taki sąd spadnie na mnie grad nieprzychylności ze strony pseudo psychologów  żyjących z twierdzenia: "nie ma ludzi zdrowych tylko źle zdiagnozowani", ale mam silne przekonanie że mój głos jest w tym przypadku bardzo rozsądny i bazuje na chrześcijańskiej wizji antropologicznej. W końcu człowiek jest wolny i pracować trzeba przede wszystkim nad sumieniem oraz siłą woli.

Przeglądając witryny seminariów duchownych napotyka się prawie wszędzie wzmianki o formacji ludzkiej. Co ciekawe większość seminariów pomimo szeroko zakrojonej informacji o tym aspekcie formacji nie przedstawia rzetelnego planu tej formacji uznając że zwykłe środki wychowania w karności  i wyrobienia duszpasterskiego wystarczają. Świadczy to dobitnie o tym, że nie istnieje właściwie formacja ludzka w seminarium i piszę to z pełną odpowiedzialnością. Dyscyplina służy kształtowaniu moralności alumna oraz jego posłuszeństwa, a praktyki duszpasterskie choćby wolontariat kształtuje sylwetkę duszpasterską przyszłego kapłana. Człowiek po ukończeniu szkoły średniej ma już ukształtowany zestaw cech składających się na osobowość. Moja obserwacja jest więc oczywista - wszelkie oczekiwania, że formacja w seminarium zmieni introwertycznego alumna w ekstrawertycznego, melancholika w sangwinika itd są z góry błędne. Owszem, kleryk może nabyć pewnych umiejętności społecznych, ale to nie zmieni jego charakteru. Przełożeni muszą w końcu zauważyć, że Pan Bóg z jakiegoś powodu powołuje różnych ludzi i osobowość o ile nie jest w oczywisty sposób zaburzona, co poznaje się po zdolnościach do kierowania własnym postępowaniem oraz rozwojem intelektu, to nie jest ona ani dobra ani zła. Osobowość bowiem zawiera w sobie zespół predyspozycji do dobra i zła. Przykładowo melancholik może być bardzo wrażliwym spowiednikiem, ale będzie miał pewnie problemy z zarządzaniem parafią czy jakąś instytucją. Z kolei choleryk zwykle nie będzie miał z tym drugim problemu, ale jego osobowość może powodować że porani wiele osób i wyda szereg krzywdzących i arbitralnych opinii. Czy tego typu osobowości są złe? Nie, ponieważ i wśród apostołów były różne osobowości, a Pan wybierając każdego z nich miał konkretny zamiar. Obawiam się, że w wielu seminariach typ osobowości melancholijnej predysponowany jest do wydalenia. Sam to zresztą obserwowałem w swoim seminarium. Osobowość jest  niestety główną przyczyną uznawania alumnów za niezdatnych do przyjęcia święceń kapłańskich. W rzeczywistości sytuacja taka zachodzi rzadko - zwykle alumni powinni być wydalani z powodów moralnych i nie chodzi bynajmniej o występki kwalifikowane, które zdarzają się rzadko, ale pewnego rodzaju postawy egoizmu, złośliwości, czy cynizmu wykształcające się często już w seminarium. Swoją drogą winę za powstawanie tych cech w dużej mierze ponosi samo seminarium, ale o tym za moment. Obawiam, się że wielu świętych kapłanów i biskupów nie przeszłoby pomyślnie współczesnej weryfikacji powołania. Wystarczy popatrzeć na postać św. Hieronima - kapłana który żył w niezgodzie praktycznie ze wszystkimi, a jednak dokonał przekładu Pisma Świętego, który zgodnie z zasadami naszej wiary jest tekstem natchnionym - za taki bowiem uznał go sobór trydencki. Współczesnym formatorom brakuje nadprzyrodzonego zmysłu, popatrzenia na powołanie zgodnie z kryteriami duchowymi, a najdobitniejszym tego przykładem jest wiele dramatów kleryków, którzy zostali odrzuceni z powodu "braku postępów w formacji ludzkiej". Błędne założenia antropologiczne zniszczyły niejedno powołanie. Nie każdy kapłan powołany jest do tego, aby być pisząc językiem WSD w Łodzi: "liderem ruchów i wspólnot" - nie to należy do istoty kapłaństwa!

Styl wychowawczy jaki panuje w wielu seminariach tworzy patologie same w sobie. Metody które z założenia miały kształtować siłę woli i karność, jeśli nałoży się na to faryzejsko rozumianą troskę o rozwój człowieczeństwa alumna są w istocie deformacyjne. Trzeba uczciwie stawiać prze alumnami cel poszczególnych punktów regulaminu seminaryjnego oraz użytych środków wychowawczych, w przeciwnym razie zaczyna dochodzić do psychomanipulacji która jest niegodna podmiotowości kleryka, o której także wspominają współczesne dokumenty. Przykładowo dobieranie socjusza na zasadzie przeciwieństw charakterów nie ma za zadanie zmiany charakteru któregoś z kleryków ale szlifowanie woli w taki sposób aby próba której zostają oboje poddani zahartowała ich do znoszenia trudnych ludzi. Taka próba prowadzona konsekwentnie przez wszystkie lub większość lat formacji prowadzi nieuchronnie do wykształcenia mechanizmów obronnych u kleryka, który po takim eksperymencie może alergicznie reagować na każdego  nowo poznanego człowieka. Przy tym zamiast skupić się na formacji do kapłaństwa próbuje przetrwać okres seminarium co niweczy lub ogranicza ważniejsze aspekty jego formacji. Taką próbę charakteru można prowadzić maksymalnie jeden rok i to w szczerości z alumnami, którym trzeba wyjaśnić sens takiego a nie innego doboru socjusza. Z pewnością takie wyjaśnienia przyczyniłoby się do wykształcenia pozytywnych mechanizmów radzenia sobie z trudnym człowiekiem. Innym przykładem deformacji ludzkiej jest wszędobylska wspólnotowość. Jest oczywiste, że alumn musi umieć współpracować z innymi na niwie pańskiej, zarówno duchownymi jak i świeckimi, ale współpraca nie oznacza współżycia. Ostatecznie w tradycji naszego obrządku obecny jest celibat i doświadczają go nawet kapłani żyjący we wspólnotach. Jednym z jego elementów jest życie samotne, które przejawia się nie tylko w braku posiadania żony, ale także w życiu pojedynczo. Stanowczo za długo klerycy mieszkają razem. Przez pierwsze lata powinni dla wyrobienia charakteru mieszkać mieć socjusza, a najlepiej mieszkać w pokojach wieloosobowych, co jak wspominają starsi kapłani przyczyniało się do ograniczenia niektórych patologii. Również rekreację kleryk musi nauczyć się przeżywać pojedynczo - nie zawsze będzie miał kolegów do wspólnego wypoczywania. Jest to konieczne nie tylko ze względu na charakter przyszłego życia, ale także zwykłą higienę duchową. Dlatego seminaria powinny przeznaczyć czas na odpoczywanie wspólnotowe - konieczne dla wyrobienia towarzyskiego i czas na wypoczynek indywidualny - konieczny dla uformowania się do przyszłego stylu życia. Mam wrażenie, że nadmierna wspólnotowość  jest wynikiem pewnego redukcjonizmu formacyjnego przejawiającego się w chęci uformowania takich samych kandydatów, odpowiadających pewnemu z góry założonemu wzorcowi. To niestety tworzy kler słaby, konformistyczny i nie zdolny do stawienia czoła trudom współczesności. 

Najpoważniejszym przejawem deformacji ludzkiej w seminarium jest łamanie sumienia i wolnej woli kleryków. Niestety w małym stopniu uwzględnia się wrażliwość duchową każdego z kleryków. Wiele seminariów narzuca klerykom pewien styl - zwłaszcza jest to bolesne gdy jest to duchowość charyzmatyczna realizowana z pogwałceniem nadanych przez Stolicę Apostolską zasad liturgicznych i duszpasterskich. W trakcie pobytu w seminarium kandydaci do kapłaństwa wiele razy są zmuszani do postępowania niezgodnie z prawami obowiązującymi w Kościele. Sam na przykład zostałem zmuszony do rozdawania Komunii Świętej nie będąc nawet akolitą oraz do głoszenia kazań nie będąc diakonem. Byłem stawiany przed innymi próbami, na szczęście większość z nich przeszedłem pomyślnie z punktu widzenia wiary, co także przyczyniło się do mojego wydalenia. Jeśli tego typu sytuacje mają być próbą posłuszeństwa seminarzystów to powodują one coś wprost odwrotnego, mianowicie korupcję i defraudację sumienia. Kleryk, który świadomie i w ciężkiej sprawie wykroczy przeciw dyscyplinie kościelnej za poleceniem swoich przełożonych doprowadzi swoje sumienie do nieodwracalnej traumy, a przełożeni w rezultacie nie osiągną ani cnoty posłuszeństwa, ani nawet naturalnej lojalności względem nich samych. Seminarzysta nauczy się bowiem kroczenia drogą kompromisów i nie będzie już wierny nikomu - ani Bogu, ani Kościołowi, ani nawet swoim przełożonym. Stawianie kleryków przed wyborem - wierność Bogu i Kościołowi, albo otrzymanie święceń jest grzechem wołającym o pomstę do nieba ze strony moderatorów. Musicie w końcu zrozumieć, że tylko wasz przykład wierności wobec waszych przełożonych jest legitymizacją waszej władzy i autorytetu. Kleryk który widzi, że nie respektujecie praw którym podlegacie może i zapewne będzie wykonywał wasze polecenia, ale nigdy nie będzie posłuszny, a w sercu wami wzgardzi.  Pytanie za jaki autorytet chcecie jako formatorzy uchodzić? Jeśli tylko formalny to wasze oddziaływanie będzie jedynie deformujące. O kwestii posłuszeństwa będę jeszcze pisał.... .

Istotnym elementem oddziaływania na wolę i moralność kleryków jest praca, zwłaszcza ta fizyczna. Zwłaszcza XX wiek pokazał jak bardzo niszczy człowieka praca bezsensowna. Czas już najwyższy skończyć z używaniem pracy jako narzędzia weryfikacji/kształtowania posłuszeństwa. Osobiście wykonywałem bezsensowne prace w seminarium - przyjmowałem to zwykle z uśmiechem. Mam jednak pozaseminaryjne doświadczenia pracy bezsensownej  - dużo trudniejsze bo związane z przemocą jakiej byłem w pewnym momencie życia poddany i wiem jak bardzo bezsensowna praca potrafi psuć ducha. Pragnę zauważyć, że klerycy mają różną konstytucję fizyczną - zlecanie tym słabszym prac ponad siły nie tylko stanowi zagrożenie dla ich zdrowia fizycznego, ale także psychiki. Nie można wymagać zbyt wyczerpującej pracy fizycznej - widziałem kolegów, którzy słaniali się na nogach przez wiele godzin dziennie dźwigając rzeczy, które jako lepiej zbudowany miałem problemy by unieść. System pracy nie zawsze był taki, aby móc solidarnie znosić jej trudy. Praca w seminarium ma ewidentny wymiar wychowawczy i jest konieczna dla wyrobienia w sobie cnoty pracowitości, dokładności i systematyczności. Służą temu także tak zwane oficja - czyli zadania przypisane do konkretnych kleryków. Przełożeni różnych szczebli powinni zauważyć, że praca jest ważnym czynnikiem nie tylko formacyjnym, ale wspomagającym misję Kościoła. Aby była ona przyjęta właściwie, odpowiednio przeżyta i potrzebna Kościołowi musi być celowa. Dlatego też powinni tak rozdzielać oficja, aby były one dopasowane do zdolności alumnów. Sam piastowałem funkcje do których nie miałem predyspozycji. Nie należy się łudzić, że poprzez zlecenie funkcji przeciwnej naturze kleryka zmieni się ową naturę. A jeśli celem jest wyrobienie określonej cnoty lub praca nad konkretną wadą to zainteresowany kleryk powinien być o tym powiadomiony po to by świadomie podjął pracę nad sobą. 

Nowe seminaria na swoich witrynach i podczas publicznych wystąpień moderatorów wznoszą wiele szczytnych idei. Często kryją się za nimi ludzkie dramaty, szereg nieporozumień i patologii. Nigdy nie zapomnę płomiennych kazań dotyczących solidarności i wspólnotowości. Uczono nas że seminarium jest rodziną. Bolesną weryfikację tego poglądu przeżyłem na pierwszym roku. Przed obłóczynami klerycy mający przyjąć sutannę we współpracy z rokiem młodszym i diakonami przygotowują swego rodzaju festiwal. Są to dni radości, kiedy dyscyplina w seminarium ulega chwilowemu rozluźnieniu. Szczerze nie przepadałem za tym okresem, bo cenię sobie codzienność i normalność, ale z punktu widzenia seminarium jako wspólnoty taka odskocznia jest potrzebna. Niestety sesja profesorska zakończyła się odłożeniem na czas nieokreślony przyjęcia stroju duchownego przez kilku alumnów. Jak się potem okazało postępowanie to było słuszne - chociaż ci klerycy zostali wyświęceni to jednak wszyscy szybko się wkoleili. Kurs przyjmujących sutannę zdecydował o tym że nie będą robić tradycyjnego przedstawienia i nie wezmą udziału w festiwalu. Pamiętam, że jako pierwszy rok byliśmy pod wrażeniem takiej decyzji - wskazywała ona na ich dojrzałość nie odczytywaliśmy tego jako buntu. Niestety moderatorzy mieli inne zdanie i z trudem, ale skutecznie rozbili ów rocznik i przedstawienie się odbyło. Jest to dobitny przykład jak na ołtarzu własnej próżności potrafi być w seminarium złożona ofiara z solidarności. Prawda jest taka, że to przełożeni nadawali się bardziej do usunięcia niż sami neosutanniarze. Takich przypadków, kiedy dojrzałość ludzka formowanych była większa niż formatorów mógłbym wskazać więcej, nie to jest jednak celem niniejszego wpisu.

Podsumowując - należy traktować jako mrzonki postulaty zmiany osobowości kleryków i kształtowania przez osoby niekompetentne ich życia uczuciowego czy emocjonalnego. Trzeba ich przyjąć takimi jakimi są i zamiast formować ich metodą urawniłowki odwołać się do tradycyjnych modeli formacyjnych. Zatem w miejsce formacji ludzkiej należy postawić formację moralną, a więc zrobić to co Kościół od wieków robił dobrze i na czym się znał, a mianowicie ukształtować cnotliwych duszpasterzy. Cnota bowiem, a nie osobowość jest tym co można w człowieku wypracować metodami aprobowanymi przez Tradycję katolicką. Seminaria w Tradycji właśnie dlatego wypuszczają dobrych kapłanów, że nie postępują w zgodzie z duchem tego świata, ale za niezmienne mają sposoby jakimi Kościół wychowywał swych synów na świętych kapłanów. Oby dobry Bóg odmienił serca moderatorów, aby formację i weryfikację swych podopiecznych zaczęli prowadzić metodami bardziej nadprzyrodzonymi niż świeckimi. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 15 lipca 2017

O wyborze seminarium - czyli słów kilka dla zdecydowanych wstąpić

Laudetur Iesus Christus!

Wśród moich czytelników są ci którzy albo sami rozważają wstąpienie do seminarium, albo mają kogoś znajomego kto zamierza wstąpić. Sprawa wyboru seminarium jest bardzo ważna, chociaż w procesie rozeznawania powołania bywa w ogóle nie uwzględniana. Tymczasem środowisko wzrostu powołania ma dlań fundamentalne znaczenie i nie chodzi tylko o szanse na przyjęcie święceń, ale także możliwie jak najmniejsze straty duchowe poniesione przez kandydata do kapłaństwa w procesie deformacji.

Jak już napisałem we wpisie dotyczącym wartości nowych seminariów tak powtarzam tutaj: należy wybierać Tradycyjne seminarium i nie chodzi tylko o kwestie związane z liturgią, czyli tradycją, ale przede wszystkim z Tradycją, a więc o takie miejsce formacji które zapewni właściwe ukształtowanie. Seminaria w Tradycji są powszechnie znane i nie będę powtarzał jak do nich trafić, skupię się na sytuacji w której dla potencjalnego kleryka takie seminarium jest niedostępne.

Gdy sam wstępowałem do seminarium, moja świadomość wyboru była żadna. W sposób oczywisty uznawałem, że mogę wstąpić do seminarium diecezji do której przynależę. Jest to  mit i nie należy temu ulegać. Problemy z przyjęciem miałem już na samym początku - po czasie stwierdzam, że było to zrządzenie Bożej opatrzności, jednak wtedy nie potrafiłem tego tak rozeznać. Po umówieniu rozmowy wstępnej pojechałem pełen radości i pozytywnego nastawiania na rozmowę kwalifikacyjną. Opowiedziałem historię swojego powołania, rektor zatrzymał się na zaświadczeniu lekarskim stwierdzającym brak ograniczeń do podjęcia studiów, ale jednocześnie o przeciwwskazaniach w pracy fizycznej. Swoją drogą osoba, która prowadziła moją rekrutację była wyjątkowym bufonem. Następnego dnia telefonicznie dowiedziałem się, że nie zostałem przyjęty. Będąc przekonany o swoim powołaniu i o tym że realizować go mogę tylko w rodzimym seminarium odwołałem się od tej decyzji do biskupa. Wizyty w diecezjalnej kurii, składanie badań i rozpatrywanie ich trwały prawie całe wakacje. Ostatecznie decyzja przyjęcia mnie do seminarium miała zapaść na przełomie lipca i sierpnia. Nikt jednak nie poinformował mnie o tym i dopiero w połowie sierpnia gdy sam zadzwoniłem do seminarium dowiedziałem się, że zostałem przyjęty. Ucieszony tym faktem rozpocząłem formację dwa tygodnie później - pierwszy rocznik zjeżdża się zwykle wcześniej by poznać specyfikę seminarium. Nie zauważyłem w całym tym procesie wchodzenia do seminarium jednej rzeczy - moi przyszli przełożeni w ogóle nie patrzyli na kwestię powołania w sposób nadprzyrodzony. Moje problemy zdrowotne - ich powód, przebieg i obecny stan dla każdego kto mnie zna są bardzo autentycznym znakiem Bożej opatrzności. Moi moderatorzy do rekrutacji podeszli jak do kwalifikowania do zawodu. Notabene rektor, który robił mi problemy z przyjęciem w związku ze stanem zdrowia sam nie był w najlepszej formie (pisząc szczerze dużo gorszej ode mnie) co wyszło w czasie krótkiej wycieczki górskiej podczas kursu wstępnego.

Po czasie stwierdzam, że powinienem zrezygnować z aplikowania do tego seminarium już w czasie rozmowy wstępnej i nie czekać nawet na jej wynik. Niestety wielu kandydatów traktuje jako wielką łaskę fakt przyjęcia ich do seminarium i nie zauważa pewnych zagrożeń objawiających się już na furcie i w rektoracie czy rozmównicy. Powołanie to z pewnością wielki dar i pragnienie jego realizacji jest potrzebą prawie tak silną jak potrzeby fizjologiczne. Zrozumie to każdy kto poczuł kiedyś pragnienie bycia kapłanem, osobą życia konsekrowanego, czy nawet mężem/żoną oraz ojcem/matką. Po podjęciu decyzji o uczynieniu kroku w kierunku wybranej drogi życiowej należy jednak przystanąć i podjąć refleksję. Drogi kandydacie do seminarium, czy wyobrażasz sobie zamieszkać wspólnie, czy zaręczyć się z dziewczyną której nie znasz? Pomijam tu zupełnie aspekt grzechu, chodzi o racjonalną decyzję. A tu decydujesz się złożyć największy skarb Twojego życia w ręce zupełnie obcych osób. Wypada więc wcześniej uczynić pewien namysł i po rozeznaniu powołania rozeznać także miejsce jego realizacji. Skoro widzisz, że są miejsca, w których do sprawy Twojego powołania podchodzą w sposób zupełnie świecki - bardziej patrzą na Twoją kondycję fizyczną, psychiczną, osobowość itp to Ty także masz prawo i obowiązek w trosce o własne powołanie zweryfikować miejsce swojej formacji i dokonać wyboru. Trzeba tutaj popatrzeć w sposób nadprzyrodzony, uzyskać odpowiedź na pytanie, czy miejsce które wybieram pomoże mi w tym aby zostać świętym kapłanem?

Aby na to pytanie odpowiedzieć trzeba poznać miejsce swojej przyszłej formacji. Seminaria same wychodzą tutaj naprzeciw organizując rekolekcje powołaniowe i dni skupienia. Warto w takich wydarzeniach brać udział i to możliwie jak najwcześniej - nie czekać aż do momentu kiedy ostateczna decyzja zostanie podjęta. Niestety akcje typu "zostań klerykiem na weekend", albo "dzień otwartych drzwi" są nastawione na jak najlepszy efekt medialny. Jedzenie w refektarzu będzie lepsze, wszyscy mili i uśmiechnięci, ale jeśli umiesz obserwować, rozmawiać i pytać to uzyskasz wiele przydatnych informacji. Nawet sama konstrukcja takich rekolekcji czy dnia skupienia wiele mówi o formatorach - jeśli więcej jest tam zabawy, gier sportowych, przedstawień itp niż klasycznych ćwiczeń duchowych to już znaczy, że coś jest nie tak. Zwróć uwagę na treść nauk które usłyszysz, rób notatki i w domu na spokojnie spróbuj wyciągnąć podstawowe tezy. Postaraj się sam lub z pomocą wierzącego księdza ocenić ich wartość doktrynalną. Pamiętaj, że ważna jest treść, a nie opakowanie. Ostatecznie erzatzami się nie uformujesz. Warto zajrzeć też do biblioteki i ocenić jej zasoby. Akurat moje seminarium było pod tym względzie wzorcowe, ale są takie gdzie naprawdę jest problem ze studiowaniem, bo nie ma z czego. Oczywiście nie jest to rzecz najważniejsza, ale na pewno istotny faktor. Kolejna rzecz której warto się przyjrzeć to aspekt ludzki - jest jasne, że wszyscy będą się do Ciebie odnosić raczej życzliwie, ale pewne rzeczy trudno ukryć. Ludzki aspekt seminarium szybko ocenisz obserwując jak księża odnoszą się do personelu pomocniczego oraz jak starsi klerycy traktują młodszych - ci będą zwykle przy prostych posługach ubrani w strój świecki, zazwyczaj garnitur. Jeśli zaobserwujesz tak zwaną falę, albo niegodne odnoszenie się do młodszych to lepiej zastanów się nad wyborem innego seminarium. Tu nie chodzi tylko o to, że Ciebie tak będą traktować, ale że możesz w przyszłości przesiąknąć takim stylem i zostać księdzem bucem. Wreszcie liturgia - jest probierzem pobożności i wiary moderatorów i alumnów. Trzeba spojrzeć nie tylko na dobre przygotowanie liturgii w aspekcie choreograficznym - pod tym względem większość seminariów bryluje - ale przede wszystkim wobec wierności przepisom liturgicznym, ducha liturgii i dbałości wykonywanych czynności. Za kilka lat to Ty będziesz musiał odbywać tam służbę, czy chciałbyś ją sprawować w taki sposób? Rozejrzyj się również w kaplicy/kościele seminaryjnym. To miejsce w którym będziesz się modlił, czy pomaga ono w skupieniu i modlitwie, czy też obraża swoją brzydotą Boga? Rozmawiaj dużo z klerykami - to czas kiedy zadawanie pytań nie ściąga jeszcze na Ciebie podejrzeń. W miarę możliwości spróbuj dotrzeć do tych alumnów, którzy nie są Twoimi opiekunami ani wyznaczonymi przewodnikami. Moderatorzy dobrze wiedzą kogo wyznaczają do takich zadań i ci klerycy są zwykle układni, ale też mało szczerzy.

Jeśli ocena Twojego rodzimego seminarium wypadnie negatywnie nie bój się podjąć decyzji o wstąpieniu do innego seminarium duchownego - jest ich w Polsce kilkadziesiąt, tak diecezjalnych jak zakonnych. Wyjazd na rekolekcje, czy dzień skupienia do niczego Ciebie nie zobowiązuje. Warto wcześniej popatrzeć także na stronę internetową. Mówi ona wiele o seminarium, jeśli dobrze się ją przejrzy. Sprawdź listę alumnów, czy może pochodzą z innych diecezji? Świadczy to o otwartości danego seminarium. Popatrz dobrze na regulamin lub statut jeśli są dostępne i porównaj je z dokumentami kościelnymi o formacji kapłańskiej. Brak spójności świadczy o tym, że moderatorzy nie są posłuszni Kościołowi - takie seminarium trzeba omijać szerokim łukiem. Warto popatrzyć również na zwarte na stronach seminaryjnych myśli i nauki o kapłaństwie, czy wizja tam przedstawiona odpowiada temu co odczuwasz w sercu? Oczywiście idziesz się formować i ukształtować, więc Kościół ma Cię prowadzić, ale skoro czytasz tego bloga to masz już dużą świadomość i potrafisz odróżnić Bożą koncepcję kapłaństwa od tej zlaicyzowanej. Galerie, zdjęć, kroniki wydarzeń itp elementy ukażą Ci życie seminarium od środka, jego liturgię, przestrzeń itd. Znowu warto przyjrzeć się im pod kątem tego, czy proponowane klerykom formy spędzenia czasu przybliżają do wiary i czy są zgodne z prawem Kościoła. Szczególnie jeśli jesteś tradycjonalistą warto spojrzeć na to jak silnie rozwinięty jest w seminarium ekumenizm. Koła zainteresowań kleryków, czy tak zwane agendy dadzą Ci pogląd jaki styl formacji panuje w interesującym Cię seminarium. Nawet pobieżny rzut oka na witrynę internetową pozwala ocenić co jest ważniejsze w danym domu formacji: Pan Jezus czy też piłka nożna albo tenis stołowy... . Warto też zrobić stosowne przeszukanie internetu aby dowiedzieć się o ciemnych stronach seminarium. Internet pamięta wszystko, ale nie wolno zapomnieć, o tym, że informacje w ten sposób odnalezione często nie są pisane w sposób rzetelny, nierzadko tworzą je wrogowie Kościoła. W końcu trzeba sobie to seminarium obejrzeć, stosując porady które zawarłem akapit wyżej. 

Ostatecznym kontaktem z wybraną instytucją formacyjną będzie proces rekrutacji. I tutaj dalej warto obserwować rzeczywistość. Pamiętaj dopóki nie przestąpisz we wrześniu lub październiku progu seminarium, nowicjatu etc masz czystą kartę, nigdzie nie byłeś i łatwo będzie zmienić miejsce formacji. Wybierając seminarium duchowne obcej diecezji oczywiście spotkasz się z pytaniem: "dlaczego do nas?", ale zawsze jeśli poznałeś to seminarium i diecezję będziesz w stanie rzeczowo odpowiedzieć. Na przykład w Częstochowie można powiedzieć, że przyciągnął mnie blask Matki Bożej Częstochowskiej i u jej stóp chcę się przygotowywać do święceń, a w Krakowie, że mam szczególne nabożeństwo do św. Stanisława biskupa. Takie tłumaczenie powinno wystarczyć. Potem nastąpią pytania o przebieg historii Twojego powołania. Niektóre pytania mogą być nieprzyjemne. Są moderatorzy, których interesuje czy miałeś dziewczynę itd - na takie pytania trzeba odpowiadać szczerze, tu nie ma dobrych i złych odpowiedzi. Czas rekrutacji to także ostatnia sposobność dla Ciebie aby ocenić seminarium do którego wstępujesz. Jeśli uznasz, że badania psychologiczne zbytnio ingerują w Twoją intymność, albo rozeznasz, że moderatorzy przeprowadzają rekrutację niczym do korporacji to trzeba mieć przysłowiowe jaja i się wycofać. Zawsze możesz zapisać się na rok na teologię i wejść na drugi rocznik w innym seminarium. Dopóki nigdzie nie byłeś masz czystą kartę i taki zabieg jest stosunkowo łatwy do przeprowadzenia. Dla nich jesteś tylko kolejnym kandydatem, oni zaś dla Ciebie są wyrocznią. Niestety praktyka wskazuje że przenosiny do innego seminarium są trudniejsze - przede wszystkim dlatego, że zawsze konieczna będzie opinia byłych przełożonych i pojawiają się pytania dlaczego odszedłeś/zostałeś wyrzucony.

Ostatecznie trzeba rozeznawać wstąpienie do określonego seminarium także na modlitwie, spowiedzi i w kierownictwie duchowym dokładnie tak samo jak rozeznawało się sam wybór stanu. Jak widzisz nawet wybierając nowe seminarium masz pewne możliwości wyboru lepszego lub gorszego. Jeśli jesteś tego świadomy zwiększasz swoje szanse na to, aby być świętym kapłanem. Wybór nowego seminarium zawsze jest obarczony pewnym złem związanym z błędnymi założeniami formacyjnymi. Można jednak i trzeba minimalizować stopień deformacji, której będzie się podlegać. Pójście za głosem powołania jawi się jako konieczność moralna. Ktoś kto rozeznał wolę Bożą i świadomie nie chce jej realizować grzeszy. Oczywiście pójście za głosem sumienia nie oznacza, że wolno przyjmować wszystkie kompromisy, ale to będzie już tematem innego wpisu. Tymczasem wszystkim rozeznającym a nie mogącym wybrać tego co najlepsze czyli seminarium Tradycyjnego życzę wszelkich Bożych łask. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 29 czerwca 2017

Urząd strategiczny, czyli mowa o biskupach...

Laudetur Iesus Christus!

Z okazji przypadającej dziś uroczystości Świętych Apostołów Piotra i Pawła chcę zakończyć cykl wpisów dotyczących poszczególnych święceń. Dzisiejszy obchód jest jest szczególnym świętem patronalnym biskupów, toteż im zamierzam poświęcić dzisiejsze rozważania. 

Ponieważ biskup jest w Kościele najwyższym urzędem, należy szczególnie dobrze zrozumieć istotę i cel jego posługiwania. Prawdą jest, że biskupi są następcami apostołów. Wszystko więc co Chrystus Pan mówił do apostołów i władzę jaką im udzielił odnosi się także do nich. Sukcesja apostolska biskupów ma jednak charakter inny niż ta piotrowa. Otóż gdy papież jest kolejnym następcą św. Piotra, to poszczególny biskup jest następcą nie konkretnego z apostołów, ale całego kolegium. Z tego też powodu biskupi tworzą szczególną wspólnotę zwaną episkopatem. Dziś niestety wspólnota biskupów rozumiana jest bardzo koncyliarnie, ale o tym za moment. 

W historii teologii spierano się o istotę obrzędu konsekracji biskupiej. Niemało teologów uważało, że biskupstwo nie jest oddzielnym święceniem, a jedynie błogosławieństwem do sprawowania jurysdykcji. Przeciwko takiemu poglądowi wyraźnie wystąpił sobór trydencki orzekając o trzech sakramentalnych stopniach święceń oraz Konstytucja Apostolska Sacramentum Ordninis wydana przez papieża Piusa XII. Niestety współcześnie bardzo wielu teologów głosi jawną herezję o tym, że biskupstwo nie jest stopniem sakramentalnym i władzę biskupa w całości posiada już prezbiter. Spotkałem się z tym poglądem podczas moich studiów seminaryjnych - głównymi propagatorami byli prawnicy, aczkolwiek i dogmatycy podnosili kilka razy tą herezję jako akademicki pogląd godny dyskusji... . 

Jaki jest cel urzędu biskupiego? Stary pontyfikał wyrażał to jasno: "Obowiązkiem biskupa jest: sądzić, tłumaczyć, konsekrować, święcić, ofiarować, chrzcić i bierzmować." Władza sądzenia, czyli rządzenia jeśli chodzi o biskupów nie jest jedynie sprowadzona do kierowania powierzoną sobie diecezją lub inną jednostką administracyjną Kościoła. W podstawowym wymiarze odnosi się ona do odpuszczania grzechów i wyrzucania złych duchów. Biskup powinien więc w szczególny sposób zadbać o dyscyplinę pokutną we własnej diecezji, a więc czuwać nad wszystkimi spowiednikami, zarządzać przeprowadzanie specjalnego egzaminu dla przyszłych spowiedników, kontrolować ich oraz wydawać wewnętrzne zalecenia dotyczące praktyki słuchania spowiedzi. Szczególną rola dotyczy tutaj tak zwanych rezerwatów biskupich, czyli grzechów szczególnie ciężkich zastrzeżonych do odpuszczenia samemu biskupowi. Jeśli inne obowiązki nie przeszkadzają biskup powinien osobiście wysłuchiwać taki spowiedzi. Również biskup jest pierwszym egzorcystą i nie powinien się w zupełności uchylać od tego zadania. Oczywiście roztropnym jest wyznaczenie kapłana wyposażonego w tą władzę, ale to biskup jest pierwszym i najważniejszym egzorcysta diecezji. Wreszcie rządzenie oznacza, że biskup jest w pełni odpowiedzialny za wszystkie podległe mu urzędy i sprawuje faktyczną władzę, to znaczy jego polecenia są wykonywane, a występki karane. Niestety w wielu diecezjach - w tym także w mojej sytuacja wygląda odmiennie i czasem mam wrażenie, że to ogon merda psem... . Nie może być tak, że biskup diecezjalny jest zakładnikiem swojej kurii. Powinien on przeprowadzać w dykasteriach kurialnych, jak również w parafiach rzeczywiste i niezapowiedziane kontrole. Nie chodzi tutaj o to aby biskup przerodził się w śledczego, ale system sprawowania kontroli jaki panuje w wielu diecezjach często prowadzi do tego, że biskup jest permanentnie oszukiwany, przez co traci roztropny osąd rzeczywistości. Należy oczywiście pamiętać, że władza biskupa ograniczona jest przez akty wyższego rzędu, to jest pochodzące od Stolicy Apostolskiej. Wszystkie przeciwne im zarządzenia biskupie powinny spowodować naturalny opór i sprzeciw wiernych jak również duchowieństwa. Legitymizacją władzy biskupa jest bowiem jedność ze Stolicą Apostolską. Przykładów wypaczeń w tej kwestii jest wiele - napiszę o tym oddzielny wpis odnoszący się do posłuszeństwa w Kościele. Groźnym przejawem ograniczania władzy biskupa jest instancja konferencji episkopatów, w których zmusza się wszystkich biskupów do przyjęcia aktów prawnych - takie działania jeśli nie ma woli zainteresowanego biskupa są nieważne o czym pisałem omawiając herezję koncyliaryzmu. 

Tłumaczeniem stary pontyfikał określa władzę nauczania, jaką biskup spośród wszystkich kleryków posiada w najwyższym stopniu. O ile lektor swoje nauczanie kieruje głównie do niewierzących, diakon naucza w zastępstwie kapłanów, prezbiter głosi wiarę wobec parafii do której jest posłany o tyle biskup naucza w sposób uroczysty i obejmuje swoją nauką całą diecezję, a w szczególnych wypadkach także Kościół powszechny. W odniesieniu do własnej diecezji podstawowym zadaniem władzy nauczania biskupa jest czuwanie, aby wszyscy klerycy głosili na jego terenie czystą wiarę katolicką. W tym celu powołuje on specjalne urzędy w kurii, specjalnie zaś urząd cenzora, który jako specjalnie wykształcony w dziedzinie doktryny sprawdza wszystko co w diecezji wychodzi drukiem. Biskup ma obowiązek przestrzegać powierzoną mu owczarnię przed błędami, toteż jego nauczanie szczególnie tego powinno dotyczyć. Niestety biskupi zwykle przepowiadają w sposób ogólnikowy, a treść ich nauczania nie dotyka żadnych palących problemów. Tacy biskupi sprzeniewierzają się istotnie swojemu pasterskiemu urzędowi. W odniesieniu do całego Kościoła nauczanie poszczególnego biskupa może mieć charakter obowiązujący tylko jeśli jest aprobowane przez legalny synod czy sobór. W szczególny sposób władzę nauczania posiadają prefekci poszczególnych dykasterii Kurii Rzymskiej, którzy w imieniu samego papieża wydają dokumenty obowiązujące cały Kościół. Niestety wielu biskupów uważa swoje nauczanie za część depozytu wiary, a siebie samych za Urząd Nauczycielski Kościoła. Taki pogląd jest mylny. Tylko w jedności z innymi biskupami i ze Stolicą Świętą biskup stanowi ów Urząd Nauczycielski. Niestety zauważam, że większość biskupów stawiających taką tezę to nie tylko pyszałkowaci książeta, ale także heretyckie wilki ubrane w purpurę i bisior... . Takim biskupom żaden posłuch się nie należy, tylko wzgarda wobec tego co uczynili ze swego urzędu. Należy także przestrzec przed biskupami profesorami, przede wszystkim ich samych. Stan biskupi w moim mniemaniu wyklucza dotychczasowy wkład profesora teologii w rozwój swojej dyscypliny. Oczywiście biskup może prowadzić jakieś wykłady, zwłaszcza dla alumnów, ale nie powinien zaniedbywać swych obowiązków stanu poprzez wyjazdy na sympozja, konferencje naukowe, czy pisanie traktatów teologicznych. Jeśli jest w stanie robić to w czasie wolnym  to oczywiście jest to bardzo pożyteczne, ale ja sam i moi koledzy byliśmy głęboko zgorszeni tym, że nasz biskup bardziej zajmuje się  nauką niż swoją własną diecezją. 

Dalej biskup winien jako najwyższy pasterz dokonywać niektórych poświęceń, których ze względu na uroczysty charakter nazywa się konsekracjami.  Do tych szczególnych aktów zalicza się konsekracja olejów świętych, ołtarza, świątyni, ale także poświęcenia kaplic, naczyń i szat liturgicznych, dzwonów, cmentarzy itd. Oczywiście w niektórych przypadkach obecność biskupa nie jest konieczna - w zasadzie tylko poświęcenie oleju krzyżma, świątyni i ołtarza należy bezwzględnie do biskupa. Nie powinno być jednak tak, że biskup poświęca różne świeckie rzeczy - które z natury rzeczy powinny być jedynie pobłogosławione - na przykład szkoły, więzienia itp a zaniedbuje może mniej spektakularnych, ale ważniejszych poświęceń, bo odnoszących się bezpośrednio do służby Bożej. 

Niezastąpioną rolę pełni biskup w święceniu duchownych. Jest jedynym szafarzem wyższych święceń i to wbrew wszelkim heretyckim opniom o których pisałem wcześniej. Prezbiter nigdy nie przekaże nikomu swojej władzy... . Pomimo tego, że w udzielaniu mniejszych święceń może biskupa zastąpić inny kapłan, to powinien ich osobiście udzielać i to nawet w zgromadzeniach zakonnych. W szczególności we własnym seminarium duchownym biskup ordynariusz powinien święcić na wszystkie stopnie swoich kleryków. Jeśli tylko nie przeszkadza temu stan zdrowia powinien to robić osobiście. Bardzo przykre dla nas było, gdy biskup wyręczał się w tym biskupem pomocniczym, albo co gorsza jechał wyświęcić na drugi koniec kraju swojego pociotka, a święcenia kapłańskie swoich przyszłych współpracowników pozostawiał innemu biskupowi. To zadanie święcenia duchowieństwa ściśle związane jest z zaślubinami biskupa z diecezją w której posługuje. Oczywiście biskup nie powinien towarzyszenia swoim klerykom w drodze do kapłaństwa ograniczać wyłącznie do obecności na święceniach i konferencjach dopuszczeniowych. Dobrą praktyką jest kiedy biskup prowadzi jakieś wykłady dla swoich seminarzystów, odwiedza ich często, poznaje i głosi im Słowo Boże. Myślę, że warto byłoby rozważyć, żeby biskup jeśli seminarium jest w mieście katedralnym po prostu mieszkał w seminarium. Oczywiście to co piszę odnoszę do dobrego i prawego biskupa - ortodoksyjnego, a nie modernisty... . 

Biskup na terenie swojej diecezji w naturalny sposób jest najwyższym ofiarnikiem. Msza Święta sprawowana przez biskupa diecezjalnego ukazuje jedność nie tylko samej diecezji, ale także Kościoła w ogóle. Dlatego też biskup powinien często sprawować publicznie Mszę Świętą - nie tylko z okazji wielkich świąt, ale przynajmniej w każdą niedzielę odprawić sumę katedrze lub innej świątyni na terenie diecezji. Ze względu na swój urząd biskup powinien czuwać nad dyscypliną eucharystyczną. Jak napisałem wyżej osobiście powinien wizytować podległych mu księży i obserwować jak sprawują Najświętszą Ofiarę. Dotyczy to nie tylko posłuszeństwa względem norm Kościoła odnoszących się do samej celebracji, ale także godności szat, paramentów i muzyki liturgicznej towarzyszącej świętym obrzędom. 

Wreszcie biskup ma chrzcić i bierzmować. Dziś szczególnie należy podkreślić polecenie odnoszące się do bierzmowania. O ile katechumenów biskupi stosunkowo chętnie odradzają z wody i z Ducha Świętego, o tyle w przypadku bierzmowania wielu biskupów w sposób zupełnie nieuzasadniony się dyspensuje. Trzeba tym biskupom jasno przypomnieć że są zwyczajnymi szafarzami bierzmowania. Sprawowanie tego sakramentu jest ich największym liturgicznym obowiązkiem zaraz po udzielaniu święceń oraz konsekrowaniu olejów, ołtarzy i świątyń. 

Wielka jest odpowiedzialność biskupa. Nie jest to urząd, którym można jedynie przyozdobić więdnące starością ciało... . Władza w Kościele jest służbą. Niestety ów strategiczny urząd Kościoła gnębi wiele patologii, których będę na tym blogu jeszcze nie raz pisał. Wszystkim biskupom dedykuję surowe upomnienie Chrystusa Pana:  "Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą" Łk 12,48.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 16 maja 2017

Diakonat - zmarnowany charyzmat

Laudetur Iesus Christus!

Wiosna to swoisty sezon na święcenia sakramentalne w nowych seminariach. Warto więc przede wszystkim dla czytających mnie kleryków - czy to tych przygotowujących się do kapłaństwa czy też już wyświęconych diakonów i kapłanów przypomnieć kilka fundamentalnych kwestii dotyczących diakonatu katolickiego. Diakonat jest sakramentalnym stopniem święceń, a więc ustanowił go sam Chrystus Pan. I tu pojawia się pierwszy problem teologiczny. Wielu domorosłych teologów, a nawet i tych "poważnych" z tytułami i powszechnymi uznaniami twierdzi iż diakonat ustanowili apostołowie. Trzeba więc rozróżnić dwie rzeczy - podstawę biblijną, która rzeczywiście znajduje się w Dziejach Apostolskich i dogmat, który orzeka iż diakonat jest sakrament,  a każdy sakrament ustanowił sam Chrystus Pan. Poczytajmy co jest napisane o diakonacie w Dziejach Apostolskich: "Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa. Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce." (Dz 6, 1-6). Oczywiście nie rozstrzygam w jaki sposób Jezus Chrystus ustanowił diakonat - czy poprzez bezpośrednie polecenie dane apostołom, które nie zachowało się w Ewangeliach kanonicznych, czy też poprzez natchnienie Ducha Świętego dane apostołom - nie mniej fakt, że diakonat jest stopniem sakramentalnym oznacza iż Kościół nie ma prawa zmieniać znaczenia ani znosić tego święcenia. 

Materią święceń diakońskich jest jak czytamy w Dziejach Apostolskich włożenie rąk, natomiast formą jest jedno zdanie z modlitwy konsekracyjnej wypowiadanej przez biskupa. Obecnie zdanie to w liturgii rzymskiej brzmi: "Prosimy Cię, Panie, ześlij na nich Ducha Świętego, aby ich umocnił siedmiorakim darem Twojej łaski do wiernego pełnienia dzieła posługi." Zatem diakonat jest święceniem dającym specjalny charyzmat do pełnienia posługi w imieniu Pana Jezusa Chrystusa. Gdyby w Ewangelii szukać miejsca w którym Pan Jezus Chrystus przekazuje uczniom ów charyzmat to sądzę, że byłby to obrzęd umycia nóg. I rzeczywiście w pierwszych wiekach zadaniem diakonów była głównie troska o dzieło miłości Kościoła. Oczywiście diakon służył także przy ołtarzu i miał swoje specjalne zadania podczas Mszy Świętej, polegające głównie na przygotowaniu materii przeistoczenia czyli wlewania wina i wody do kielicha oraz bezpośredniej pomocy w sprawowaniu Mszy Świętej. Diakon jeśli nauczał to czynił to w sposób wyjątkowy, i tylko wtedy kiedy zostało mu to zlecone, nigdy zaś na Mszy Świętej w obecności biskupa, czy kapłana. Ewangeliarz, który otrzymywał i otrzymuje diakon oznacza władzę czytania Ewangelii i przyjęcie charyzmatu miłości, nie zaś specjalne polecenie do nauczania. Jak bowiem czytamy w Dziejach Apostolskich, diakoni zostali ustanowieni po to by apostołowie mogli poświęcić się służbie głoszenia wiary. Sytuacja w której diakon stale zastępuje kapłana w głoszeniu kazania czy innych nauk, a nie wykonuje właściwych sobie zadań służebnych jest pierwszym i najbardziej widocznym wypaczeniem nauki Pisma Świętego o tym stopniu święceń. 

Kolejnym aspektem nadużyć w kwestii diakonatu są kwestie celebracji liturgicznych sprawowanych przez diakona. Dziś normą jest, że gdy diakon jest na parafii to chrzci i asystuje przy małżeństwach oraz odprawia pogrzeby. Oczywiście wszystko to diakon robić może, jednak nie jest to jego głównym zadaniem i gdy jest dostępny kapłan to on sam powinien chrzcić i błogosławić małżeństwa. Diakon bowiem nie ma zastępować prezbitera czy biskupa ale pomagać im głównie prowadząc dzieła, którymi tamci ze względu na ich obowiązki stanu nie są w stanie się poświęcić. 

Bardzo poważnym deliktem kanonicznym jest zlecanie diakonowi dokonywania poświęceń. Jest to bowiem bardziej akt władzy rządzenia, a nie uświęcania. O ile diakon może błogosławić rzeczy i osoby, o tyle nie jest zdolny poświęcić czegokolwiek - wynika to z samej natury tego aktu. Poświęcenie jest aktem władzy rządzenia i polega na przeniesieniu rzeczy lub osoby do służby Bożej. To wymaga charyzmatu kierowania Kościołem który posiadają tylko biskupi i w pewnym stopniu także prezbiterzy. Wszystkie rzeczy poświęcone przez diakona, są zatem poświęcone nieważnie, bowiem diakon wraz ze swoimi święceniami nie otrzymuje żadnej władzy rządzenia w Kościele.

Po co zatem jest diakonat i czy jest potrzebny jako odrębny stan? Kościół wypełniając swoją misję uświęcania i nauczania narodów jest obowiązany także do dawania świadectwa, które w dużej mierze wyraża się poprzez działalność charytatywną - do takich dzieł powinni być delegowani właśnie diakoni. Szczególną rolę owo dzieło charytatywne pełni wśród pogan, gdzie jak wiadomo poza spaleniem chaty szamana, czyli wyplenianiem wiarołomnej religii należy budować studnię, szkołę i szpital - tak aby ewangelizowani wiedzieli, że Królestwo Boże, chociaż nie jest z tego świata, to jednak na ten świat mocno oddziałuje i warto jest się mu poddać tak ze względów wiecznych jak i doczesnych. Tak więc na pewno wielu świeckich misjonarzy płci męskiej mogłoby i powinno przyjąć święcenia diakonatu wyruszając na misje. Kwestie stałego diakonatu w diecezjach niemisyjnych powinni rozważać poszczególni biskupi, w żadnym zaś razie konferencje episkopatów! Należy się tu kierować rzeczywistą potrzebą, a nie modą... . 

Oczywiście diakonat to także etap formacji do święceń kapłańskich. Moment święceń diakonatu i odpowiedniego jego przeżycia zdaje się być moim zdaniem kluczowy dla dalszej posługi kapłańskiej kleryka. Przede wszystkim w nowych seminariach jest to moment ostatecznej decyzji poświęcenia się na wyłączną służbę Bożą - wtedy też przyrzeka się posłuszeństwo biskupowi lub przełożonemu zakonnemu, celibat oraz modlitwę brewiarzową. W powszechnym języku na kleryka po diakonacie mówi się per ksiądz, chociaż jest to niesamowite nadużycie, a niestety w ślad za językiem idzie także rozumienie roli diakonatu przechodniego. Diakon nie jest księdzem - nie ma władzy epikletycznej, czyli nie może skutecznie w sakramentach przywołać Ducha Świętego oraz nie posiada charyzmatu władzy rządzenia, więc nie może sprawować Mszy Świętej, spowiadać, czy namaszczać chorych. Okres diakonatu bywa czasem ostatecznej próby i praktyki pastoralnej. Sądzę iż duszpasterstwa nie powinno się uprawiać na próbę. Sytuacja jest trochę podobna jak w przypadku relacji narzeczeństwa do małżeństwa - ta sama miłość musi być okazywana w różny sposób, aby w obu stanach była prawdziwa. To nie oznacza, że diakon nie ma wcale odprawiać nabożeństw, czy głosić kazań. Ale przyznajcie drodzy księża, że mając diakona jest pokusa aby wykorzystać go do wszystkiego co się da pod płaszczykiem przygotowania go do przyszłych zadań. Tymczasem diakonat powinien być czasem realizowania charyzmatu miłości - jest to ostatni moment na realizację formacji ludzkiej, która oznacza w życiu kapłańskim zdolność poświęcenia siebie w służbie Bogu. Diakon powinien więc wykonywać rozmaite dzieła miłości takie jak nawiedzanie chorych, ubogich, zaangażowanie w dzieła Caritas czy też działalność w ośrodkach wychowawczych. W tym czasie kleryk powinien wykształcić w sobie zdolność do bycia w całości obrazem Chrystusa sługi, a więc nie od do, ale przez cały czas. Jest to dobry moment aby zintegrować działalność charytatywną z życiem duchowym tak aby odpowiednio ustawić przyszłego księdza na realizację dzieł o charakterze społecznym w odpowiedniej proporcji do praktyki życia duchowego - wielu księży upada, bo idzie w działalność prospołeczną zaniedbując praktykę wiary, która w kapłaństwie musi być dużo bardziej intensywna niż w życiu świeckim! Osobiście dziękuję Bogu, że w seminarium spotkałem kilku prawdziwych diakonów - obecnie kapłanów, którzy dobrze pokazali mi jak ten czas realizować i dziś są kapłanami na drodze do świętości. 

Nowe seminaria popełniają także kilka mniejszych grzechów związanych z diakonatem. Pierwszy z nich to trzymanie wyświęconych diakonów w seminarium prawie do samych święceń kapłańskich. Dokumenty jasno mówią, że na diakona powinno się święcić kleryka, który zasadniczy tok studiów ma już ukończony - a więc powinien mieć przynajmniej złożoną, jeśli nie obronioną pracę magisterską. W moim macierzystym seminarium diakoni zamiast oddawać się zadaniom im właściwym pisali po nocach swoje prace dyplomowe, co niweczyło sens udzielania im święceń diakońskich na rok przed kapłańskimi. Miejscem diakona nie jest już seminarium czy uczelnia, ale żywe środowiska Kościoła w których diakon może realizować swoje powołanie. W niektórych seminariach diakoni są traktowani jako drudzy po moderatorach. Oczywiście hierarchicznie jest to prawda, jednak przejście do grona diakonów nie oznacza, że należy im się jakieś szczególne uwielbienie ze strony młodszych kleryków, czy alumnów. Powinni diakoni traktować młodszych kolegów jako pierwszy krąg osób do których są powołani aby realizować posługę miłości, a więc pomagać im w nauce, wdrażaniu się w praktyki ascetyczne czy duszpasterskie. Na szczęście w moim seminarium diakoni nie byli otaczani nimbem doskonałości. Jeśli z jakichś powodów nie da się zmienić toku studiów tak aby diakoni opuścili seminarium to poważnym mankamentem formacyjnym jest oddzielanie diakonów od wspólnoty i zaniechanie wykonywania przez nich zwykłych oficjów - właśnie w nich klerycy ćwiczą się w realizowaniu powołania do bycia Chrystusem sługą. Niestety są seminaria, w których zdarzają się odejścia diakonów. Takie sytuacje należy rozpatrywać na równi z odejściami kapłańskimi. Bezpośrednią odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą przełożeni seminaryjni, którzy po takim incydencie powinni bardzo poważnie przemyśleć program wychowawczy a w przypadku kolejnych takich sytuacji ich przełożony powinien niezwłocznie podjąć decyzję o zmianie kadry w seminarium. Odejście diakona z seminarium to nie tylko rana zadana Kościołowi, ale także wielkie niebezpieczeństwo dla samego diakona, który łamiąc przyrzeczenie dane Bogu znajduje się w stanie grzechu śmiertelnego. Niestety w moim seminarium rokrocznie doświadczaliśmy odejścia diakona - także z mojego roku odszedł jeden brat. Przerażeniem ogarnęła mnie relacja kolegi kursowego, który powiedział iż biskup wobec całego seminarium stwierdził iż diakon ten "inaczej" postanowił realizować swoje powołanie. Taki biskup powinien niezwłocznie zostać usunięty, a seminarium rozwiązane - przede wszystkim dla dobra kleryków, którzy nie są formowani do wieczystego poświęcenia się Bogu, a przyjmują na siebie tak poważne zobowiązanie. Formacja w takim seminarium to wielkie zagrożenie duchowe dla kandydatów do kapłaństwa!

W Kościele rozgorzała dyskusja na temat diakonatu kobiet. Jeśli ów diakonat kobiet miałby być symulacją święceń diakonatu to wyklęty kleryk za świętą Tradycją Kościoła wyraża swoje non possumus. Apostołowie wybrali siedmiu diakonów Kościoła i nie było tam żadnej kobiety. Ceniony przeze mnie portal Polonia Christiana w rzeczonej dyskusji powołuje się na stanowisko Jana Pawła II, który w Liście Apostolskim Ordinatio Sacerdotalis naucza: "Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne." Słowa te odnoszą się jednak do święceń kapłańskich, których ani pierwszym ani jakimkolwiek stopniem nie jest diakonat wbrew temu co się powszechnie mówi. Niestety w dokument jak widać wkradła się nieścisłość skutecznie wykorzystywana przez wrogów Kościoła. Dokument ten jest więc nieprzydatny w walce z poglądem o możliwości udzielania święceń diakonatu kobietom. Podstawą dyskusji powinny być orzeczenia soboru trydenckiego o tym, że episkopat, prezbiterat i diakonat stanowią sakramentalne stopnie święceń, a jeśli jest to sakrament i to ustanowiony przez Chrystusa Pana, to Kościół nie ma nad nim władzy i powinien go udzielać w taki sposób jak to jest określone w Piśmie Świętym, gdzie nie ma wzmianki o święceniach kobiet. 

Podobnie jak w przypadku święceń niższych, diakonat wyciska na duszy święconego charakter  i usposabia oraz zobowiązuje do realizacji szczególnych charyzmatów także wtedy kiedy kleryk przyjmuje kolejne święcenia. Diakonem jest także prezbiter i biskup - niestety wielu z nich o tym zapomina i tym samym łamie przyrzeczenia dane Bogu. Działanie w imieniu Chrystusa głowy nie zwalnia od działania w imieniu Chrystusa sługi. W służbie kapłańskiej oznacza to choćby elementarną ludzką życzliwość, dostępność i łagodność rozumianą bardziej jako powściągliwość wobec rodzących się w sercu odczuć aniżeli pobłażliwość i niemiłosiernie szafowanie sakramentami wobec ludzi niegodnych. Kapłan który dobrze realizuje charyzmat diakoński nie zamknie przed nosem wiernego drzwi kancelarii, odprawi wiernego niegodnego przyjęcia sakramentów w sposób chrześcijański, zawsze okazując mu troskę, choć także stanowczość, udzieli wsparcia materialnego osobom rzeczywiście tego potrzebującym, nie będzie uchylał się od prostych zajęć życia codziennego o ile tylko nie przeszkadzają w wypełnianiu obowiązków stanu. Przyznajmy sami przed sobą, że bufonada spowodowana pychą środowiska kapłańskiego jest przyczyną wielu cichych i głośnych odejść z Kościoła, a każde takie odejście oznacza kolejną duszą bezpośrednio zagrożoną karą piekła ognistego. Również sam Chrystus Pan przestrzega swoich uczniów - czyli przede wszystkim duchowieństwo: "Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza" (Mt 18,6)


Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk