Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alumn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alumn. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lipca 2018

Ludzie w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Nadeszły wakacje, a wraz z nimi przerwa seminarzystów w nauce bądź bezpośrednie przygotowanie do (de)formacji nowego narybku. Wobec tego tematy na blogu znów będą bardziej seminaryjne - w tym roku zamierzam scharakteryzować osoby i urzędy związane z seminarium duchownym. Dla całkowitych ignorantów przedstawię co dane osoby mają do wypełnienia, a samym omawianym może przypomnę po co są w seminarium i jak często zaniedbują swoje obowiązki lub wręcz sprzeniewierzają się podjętym urzędom.

Z mojego doświadczenia wynika iż to właśnie ludzie stanowią największy problem w seminarium. Z jednej strony alumni którzy pochodzą z często niereligijnych środowisk i mający za sobą doświadczenia rozbitych rodzin, czasem nieudanych związków etc a z drugiej strony przełożeni, którzy wyszli z niewiele lepszych środowisk, obarczeni brzemieniem ludzkich ułomności, zawiedzeni własnym kapłaństwem, często sami źle uformowani. Sytuacja bardzo często przypomina tą z bajki Ignacego Krasickiego gdy ślepy prowadzi kulawego.

Problemy związane z ludźmi w formacji seminaryjnej można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą są przyczyny natury osobowościowej. Myliłby się ten, kto by twierdził iż jest to wina tylko rodzin i środowisk z których wywodzą się seminarzyści. Mało kto zwraca uwagę że wychowuje także sama posługa duszpasterska, a zwłaszcza pierwsza parafia. Mamy więc wielu duchownych zakompleksionych, stetryczałych, nieempatycznych i słowo wytrych: niedojrzałych. Niestety zwłaszcza to ostatnie słowo jest zwykle źle zrozumiane i stanowi coś w rodzaju pałki do okładania tych, którzy są niemile widziani przez system deformacyjny. Drugą przyczyną są błędy formacyjne już to na poziomie rodzinnym czy szkolnym, albo seminaryjnym jeśli chodzi o samych (de)formatorów. Chodzi mi głównie o to, że wiele wspólnot seminaryjnych boryka się z brakiem spójności w celach... . Zabrzmi to może zbyt surowo, ale zadam to pytanie parafrazując Ewangelię: "Czy Syn Człowieczy gdy przyjdzie (przychodzi) do seminarium, to czy znajdzie wiarę?" Takiego stopnia praktykowania niewiary jak właśnie w seminarium nigdzie indziej nie widziałem. (De)formatorzy mówią o właściwej intencji, tymczasem oni sami często ją zagubili. Bo można mieć naprawdę gorące i pobożne serce w dniu święceń, a potem przez pokusy życia, różnego rodzaju rozczarowania po prostu popaść w tragiczny koniunkturalizm i stracić wszelką wiarę, wykonując tylko zawód duchownego.

Za murami seminariów dochodzi więc do wielu ludzkich tragedii. "Ludzie ludziom zgotowali ten los..." Dochodzi do wielkich krzywd i zranień. Struktura zamknięcia powoduje że często jedni szczują się na drugich, że szuka się kozła ofiarnego. Nie zawsze jest on znajdowany wśród kleryków. Byłem świadkiem kiedy takim kozłem był...ojciec duchowny. Do tego okrutne zachowania spotykały go także ze strony "współbraci" kapłanów. Nie jest tajemnicą, że w seminarium zdarzają się samobójstwa - dochodzi do nich relatywnie rzadko, raz na kilka lat, jednak mają one miejsce. I oczywiście można wszystko cedować na chorobę psychiczną, ale ta nie powstaje w próżni, a nawet jeśli zrodziła się poza środowiskiem seminaryjnym, to właśnie za murami seminaryjnymi uległa wzmocnieniu prowadząc do aktu samobójstwa.

Największym bólem napawały mnie nawet nie ludzkie przywary, ale zwykła moralna niekompetentność niektórych seminarzystów czy nawet przełożonych. Hasło, że trzeba być najpierw człowiekiem, a potem kapłanem nie może odnosić się do konieczności uświatowienia kandydata do kapłaństwa Tymczasem w nowych seminariach wymiar ludzki spełnia się nie poprzez ludzką prawość, cnotliwość, ortopraksję lecz poprzez "wyjście do ludzi" w takim entourage'u w jakim świat sobie tego życzy. W praktyce ludzkimi są ci klerycy którzy kopią piłkę, prowadzą bujne życie towarzyskie, odstawiają liturgiczny teatr. Nikt nie sprawdza rzetelnie ich kwalifikacji moralnych. To niszczy prawdziwe powołania, a promuje duchowną tandetę... .

Wobec w kolejnych wpisach przedstawię rolę biskupa, rektora, prefekta, prokuratora, ojcach duchownego, dziekana alumnów oraz seniorów, wreszcie także socjusza i braci kursowej. Wpisy będę dokonywał w oparciu o własne doświadczenie oraz Waszą korespondencję i rozmowy na komunikatorach z zachowaniem jednak koniecznej jak zawsze dyskrecji.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 8 września 2017

Tytulatura kościelna i problem godności honorowych

Laudetur Iesus Christus!

O pokusach duchowieństwach mówi się często w następującej triadzie: kobiety, monety, fiolety. Następstwo tychże nie jest przypadkowe. Młody kapłan będący jeszcze w pełni sił fizycznych, nierzadko atrakcyjny łatwo może ulec uwiedzeniu przez kobietę. Gdy czas bycia przystojnym przemija nadchodzi pragnienie usytuowania materialnego, w końcu na starość potrzeba bycia uznanym. Owe fiolety to właśnie pogoń za tytułami, głównie honorowymi, bo na rzeczywiste starość już zwykle nie pozwala. Zatem ktoś kto bardzo chciał zostać biskupem ucieszy się z każdego fioletowego dodatku do sutanny i tak pełno mamy różnej maści radców duchownych, kanoników takich czy owakich oraz prałatów różnych stopni i w końcu tak zwanych infułatów, chociaż ci ostatni przestali właściwie istnieć niedługo po Vaticanum II. Co ciekawe triada pokus nie zawsze występuje w tej kolejności, chociaż zwykle tak jest. Niestety obserwuję i młodych karierowiczów. Jeden z naszych wykładowców został prałatem w dość młodym wieku - wielu kleryków żartowało że powodem było doprowadzenie naszej seminaryjnej drużyny piłkarskiej do mistrzostwa. W rzeczywistości wyniki naukowe ma mierne, dydaktykiem jest słabym, ale za to przynosi diecezji duże dochody właśnie dzięki sportowi. I tutaj zasadza się rzeczywistość nadawania tytułów honorowych w Polsce. Bardzo często są one po prostu kupowane - kanonikiem, prałatem czy infułatem zostaje się ze względu na to że wyremontuje się zabytkowy kościół czy klasztor, wzniesie się jakąś intratną placówkę lub założy dochodowe dzieło. A w pierwotnych założeniach tytuły honorowe miały być zarezerwowane dla szczególnie zasłużonych kapłanów. Są diecezje w których tytulatura osiąga szczyty hipokryzji. Rzadko wytykam palcem, ale w tym momencie nie sposób nie wskazać diecezji świdnickiej - aż 2/3 kleru jest obdarzona jakimś fioletem do sutanny. Dochodzi do tego, że brak takiego elementu przy ponad 10-letniej posłudze w tej diecezji uchodzi za rodzaj napiętnowania. Należy wreszcie skończyć z tym wyróżnianiem na podstawie zasług czysto fiskalnych. Wobec tego popieram decyzję Franciszka o pozostawieniu tylko jednego stopnia prałackiego dostępnego dla zasłużonych kapłanów po 60-roku życia. Niestety przekora duchowieństwa radzi sobie i w takiej sytuacji - zawsze pozostają tytuły radcy duchownego, kapituły kanoników itp. Biskupi zresztą potrafią tworzyć własny system wyróżnień. 

Problem fioletowej pokusy zaczyna się już w seminarium. Dysproporcja pomiędzy traktowaniem alumna na jego parafii, a w seminarium często jest tak duża że prowadzi to do poważnego uszczerbku na jego duchowości, a czasem i psychice. Na parafiach klerycy całowani są czasem dosłownie po rękach, a w seminarium traktowani jak podludzie. Jak wobec tego ma nie dochodzić do wypaczeń? Wielu seminarzystów okres formacji próbuję więc przetrwać łudząc się niedoszłym prestiżem. Tymczasem po święceniach zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Lud wierny często bywa niewdzięczny, a pojawiające się głosy krytyki, nierzadko bardziej krytykanckie niż konstruktywne są cierniami na duszpasterskiej drodze kapłana. Przy tych doświadczeniach młody kapłan często albo rzuca sutanną, albo staje się gburem, albo otacza szańcem swoich wyznawców tworząc swoiste getto. 

Wystarczy zastanowić się jak zwracamy się do owych kandydatów do kapłaństwa. Tytuł "czcigodny kleryk" jest farsą. Po pierwsze godny czci jest tylko Bóg, a jeśli już używamy tego zwrotu to róbmy to we właściwym odniesieniu, a więc do prałatów, biskupów i kardynałów. Nawet zwykłemu księdzu tytuł ten nie przystoi. Mamy w naszym polskim języku piękne słowo wielebny, jeśli już koniecznie coś chcemy do owego kleryka czy kapłana dodawać. Nie nazywajmy też seminarzysty księdzem i to nawet jeśli jest diakonem. Zwrot: "proszę kleryka", czy "proszę diakona" jest także grzecznościowy, w ostateczności można użyć: "wielebny kleryku" lub "wielebny diakonie" chociaż i to zatrąca sztuczną pompatycznością. Innym problem jest stosowanie już w seminarium przedrostka do nazwiska. Podpisują się więc ci nasi seminarzyści al. czyli alumn albo kl. czyli kleryk - z tym należy walczyć. W przyszłości będzie ks. kapelan jego Świątobliwości dr hab XYZ prof. KUL - a spróbuj pominąć cokolwiek z tego sznura pychy! W ten sposób wychowujemy próżnych kapłanów - zwracajmy więc na to uwagę mając kontakt już z alumnami. 

Z drugiej strony wierni często nie wiedzą jak się właściwie odezwać zwłaszcza w odniesieniu do wyższej hierarchii. O ile w mniej formalnych sytuacjach sformułowanie: "księże proboszczu" może jeszcze ujść, o tyle w odniesieniu do biskupa czy kardynała jest już nieodpowiednie. W najlepszym tonie jest więc: "proszę księdza proboszcza" oraz stosowanie 3 osoby liczby pojedynczej np.: "Czy mógłby ksiądz proboszcz..." itd. Jeśli chodzi o prałatów, opatów, biskupów i kardynałów to jeśli zwracamy się w piśmie oficjalnym  lub mówimy do nich gdy są ubrani w strój chórowy (sutanna z pasem, komża lub rokieta, mucet) zawsze wystarczy "Czcigodny księże prałacie/biskupie/kardynale". Dodatkowo uroczysty sposób zwracania się w przypadku opatów, biskupów i kardynałów obowiązuje gdy odziani są w szaty pontyfikalne, a więc mitrę i pastorał. W odniesieniu do biskupa zamiast sformułowania: "Czcigodny księże biskupie" można użyć bardziej pasującego "Wasza ekscelencjo", natomiast w odniesieniu do kardynała "Wasza eminencjo" - wtedy tytuł "czcigodny" nie jest już konieczny, a nawet jest zbędny. "Jego ekscelencja" lub "Jego eminencja" jest też lepszym utytułowaniem niż "Czcigodny biskup" lub "Czcigodny kardynał" w przypadku wszelkich form pisanych. Pewnym problemem może być tytułowanie księży rektorów. Uroczysta forma: "Wasza magnificencjo" zastosować można tylko wtedy kiedy mówimy do rektora seminarium bądź uczelni katolickiej. W przypadku rektora jakiejś świątyni takie utytułowani narazi nas na śmieszność. Trzeba pamiętać, że ks. rektor nie zawsze oznacza rektora seminarium. Ten akapit napisałem głównie z myślą o słabo zorientowanych w temacie. Nie roszczę sobie miana znawcy kościelnego savoir-vivre - to tylko taka podstawówka. Zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury, ale jednocześnie ostrzegam, bo w wielu popularnych podręcznikach można się natknąć na błędy związane z nieznajomością kościelnego środowiska. 

Problem tytułowania duchowieństwa może wydawać się błahy, jednak po gruntownym przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że chyba nigdzie w rzeczywistości kościelnej aż tak wyraźnie nie zderza się przesyt z niedomiarem. Z jednej strony bardzo pompatyczne i wyszukane tytuły ubogacające długą liturgię uścisków i utrzymujące pysznych w swojej wadzie, z drugiej strony rzesze świeckich nie potrafiących poradzić sobie w elementarnych kontaktach z klerem. Mam nadzieję że ten wpis pysznym da asumpt do przemyśleń, a nieumiejętnych choć trochę poduczy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 sierpnia 2017

Dlaczego mamy takich duszpasterzy? - deformacja pastoralna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na omówienie czwartego i ostatniego wedle współczesnych dokumentów wymiaru formacji kandydatów do kapłaństwa. Nie bez przesady można powiedzieć, że właśnie w tym aspekcie kumulują się błędy wszystkich wcześniej omówionych. Mówi się, że współczesny kleryk zakonny po to odbywa nowicjat aby zniszczona została w nim pobożność, studia filozoficzne by zdegradować rozumność, a nauka teologii by unicestwić wiarę. W ten sposób wychowuje się kapłana niepobożnego, bezmyślnego i w dodatku niewierzącego. Jeśli na to nałożymy mówiąc językiem współczesnych dokumentów tak zwaną syntezę pastoralną to otrzymamy typowego najemnika w Winnicy Pańskiej. 

Podstawowym problemem w tak zwanej formacji pastoralnej kleryków jest zmiana paradygmatu duszpasterskiego. Przez wieki duszpasterstwo rozumiano dosłownie, jako pasterzowanie duszami - prowadzenie ich ku zbawieniu. A więc istniał paradygmat: salus animarum. Od kilkudziesięciu lat sytuacja ulega zmianie. Dzisiaj duszpasterstwo pojmuje się humanistycznie, a polega ono na takim oddziaływaniu na wiernych, aby byli dobrymi ludźmi. Mamy więc obecnie paradygmat humanistyczny. Cel duszpasterstwa zaczyna być tożsamy z tym jak funkcję wiary w społeczeństwie pojmowała religiologia, zwana przez prawowiernych katolików czerwoną refleksją o Bogu - nauka ta powstała na gruncie marksistowskim i jest dziś wykładana w każdym nowym seminarium. Paradygmat "dobrego człowieka" jest rezultatem zamiany formacji moralnej na ludzką oraz odrzucenia w formacji intelektualnej rzetelnego studium klasycznej teologii i pozbawienia formacji duchowej nadprzyrodzonej motywacji wynikającej z misyjnego nakazu Pana Jezusa Chrystusa. 

Zanik formacji moralnej i wprowadzenie w jej miejsce formacji ludzkiej spowodowało humanizację całego procesu urabiania kleryków. Teraz już nie wierność Panu Bogu, ale ideałowi człowieka staje się w praktyce naczelną zasadą pracy nad sobą. Więcej się mówi zatem o tym, że kleryk ma być dojrzałym człowiekiem niż cnotliwym i świętym chrześcijaninem.  Naturalnie 6 lat deformacji w tym względzie odciska swoje piętno, a rezultatem są kazania mówiące więcej o psychologii niż o duchowości. Dzisiejsze nauczanie bardziej odpowiada na pytanie jak żyć docześnie, aniżeli jak wzrastać do doskonałości dla życia wiecznego. Przy tym często współcześni duszpasterze bawią się w psychologów, czym szkodzą podwójnie - raz dlatego że zaniedbują właściwą dla siebie misję, a dwa że nie mają ku temu kompetencji. 

Studium klasycznej teologii daje odtrutkę na instrumentalne traktowanie religii przez różne systemy filozoficzno-polityczne. Kapłan który zna dobrze Objawienie Boże, wie że do zbawienia potrzebna jest zarówno wiara, jak i uczynki. Jeśli został ukształtowany przez rzetelne studium teologii moralnej to umie właściwie zrównoważyć w swoim życiu oba te faktory zbawienia. W konsekwencji nie wpada ani w fanatyczny fideizm, który zwykle kończy się faryzejską obłudą, ani w praktykowanie niewiary. Ten drugi błąd zdarza się dużo częściej. Ile mamy kapłanów, którzy prowadzą piękne dzieła charytatywne poświęcając im tyle czasu, że brakuje im na życie duchowe? Ten błąd aktywizmu jest przez dzisiejszy świat pochwalany zgodnie z instrumentalnym traktowaniem Kościoła i wiary jako narzędzia charytatywnego. Bardzo często kapłani aktywiści z niezrozumiałych dla pospołu przyczyn porzucają kapłaństwo. W końcu aby prowadzić takie dzieła nie potrzeba święceń, wyrzeczeń, ślubów, celibatu... . Brak wiedzy lub fałszywa wiedza prowadzi do błędnego działania. Wielu dzisiejszych kapłanów nie potrafi powiedzieć dlaczego dali się wyświęcić. Po 6 latach z gardeł wielu młodych kapłanów wydobywa się anty-świadectwo. Wchodząc do seminarium i pisząc w podaniu że chcą służyć Bogu i Kościołowi wyrazili więcej niż w okrągłych zdaniach wypowiadanych w kazaniach-świadectwach, czy wywiadach do lokalnych gazet... . Jak ksiądz który nie wie po co nim jest, ma właściwie prowadzić duszpasterstwo?

Wreszcie jeśli w formacji duchowej kleryk nie przylgnie w sposób nadprzyrodzony do swojej misji to nie odda się jej w całości. Złamana konwencja czynu-nagrody powoduje że poświęcenie się dla czegokolwiek traci sens. W tradycyjnym seminarium kleryk rozumie, że jeśli ma powołanie, to jego obowiązkiem jest wiernie je wypełnić, a nagrodą jest zbawienie wieczne. Dzisiaj aspekt powołania ubiera się w bliżej nieokreśloną relację z Bogiem, opartą na dobrowolności, notabene takiej samej jak wybór religii. Wobec tego celem duszpasterstwa przestaje być zbawienie dusz - w końcu zbawić się można zdaniem modernistów w każdej religii. Duszpasterstwo prowadzi się po to by zjednoczyć ludzi z Bogiem czy uczynić ich lepszymi - podobnych farmazonów słyszałem zresztą wiele. 

Skoro celem kapłana wobec Kościoła nie jest już zbawienie dusz to wszelka akcja prawdziwie duszpasterska z definicji traci sens. Czasem w swojej szczerości deformatorzy seminaryjni wyznawali, że wszelka działalność mająca kogoś nawrócić jest wyrazem prozelityzmu, a to słowo jest dziś w Kościele postrzegane bardzo negatywnie. Zatem mamy duszpasterstwo humanistyczne - zorientowane na cel doczesny, a nie wieczny. Tyle w kwestii podstaw teoretycznych tak zwanej formacji pastoralnej.

Sięgnięcie do samej praktyki formowania pastoralnego kleryków odsłania kolejne Himalaje problemów. Przede wszystkim system seminaryjny podaje swoim uczniom niereprezentatywne przykłady duszpasterstwa. Dlaczego tak jest - nie umiem odpowiedzieć... . Efektem tych działań jest wyrobienie w kleryku nierealnego projektu swojego przyszłego kapłaństwa, a co za tym idzie często bardzo szybkie wykolejenie. Alumnom pokazuje się głównie tak zwane duszpasterstwa specjalistyczne, w których pracują nieliczni kapłani i do tego zwykle nie od początku swojej posługi. Życie w seminarium i życie na parafii to dwie różne rzeczywistości, także doświadczenia wyniesione z własnej parafii często nie są właściwe dla przyszłego życia, zwłaszcza, że seminarzysta poznaje rzeczywistość z niewłaściwej strony ołtarza. Jeśli więc klerykom od pierwszego roku pokazuje się szpitale, hospicja, więzienia, ośrodki opiekuńcze, mass media itd to wyrabia się w nich fikcyjny pogląd przyszłości. Dzieje się to zwłaszcza jeśli zaniedbuje się prawdziwą praktykę pastoralną polegającą na podjęciu części obowiązków zgodnych z przyjętymi posługami/święceniami na zwykłej parafii. Niewiele seminariów przed święceniami diakonatu oferuje taką możliwość, a jeśli tak jest to zwykle nie po to aby dać samemu klerykowi możliwość weryfikacji powołania, ale aby go przetestować. Seminaria chwalą się na swoich witrynach systemem różnorodnych praktyk pastoralnych - są to zwykle duszpasterstwa specjalistyczne, w których klerycy realizują krótkie akcje duszpasterskie w ramach swoich wakacji. Często w trakcie tych "praktyk" obligowani są do wypełniania zadań do których nie są przygotowani już to z tytułu braku wiedzy lub też nie posiadając odpowiednich charyzmatów urzędowych. Jak można alumnowi, który ukończył pierwszy rok zlecać prowadzenie katechez, konferencji czy animowania grup apostolskich, skoro nie zaczął on nawet na dobre studiów teologicznych? Albo czemu zleca się alumnom pod pozorem świadectw głoszenie kazań do których nie mają prawa lub rozdawania Komunii Świętej skoro nie są nawet akolitami? To wszystko nie tylko uczy relatywizmu względem prawa kościelnego, ale także wyciska złe piętno na przyszłych kapłanach, często bowiem nie są oni duchowo przygotowani do podjęcia tych obowiązków. Trzeba jasno powiedzieć, że pierwsze praktyki pastoralne sens mają dopiero po zakończeniu III roku i przyjęciu stroju duchownego oraz lektoratu. W ogóle należałoby zamiast tworzyć huraoptymistyczne projekty praktyk pastoralnych zaufać Kościołowi i dać klerykom możliwość w pełni realizować otrzymane posługi/święcenia. Po to Kościół zachował je na przestrzeni wieków, aby kandydaci do świętej służby stopniowo nabywali cnót do podejmowania coraz bardziej odpowiedzialnych zadań. 

Klerycy w ramach rozeznawania swojego powołania jeszcze przed przyjęciem diakonatu powinni mieć wpisaną w studia dłuższą praktykę pastoralną uwzględnioną w rytmie życia seminaryjnego, tak aby przynajmniej przez kwartał móc poznać rzeczywistość życia na plebanii i podejmowania trudów kapłańskiego życia. W ten sposób można byłoby uniknąć wielu rozczarowań po święceniach. Trzeba stwierdzić, że praktyki takie byłyby bardziej dla samych kleryków niż przełożonych. Duszpasterstwo od strony technicznej nie jest trudne i da się do niego przyuczyć nawet niezbyt rozgarniętego kleryka - nie znam księdza, który zupełnie nie radziłby sobie ze sprawowaniem liturgii czy nauczaniem, w ostateczności kazanie czyta z kartki. Problemem jest za to własna projekcja życia kandydata do kapłaństwa i zderzenie z rzeczywistością. Podczas takiej posługi kleryk musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy po tych 3-4 latach jego postrzeganie służby kapłańskiej odpowiada rzeczywistości i czy chce się temu poświęcić na całe życie. W końcu głównym sensem życia kapłana jest poświęcenie się Panu Bogu i składanie Mu Najświętszej Ofiary.

Mój ojciec często nazywał seminarium do którego chodziłem wyższym technikum duszpasterskim. W tej satyrze tkwi niestety ziarno prawdy. Przegląd podstawowych wymiarów formacji pokazuje, że celem nowego seminarium jest wyprodukowanie zunifikowanego kapłana posiadającego wykształcenie formalne, znającego i potrafiącego zastosować techniki duszpasterskie oraz nie myślącego zbyt wiele. Jeśli na swojej drodze spotykacie kapłanów niepasujących do nieszczęsnego schematu BMW (bierny, mierny, wierny) to dziękujcie za to Panu Bogu  i samym tym duszpasterzom. Podjęli oni bowiem trud formacji równoległej, a uczynili to dla swojego i waszego zbawienia. Niestety obraz współczesnego kleru jest przykry. Seminaria tworzą armię bezwolnych konformistów niezdolnych do jakiejkolwiek walki z duchem tego świata. Być może ci młodzi ludzie wstępując do nowych seminariów chcieli razem z Panem Jezusem zbawiać świat, ale kąkol modernizmu zasiany w proces ich formacji skutecznie zagłuszył ich szlachetne pragnienia. Módlmy się przeto aby Stolica Apostolska przywróciła sprawdzone metody formacji, a rodzice i kapłani chłopców raczyli posyłać do prawdziwych seminariów. Niech one powstają w wielu krajach, aby każda dusza zaznała prawdziwego duszpasterstwa, zgodnego z paradygmatem salus animarum. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 16 maja 2017

Diakonat - zmarnowany charyzmat

Laudetur Iesus Christus!

Wiosna to swoisty sezon na święcenia sakramentalne w nowych seminariach. Warto więc przede wszystkim dla czytających mnie kleryków - czy to tych przygotowujących się do kapłaństwa czy też już wyświęconych diakonów i kapłanów przypomnieć kilka fundamentalnych kwestii dotyczących diakonatu katolickiego. Diakonat jest sakramentalnym stopniem święceń, a więc ustanowił go sam Chrystus Pan. I tu pojawia się pierwszy problem teologiczny. Wielu domorosłych teologów, a nawet i tych "poważnych" z tytułami i powszechnymi uznaniami twierdzi iż diakonat ustanowili apostołowie. Trzeba więc rozróżnić dwie rzeczy - podstawę biblijną, która rzeczywiście znajduje się w Dziejach Apostolskich i dogmat, który orzeka iż diakonat jest sakrament,  a każdy sakrament ustanowił sam Chrystus Pan. Poczytajmy co jest napisane o diakonacie w Dziejach Apostolskich: "Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa. Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce." (Dz 6, 1-6). Oczywiście nie rozstrzygam w jaki sposób Jezus Chrystus ustanowił diakonat - czy poprzez bezpośrednie polecenie dane apostołom, które nie zachowało się w Ewangeliach kanonicznych, czy też poprzez natchnienie Ducha Świętego dane apostołom - nie mniej fakt, że diakonat jest stopniem sakramentalnym oznacza iż Kościół nie ma prawa zmieniać znaczenia ani znosić tego święcenia. 

Materią święceń diakońskich jest jak czytamy w Dziejach Apostolskich włożenie rąk, natomiast formą jest jedno zdanie z modlitwy konsekracyjnej wypowiadanej przez biskupa. Obecnie zdanie to w liturgii rzymskiej brzmi: "Prosimy Cię, Panie, ześlij na nich Ducha Świętego, aby ich umocnił siedmiorakim darem Twojej łaski do wiernego pełnienia dzieła posługi." Zatem diakonat jest święceniem dającym specjalny charyzmat do pełnienia posługi w imieniu Pana Jezusa Chrystusa. Gdyby w Ewangelii szukać miejsca w którym Pan Jezus Chrystus przekazuje uczniom ów charyzmat to sądzę, że byłby to obrzęd umycia nóg. I rzeczywiście w pierwszych wiekach zadaniem diakonów była głównie troska o dzieło miłości Kościoła. Oczywiście diakon służył także przy ołtarzu i miał swoje specjalne zadania podczas Mszy Świętej, polegające głównie na przygotowaniu materii przeistoczenia czyli wlewania wina i wody do kielicha oraz bezpośredniej pomocy w sprawowaniu Mszy Świętej. Diakon jeśli nauczał to czynił to w sposób wyjątkowy, i tylko wtedy kiedy zostało mu to zlecone, nigdy zaś na Mszy Świętej w obecności biskupa, czy kapłana. Ewangeliarz, który otrzymywał i otrzymuje diakon oznacza władzę czytania Ewangelii i przyjęcie charyzmatu miłości, nie zaś specjalne polecenie do nauczania. Jak bowiem czytamy w Dziejach Apostolskich, diakoni zostali ustanowieni po to by apostołowie mogli poświęcić się służbie głoszenia wiary. Sytuacja w której diakon stale zastępuje kapłana w głoszeniu kazania czy innych nauk, a nie wykonuje właściwych sobie zadań służebnych jest pierwszym i najbardziej widocznym wypaczeniem nauki Pisma Świętego o tym stopniu święceń. 

Kolejnym aspektem nadużyć w kwestii diakonatu są kwestie celebracji liturgicznych sprawowanych przez diakona. Dziś normą jest, że gdy diakon jest na parafii to chrzci i asystuje przy małżeństwach oraz odprawia pogrzeby. Oczywiście wszystko to diakon robić może, jednak nie jest to jego głównym zadaniem i gdy jest dostępny kapłan to on sam powinien chrzcić i błogosławić małżeństwa. Diakon bowiem nie ma zastępować prezbitera czy biskupa ale pomagać im głównie prowadząc dzieła, którymi tamci ze względu na ich obowiązki stanu nie są w stanie się poświęcić. 

Bardzo poważnym deliktem kanonicznym jest zlecanie diakonowi dokonywania poświęceń. Jest to bowiem bardziej akt władzy rządzenia, a nie uświęcania. O ile diakon może błogosławić rzeczy i osoby, o tyle nie jest zdolny poświęcić czegokolwiek - wynika to z samej natury tego aktu. Poświęcenie jest aktem władzy rządzenia i polega na przeniesieniu rzeczy lub osoby do służby Bożej. To wymaga charyzmatu kierowania Kościołem który posiadają tylko biskupi i w pewnym stopniu także prezbiterzy. Wszystkie rzeczy poświęcone przez diakona, są zatem poświęcone nieważnie, bowiem diakon wraz ze swoimi święceniami nie otrzymuje żadnej władzy rządzenia w Kościele.

Po co zatem jest diakonat i czy jest potrzebny jako odrębny stan? Kościół wypełniając swoją misję uświęcania i nauczania narodów jest obowiązany także do dawania świadectwa, które w dużej mierze wyraża się poprzez działalność charytatywną - do takich dzieł powinni być delegowani właśnie diakoni. Szczególną rolę owo dzieło charytatywne pełni wśród pogan, gdzie jak wiadomo poza spaleniem chaty szamana, czyli wyplenianiem wiarołomnej religii należy budować studnię, szkołę i szpital - tak aby ewangelizowani wiedzieli, że Królestwo Boże, chociaż nie jest z tego świata, to jednak na ten świat mocno oddziałuje i warto jest się mu poddać tak ze względów wiecznych jak i doczesnych. Tak więc na pewno wielu świeckich misjonarzy płci męskiej mogłoby i powinno przyjąć święcenia diakonatu wyruszając na misje. Kwestie stałego diakonatu w diecezjach niemisyjnych powinni rozważać poszczególni biskupi, w żadnym zaś razie konferencje episkopatów! Należy się tu kierować rzeczywistą potrzebą, a nie modą... . 

Oczywiście diakonat to także etap formacji do święceń kapłańskich. Moment święceń diakonatu i odpowiedniego jego przeżycia zdaje się być moim zdaniem kluczowy dla dalszej posługi kapłańskiej kleryka. Przede wszystkim w nowych seminariach jest to moment ostatecznej decyzji poświęcenia się na wyłączną służbę Bożą - wtedy też przyrzeka się posłuszeństwo biskupowi lub przełożonemu zakonnemu, celibat oraz modlitwę brewiarzową. W powszechnym języku na kleryka po diakonacie mówi się per ksiądz, chociaż jest to niesamowite nadużycie, a niestety w ślad za językiem idzie także rozumienie roli diakonatu przechodniego. Diakon nie jest księdzem - nie ma władzy epikletycznej, czyli nie może skutecznie w sakramentach przywołać Ducha Świętego oraz nie posiada charyzmatu władzy rządzenia, więc nie może sprawować Mszy Świętej, spowiadać, czy namaszczać chorych. Okres diakonatu bywa czasem ostatecznej próby i praktyki pastoralnej. Sądzę iż duszpasterstwa nie powinno się uprawiać na próbę. Sytuacja jest trochę podobna jak w przypadku relacji narzeczeństwa do małżeństwa - ta sama miłość musi być okazywana w różny sposób, aby w obu stanach była prawdziwa. To nie oznacza, że diakon nie ma wcale odprawiać nabożeństw, czy głosić kazań. Ale przyznajcie drodzy księża, że mając diakona jest pokusa aby wykorzystać go do wszystkiego co się da pod płaszczykiem przygotowania go do przyszłych zadań. Tymczasem diakonat powinien być czasem realizowania charyzmatu miłości - jest to ostatni moment na realizację formacji ludzkiej, która oznacza w życiu kapłańskim zdolność poświęcenia siebie w służbie Bogu. Diakon powinien więc wykonywać rozmaite dzieła miłości takie jak nawiedzanie chorych, ubogich, zaangażowanie w dzieła Caritas czy też działalność w ośrodkach wychowawczych. W tym czasie kleryk powinien wykształcić w sobie zdolność do bycia w całości obrazem Chrystusa sługi, a więc nie od do, ale przez cały czas. Jest to dobry moment aby zintegrować działalność charytatywną z życiem duchowym tak aby odpowiednio ustawić przyszłego księdza na realizację dzieł o charakterze społecznym w odpowiedniej proporcji do praktyki życia duchowego - wielu księży upada, bo idzie w działalność prospołeczną zaniedbując praktykę wiary, która w kapłaństwie musi być dużo bardziej intensywna niż w życiu świeckim! Osobiście dziękuję Bogu, że w seminarium spotkałem kilku prawdziwych diakonów - obecnie kapłanów, którzy dobrze pokazali mi jak ten czas realizować i dziś są kapłanami na drodze do świętości. 

Nowe seminaria popełniają także kilka mniejszych grzechów związanych z diakonatem. Pierwszy z nich to trzymanie wyświęconych diakonów w seminarium prawie do samych święceń kapłańskich. Dokumenty jasno mówią, że na diakona powinno się święcić kleryka, który zasadniczy tok studiów ma już ukończony - a więc powinien mieć przynajmniej złożoną, jeśli nie obronioną pracę magisterską. W moim macierzystym seminarium diakoni zamiast oddawać się zadaniom im właściwym pisali po nocach swoje prace dyplomowe, co niweczyło sens udzielania im święceń diakońskich na rok przed kapłańskimi. Miejscem diakona nie jest już seminarium czy uczelnia, ale żywe środowiska Kościoła w których diakon może realizować swoje powołanie. W niektórych seminariach diakoni są traktowani jako drudzy po moderatorach. Oczywiście hierarchicznie jest to prawda, jednak przejście do grona diakonów nie oznacza, że należy im się jakieś szczególne uwielbienie ze strony młodszych kleryków, czy alumnów. Powinni diakoni traktować młodszych kolegów jako pierwszy krąg osób do których są powołani aby realizować posługę miłości, a więc pomagać im w nauce, wdrażaniu się w praktyki ascetyczne czy duszpasterskie. Na szczęście w moim seminarium diakoni nie byli otaczani nimbem doskonałości. Jeśli z jakichś powodów nie da się zmienić toku studiów tak aby diakoni opuścili seminarium to poważnym mankamentem formacyjnym jest oddzielanie diakonów od wspólnoty i zaniechanie wykonywania przez nich zwykłych oficjów - właśnie w nich klerycy ćwiczą się w realizowaniu powołania do bycia Chrystusem sługą. Niestety są seminaria, w których zdarzają się odejścia diakonów. Takie sytuacje należy rozpatrywać na równi z odejściami kapłańskimi. Bezpośrednią odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą przełożeni seminaryjni, którzy po takim incydencie powinni bardzo poważnie przemyśleć program wychowawczy a w przypadku kolejnych takich sytuacji ich przełożony powinien niezwłocznie podjąć decyzję o zmianie kadry w seminarium. Odejście diakona z seminarium to nie tylko rana zadana Kościołowi, ale także wielkie niebezpieczeństwo dla samego diakona, który łamiąc przyrzeczenie dane Bogu znajduje się w stanie grzechu śmiertelnego. Niestety w moim seminarium rokrocznie doświadczaliśmy odejścia diakona - także z mojego roku odszedł jeden brat. Przerażeniem ogarnęła mnie relacja kolegi kursowego, który powiedział iż biskup wobec całego seminarium stwierdził iż diakon ten "inaczej" postanowił realizować swoje powołanie. Taki biskup powinien niezwłocznie zostać usunięty, a seminarium rozwiązane - przede wszystkim dla dobra kleryków, którzy nie są formowani do wieczystego poświęcenia się Bogu, a przyjmują na siebie tak poważne zobowiązanie. Formacja w takim seminarium to wielkie zagrożenie duchowe dla kandydatów do kapłaństwa!

W Kościele rozgorzała dyskusja na temat diakonatu kobiet. Jeśli ów diakonat kobiet miałby być symulacją święceń diakonatu to wyklęty kleryk za świętą Tradycją Kościoła wyraża swoje non possumus. Apostołowie wybrali siedmiu diakonów Kościoła i nie było tam żadnej kobiety. Ceniony przeze mnie portal Polonia Christiana w rzeczonej dyskusji powołuje się na stanowisko Jana Pawła II, który w Liście Apostolskim Ordinatio Sacerdotalis naucza: "Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne." Słowa te odnoszą się jednak do święceń kapłańskich, których ani pierwszym ani jakimkolwiek stopniem nie jest diakonat wbrew temu co się powszechnie mówi. Niestety w dokument jak widać wkradła się nieścisłość skutecznie wykorzystywana przez wrogów Kościoła. Dokument ten jest więc nieprzydatny w walce z poglądem o możliwości udzielania święceń diakonatu kobietom. Podstawą dyskusji powinny być orzeczenia soboru trydenckiego o tym, że episkopat, prezbiterat i diakonat stanowią sakramentalne stopnie święceń, a jeśli jest to sakrament i to ustanowiony przez Chrystusa Pana, to Kościół nie ma nad nim władzy i powinien go udzielać w taki sposób jak to jest określone w Piśmie Świętym, gdzie nie ma wzmianki o święceniach kobiet. 

Podobnie jak w przypadku święceń niższych, diakonat wyciska na duszy święconego charakter  i usposabia oraz zobowiązuje do realizacji szczególnych charyzmatów także wtedy kiedy kleryk przyjmuje kolejne święcenia. Diakonem jest także prezbiter i biskup - niestety wielu z nich o tym zapomina i tym samym łamie przyrzeczenia dane Bogu. Działanie w imieniu Chrystusa głowy nie zwalnia od działania w imieniu Chrystusa sługi. W służbie kapłańskiej oznacza to choćby elementarną ludzką życzliwość, dostępność i łagodność rozumianą bardziej jako powściągliwość wobec rodzących się w sercu odczuć aniżeli pobłażliwość i niemiłosiernie szafowanie sakramentami wobec ludzi niegodnych. Kapłan który dobrze realizuje charyzmat diakoński nie zamknie przed nosem wiernego drzwi kancelarii, odprawi wiernego niegodnego przyjęcia sakramentów w sposób chrześcijański, zawsze okazując mu troskę, choć także stanowczość, udzieli wsparcia materialnego osobom rzeczywiście tego potrzebującym, nie będzie uchylał się od prostych zajęć życia codziennego o ile tylko nie przeszkadzają w wypełnianiu obowiązków stanu. Przyznajmy sami przed sobą, że bufonada spowodowana pychą środowiska kapłańskiego jest przyczyną wielu cichych i głośnych odejść z Kościoła, a każde takie odejście oznacza kolejną duszą bezpośrednio zagrożoną karą piekła ognistego. Również sam Chrystus Pan przestrzega swoich uczniów - czyli przede wszystkim duchowieństwo: "Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza" (Mt 18,6)


Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk