Pokazywanie postów oznaczonych etykietą władza rządzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą władza rządzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 września 2018

O samorządzie kleryckim

Laudetur Iesus Christus!

Pewien mądry kapłan u progu mojej (de)formacji seminaryjnej powiedział mi: "Nie daj się nigdy zrobić seniorem, ani dziekanem alumnów". W słowach tych jest sporo prawdy. Dziś więc nieco ku przestrodze dla braci którzy w październiku dopiero zaczynają lub tych w latach posuniętych co nie mają na tyle rozumu, aby samodzielnie dojść do pewnych wniosków.

Może zabrzmi to banalnie, ale celem formacji seminaryjnej jest ważne i godziwe przyjęcie święceń prezbiteratu - tyle i aż tyle. Seminarium jest tylko drogą, którą trzeba przejść. Wszystkie siły należy bezwzględnie skupić nie na tym, aby się tam dobrze ustawić, być popularnym czy cokolwiek innego, ale właśnie trzeba tak pracować by w przyszłości zostać świętym kapłanem, a więc zbawić duszę własną i dopomóc w tym swoim braciom i siostrom. Otóż stawiam tezę iż angażowanie się we wszelkie formy samorządu kleryckiego nie tylko w tym nie pomagają, ale wręcz szkodzą. 

Już sam pomysł tworzenia jakiegoś samorządu kleryckiego jest dziwnym monteskiuszowskim wytworem, a raczej nowotworem, który w Kościele nigdy miejsca nie miał i powinien zostać jak najszybciej zlikwidowany. Co bowiem powoduje takie ciało pośredniczące? Po pierwsze wprowadza w naturalny sposób nierówność między klerykami danego rocznika, a po drugie zwiększa dystans pomiędzy przełożonym a poszczególnym seminarzystą. Owszem powinien być jakiś skarbnik, można go też nazwać starostą - ale na pewno nie dziekanem. Raz że jest to jednak tytuł zarezerwowany dla archiprezbitera, a nie minorzysty (lub wręcz zwykłego alumna) a dwa że suponuje istnienie jakiejś władzy związanej z tym oficjum. Tymczasem relacja przełożeństwa w układzie formacji na tym samym poziomie jest po prostu szkodliwa i to tak dla samego funkcyjnego jak i jego "podwładnych". Na szczęście w moim seminarium funkcja seniora czy dziekana była raczej honorowa, ale dobiegają mnie słuchy iż nie we wszystkich seminariach tak jest. Do tego funkcje reprezentacyjne tego pseudo urzędu często wykolejają na zawsze przyszłego kapłana. W końcu to właśnie senior czy też dziekan są zwykle głównymi celebransami lub w wypadku wielkiej fety koncelebransami (wespół z rektorem) liturgii uścisków... . Tak! - chodzi mi właśnie o te wszystkie prezenty i kwiatki dawane często zupełnie bez okazji, tylko dla samej zasady, za posługę która seminarzystom należy się jak psu kość... . Chodzi mi o kazania, dni skupienia, rekolekcje, odwiedziny biskupa czy udzielanie święceń lub posług. Nikt nie myśli aby księdzu po każdym kazaniu, odprawionej Mszy Świętej, czy spowiedzi klaskać lub dawać kwiaty, tymczasem w seminarium robi się to nagminnie. Przez to kandydaci do kapłaństwa uczą się antropocentryzmu liturgicznego... .

Nawet jeśli funkcja starosty rocznikowego lub też dziekana alumnatu jest przez sam system potraktowana właściwie, to jednak nakłada na pełniącego tą funkcję dodatkowe obowiązki które skutkują mniejszą ilością czasu na ćwiczenia duchowne, studium i rekreację - czyli trzy podstawowe elementy na których powinno się wspierać życie kleryckie. Pierwsze po to by był Bożym kapłanem, drugie by był mądrym, a trzecie by był zdrowym. Tymczasem bardzo często senior tudzież dziekan nie tylko pełnią swoją funkcję ale zajmują się mnóstwem kółek, wychodzeniem co chwila z seminarium, często ze szczerych acz jednak humanistycznych pobudek i w ten sposób taki kleryk rozmienia się na drobne. O iluż takich słyszałem jak porzucali kapłaństwo, nieraz w atmosferze skandalu nawet nie osiągnąwszy "wieku gwarancyjnego" - u nas przyjmowano 5 lat po zakończeniu (de)formacji (jeśli ktoś odszedł po tym czasie nie dopatrywano się szczególnych przyczyn w deformacji seminaryjnej). Nie należy też ulegać ułudzie asystencji Ducha Świętego - wybory samorządu kleryckiego to nie konklawe, choć bywa że przebiega w podobnej atmosferze... . A nawet na konklawe protokół nie przewiduje by wahającego się kandydata przekonywać. Tym bardziej nie powinni więc tego czynić przełożeni czy seminaryjna brać. 

Pomyślcie zresztą na ile niepotrzebnych zupełnie konfliktów w tej funkcji się wystawiacie. Przychylność kleryckiej gawiedzi szybko zgaśnie wobec obietnic, czy też oczekiwań których nie spełnicie, a i przełożeni nie po to ustanawiają samorząd, by się z nim użerać, lecz po to by sprawniej zarządzać seminarium - patrząc zresztą często zupełnie utylitarnie... . Zostawmy zatem tę pseudo władzę, ów oświeceniowy zarząd modernistom i głupcom, sami zaś zajmijmy się tym co istotne i ważkie dla sprawy o którą walczymy - salus animarum!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 21 listopada 2017

Fasadowe prawo kościelne

Laudetur Iesus Christus!

Posoborowy kryzys Kościoła dotknął także wymiaru dyscyplinarnego. Jego najbardziej widocznym efektem jest nowy Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. Deregulacja prawna Kościoła moim zdaniem przebiegała w dwóch etapach. Pierwszym z nich było dostosowanie istniejących norm do rzeczywistości posoborowia. Wbrew pozorom wdrażanie złośliwych reform zakończyło się dopiero promulgowaniem nowego kodeksu, w którym przepisano najbardziej wątpliwe teologicznie fragmenty nauczania Vaticanum II. Drugi etap trwa do dzisiaj i polega na doprowadzeniu do totalnej anomii życia kościelnego. Głównym wykonawcą rewolucji antyprawnej w Kościele jest sam Franciszek i jego poplecznicy.

Dla każdego wierzącego prawnika sens istnienia prawa jest jasny. W sytuacji po grzechu pierworodnym natura ludzka skażona jest złem i jako taka potrzebuje pewnych zewnętrznych regulacji zwanych prawem po to aby wspomóc naturalną władzę wolitywną, jaką jest sumienie w podejmowaniu słusznych wyborów. Prawo dzielimy na Boże i ludzkie, naturalne i pozytywne. Prawo Boże naturalne streszcza się w złotej normie: "czyń dobro, a zła unikaj", zaś prawo Boże pozytywne to wszystkie przykazania jakie przekazuje nam Objawienie, co w dużym uproszczeniu sprowadza się do dekalogu. Z kolei prawo ludzkie naturalne sprowadza się do zasady: "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe i czyń innym tak jak chcesz by tobie czyniono", z kolei prawo ludzkie pozytywne to wszelkie kodeksy, konstytucje, regulaminy itp rzeczy stanowione zwykle przez określony organ władzy prawodawczej zwanej u idealisty oświeceniowego Monteskiusza władzą ustawodawczą.

Po co ludzie tworzą prawo? Otóż tam gdzie prawo naturalne nie wystarcza potrzeba stworzenia jednolitego systemu normatywnego, który ureguluje problematyczne strefy życia. Trzeba jasno stwierdzić, że prawo naturalne jest zawsze przed pozytywnym. Tej zasady przestrzegał także Pan Bóg, jednak w sytuacji kiedy ludzie zbłądzili nie zdał ich jedynie na wewnętrzne poruszenia sumienia, ale nadał kodeks postępowania, czyli prawo pozytywne. Prawo kościelne jest specyficznym rodzajem prawa, gdyż jako prawo pozytywne łączy w sobie elementy prawa Bożego i ludzkiego - tak przynajmniej winno być w założeniu. Również państwa, które niegdyś określały się jako katolickie powinny przyjąć taki model, aby określenie "katolicki" nie było zwykłym pustosłowiem.

Kościół apostolski kierował się w swym postępowaniu jedynie duchem Ewangelii i było to w większości przypadków skuteczne. Jednakże już spór pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem dotyczący przestrzegania przepisów starozakonnych oraz ewangelizacji gojów doprowadził do konieczności regulacji na Soborze Jerozolimskim. Tak zaczęła się historia tworzenia pozytywnego prawa kościelnego. Śledząc kolejne sobory dostrzegamy jak kolejne problemy implikowały tworzenie się kolejnych regulacji spisywanych zwykle w tak zwanych kanonach. Już pierwsze sobory poza warstwą dogmatyczną, zawierały także zbiór przepisów. Stan taki trwał aż do soboru trydenckiego, kiedy ostatni raz sobór uchwalał prawo dla całego Kościoła. Sobór watykański I żadnych przepisów zatwierdzić nie zdążył, natomiast sobór watykański II miał "inny charakter" wobec czego na nim także nie uchwalono żadnego prawa. Niejako logicznym uzupełnieniem Vaticanum II stał się więc Kodeks Prawa Kanonicznego (KPK) z 1983 r.

Czytając różne przepisy prawa pozytywnego wchodzimy w specyficzny język prawniczy. Zdania z których złożone są normy tworzone są w trybie orzekającym, do tego w większości przypadków istnieje klauzula nie-wykonywalności danej normy, czyli tak zwana sankcja. I tak na przykład norma z Konstytucji RP która chroni życie ludzkie obarczona jest sankcją zawartą  w kodeksie karnym: "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności." Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie istnieje sankcja. Czym w tym przypadku jest norma o ochronie życia ludzkiego? Przestaje być normą prawną, a staje się jedynie normą moralną. Ponieważ jednak morderstwa się zdarzają konieczne jest prawo, które ureguluje kwestię morderstw.

Do 1983 r w podobny sposób funkcjonowało prawo kościelne. Kodeks z 1917 r zawierał ściśle sprecyzowane normy prawne i wyliczał kary za ich nieprzestrzeganie. Nowy kodeks w dużej mierze jest zbiorem pobożnych życzeń, a sformułowania: "należy", "zaleca się", "powinno się" itp zdecydowanie dominują nad: "jest", "są", "będą" itd. Czytelnicy rozumieją chyba dobrze co mam na myśli... . Warto zresztą zajrzeć do udostępnionych w sieci kaonów tego "prawa". Na przykład:

Kan. 1184 - § 1. Jeśli przed śmiercią nie dali żadnych oznak pokuty, pogrzebu
kościelnego powinni być pozbawieni:
 1 notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy;
 2 osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze
chrześcijańskiej;
 3 inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego
zgorszenia wiernych.
 § 2. Gdy powstaje jakaś wątpliwość, należy się zwrócić do miejscowego
ordynariusza, do którego decyzji należy się dostosować. 
Powinni być pozbawieni, co wcale nie oznacza, że muszą być, a w praktyce i tak chowa się wszystkich jak leci... . 

Albo pobożne życzenie w stylu:
Kan. 254 - § 1. Wykładowcy winni się stale troszczyć w nauczaniu przedmiotów o
wewnętrzną jedność i harmonię całej nauki wiary, by alumni doświadczali, że zdobywają
jedną wiedzę. Aby łatwiej to osiągnąć, powinien ktoś w seminarium kierować całym
porządkiem studiów. 
I nic się nie dzieje gdy się nie troszczą oraz gdy nie ma prefekta studiów, albo ten nie wywiązuje się właściwie ze swoich obowiązków. 

Dużo powszechniej zdarza się sytuacja kiedy norma jest określona ale brakuje sankcji, np.:
Kan. 1167 - § 1. Tylko Stolica Apostolska może ustanawiać nowe sakramentalia,
autentycznie tłumaczyć już istniejące, znosić niektóre z nich albo zmieniać. 
Aż prosi się by wprowadzić sankcję na biskupów i prezbiterów, którzy zmieniają liturgię sakramentaliów w sposób sprzeczny z księgami, zaniechają odprawiania niektórych, albo tworzą własne. Z tą rzeczywistością mamy często do czynienia. A norma powyższa jest tak skonstruowana, że w zasadzie trudno jest napisać skargę, nie wiadomo też kto miałby być jej adresatem, kto sędzią w sprawie itd. Oczywiście sprawni interpretatorzy prawa kanonicznego zaraz wykoncypują, że sakramentalia podpadają pod liturgię, a więc do kongregacji kultu Bożego i dyscypliny sakramentów, jednak praktyka pokazuje, że poszczególne urzędy Kurii Rzymskiej chętnie śmierdzące sprawy lubią odsyłać i dykasteria liturgiczna może próbować zbyć problem w kongregacji do spraw duchowieństwa, biskupów, czy nawet nauki i wiary... . Ostatecznie prawo kościelne chociaż dotyka większości spraw życia Kościoła to jednak jest na tyle nieokreślone, że niezmiernie trudne w aplikowaniu. Stąd też jeden z wykładowców prawa kanonicznego stwierdził: "Nowy kodeks to prawo piękne do studiowania, lecz bardzo niepraktyczne do stosowania". I ja się pod słowami tego profesora podpisuję.

W ostateczności prawo kościelne czasem definiuje sankcję, zwykle podając górną granicę kary, jednak prawie nigdy nie określa dolnej. Patologia tego typu wkradła się także do kodeksów cywilnych. Powoduje ona, że mamy do czynienia z szeregiem martwych przepisów za złamanie których nie obowiązuje żadna sankcja lub jest ona symboliczna na przykład pozbawienie wolności w zawieszeniu. Przykładem takiej normy może być poniższy kanon 1366:  "Rodzice lub ich zastępujący, którzy oddają dzieci do chrztu lub na wychowanie w religii niekatolickiej, powinni być ukarani cenzurą lub inną sprawiedliwą karą." Dla kodeksu z 1917 r jedyną karą byłaby tutaj ekskomunika. Trzeba byłoby oczywiście dodać: "dobrowolnie oddają". Dlaczego ekskomunika? Ponieważ jest to praktyczna apostazja - są takie uczynki które stanowią wyznanie niewiary, oddanie własnych dzieci heretykom na wychowanie religijne to przykład takiego aktu. A co oznacza sprawiedliwa kara? Może to być równie dobrze upomnienie... . Ranga problemu i sposób w jaki sprawę rozsądza nowy kodeks budzi daleko idące wątpliwości.

W praktyce kary stosowane są rzadko. Chociaż kodeks przewiduje środki karne, to jednak zwykle nie są one stosowane. Duchownego karze się zwykle upomnieniem, przeniesieniem lub suspensą. Czasami wystarczyłoby zastosować na przykład zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w postaci nakazu zdeponowania prawa jazdy u biskupa, aby np problem wyjazdów do kochanki/kochanka wykluczyć. Ewentualnie przeniesienie na drugi koniec diecezji, ale przenoszenie do innej zwykle jest tylko spychaniem problemu pod dywan i sygnałem dal karanego: "rób co chcesz ale tak by nie było o tobie słychać". Również duchownego, który źle używa dóbr niekoniecznie należy przenosić na karną placówkę, ale obłożyć zakazem posiadania lub poważnym ograniczeniem w tym zakresie. Przenoszenie na karne placówki jest bardzo nieewangeliczne, a ci którzy stosują takie środki zapominają, że nawet w takim Ars znajdują się ludzie, którzy mają prawo do duchownego, który nie idzie tam za karę... . Kary zwłaszcza te kościelne powinny być nakładane zgodnie z troską o zbawienie duszy, przede wszystkim dokonującego występku, a nie tylko dobrego imienia parafii, diecezji czy prowincji kościelnej. Często zresztą dobre imię Kościoła utożsamiane jest błędnie z tak zwanym świętym spokojem. Biskup personalnie odpowiada za zbawienie swoich kapłanów, podobnie jak papież za zbawienie swoich biskupów. W aplikowaniu prawa nie powinni oni nigdy o tym zapomnieć.

Czytając "święte kanony" można odnieść wrażenie, że nowy kodeks stanowi prawo fasadowe. Normy prawne znajdują się jedynie w normach ogólnych, prawie karnym i małżeńskim. Cała reszta to jak stwierdził jeden z moich wykładowców "pobożne bajkopisarstwo, na którym się nie znam i którym nie warto się zajmować". Ów wykładowca był jednym z lepszych jakiego miałem okazję słuchać podczas tak zwanych studiów teologicznych. Niestety część wykładów z prawa miałem z innym księdzem, który bardziej niż samych norm uczył jak skutecznie je omijać i tutaj docieramy do drugiego etapu deregulacji prawnej Kościoła. Faktyczna anomia dotyka bowiem całej rzeczywistości Kościoła. Wszelkie dyskusje na temat przepisów ucinane są zwykle argumentami ad personem i ad hominem - oskarżeniem o faryzeizm, lub w najlepszym wypadku próbą wykazania nieznajomości "ducha prawa". Takie argumentowanie to faktyczne niszczenie wszelkiej praworządności. Używa się przy tym przewrotnie fragmentów z Pisma Świętego, cytując Słowo Boże w sposób iście szatański. Dla wprawnego obserwatora jasne jest, że KPK z 1983 r to tylko etap w postępującej rewolucji neoheretyckiej. Współczesnych modernistów uwiera już nawet ich własne dzieło. Domagają się oni całkowitej wolności. Rezultatem takich działań jest fakt, że poszczególne Kościoły partykularne różnią się od siebie nieraz tak znacznie iż zaczyna budzić to powszechne zgorszenie wiernych. Choćby słynna sprawa dyspensy w Warszawie i kpiarskie artykuły dotyczące postanowień postnych. Biskupi w Warszawie podzieleni są jak widać nie tylko Wisłą, ale także spojrzeniem na dyscyplinę pokutną w Kościele. 

Wierność prawu kościelnemu jest probierzem prawdziwego posłuszeństwa. Chrystus Pan naucza: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie." Łk 16,10. Ta wierność jest poważnie wystawiana na próbę już w trakcie deformacji w nowych seminariach. Kapłani często skarżą mi się, że są przez swoich przełożonych zmuszani do działania w sposób sprzeczny z przepisami, które ci przełożeni nie wydali i często nie mają prawa do dyspensowania od nich. Należy pamiętać, że Pan Jezus nie wymaga posłuszeństwa totalitarnego, a władzę zwłaszcza w Kościele należy traktować jako służbę. Defraudacja własnych uprawnień, dokonywana zwykle przez pospolitą uzurpację to jedno z najczęstszych przestępstw jakiego dopuszcza się duchowieństwo w Kościele poczynając od proboszcza, a kończąc na kardynałach. Z tymi zjawiskami mamy prawo i obowiązek walczyć. Przede wszystkim nie kroczmy drogą kompromisów - nie nalegajmy na łagodzenie prawa - dyspensy i indulty są czymś wyjątkowym i tak je traktujmy. Uwrażliwiajmy innych wiernych na ów problem. Przełożeni defraudują władzę głównie wskutek nacisku właśnie szeregowych wiernych. Paradygmat świętego spokoju wyznawany w większości kurii tak diecezjalnych jak i zakonnych prowadzi do łamania sumień niejednego kapłana.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 8 września 2017

Tytulatura kościelna i problem godności honorowych

Laudetur Iesus Christus!

O pokusach duchowieństwach mówi się często w następującej triadzie: kobiety, monety, fiolety. Następstwo tychże nie jest przypadkowe. Młody kapłan będący jeszcze w pełni sił fizycznych, nierzadko atrakcyjny łatwo może ulec uwiedzeniu przez kobietę. Gdy czas bycia przystojnym przemija nadchodzi pragnienie usytuowania materialnego, w końcu na starość potrzeba bycia uznanym. Owe fiolety to właśnie pogoń za tytułami, głównie honorowymi, bo na rzeczywiste starość już zwykle nie pozwala. Zatem ktoś kto bardzo chciał zostać biskupem ucieszy się z każdego fioletowego dodatku do sutanny i tak pełno mamy różnej maści radców duchownych, kanoników takich czy owakich oraz prałatów różnych stopni i w końcu tak zwanych infułatów, chociaż ci ostatni przestali właściwie istnieć niedługo po Vaticanum II. Co ciekawe triada pokus nie zawsze występuje w tej kolejności, chociaż zwykle tak jest. Niestety obserwuję i młodych karierowiczów. Jeden z naszych wykładowców został prałatem w dość młodym wieku - wielu kleryków żartowało że powodem było doprowadzenie naszej seminaryjnej drużyny piłkarskiej do mistrzostwa. W rzeczywistości wyniki naukowe ma mierne, dydaktykiem jest słabym, ale za to przynosi diecezji duże dochody właśnie dzięki sportowi. I tutaj zasadza się rzeczywistość nadawania tytułów honorowych w Polsce. Bardzo często są one po prostu kupowane - kanonikiem, prałatem czy infułatem zostaje się ze względu na to że wyremontuje się zabytkowy kościół czy klasztor, wzniesie się jakąś intratną placówkę lub założy dochodowe dzieło. A w pierwotnych założeniach tytuły honorowe miały być zarezerwowane dla szczególnie zasłużonych kapłanów. Są diecezje w których tytulatura osiąga szczyty hipokryzji. Rzadko wytykam palcem, ale w tym momencie nie sposób nie wskazać diecezji świdnickiej - aż 2/3 kleru jest obdarzona jakimś fioletem do sutanny. Dochodzi do tego, że brak takiego elementu przy ponad 10-letniej posłudze w tej diecezji uchodzi za rodzaj napiętnowania. Należy wreszcie skończyć z tym wyróżnianiem na podstawie zasług czysto fiskalnych. Wobec tego popieram decyzję Franciszka o pozostawieniu tylko jednego stopnia prałackiego dostępnego dla zasłużonych kapłanów po 60-roku życia. Niestety przekora duchowieństwa radzi sobie i w takiej sytuacji - zawsze pozostają tytuły radcy duchownego, kapituły kanoników itp. Biskupi zresztą potrafią tworzyć własny system wyróżnień. 

Problem fioletowej pokusy zaczyna się już w seminarium. Dysproporcja pomiędzy traktowaniem alumna na jego parafii, a w seminarium często jest tak duża że prowadzi to do poważnego uszczerbku na jego duchowości, a czasem i psychice. Na parafiach klerycy całowani są czasem dosłownie po rękach, a w seminarium traktowani jak podludzie. Jak wobec tego ma nie dochodzić do wypaczeń? Wielu seminarzystów okres formacji próbuję więc przetrwać łudząc się niedoszłym prestiżem. Tymczasem po święceniach zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Lud wierny często bywa niewdzięczny, a pojawiające się głosy krytyki, nierzadko bardziej krytykanckie niż konstruktywne są cierniami na duszpasterskiej drodze kapłana. Przy tych doświadczeniach młody kapłan często albo rzuca sutanną, albo staje się gburem, albo otacza szańcem swoich wyznawców tworząc swoiste getto. 

Wystarczy zastanowić się jak zwracamy się do owych kandydatów do kapłaństwa. Tytuł "czcigodny kleryk" jest farsą. Po pierwsze godny czci jest tylko Bóg, a jeśli już używamy tego zwrotu to róbmy to we właściwym odniesieniu, a więc do prałatów, biskupów i kardynałów. Nawet zwykłemu księdzu tytuł ten nie przystoi. Mamy w naszym polskim języku piękne słowo wielebny, jeśli już koniecznie coś chcemy do owego kleryka czy kapłana dodawać. Nie nazywajmy też seminarzysty księdzem i to nawet jeśli jest diakonem. Zwrot: "proszę kleryka", czy "proszę diakona" jest także grzecznościowy, w ostateczności można użyć: "wielebny kleryku" lub "wielebny diakonie" chociaż i to zatrąca sztuczną pompatycznością. Innym problem jest stosowanie już w seminarium przedrostka do nazwiska. Podpisują się więc ci nasi seminarzyści al. czyli alumn albo kl. czyli kleryk - z tym należy walczyć. W przyszłości będzie ks. kapelan jego Świątobliwości dr hab XYZ prof. KUL - a spróbuj pominąć cokolwiek z tego sznura pychy! W ten sposób wychowujemy próżnych kapłanów - zwracajmy więc na to uwagę mając kontakt już z alumnami. 

Z drugiej strony wierni często nie wiedzą jak się właściwie odezwać zwłaszcza w odniesieniu do wyższej hierarchii. O ile w mniej formalnych sytuacjach sformułowanie: "księże proboszczu" może jeszcze ujść, o tyle w odniesieniu do biskupa czy kardynała jest już nieodpowiednie. W najlepszym tonie jest więc: "proszę księdza proboszcza" oraz stosowanie 3 osoby liczby pojedynczej np.: "Czy mógłby ksiądz proboszcz..." itd. Jeśli chodzi o prałatów, opatów, biskupów i kardynałów to jeśli zwracamy się w piśmie oficjalnym  lub mówimy do nich gdy są ubrani w strój chórowy (sutanna z pasem, komża lub rokieta, mucet) zawsze wystarczy "Czcigodny księże prałacie/biskupie/kardynale". Dodatkowo uroczysty sposób zwracania się w przypadku opatów, biskupów i kardynałów obowiązuje gdy odziani są w szaty pontyfikalne, a więc mitrę i pastorał. W odniesieniu do biskupa zamiast sformułowania: "Czcigodny księże biskupie" można użyć bardziej pasującego "Wasza ekscelencjo", natomiast w odniesieniu do kardynała "Wasza eminencjo" - wtedy tytuł "czcigodny" nie jest już konieczny, a nawet jest zbędny. "Jego ekscelencja" lub "Jego eminencja" jest też lepszym utytułowaniem niż "Czcigodny biskup" lub "Czcigodny kardynał" w przypadku wszelkich form pisanych. Pewnym problemem może być tytułowanie księży rektorów. Uroczysta forma: "Wasza magnificencjo" zastosować można tylko wtedy kiedy mówimy do rektora seminarium bądź uczelni katolickiej. W przypadku rektora jakiejś świątyni takie utytułowani narazi nas na śmieszność. Trzeba pamiętać, że ks. rektor nie zawsze oznacza rektora seminarium. Ten akapit napisałem głównie z myślą o słabo zorientowanych w temacie. Nie roszczę sobie miana znawcy kościelnego savoir-vivre - to tylko taka podstawówka. Zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury, ale jednocześnie ostrzegam, bo w wielu popularnych podręcznikach można się natknąć na błędy związane z nieznajomością kościelnego środowiska. 

Problem tytułowania duchowieństwa może wydawać się błahy, jednak po gruntownym przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że chyba nigdzie w rzeczywistości kościelnej aż tak wyraźnie nie zderza się przesyt z niedomiarem. Z jednej strony bardzo pompatyczne i wyszukane tytuły ubogacające długą liturgię uścisków i utrzymujące pysznych w swojej wadzie, z drugiej strony rzesze świeckich nie potrafiących poradzić sobie w elementarnych kontaktach z klerem. Mam nadzieję że ten wpis pysznym da asumpt do przemyśleń, a nieumiejętnych choć trochę poduczy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 16 maja 2017

Diakonat - zmarnowany charyzmat

Laudetur Iesus Christus!

Wiosna to swoisty sezon na święcenia sakramentalne w nowych seminariach. Warto więc przede wszystkim dla czytających mnie kleryków - czy to tych przygotowujących się do kapłaństwa czy też już wyświęconych diakonów i kapłanów przypomnieć kilka fundamentalnych kwestii dotyczących diakonatu katolickiego. Diakonat jest sakramentalnym stopniem święceń, a więc ustanowił go sam Chrystus Pan. I tu pojawia się pierwszy problem teologiczny. Wielu domorosłych teologów, a nawet i tych "poważnych" z tytułami i powszechnymi uznaniami twierdzi iż diakonat ustanowili apostołowie. Trzeba więc rozróżnić dwie rzeczy - podstawę biblijną, która rzeczywiście znajduje się w Dziejach Apostolskich i dogmat, który orzeka iż diakonat jest sakrament,  a każdy sakrament ustanowił sam Chrystus Pan. Poczytajmy co jest napisane o diakonacie w Dziejach Apostolskich: "Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa. Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce." (Dz 6, 1-6). Oczywiście nie rozstrzygam w jaki sposób Jezus Chrystus ustanowił diakonat - czy poprzez bezpośrednie polecenie dane apostołom, które nie zachowało się w Ewangeliach kanonicznych, czy też poprzez natchnienie Ducha Świętego dane apostołom - nie mniej fakt, że diakonat jest stopniem sakramentalnym oznacza iż Kościół nie ma prawa zmieniać znaczenia ani znosić tego święcenia. 

Materią święceń diakońskich jest jak czytamy w Dziejach Apostolskich włożenie rąk, natomiast formą jest jedno zdanie z modlitwy konsekracyjnej wypowiadanej przez biskupa. Obecnie zdanie to w liturgii rzymskiej brzmi: "Prosimy Cię, Panie, ześlij na nich Ducha Świętego, aby ich umocnił siedmiorakim darem Twojej łaski do wiernego pełnienia dzieła posługi." Zatem diakonat jest święceniem dającym specjalny charyzmat do pełnienia posługi w imieniu Pana Jezusa Chrystusa. Gdyby w Ewangelii szukać miejsca w którym Pan Jezus Chrystus przekazuje uczniom ów charyzmat to sądzę, że byłby to obrzęd umycia nóg. I rzeczywiście w pierwszych wiekach zadaniem diakonów była głównie troska o dzieło miłości Kościoła. Oczywiście diakon służył także przy ołtarzu i miał swoje specjalne zadania podczas Mszy Świętej, polegające głównie na przygotowaniu materii przeistoczenia czyli wlewania wina i wody do kielicha oraz bezpośredniej pomocy w sprawowaniu Mszy Świętej. Diakon jeśli nauczał to czynił to w sposób wyjątkowy, i tylko wtedy kiedy zostało mu to zlecone, nigdy zaś na Mszy Świętej w obecności biskupa, czy kapłana. Ewangeliarz, który otrzymywał i otrzymuje diakon oznacza władzę czytania Ewangelii i przyjęcie charyzmatu miłości, nie zaś specjalne polecenie do nauczania. Jak bowiem czytamy w Dziejach Apostolskich, diakoni zostali ustanowieni po to by apostołowie mogli poświęcić się służbie głoszenia wiary. Sytuacja w której diakon stale zastępuje kapłana w głoszeniu kazania czy innych nauk, a nie wykonuje właściwych sobie zadań służebnych jest pierwszym i najbardziej widocznym wypaczeniem nauki Pisma Świętego o tym stopniu święceń. 

Kolejnym aspektem nadużyć w kwestii diakonatu są kwestie celebracji liturgicznych sprawowanych przez diakona. Dziś normą jest, że gdy diakon jest na parafii to chrzci i asystuje przy małżeństwach oraz odprawia pogrzeby. Oczywiście wszystko to diakon robić może, jednak nie jest to jego głównym zadaniem i gdy jest dostępny kapłan to on sam powinien chrzcić i błogosławić małżeństwa. Diakon bowiem nie ma zastępować prezbitera czy biskupa ale pomagać im głównie prowadząc dzieła, którymi tamci ze względu na ich obowiązki stanu nie są w stanie się poświęcić. 

Bardzo poważnym deliktem kanonicznym jest zlecanie diakonowi dokonywania poświęceń. Jest to bowiem bardziej akt władzy rządzenia, a nie uświęcania. O ile diakon może błogosławić rzeczy i osoby, o tyle nie jest zdolny poświęcić czegokolwiek - wynika to z samej natury tego aktu. Poświęcenie jest aktem władzy rządzenia i polega na przeniesieniu rzeczy lub osoby do służby Bożej. To wymaga charyzmatu kierowania Kościołem który posiadają tylko biskupi i w pewnym stopniu także prezbiterzy. Wszystkie rzeczy poświęcone przez diakona, są zatem poświęcone nieważnie, bowiem diakon wraz ze swoimi święceniami nie otrzymuje żadnej władzy rządzenia w Kościele.

Po co zatem jest diakonat i czy jest potrzebny jako odrębny stan? Kościół wypełniając swoją misję uświęcania i nauczania narodów jest obowiązany także do dawania świadectwa, które w dużej mierze wyraża się poprzez działalność charytatywną - do takich dzieł powinni być delegowani właśnie diakoni. Szczególną rolę owo dzieło charytatywne pełni wśród pogan, gdzie jak wiadomo poza spaleniem chaty szamana, czyli wyplenianiem wiarołomnej religii należy budować studnię, szkołę i szpital - tak aby ewangelizowani wiedzieli, że Królestwo Boże, chociaż nie jest z tego świata, to jednak na ten świat mocno oddziałuje i warto jest się mu poddać tak ze względów wiecznych jak i doczesnych. Tak więc na pewno wielu świeckich misjonarzy płci męskiej mogłoby i powinno przyjąć święcenia diakonatu wyruszając na misje. Kwestie stałego diakonatu w diecezjach niemisyjnych powinni rozważać poszczególni biskupi, w żadnym zaś razie konferencje episkopatów! Należy się tu kierować rzeczywistą potrzebą, a nie modą... . 

Oczywiście diakonat to także etap formacji do święceń kapłańskich. Moment święceń diakonatu i odpowiedniego jego przeżycia zdaje się być moim zdaniem kluczowy dla dalszej posługi kapłańskiej kleryka. Przede wszystkim w nowych seminariach jest to moment ostatecznej decyzji poświęcenia się na wyłączną służbę Bożą - wtedy też przyrzeka się posłuszeństwo biskupowi lub przełożonemu zakonnemu, celibat oraz modlitwę brewiarzową. W powszechnym języku na kleryka po diakonacie mówi się per ksiądz, chociaż jest to niesamowite nadużycie, a niestety w ślad za językiem idzie także rozumienie roli diakonatu przechodniego. Diakon nie jest księdzem - nie ma władzy epikletycznej, czyli nie może skutecznie w sakramentach przywołać Ducha Świętego oraz nie posiada charyzmatu władzy rządzenia, więc nie może sprawować Mszy Świętej, spowiadać, czy namaszczać chorych. Okres diakonatu bywa czasem ostatecznej próby i praktyki pastoralnej. Sądzę iż duszpasterstwa nie powinno się uprawiać na próbę. Sytuacja jest trochę podobna jak w przypadku relacji narzeczeństwa do małżeństwa - ta sama miłość musi być okazywana w różny sposób, aby w obu stanach była prawdziwa. To nie oznacza, że diakon nie ma wcale odprawiać nabożeństw, czy głosić kazań. Ale przyznajcie drodzy księża, że mając diakona jest pokusa aby wykorzystać go do wszystkiego co się da pod płaszczykiem przygotowania go do przyszłych zadań. Tymczasem diakonat powinien być czasem realizowania charyzmatu miłości - jest to ostatni moment na realizację formacji ludzkiej, która oznacza w życiu kapłańskim zdolność poświęcenia siebie w służbie Bogu. Diakon powinien więc wykonywać rozmaite dzieła miłości takie jak nawiedzanie chorych, ubogich, zaangażowanie w dzieła Caritas czy też działalność w ośrodkach wychowawczych. W tym czasie kleryk powinien wykształcić w sobie zdolność do bycia w całości obrazem Chrystusa sługi, a więc nie od do, ale przez cały czas. Jest to dobry moment aby zintegrować działalność charytatywną z życiem duchowym tak aby odpowiednio ustawić przyszłego księdza na realizację dzieł o charakterze społecznym w odpowiedniej proporcji do praktyki życia duchowego - wielu księży upada, bo idzie w działalność prospołeczną zaniedbując praktykę wiary, która w kapłaństwie musi być dużo bardziej intensywna niż w życiu świeckim! Osobiście dziękuję Bogu, że w seminarium spotkałem kilku prawdziwych diakonów - obecnie kapłanów, którzy dobrze pokazali mi jak ten czas realizować i dziś są kapłanami na drodze do świętości. 

Nowe seminaria popełniają także kilka mniejszych grzechów związanych z diakonatem. Pierwszy z nich to trzymanie wyświęconych diakonów w seminarium prawie do samych święceń kapłańskich. Dokumenty jasno mówią, że na diakona powinno się święcić kleryka, który zasadniczy tok studiów ma już ukończony - a więc powinien mieć przynajmniej złożoną, jeśli nie obronioną pracę magisterską. W moim macierzystym seminarium diakoni zamiast oddawać się zadaniom im właściwym pisali po nocach swoje prace dyplomowe, co niweczyło sens udzielania im święceń diakońskich na rok przed kapłańskimi. Miejscem diakona nie jest już seminarium czy uczelnia, ale żywe środowiska Kościoła w których diakon może realizować swoje powołanie. W niektórych seminariach diakoni są traktowani jako drudzy po moderatorach. Oczywiście hierarchicznie jest to prawda, jednak przejście do grona diakonów nie oznacza, że należy im się jakieś szczególne uwielbienie ze strony młodszych kleryków, czy alumnów. Powinni diakoni traktować młodszych kolegów jako pierwszy krąg osób do których są powołani aby realizować posługę miłości, a więc pomagać im w nauce, wdrażaniu się w praktyki ascetyczne czy duszpasterskie. Na szczęście w moim seminarium diakoni nie byli otaczani nimbem doskonałości. Jeśli z jakichś powodów nie da się zmienić toku studiów tak aby diakoni opuścili seminarium to poważnym mankamentem formacyjnym jest oddzielanie diakonów od wspólnoty i zaniechanie wykonywania przez nich zwykłych oficjów - właśnie w nich klerycy ćwiczą się w realizowaniu powołania do bycia Chrystusem sługą. Niestety są seminaria, w których zdarzają się odejścia diakonów. Takie sytuacje należy rozpatrywać na równi z odejściami kapłańskimi. Bezpośrednią odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą przełożeni seminaryjni, którzy po takim incydencie powinni bardzo poważnie przemyśleć program wychowawczy a w przypadku kolejnych takich sytuacji ich przełożony powinien niezwłocznie podjąć decyzję o zmianie kadry w seminarium. Odejście diakona z seminarium to nie tylko rana zadana Kościołowi, ale także wielkie niebezpieczeństwo dla samego diakona, który łamiąc przyrzeczenie dane Bogu znajduje się w stanie grzechu śmiertelnego. Niestety w moim seminarium rokrocznie doświadczaliśmy odejścia diakona - także z mojego roku odszedł jeden brat. Przerażeniem ogarnęła mnie relacja kolegi kursowego, który powiedział iż biskup wobec całego seminarium stwierdził iż diakon ten "inaczej" postanowił realizować swoje powołanie. Taki biskup powinien niezwłocznie zostać usunięty, a seminarium rozwiązane - przede wszystkim dla dobra kleryków, którzy nie są formowani do wieczystego poświęcenia się Bogu, a przyjmują na siebie tak poważne zobowiązanie. Formacja w takim seminarium to wielkie zagrożenie duchowe dla kandydatów do kapłaństwa!

W Kościele rozgorzała dyskusja na temat diakonatu kobiet. Jeśli ów diakonat kobiet miałby być symulacją święceń diakonatu to wyklęty kleryk za świętą Tradycją Kościoła wyraża swoje non possumus. Apostołowie wybrali siedmiu diakonów Kościoła i nie było tam żadnej kobiety. Ceniony przeze mnie portal Polonia Christiana w rzeczonej dyskusji powołuje się na stanowisko Jana Pawła II, który w Liście Apostolskim Ordinatio Sacerdotalis naucza: "Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne." Słowa te odnoszą się jednak do święceń kapłańskich, których ani pierwszym ani jakimkolwiek stopniem nie jest diakonat wbrew temu co się powszechnie mówi. Niestety w dokument jak widać wkradła się nieścisłość skutecznie wykorzystywana przez wrogów Kościoła. Dokument ten jest więc nieprzydatny w walce z poglądem o możliwości udzielania święceń diakonatu kobietom. Podstawą dyskusji powinny być orzeczenia soboru trydenckiego o tym, że episkopat, prezbiterat i diakonat stanowią sakramentalne stopnie święceń, a jeśli jest to sakrament i to ustanowiony przez Chrystusa Pana, to Kościół nie ma nad nim władzy i powinien go udzielać w taki sposób jak to jest określone w Piśmie Świętym, gdzie nie ma wzmianki o święceniach kobiet. 

Podobnie jak w przypadku święceń niższych, diakonat wyciska na duszy święconego charakter  i usposabia oraz zobowiązuje do realizacji szczególnych charyzmatów także wtedy kiedy kleryk przyjmuje kolejne święcenia. Diakonem jest także prezbiter i biskup - niestety wielu z nich o tym zapomina i tym samym łamie przyrzeczenia dane Bogu. Działanie w imieniu Chrystusa głowy nie zwalnia od działania w imieniu Chrystusa sługi. W służbie kapłańskiej oznacza to choćby elementarną ludzką życzliwość, dostępność i łagodność rozumianą bardziej jako powściągliwość wobec rodzących się w sercu odczuć aniżeli pobłażliwość i niemiłosiernie szafowanie sakramentami wobec ludzi niegodnych. Kapłan który dobrze realizuje charyzmat diakoński nie zamknie przed nosem wiernego drzwi kancelarii, odprawi wiernego niegodnego przyjęcia sakramentów w sposób chrześcijański, zawsze okazując mu troskę, choć także stanowczość, udzieli wsparcia materialnego osobom rzeczywiście tego potrzebującym, nie będzie uchylał się od prostych zajęć życia codziennego o ile tylko nie przeszkadzają w wypełnianiu obowiązków stanu. Przyznajmy sami przed sobą, że bufonada spowodowana pychą środowiska kapłańskiego jest przyczyną wielu cichych i głośnych odejść z Kościoła, a każde takie odejście oznacza kolejną duszą bezpośrednio zagrożoną karą piekła ognistego. Również sam Chrystus Pan przestrzega swoich uczniów - czyli przede wszystkim duchowieństwo: "Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza" (Mt 18,6)


Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk