Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobór Trydencki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobór Trydencki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 stycznia 2018

Prawdziwe i autentyczne Pismo Święte

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji uroczystości Objawienia Pańskiego ciąg dalszy problemów związanych ze źródłami wiary. Artykuł z zeszłego roku dotyczący relacji Pisma Świętego do Tradycji spotkał się z życzliwym przyjęciem. Mam świadomość że to co dzisiaj napiszę wielu zszokuje, ale niestety trudno przemilczeć fakty. Niestety większość z nas nie posługuje się katolickim Pismem Świętym, chociaż tak jest napisane na egzemplarzach, które jak mniemam wszyscy czytelnicy niniejszego bloga posiadają.

Najpierw trzeba przypomnieć, że Pismo Święte jest integralną częścią Tradycji. Po pierwsze dlatego, że Słowo Boże początkowo było przekazywane ustnie, dopiero potem zostało spisane, a po wtóre dlatego, że ostatecznie Magisterium Kościoła orzekło o tym które księgi są kanoniczne, a które nie. W sposób ostateczny na temat Pisma Świętego - jego składu i doktryny natchnienia wypowiedział się sobór trydencki, którego orzeczenia z pewnością należą do Tradycji. Jednak czytając dokumenty soborowe natrafiamy na coś więcej jak tylko spis ksiąg. Okazuje się, że Kościół kanonizował także określoną wersję Pisma Świętego, jest nią Wulgata, czyli przekład powszechny dokonany przez św. Hieronima ze Strydonu na polecenie papieża Damazego I wydanego w 382 r.  Wulgata była przez wszystkiego kolejne wieki najchętniej wykorzystywaną wersją Biblii w Kościele. Wobec tego na IV sesji soboru trydenckiego 8 kwietnia 1545 r wydano tak zwany Dekret o Wulgacie,w którym czytamy:  "Ponadto tenże święty Sobór, uważając, że niemało korzyści może wyniknąć dla Kościoła Bożego jeśli ze wszystkich używanych wydań łacińskich Świętych Ksiąg wskaże, które należy uważać za autentyczne, postanawia i wyjaśnia, że starożytne wydanie Wulgaty, które zdobyło uznanie przez długie używanie w ciągu tak wielu wieków w Kościele, jest uważane za autentyczne w publicznym nauczaniu, debatach, kazaniach i wykładach, i żeby nikt nie odważył się ani nie śmiał odrzucić go pod jakimkolwiek pretekstem." Co to oznacza? Że podobnie jak nie można zmieniać orzeczonych na tymże soborze ksiąg, tak i nie można odrzucić Wulgaty jako oficjalnego tekstu Pisma Świętego. Sobór trydencki dodaje także w tej samej sesji klauzulę anatema sit dla tych co odrzucają któreś z ksiąg natchnionych lub katolicki przekład czyli Wulgatę: "Jeśli ktoś tych Ksiąg nie przyjmie jako świętych i kanonicznych w całości, wraz ze wszystkimi ich częściami, tak jak w Kościele katolickim są one czytane i przyjmowane w dawnym wydaniu łacińskim Wulgaty, a wspomnianymi Tradycjami świadomie i dobrowolnie wzgardzi, niech będzie wyklęty." Znamienna jest wzmianka o dawnym wydaniu Wulgaty - już bowiem w kilka lat po soborze zaczęto rozprawiać nad krytyką tekstu Wulgaty. Pojawiło się bowiem szereg kopii różnej często treści, wszystkie opatrzone rzekomym hieronimowym pochodzeniem. Zaczęto więc tworzyć kolejne wydania Wulgaty, w końcu za pontyfikatu Piusa X powołano Komisję Biblijną dla stworzenia Neowulgaty. Prace przeciągnęły się tak długo, że wydanie w jednym kodeksie pojawiło się dopiero po 70 latach w 1979 r. Efektem końcowym było włączenie do tekstu apokryfów - 3 i 4 Księgi Ezdrasza oraz Modlitwy Manassesa. Do tego w krytyce tekstu wykorzystano prace protestanckich egzegetów i wydane przez nie "wulgaty". Niech więc sami czytelnicy pomyślą, czy taki kodeks może się zwać oficjalnym tekstem Pisma Świętego Kościoła Katolickiego?

Gdyby tego było mało konferencje episkopatów za nic mają postanowienia Stolicy Apostolskiej i wydają Biblie wg własnych tłumaczeń, pomijających zupełnie nawet osławioną neowulgatę. I tak w Polsce obowiązuje w liturgii Biblia Tysiąclecia, która podobno jest przekładem z języków oryginalnych. Nie lepiej jest w innych krajach. Dochodzi do wydawania Biblii ekumenicznych - istnieje nawet taka w Polsce, a więc pisana wespół z heretykami, którzy Pismo Święte cytują przewrotnie niczym szatan zniekształcają poszczególne wersety lub usuwają albo dodają całe księgi.

Drodzy czytelnicy - Słowo Boże którym się karmimy powinno być wiadomego pochodzenia. Istnieje jedna Biblia katolicka, jest nią Wulgata, jedynym oficjalnym językiem biblijnym jest łacina. Niestety obecnie brakuje współczesnego przekładu Wulgaty sykstyńskiej, będącej pokłosiem prac soboru trydenckiego. Jeśli czytają mnie egzegeci tradycyjni i prawowierni to proszę by temat zgłębili i rozpoczęli pracę nad stosownym tłumaczeniem. Dlaczego zatem wyklęty kleryk świadom iż tysiąclatka ni jest Biblią katolicką cytuje właśnie ją? Odpowiedź jest jasna: ponieważ nie istnieje współczesny pisany zrozumianym językiem Polski przekład Wulgaty, a przynajmniej wyklęty kleryk takowego nie zna.

Jeśli ktoś dalej chce się babrać w Qumranach, źródłach Q, czy skryptach X niech pomyśli jakie owoce przyniosła być może niezbyt dobrze tłumaczona ze starszych tekstów Wulgata, a jakie przynoszą obecne tłumaczenia. Wulgata była przełożona na polecenie prawowitej władzy kościelnej, w posłuszeństwie i z asystencją Ducha Świętego potwierdzoną owocami w postaci szeregu świętych którzy w Wulgacie znaleźli Słowo Życia. Tymczasem do współczesnej egzegezy wkradły się niejasności i spory i każdy w oparciu o wykopane papirusy wyciąga często sprzeczne wnioski. Czy tak godzi się postępować ze Słowem Bożym? Jakie są tego owoce widać... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 30 listopada 2017

Faktyczna detronizacja Pana Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi Panny

Laudetur Iesus Christus!

Minął ponad rok od głośnego medialnie aktu uznania Jezusa Chrystusa za Pana i zbawiciela w krakowskich Łagiewnikach. Akt ten miał uspokoić rzesze "nawiedzonych" członków ruchów intronizacyjnych. Wydarzenie, które dokonało się ponad rok temu zdaniem wielu teologów, w tym moim bardziej obraziło Pana Boga niż go pochwaliło.

Wróćmy jednak do początków. Po okresie rewolucji heretyckiej, która podzieliła świat chrześcijański na ten katolicki i wiarołomny nic nie było już tak jak wcześniej. Jednak czytelność podziału doprowadziła do względnej normalizacji, czego rezultatem był sobór trydencki. Problem, który trwa do dziś nastał właściwie wraz z oświeceniem. Czas, w którym rozum postawiono przed wiarą i który w konsekwencji Pana Boga sprowadził do zapchajdziury wyjaśniającej nieodkryte niuanse "nauki" doprowadził nie tylko do Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej, ale także do przewartościowania systemu społeczno-politycznego. Oto pokłosiem powstania republiki i demokracji była Wiosna Ludów będąca faktycznie rozszerzeniem Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej na cały Stary Świat. System ten doprowadził do powstania liberalizmu i socjalizmu oraz systemu kolonialnego. Sprawy wiary i moralności w wieku XIX to istne saeculum obscurum. Efektem błędów oświecenia i rewolucji z nim związanych był chaos polityczny XIX w który doprowadził do pierwszego konfliktu na skalę światową. Niestety kolejne narody odwracały się od wiary co doprowadziło do rewolucji bolszewickiej, której skutki tym razem pod niebieskim sztandarem odczuwamy po dziś dzień... .

Kolejni papieże począwszy od Piusa VI w różnych dokumentach potępiali laicyzm, liberalizm, indyferentyzm, a później od św. Piusa X także modernizm, który faktycznie swoje korzenie zapuszcza w XVIII w. Dopiero po I wojnie światowej przychodzi faktyczna diagnoza obecnego stanu rzeczy. Pius XI w encyklice Quas Primas stwierdza: "Jeżeli więc teraz nakazaliśmy, aby cały katolicki świat czcił Chrystusa jako Króla, to przez to chcemy zaradzić potrzebom dzisiejszych czasów i podać szczególne lekarstwo na zarazę, jaka nawiedziła społeczeństwo ludzkie. A tą zarazą jest tzw. laicyzm, czyli zeświecczenie, jego błędy i niecne dążenia: a zbrodnia ta, jak Wam wiadomo, Czcigodni Bracia, nie naraz dojrzała, lecz od dawna już kryła się wśród państw. Zaczęto bowiem od zaprzeczenia panowania Chrystusa nad wszystkimi narodami; odmówiono Kościołowi władzy nauczania ludzi, ustanawiania praw, rządzenia narodami, którą to władzę otrzymał Kościół od samego Chrystusa, by ludzi prowadzić do szczęśliwości wiekuistej. Zaczęto tedy powoli zrównywać religię Chrystusową z innymi fałszywymi i stawiać ją niegodziwie wprost w tym samym rzędzie; a następnie poddano ją władzy świeckiej i wydano ją prawie na samowolę panujących i rządów. (...) Nie brakło też państw, które uważały, że mogą obejść się bez Boga i że ich religia, to bezbożność i lekceważenie Boga." Dziś możemy stwierdzić iż państwami tymi są republiki - nie tylko te mianowane z tak zwanych konstytucji, ale także te które porzuciły trwałe systemy monarsze, a przede wszystkim ustrój katolicki.

Ten krótki rys historiozoficzny jest konieczny by ukazać czytelnikom kontekst. Świat przez 200 lat konsekwentnie porzuca wiarę i gdy wydaje się że głębiej pogrążony być już nie może powstaje wielki prorok - papież Pius XI który ogłasza Urbi et Orbi że Chrystus Pan jest królem każdej rzeczywistości doczesnej i wiecznej. Ogłasza on uroczystość Chrystusa Króla i poleca każdemu człowiekowi i społeczności ludzkiej dobrowolne poddanie się Bożemu panowaniu jako lekarstwo na choroby które toczą świat. Niestety orędzie to zostało odrzucone. Kolejne państwa katolickie zmieniają ustrój, dochodzi do wybuchu II wojny światowej, rozszerzenia się imperium zła w świecie w postaci nazizmu i komunizmu. I gdy wydaje się że po takiej katastrofie ludzkość powinna w końcu uznać swoje miejsce w porządku świata, swoją podległość wobec Chrystusa Króla zostaje zwołany sobór, na którym Chrystusa Króla hierarchia kościelna detronizuje. Dokonuje się to poprzez rezygnację z głoszenia katolickiej nauki społecznej o komunizmie, ale także liberalne tezy dokumentów: Gaudium et spes, Nostra aetate czy Dignitatem humanae. Zwłaszcza lansowana wolność religijna, która faktycznie jest praktycznym indyferentyzmem religijnym, nawet jeśli nie została tak zapisana, to tak jest praktykowana. I wreszcie po rzeczonym soborze wystrzelono Chrystusa Króla w kosmos ogłaszając go bliżej nieokreślonym Królem Wszechświata. 

Ostatnie dziesięciolecia pokazały praktyczną detronizację Chrystusa Króla z przestrzeni Kościoła. Przebudowa świątyń, tak aby centralne miejsce zajmował człowiek, a nie Pan Bóg, rezygnacja z państw katolickich, uznawanie wszystkich religii jako narzędzi Ducha Świętego to tylko niektóre przejawy zgnilizny. Finał tego wszystkiego obserwowaliśmy w trakcie przygotowań do sławetnej intronizacji, którą ostatecznie KEP skutecznie storpedował. Dyskusje pseudoteologiczne jakie wtedy toczono napawały mnie wstrętem i obrażały moje uczucia religijne. I warto wymienić głównego niszczyciela idei poddania się panowaniu Chrystusa Króla w Polsce - bp Andrzeja Czaję. Śmiem twierdzić, że akt którego dokonał był detronizacją nie tylko Chrystusa Króla, ale także Najświętszej Dziewicy. Bo skoro jak stwierdził ów biskup - Chrystus Król nie może być królem Polski, bo panuje nad całym uniwersum i taki akt zawężałby Jego panowanie, to również intronizacja Maryi na Królową Polski byłaby błędem teologicznym. 

Po 200 latach porzucania wiary przez różne społeczności świeckie i obrony tejże wiary przez Kościół przychodzi okres, w którym to Kościół, a przynajmniej Jego część przez czyny i słowa hierarchii tej wiary się wypiera. Szczególnie w czasach zamętu musimy wiarę katolicką zachować i bronić jej. Nie zaniedbujmy więc sprawy intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Domagajmy się jej od władz świeckich i duchownych w dalszym ciągu, a sami liturgicznie i praktycznie intronizujmy Chrystusa w naszych sercach i rodzinach. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 21 listopada 2017

Fasadowe prawo kościelne

Laudetur Iesus Christus!

Posoborowy kryzys Kościoła dotknął także wymiaru dyscyplinarnego. Jego najbardziej widocznym efektem jest nowy Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. Deregulacja prawna Kościoła moim zdaniem przebiegała w dwóch etapach. Pierwszym z nich było dostosowanie istniejących norm do rzeczywistości posoborowia. Wbrew pozorom wdrażanie złośliwych reform zakończyło się dopiero promulgowaniem nowego kodeksu, w którym przepisano najbardziej wątpliwe teologicznie fragmenty nauczania Vaticanum II. Drugi etap trwa do dzisiaj i polega na doprowadzeniu do totalnej anomii życia kościelnego. Głównym wykonawcą rewolucji antyprawnej w Kościele jest sam Franciszek i jego poplecznicy.

Dla każdego wierzącego prawnika sens istnienia prawa jest jasny. W sytuacji po grzechu pierworodnym natura ludzka skażona jest złem i jako taka potrzebuje pewnych zewnętrznych regulacji zwanych prawem po to aby wspomóc naturalną władzę wolitywną, jaką jest sumienie w podejmowaniu słusznych wyborów. Prawo dzielimy na Boże i ludzkie, naturalne i pozytywne. Prawo Boże naturalne streszcza się w złotej normie: "czyń dobro, a zła unikaj", zaś prawo Boże pozytywne to wszystkie przykazania jakie przekazuje nam Objawienie, co w dużym uproszczeniu sprowadza się do dekalogu. Z kolei prawo ludzkie naturalne sprowadza się do zasady: "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe i czyń innym tak jak chcesz by tobie czyniono", z kolei prawo ludzkie pozytywne to wszelkie kodeksy, konstytucje, regulaminy itp rzeczy stanowione zwykle przez określony organ władzy prawodawczej zwanej u idealisty oświeceniowego Monteskiusza władzą ustawodawczą.

Po co ludzie tworzą prawo? Otóż tam gdzie prawo naturalne nie wystarcza potrzeba stworzenia jednolitego systemu normatywnego, który ureguluje problematyczne strefy życia. Trzeba jasno stwierdzić, że prawo naturalne jest zawsze przed pozytywnym. Tej zasady przestrzegał także Pan Bóg, jednak w sytuacji kiedy ludzie zbłądzili nie zdał ich jedynie na wewnętrzne poruszenia sumienia, ale nadał kodeks postępowania, czyli prawo pozytywne. Prawo kościelne jest specyficznym rodzajem prawa, gdyż jako prawo pozytywne łączy w sobie elementy prawa Bożego i ludzkiego - tak przynajmniej winno być w założeniu. Również państwa, które niegdyś określały się jako katolickie powinny przyjąć taki model, aby określenie "katolicki" nie było zwykłym pustosłowiem.

Kościół apostolski kierował się w swym postępowaniu jedynie duchem Ewangelii i było to w większości przypadków skuteczne. Jednakże już spór pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem dotyczący przestrzegania przepisów starozakonnych oraz ewangelizacji gojów doprowadził do konieczności regulacji na Soborze Jerozolimskim. Tak zaczęła się historia tworzenia pozytywnego prawa kościelnego. Śledząc kolejne sobory dostrzegamy jak kolejne problemy implikowały tworzenie się kolejnych regulacji spisywanych zwykle w tak zwanych kanonach. Już pierwsze sobory poza warstwą dogmatyczną, zawierały także zbiór przepisów. Stan taki trwał aż do soboru trydenckiego, kiedy ostatni raz sobór uchwalał prawo dla całego Kościoła. Sobór watykański I żadnych przepisów zatwierdzić nie zdążył, natomiast sobór watykański II miał "inny charakter" wobec czego na nim także nie uchwalono żadnego prawa. Niejako logicznym uzupełnieniem Vaticanum II stał się więc Kodeks Prawa Kanonicznego (KPK) z 1983 r.

Czytając różne przepisy prawa pozytywnego wchodzimy w specyficzny język prawniczy. Zdania z których złożone są normy tworzone są w trybie orzekającym, do tego w większości przypadków istnieje klauzula nie-wykonywalności danej normy, czyli tak zwana sankcja. I tak na przykład norma z Konstytucji RP która chroni życie ludzkie obarczona jest sankcją zawartą  w kodeksie karnym: "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności." Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie istnieje sankcja. Czym w tym przypadku jest norma o ochronie życia ludzkiego? Przestaje być normą prawną, a staje się jedynie normą moralną. Ponieważ jednak morderstwa się zdarzają konieczne jest prawo, które ureguluje kwestię morderstw.

Do 1983 r w podobny sposób funkcjonowało prawo kościelne. Kodeks z 1917 r zawierał ściśle sprecyzowane normy prawne i wyliczał kary za ich nieprzestrzeganie. Nowy kodeks w dużej mierze jest zbiorem pobożnych życzeń, a sformułowania: "należy", "zaleca się", "powinno się" itp zdecydowanie dominują nad: "jest", "są", "będą" itd. Czytelnicy rozumieją chyba dobrze co mam na myśli... . Warto zresztą zajrzeć do udostępnionych w sieci kaonów tego "prawa". Na przykład:

Kan. 1184 - § 1. Jeśli przed śmiercią nie dali żadnych oznak pokuty, pogrzebu
kościelnego powinni być pozbawieni:
 1 notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy;
 2 osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze
chrześcijańskiej;
 3 inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego
zgorszenia wiernych.
 § 2. Gdy powstaje jakaś wątpliwość, należy się zwrócić do miejscowego
ordynariusza, do którego decyzji należy się dostosować. 
Powinni być pozbawieni, co wcale nie oznacza, że muszą być, a w praktyce i tak chowa się wszystkich jak leci... . 

Albo pobożne życzenie w stylu:
Kan. 254 - § 1. Wykładowcy winni się stale troszczyć w nauczaniu przedmiotów o
wewnętrzną jedność i harmonię całej nauki wiary, by alumni doświadczali, że zdobywają
jedną wiedzę. Aby łatwiej to osiągnąć, powinien ktoś w seminarium kierować całym
porządkiem studiów. 
I nic się nie dzieje gdy się nie troszczą oraz gdy nie ma prefekta studiów, albo ten nie wywiązuje się właściwie ze swoich obowiązków. 

Dużo powszechniej zdarza się sytuacja kiedy norma jest określona ale brakuje sankcji, np.:
Kan. 1167 - § 1. Tylko Stolica Apostolska może ustanawiać nowe sakramentalia,
autentycznie tłumaczyć już istniejące, znosić niektóre z nich albo zmieniać. 
Aż prosi się by wprowadzić sankcję na biskupów i prezbiterów, którzy zmieniają liturgię sakramentaliów w sposób sprzeczny z księgami, zaniechają odprawiania niektórych, albo tworzą własne. Z tą rzeczywistością mamy często do czynienia. A norma powyższa jest tak skonstruowana, że w zasadzie trudno jest napisać skargę, nie wiadomo też kto miałby być jej adresatem, kto sędzią w sprawie itd. Oczywiście sprawni interpretatorzy prawa kanonicznego zaraz wykoncypują, że sakramentalia podpadają pod liturgię, a więc do kongregacji kultu Bożego i dyscypliny sakramentów, jednak praktyka pokazuje, że poszczególne urzędy Kurii Rzymskiej chętnie śmierdzące sprawy lubią odsyłać i dykasteria liturgiczna może próbować zbyć problem w kongregacji do spraw duchowieństwa, biskupów, czy nawet nauki i wiary... . Ostatecznie prawo kościelne chociaż dotyka większości spraw życia Kościoła to jednak jest na tyle nieokreślone, że niezmiernie trudne w aplikowaniu. Stąd też jeden z wykładowców prawa kanonicznego stwierdził: "Nowy kodeks to prawo piękne do studiowania, lecz bardzo niepraktyczne do stosowania". I ja się pod słowami tego profesora podpisuję.

W ostateczności prawo kościelne czasem definiuje sankcję, zwykle podając górną granicę kary, jednak prawie nigdy nie określa dolnej. Patologia tego typu wkradła się także do kodeksów cywilnych. Powoduje ona, że mamy do czynienia z szeregiem martwych przepisów za złamanie których nie obowiązuje żadna sankcja lub jest ona symboliczna na przykład pozbawienie wolności w zawieszeniu. Przykładem takiej normy może być poniższy kanon 1366:  "Rodzice lub ich zastępujący, którzy oddają dzieci do chrztu lub na wychowanie w religii niekatolickiej, powinni być ukarani cenzurą lub inną sprawiedliwą karą." Dla kodeksu z 1917 r jedyną karą byłaby tutaj ekskomunika. Trzeba byłoby oczywiście dodać: "dobrowolnie oddają". Dlaczego ekskomunika? Ponieważ jest to praktyczna apostazja - są takie uczynki które stanowią wyznanie niewiary, oddanie własnych dzieci heretykom na wychowanie religijne to przykład takiego aktu. A co oznacza sprawiedliwa kara? Może to być równie dobrze upomnienie... . Ranga problemu i sposób w jaki sprawę rozsądza nowy kodeks budzi daleko idące wątpliwości.

W praktyce kary stosowane są rzadko. Chociaż kodeks przewiduje środki karne, to jednak zwykle nie są one stosowane. Duchownego karze się zwykle upomnieniem, przeniesieniem lub suspensą. Czasami wystarczyłoby zastosować na przykład zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w postaci nakazu zdeponowania prawa jazdy u biskupa, aby np problem wyjazdów do kochanki/kochanka wykluczyć. Ewentualnie przeniesienie na drugi koniec diecezji, ale przenoszenie do innej zwykle jest tylko spychaniem problemu pod dywan i sygnałem dal karanego: "rób co chcesz ale tak by nie było o tobie słychać". Również duchownego, który źle używa dóbr niekoniecznie należy przenosić na karną placówkę, ale obłożyć zakazem posiadania lub poważnym ograniczeniem w tym zakresie. Przenoszenie na karne placówki jest bardzo nieewangeliczne, a ci którzy stosują takie środki zapominają, że nawet w takim Ars znajdują się ludzie, którzy mają prawo do duchownego, który nie idzie tam za karę... . Kary zwłaszcza te kościelne powinny być nakładane zgodnie z troską o zbawienie duszy, przede wszystkim dokonującego występku, a nie tylko dobrego imienia parafii, diecezji czy prowincji kościelnej. Często zresztą dobre imię Kościoła utożsamiane jest błędnie z tak zwanym świętym spokojem. Biskup personalnie odpowiada za zbawienie swoich kapłanów, podobnie jak papież za zbawienie swoich biskupów. W aplikowaniu prawa nie powinni oni nigdy o tym zapomnieć.

Czytając "święte kanony" można odnieść wrażenie, że nowy kodeks stanowi prawo fasadowe. Normy prawne znajdują się jedynie w normach ogólnych, prawie karnym i małżeńskim. Cała reszta to jak stwierdził jeden z moich wykładowców "pobożne bajkopisarstwo, na którym się nie znam i którym nie warto się zajmować". Ów wykładowca był jednym z lepszych jakiego miałem okazję słuchać podczas tak zwanych studiów teologicznych. Niestety część wykładów z prawa miałem z innym księdzem, który bardziej niż samych norm uczył jak skutecznie je omijać i tutaj docieramy do drugiego etapu deregulacji prawnej Kościoła. Faktyczna anomia dotyka bowiem całej rzeczywistości Kościoła. Wszelkie dyskusje na temat przepisów ucinane są zwykle argumentami ad personem i ad hominem - oskarżeniem o faryzeizm, lub w najlepszym wypadku próbą wykazania nieznajomości "ducha prawa". Takie argumentowanie to faktyczne niszczenie wszelkiej praworządności. Używa się przy tym przewrotnie fragmentów z Pisma Świętego, cytując Słowo Boże w sposób iście szatański. Dla wprawnego obserwatora jasne jest, że KPK z 1983 r to tylko etap w postępującej rewolucji neoheretyckiej. Współczesnych modernistów uwiera już nawet ich własne dzieło. Domagają się oni całkowitej wolności. Rezultatem takich działań jest fakt, że poszczególne Kościoły partykularne różnią się od siebie nieraz tak znacznie iż zaczyna budzić to powszechne zgorszenie wiernych. Choćby słynna sprawa dyspensy w Warszawie i kpiarskie artykuły dotyczące postanowień postnych. Biskupi w Warszawie podzieleni są jak widać nie tylko Wisłą, ale także spojrzeniem na dyscyplinę pokutną w Kościele. 

Wierność prawu kościelnemu jest probierzem prawdziwego posłuszeństwa. Chrystus Pan naucza: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie." Łk 16,10. Ta wierność jest poważnie wystawiana na próbę już w trakcie deformacji w nowych seminariach. Kapłani często skarżą mi się, że są przez swoich przełożonych zmuszani do działania w sposób sprzeczny z przepisami, które ci przełożeni nie wydali i często nie mają prawa do dyspensowania od nich. Należy pamiętać, że Pan Jezus nie wymaga posłuszeństwa totalitarnego, a władzę zwłaszcza w Kościele należy traktować jako służbę. Defraudacja własnych uprawnień, dokonywana zwykle przez pospolitą uzurpację to jedno z najczęstszych przestępstw jakiego dopuszcza się duchowieństwo w Kościele poczynając od proboszcza, a kończąc na kardynałach. Z tymi zjawiskami mamy prawo i obowiązek walczyć. Przede wszystkim nie kroczmy drogą kompromisów - nie nalegajmy na łagodzenie prawa - dyspensy i indulty są czymś wyjątkowym i tak je traktujmy. Uwrażliwiajmy innych wiernych na ów problem. Przełożeni defraudują władzę głównie wskutek nacisku właśnie szeregowych wiernych. Paradygmat świętego spokoju wyznawany w większości kurii tak diecezjalnych jak i zakonnych prowadzi do łamania sumień niejednego kapłana.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 4 sierpnia 2017

Deformacja ludzka w nowym seminarium, czyli rzecz o błędnych założeniach i faryzejskiej realizacji

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na na systematyczne omówienie największych i konstytucyjnych problemów współczesnych seminariów. Pastores Dabo Vobis w nr 43 nazywa formację ludzką fundamentem całej formacji kapłańskiej. Jeśli tak jest w istocie to trzeba się przyjrzeć tej części formacji jako pierwszej. Co ciekawe od czasów soboru watykańskiego II nie ma mowy o formacji ludzkiej. Nawet Dekret o formacji kapłańskiej o niej nie wspomina, chociaż jest jej źródłem: "Zasady chrześcijańskiego wychowania winny być święcie przestrzegane i należycie uzupełniane nowymi osiągnięciami zdrowej psychologii i pedagogiki. Przez mądrze więc zaplanowaną formację trzeba w alumnach wykształcać także należytą dojrzałość ludzką, dowiedzioną zwłaszcza przez pewną stałość ducha, zdolność podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi. Niechaj alumni przyzwyczajają się rozwijać należycie własne zdolności, niech wyrabiają w sobie siłę ducha i w ogóle niech nauczą się cenić te cnoty, które u ludzi większym cieszą się uznaniem i zalecają sługę Chrystusowego. A cnotami tego rodzaju są: "szczerość ducha, stałe przestrzeganie sprawiedliwości, dotrzymywanie przyrzeczeń, grzeczność w postępowaniu, a w rozmowach skromność połączona z miłością." DFK 11. Dla ojców soborowych tak pojęta formacja ludzka mieści się w zakresie formacji duchowej, która w oczywisty sposób obejmowała kształtowanie moralne alumnów. Tekst wydaje się być zrównoważony - cechami niezbędnymi od strony "ludzkiej" są: "stałość ducha, zdolność do podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi". Pozostałe cnoty są "do wyrobienia", a więc alumni winni do nich dążyć co wcale nie oznacza że mają przy święceniach w stopniu doskonałym je realizować. 

Dalsze dokumenty o formacji kapłańskiej w dużym stopniu rozwinęły ten aspekt kształtowania przyszłych duchownych. Z treści dokumentów znikają określenia "zdrowej psychologii i pedagogiki" - zaczyna się zbytnia poufałość z psychologią, którą uznaje się w praktyce za narzędzie weryfikacji powołania kapłańskiego co jest w ogóle nie do pogodzenia z prawdą o człowieku, który jest nie tylko duszewny, ale przede wszystkim duchowy.  Psychologia nie ma narzędzi do zbadania tego co w człowieku jest prawdziwą istotą, a więc duszy duchowej. Po arystotelesowsku rzecz ujmując jest w stanie określić tylko stopień rozwoju duszy zwierzęcej i po części duszy rozumnej. To za mało żeby weryfikować powołanie kapłańskie, które rodzi się w sercu, a przyjmowane jest przez rozum w wolnej woli. Z formowania człowieka w rozumieniu moralnym, a więc wyrabiania cnót pozostaje kształtowanie uczuciowości, emocjonalności oraz układności, grzeczności i zdolności towarzyskich. Niektóre z tych cech bywają w ostateczności nawet szkodliwe. Układny kapłan nie ma w sobie stałości postępowania - jest konformistą który będzie szedł drogą kompromisów co nieuchronnie prowadzi do zanegowania misji prorockiej kapłana, która sprowadza się do mówienia zawsze prawdy i to nie zależnie od okoliczności. W kwestii uczuć i emocji oczywiście ważne jest uporządkowanie pojawiających się problemów, ale współczesne oblicze formacji ludzkiej z zasady uznaje ten aspekt za konieczny w każdym przypadku do przepracowania. Dochodzi do tego, że klerycy na spotkaniach z ojcami duchownymi poddawani są stałej terapii indywidualnej i grupowej, co rodzi patologie tym bardziej, że księża ci często nie znając się na psychologii wykraczają poza teren swoich kompetencji. Dość wspomnieć swego czasu głośną sprawę pewnego księdza z diecezji płockiej, który zrzucił sutannę... Tymczasem wystarczy aby kleryk wyrobił w sobie cnotę wstrzemięźliwości i to wystarczy aby uczucia i emocje nie rządziły nim, ale on nimi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za taki sąd spadnie na mnie grad nieprzychylności ze strony pseudo psychologów  żyjących z twierdzenia: "nie ma ludzi zdrowych tylko źle zdiagnozowani", ale mam silne przekonanie że mój głos jest w tym przypadku bardzo rozsądny i bazuje na chrześcijańskiej wizji antropologicznej. W końcu człowiek jest wolny i pracować trzeba przede wszystkim nad sumieniem oraz siłą woli.

Przeglądając witryny seminariów duchownych napotyka się prawie wszędzie wzmianki o formacji ludzkiej. Co ciekawe większość seminariów pomimo szeroko zakrojonej informacji o tym aspekcie formacji nie przedstawia rzetelnego planu tej formacji uznając że zwykłe środki wychowania w karności  i wyrobienia duszpasterskiego wystarczają. Świadczy to dobitnie o tym, że nie istnieje właściwie formacja ludzka w seminarium i piszę to z pełną odpowiedzialnością. Dyscyplina służy kształtowaniu moralności alumna oraz jego posłuszeństwa, a praktyki duszpasterskie choćby wolontariat kształtuje sylwetkę duszpasterską przyszłego kapłana. Człowiek po ukończeniu szkoły średniej ma już ukształtowany zestaw cech składających się na osobowość. Moja obserwacja jest więc oczywista - wszelkie oczekiwania, że formacja w seminarium zmieni introwertycznego alumna w ekstrawertycznego, melancholika w sangwinika itd są z góry błędne. Owszem, kleryk może nabyć pewnych umiejętności społecznych, ale to nie zmieni jego charakteru. Przełożeni muszą w końcu zauważyć, że Pan Bóg z jakiegoś powodu powołuje różnych ludzi i osobowość o ile nie jest w oczywisty sposób zaburzona, co poznaje się po zdolnościach do kierowania własnym postępowaniem oraz rozwojem intelektu, to nie jest ona ani dobra ani zła. Osobowość bowiem zawiera w sobie zespół predyspozycji do dobra i zła. Przykładowo melancholik może być bardzo wrażliwym spowiednikiem, ale będzie miał pewnie problemy z zarządzaniem parafią czy jakąś instytucją. Z kolei choleryk zwykle nie będzie miał z tym drugim problemu, ale jego osobowość może powodować że porani wiele osób i wyda szereg krzywdzących i arbitralnych opinii. Czy tego typu osobowości są złe? Nie, ponieważ i wśród apostołów były różne osobowości, a Pan wybierając każdego z nich miał konkretny zamiar. Obawiam się, że w wielu seminariach typ osobowości melancholijnej predysponowany jest do wydalenia. Sam to zresztą obserwowałem w swoim seminarium. Osobowość jest  niestety główną przyczyną uznawania alumnów za niezdatnych do przyjęcia święceń kapłańskich. W rzeczywistości sytuacja taka zachodzi rzadko - zwykle alumni powinni być wydalani z powodów moralnych i nie chodzi bynajmniej o występki kwalifikowane, które zdarzają się rzadko, ale pewnego rodzaju postawy egoizmu, złośliwości, czy cynizmu wykształcające się często już w seminarium. Swoją drogą winę za powstawanie tych cech w dużej mierze ponosi samo seminarium, ale o tym za moment. Obawiam, się że wielu świętych kapłanów i biskupów nie przeszłoby pomyślnie współczesnej weryfikacji powołania. Wystarczy popatrzeć na postać św. Hieronima - kapłana który żył w niezgodzie praktycznie ze wszystkimi, a jednak dokonał przekładu Pisma Świętego, który zgodnie z zasadami naszej wiary jest tekstem natchnionym - za taki bowiem uznał go sobór trydencki. Współczesnym formatorom brakuje nadprzyrodzonego zmysłu, popatrzenia na powołanie zgodnie z kryteriami duchowymi, a najdobitniejszym tego przykładem jest wiele dramatów kleryków, którzy zostali odrzuceni z powodu "braku postępów w formacji ludzkiej". Błędne założenia antropologiczne zniszczyły niejedno powołanie. Nie każdy kapłan powołany jest do tego, aby być pisząc językiem WSD w Łodzi: "liderem ruchów i wspólnot" - nie to należy do istoty kapłaństwa!

Styl wychowawczy jaki panuje w wielu seminariach tworzy patologie same w sobie. Metody które z założenia miały kształtować siłę woli i karność, jeśli nałoży się na to faryzejsko rozumianą troskę o rozwój człowieczeństwa alumna są w istocie deformacyjne. Trzeba uczciwie stawiać prze alumnami cel poszczególnych punktów regulaminu seminaryjnego oraz użytych środków wychowawczych, w przeciwnym razie zaczyna dochodzić do psychomanipulacji która jest niegodna podmiotowości kleryka, o której także wspominają współczesne dokumenty. Przykładowo dobieranie socjusza na zasadzie przeciwieństw charakterów nie ma za zadanie zmiany charakteru któregoś z kleryków ale szlifowanie woli w taki sposób aby próba której zostają oboje poddani zahartowała ich do znoszenia trudnych ludzi. Taka próba prowadzona konsekwentnie przez wszystkie lub większość lat formacji prowadzi nieuchronnie do wykształcenia mechanizmów obronnych u kleryka, który po takim eksperymencie może alergicznie reagować na każdego  nowo poznanego człowieka. Przy tym zamiast skupić się na formacji do kapłaństwa próbuje przetrwać okres seminarium co niweczy lub ogranicza ważniejsze aspekty jego formacji. Taką próbę charakteru można prowadzić maksymalnie jeden rok i to w szczerości z alumnami, którym trzeba wyjaśnić sens takiego a nie innego doboru socjusza. Z pewnością takie wyjaśnienia przyczyniłoby się do wykształcenia pozytywnych mechanizmów radzenia sobie z trudnym człowiekiem. Innym przykładem deformacji ludzkiej jest wszędobylska wspólnotowość. Jest oczywiste, że alumn musi umieć współpracować z innymi na niwie pańskiej, zarówno duchownymi jak i świeckimi, ale współpraca nie oznacza współżycia. Ostatecznie w tradycji naszego obrządku obecny jest celibat i doświadczają go nawet kapłani żyjący we wspólnotach. Jednym z jego elementów jest życie samotne, które przejawia się nie tylko w braku posiadania żony, ale także w życiu pojedynczo. Stanowczo za długo klerycy mieszkają razem. Przez pierwsze lata powinni dla wyrobienia charakteru mieszkać mieć socjusza, a najlepiej mieszkać w pokojach wieloosobowych, co jak wspominają starsi kapłani przyczyniało się do ograniczenia niektórych patologii. Również rekreację kleryk musi nauczyć się przeżywać pojedynczo - nie zawsze będzie miał kolegów do wspólnego wypoczywania. Jest to konieczne nie tylko ze względu na charakter przyszłego życia, ale także zwykłą higienę duchową. Dlatego seminaria powinny przeznaczyć czas na odpoczywanie wspólnotowe - konieczne dla wyrobienia towarzyskiego i czas na wypoczynek indywidualny - konieczny dla uformowania się do przyszłego stylu życia. Mam wrażenie, że nadmierna wspólnotowość  jest wynikiem pewnego redukcjonizmu formacyjnego przejawiającego się w chęci uformowania takich samych kandydatów, odpowiadających pewnemu z góry założonemu wzorcowi. To niestety tworzy kler słaby, konformistyczny i nie zdolny do stawienia czoła trudom współczesności. 

Najpoważniejszym przejawem deformacji ludzkiej w seminarium jest łamanie sumienia i wolnej woli kleryków. Niestety w małym stopniu uwzględnia się wrażliwość duchową każdego z kleryków. Wiele seminariów narzuca klerykom pewien styl - zwłaszcza jest to bolesne gdy jest to duchowość charyzmatyczna realizowana z pogwałceniem nadanych przez Stolicę Apostolską zasad liturgicznych i duszpasterskich. W trakcie pobytu w seminarium kandydaci do kapłaństwa wiele razy są zmuszani do postępowania niezgodnie z prawami obowiązującymi w Kościele. Sam na przykład zostałem zmuszony do rozdawania Komunii Świętej nie będąc nawet akolitą oraz do głoszenia kazań nie będąc diakonem. Byłem stawiany przed innymi próbami, na szczęście większość z nich przeszedłem pomyślnie z punktu widzenia wiary, co także przyczyniło się do mojego wydalenia. Jeśli tego typu sytuacje mają być próbą posłuszeństwa seminarzystów to powodują one coś wprost odwrotnego, mianowicie korupcję i defraudację sumienia. Kleryk, który świadomie i w ciężkiej sprawie wykroczy przeciw dyscyplinie kościelnej za poleceniem swoich przełożonych doprowadzi swoje sumienie do nieodwracalnej traumy, a przełożeni w rezultacie nie osiągną ani cnoty posłuszeństwa, ani nawet naturalnej lojalności względem nich samych. Seminarzysta nauczy się bowiem kroczenia drogą kompromisów i nie będzie już wierny nikomu - ani Bogu, ani Kościołowi, ani nawet swoim przełożonym. Stawianie kleryków przed wyborem - wierność Bogu i Kościołowi, albo otrzymanie święceń jest grzechem wołającym o pomstę do nieba ze strony moderatorów. Musicie w końcu zrozumieć, że tylko wasz przykład wierności wobec waszych przełożonych jest legitymizacją waszej władzy i autorytetu. Kleryk który widzi, że nie respektujecie praw którym podlegacie może i zapewne będzie wykonywał wasze polecenia, ale nigdy nie będzie posłuszny, a w sercu wami wzgardzi.  Pytanie za jaki autorytet chcecie jako formatorzy uchodzić? Jeśli tylko formalny to wasze oddziaływanie będzie jedynie deformujące. O kwestii posłuszeństwa będę jeszcze pisał.... .

Istotnym elementem oddziaływania na wolę i moralność kleryków jest praca, zwłaszcza ta fizyczna. Zwłaszcza XX wiek pokazał jak bardzo niszczy człowieka praca bezsensowna. Czas już najwyższy skończyć z używaniem pracy jako narzędzia weryfikacji/kształtowania posłuszeństwa. Osobiście wykonywałem bezsensowne prace w seminarium - przyjmowałem to zwykle z uśmiechem. Mam jednak pozaseminaryjne doświadczenia pracy bezsensownej  - dużo trudniejsze bo związane z przemocą jakiej byłem w pewnym momencie życia poddany i wiem jak bardzo bezsensowna praca potrafi psuć ducha. Pragnę zauważyć, że klerycy mają różną konstytucję fizyczną - zlecanie tym słabszym prac ponad siły nie tylko stanowi zagrożenie dla ich zdrowia fizycznego, ale także psychiki. Nie można wymagać zbyt wyczerpującej pracy fizycznej - widziałem kolegów, którzy słaniali się na nogach przez wiele godzin dziennie dźwigając rzeczy, które jako lepiej zbudowany miałem problemy by unieść. System pracy nie zawsze był taki, aby móc solidarnie znosić jej trudy. Praca w seminarium ma ewidentny wymiar wychowawczy i jest konieczna dla wyrobienia w sobie cnoty pracowitości, dokładności i systematyczności. Służą temu także tak zwane oficja - czyli zadania przypisane do konkretnych kleryków. Przełożeni różnych szczebli powinni zauważyć, że praca jest ważnym czynnikiem nie tylko formacyjnym, ale wspomagającym misję Kościoła. Aby była ona przyjęta właściwie, odpowiednio przeżyta i potrzebna Kościołowi musi być celowa. Dlatego też powinni tak rozdzielać oficja, aby były one dopasowane do zdolności alumnów. Sam piastowałem funkcje do których nie miałem predyspozycji. Nie należy się łudzić, że poprzez zlecenie funkcji przeciwnej naturze kleryka zmieni się ową naturę. A jeśli celem jest wyrobienie określonej cnoty lub praca nad konkretną wadą to zainteresowany kleryk powinien być o tym powiadomiony po to by świadomie podjął pracę nad sobą. 

Nowe seminaria na swoich witrynach i podczas publicznych wystąpień moderatorów wznoszą wiele szczytnych idei. Często kryją się za nimi ludzkie dramaty, szereg nieporozumień i patologii. Nigdy nie zapomnę płomiennych kazań dotyczących solidarności i wspólnotowości. Uczono nas że seminarium jest rodziną. Bolesną weryfikację tego poglądu przeżyłem na pierwszym roku. Przed obłóczynami klerycy mający przyjąć sutannę we współpracy z rokiem młodszym i diakonami przygotowują swego rodzaju festiwal. Są to dni radości, kiedy dyscyplina w seminarium ulega chwilowemu rozluźnieniu. Szczerze nie przepadałem za tym okresem, bo cenię sobie codzienność i normalność, ale z punktu widzenia seminarium jako wspólnoty taka odskocznia jest potrzebna. Niestety sesja profesorska zakończyła się odłożeniem na czas nieokreślony przyjęcia stroju duchownego przez kilku alumnów. Jak się potem okazało postępowanie to było słuszne - chociaż ci klerycy zostali wyświęceni to jednak wszyscy szybko się wkoleili. Kurs przyjmujących sutannę zdecydował o tym że nie będą robić tradycyjnego przedstawienia i nie wezmą udziału w festiwalu. Pamiętam, że jako pierwszy rok byliśmy pod wrażeniem takiej decyzji - wskazywała ona na ich dojrzałość nie odczytywaliśmy tego jako buntu. Niestety moderatorzy mieli inne zdanie i z trudem, ale skutecznie rozbili ów rocznik i przedstawienie się odbyło. Jest to dobitny przykład jak na ołtarzu własnej próżności potrafi być w seminarium złożona ofiara z solidarności. Prawda jest taka, że to przełożeni nadawali się bardziej do usunięcia niż sami neosutanniarze. Takich przypadków, kiedy dojrzałość ludzka formowanych była większa niż formatorów mógłbym wskazać więcej, nie to jest jednak celem niniejszego wpisu.

Podsumowując - należy traktować jako mrzonki postulaty zmiany osobowości kleryków i kształtowania przez osoby niekompetentne ich życia uczuciowego czy emocjonalnego. Trzeba ich przyjąć takimi jakimi są i zamiast formować ich metodą urawniłowki odwołać się do tradycyjnych modeli formacyjnych. Zatem w miejsce formacji ludzkiej należy postawić formację moralną, a więc zrobić to co Kościół od wieków robił dobrze i na czym się znał, a mianowicie ukształtować cnotliwych duszpasterzy. Cnota bowiem, a nie osobowość jest tym co można w człowieku wypracować metodami aprobowanymi przez Tradycję katolicką. Seminaria w Tradycji właśnie dlatego wypuszczają dobrych kapłanów, że nie postępują w zgodzie z duchem tego świata, ale za niezmienne mają sposoby jakimi Kościół wychowywał swych synów na świętych kapłanów. Oby dobry Bóg odmienił serca moderatorów, aby formację i weryfikację swych podopiecznych zaczęli prowadzić metodami bardziej nadprzyrodzonymi niż świeckimi. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 29 czerwca 2017

Urząd strategiczny, czyli mowa o biskupach...

Laudetur Iesus Christus!

Z okazji przypadającej dziś uroczystości Świętych Apostołów Piotra i Pawła chcę zakończyć cykl wpisów dotyczących poszczególnych święceń. Dzisiejszy obchód jest jest szczególnym świętem patronalnym biskupów, toteż im zamierzam poświęcić dzisiejsze rozważania. 

Ponieważ biskup jest w Kościele najwyższym urzędem, należy szczególnie dobrze zrozumieć istotę i cel jego posługiwania. Prawdą jest, że biskupi są następcami apostołów. Wszystko więc co Chrystus Pan mówił do apostołów i władzę jaką im udzielił odnosi się także do nich. Sukcesja apostolska biskupów ma jednak charakter inny niż ta piotrowa. Otóż gdy papież jest kolejnym następcą św. Piotra, to poszczególny biskup jest następcą nie konkretnego z apostołów, ale całego kolegium. Z tego też powodu biskupi tworzą szczególną wspólnotę zwaną episkopatem. Dziś niestety wspólnota biskupów rozumiana jest bardzo koncyliarnie, ale o tym za moment. 

W historii teologii spierano się o istotę obrzędu konsekracji biskupiej. Niemało teologów uważało, że biskupstwo nie jest oddzielnym święceniem, a jedynie błogosławieństwem do sprawowania jurysdykcji. Przeciwko takiemu poglądowi wyraźnie wystąpił sobór trydencki orzekając o trzech sakramentalnych stopniach święceń oraz Konstytucja Apostolska Sacramentum Ordninis wydana przez papieża Piusa XII. Niestety współcześnie bardzo wielu teologów głosi jawną herezję o tym, że biskupstwo nie jest stopniem sakramentalnym i władzę biskupa w całości posiada już prezbiter. Spotkałem się z tym poglądem podczas moich studiów seminaryjnych - głównymi propagatorami byli prawnicy, aczkolwiek i dogmatycy podnosili kilka razy tą herezję jako akademicki pogląd godny dyskusji... . 

Jaki jest cel urzędu biskupiego? Stary pontyfikał wyrażał to jasno: "Obowiązkiem biskupa jest: sądzić, tłumaczyć, konsekrować, święcić, ofiarować, chrzcić i bierzmować." Władza sądzenia, czyli rządzenia jeśli chodzi o biskupów nie jest jedynie sprowadzona do kierowania powierzoną sobie diecezją lub inną jednostką administracyjną Kościoła. W podstawowym wymiarze odnosi się ona do odpuszczania grzechów i wyrzucania złych duchów. Biskup powinien więc w szczególny sposób zadbać o dyscyplinę pokutną we własnej diecezji, a więc czuwać nad wszystkimi spowiednikami, zarządzać przeprowadzanie specjalnego egzaminu dla przyszłych spowiedników, kontrolować ich oraz wydawać wewnętrzne zalecenia dotyczące praktyki słuchania spowiedzi. Szczególną rola dotyczy tutaj tak zwanych rezerwatów biskupich, czyli grzechów szczególnie ciężkich zastrzeżonych do odpuszczenia samemu biskupowi. Jeśli inne obowiązki nie przeszkadzają biskup powinien osobiście wysłuchiwać taki spowiedzi. Również biskup jest pierwszym egzorcystą i nie powinien się w zupełności uchylać od tego zadania. Oczywiście roztropnym jest wyznaczenie kapłana wyposażonego w tą władzę, ale to biskup jest pierwszym i najważniejszym egzorcysta diecezji. Wreszcie rządzenie oznacza, że biskup jest w pełni odpowiedzialny za wszystkie podległe mu urzędy i sprawuje faktyczną władzę, to znaczy jego polecenia są wykonywane, a występki karane. Niestety w wielu diecezjach - w tym także w mojej sytuacja wygląda odmiennie i czasem mam wrażenie, że to ogon merda psem... . Nie może być tak, że biskup diecezjalny jest zakładnikiem swojej kurii. Powinien on przeprowadzać w dykasteriach kurialnych, jak również w parafiach rzeczywiste i niezapowiedziane kontrole. Nie chodzi tutaj o to aby biskup przerodził się w śledczego, ale system sprawowania kontroli jaki panuje w wielu diecezjach często prowadzi do tego, że biskup jest permanentnie oszukiwany, przez co traci roztropny osąd rzeczywistości. Należy oczywiście pamiętać, że władza biskupa ograniczona jest przez akty wyższego rzędu, to jest pochodzące od Stolicy Apostolskiej. Wszystkie przeciwne im zarządzenia biskupie powinny spowodować naturalny opór i sprzeciw wiernych jak również duchowieństwa. Legitymizacją władzy biskupa jest bowiem jedność ze Stolicą Apostolską. Przykładów wypaczeń w tej kwestii jest wiele - napiszę o tym oddzielny wpis odnoszący się do posłuszeństwa w Kościele. Groźnym przejawem ograniczania władzy biskupa jest instancja konferencji episkopatów, w których zmusza się wszystkich biskupów do przyjęcia aktów prawnych - takie działania jeśli nie ma woli zainteresowanego biskupa są nieważne o czym pisałem omawiając herezję koncyliaryzmu. 

Tłumaczeniem stary pontyfikał określa władzę nauczania, jaką biskup spośród wszystkich kleryków posiada w najwyższym stopniu. O ile lektor swoje nauczanie kieruje głównie do niewierzących, diakon naucza w zastępstwie kapłanów, prezbiter głosi wiarę wobec parafii do której jest posłany o tyle biskup naucza w sposób uroczysty i obejmuje swoją nauką całą diecezję, a w szczególnych wypadkach także Kościół powszechny. W odniesieniu do własnej diecezji podstawowym zadaniem władzy nauczania biskupa jest czuwanie, aby wszyscy klerycy głosili na jego terenie czystą wiarę katolicką. W tym celu powołuje on specjalne urzędy w kurii, specjalnie zaś urząd cenzora, który jako specjalnie wykształcony w dziedzinie doktryny sprawdza wszystko co w diecezji wychodzi drukiem. Biskup ma obowiązek przestrzegać powierzoną mu owczarnię przed błędami, toteż jego nauczanie szczególnie tego powinno dotyczyć. Niestety biskupi zwykle przepowiadają w sposób ogólnikowy, a treść ich nauczania nie dotyka żadnych palących problemów. Tacy biskupi sprzeniewierzają się istotnie swojemu pasterskiemu urzędowi. W odniesieniu do całego Kościoła nauczanie poszczególnego biskupa może mieć charakter obowiązujący tylko jeśli jest aprobowane przez legalny synod czy sobór. W szczególny sposób władzę nauczania posiadają prefekci poszczególnych dykasterii Kurii Rzymskiej, którzy w imieniu samego papieża wydają dokumenty obowiązujące cały Kościół. Niestety wielu biskupów uważa swoje nauczanie za część depozytu wiary, a siebie samych za Urząd Nauczycielski Kościoła. Taki pogląd jest mylny. Tylko w jedności z innymi biskupami i ze Stolicą Świętą biskup stanowi ów Urząd Nauczycielski. Niestety zauważam, że większość biskupów stawiających taką tezę to nie tylko pyszałkowaci książeta, ale także heretyckie wilki ubrane w purpurę i bisior... . Takim biskupom żaden posłuch się nie należy, tylko wzgarda wobec tego co uczynili ze swego urzędu. Należy także przestrzec przed biskupami profesorami, przede wszystkim ich samych. Stan biskupi w moim mniemaniu wyklucza dotychczasowy wkład profesora teologii w rozwój swojej dyscypliny. Oczywiście biskup może prowadzić jakieś wykłady, zwłaszcza dla alumnów, ale nie powinien zaniedbywać swych obowiązków stanu poprzez wyjazdy na sympozja, konferencje naukowe, czy pisanie traktatów teologicznych. Jeśli jest w stanie robić to w czasie wolnym  to oczywiście jest to bardzo pożyteczne, ale ja sam i moi koledzy byliśmy głęboko zgorszeni tym, że nasz biskup bardziej zajmuje się  nauką niż swoją własną diecezją. 

Dalej biskup winien jako najwyższy pasterz dokonywać niektórych poświęceń, których ze względu na uroczysty charakter nazywa się konsekracjami.  Do tych szczególnych aktów zalicza się konsekracja olejów świętych, ołtarza, świątyni, ale także poświęcenia kaplic, naczyń i szat liturgicznych, dzwonów, cmentarzy itd. Oczywiście w niektórych przypadkach obecność biskupa nie jest konieczna - w zasadzie tylko poświęcenie oleju krzyżma, świątyni i ołtarza należy bezwzględnie do biskupa. Nie powinno być jednak tak, że biskup poświęca różne świeckie rzeczy - które z natury rzeczy powinny być jedynie pobłogosławione - na przykład szkoły, więzienia itp a zaniedbuje może mniej spektakularnych, ale ważniejszych poświęceń, bo odnoszących się bezpośrednio do służby Bożej. 

Niezastąpioną rolę pełni biskup w święceniu duchownych. Jest jedynym szafarzem wyższych święceń i to wbrew wszelkim heretyckim opniom o których pisałem wcześniej. Prezbiter nigdy nie przekaże nikomu swojej władzy... . Pomimo tego, że w udzielaniu mniejszych święceń może biskupa zastąpić inny kapłan, to powinien ich osobiście udzielać i to nawet w zgromadzeniach zakonnych. W szczególności we własnym seminarium duchownym biskup ordynariusz powinien święcić na wszystkie stopnie swoich kleryków. Jeśli tylko nie przeszkadza temu stan zdrowia powinien to robić osobiście. Bardzo przykre dla nas było, gdy biskup wyręczał się w tym biskupem pomocniczym, albo co gorsza jechał wyświęcić na drugi koniec kraju swojego pociotka, a święcenia kapłańskie swoich przyszłych współpracowników pozostawiał innemu biskupowi. To zadanie święcenia duchowieństwa ściśle związane jest z zaślubinami biskupa z diecezją w której posługuje. Oczywiście biskup nie powinien towarzyszenia swoim klerykom w drodze do kapłaństwa ograniczać wyłącznie do obecności na święceniach i konferencjach dopuszczeniowych. Dobrą praktyką jest kiedy biskup prowadzi jakieś wykłady dla swoich seminarzystów, odwiedza ich często, poznaje i głosi im Słowo Boże. Myślę, że warto byłoby rozważyć, żeby biskup jeśli seminarium jest w mieście katedralnym po prostu mieszkał w seminarium. Oczywiście to co piszę odnoszę do dobrego i prawego biskupa - ortodoksyjnego, a nie modernisty... . 

Biskup na terenie swojej diecezji w naturalny sposób jest najwyższym ofiarnikiem. Msza Święta sprawowana przez biskupa diecezjalnego ukazuje jedność nie tylko samej diecezji, ale także Kościoła w ogóle. Dlatego też biskup powinien często sprawować publicznie Mszę Świętą - nie tylko z okazji wielkich świąt, ale przynajmniej w każdą niedzielę odprawić sumę katedrze lub innej świątyni na terenie diecezji. Ze względu na swój urząd biskup powinien czuwać nad dyscypliną eucharystyczną. Jak napisałem wyżej osobiście powinien wizytować podległych mu księży i obserwować jak sprawują Najświętszą Ofiarę. Dotyczy to nie tylko posłuszeństwa względem norm Kościoła odnoszących się do samej celebracji, ale także godności szat, paramentów i muzyki liturgicznej towarzyszącej świętym obrzędom. 

Wreszcie biskup ma chrzcić i bierzmować. Dziś szczególnie należy podkreślić polecenie odnoszące się do bierzmowania. O ile katechumenów biskupi stosunkowo chętnie odradzają z wody i z Ducha Świętego, o tyle w przypadku bierzmowania wielu biskupów w sposób zupełnie nieuzasadniony się dyspensuje. Trzeba tym biskupom jasno przypomnieć że są zwyczajnymi szafarzami bierzmowania. Sprawowanie tego sakramentu jest ich największym liturgicznym obowiązkiem zaraz po udzielaniu święceń oraz konsekrowaniu olejów, ołtarzy i świątyń. 

Wielka jest odpowiedzialność biskupa. Nie jest to urząd, którym można jedynie przyozdobić więdnące starością ciało... . Władza w Kościele jest służbą. Niestety ów strategiczny urząd Kościoła gnębi wiele patologii, których będę na tym blogu jeszcze nie raz pisał. Wszystkim biskupom dedykuję surowe upomnienie Chrystusa Pana:  "Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą" Łk 12,48.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 14 kwietnia 2017

Ofiara czy uczta?

Laudetur Iesus Christus!

"Pan wieczernik przygotował, swój zaprasza lud, dla nas wszystkich dom otworzył i zastawił stół" - słowa tej pieśni usłyszeliśmy wczoraj w niejednym kościele. Wypada więc zapytać czym jest ów stół który zastawia dla nas Pan? Sobór Watykański II w Konstytucji o Liturgii Świętej w punkcie 48 tak naucza: "Kościół zatem bardzo się troszczy o to, aby chrześcijanie w tym misterium wiary nie uczestniczyli jak obcy lub milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy misterium to dobrze rozumieli, w świętej czynności brali udział świadomie, pobożnie i czynnie, byli kształtowani przez słowo Boże, posilali się przy stole Ciała Pańskiego i składali Bogu dziękczynienie". Jest zatem ołtarz nazwany stołem Ciała Pańskiego, tymczasem z definicji ołtarz jest miejscem do składania ofiar. Chyba nie ma religii w której ołtarz służyłby do spożywania. Zwróćmy uwagę, że wbrew określeniu "przystępować do Stołu Pańskiego" wierni nie przyjmują Komunii Świętej przy ołtarzu - jedynie kapłan komunikuje się w tym miejscu. Jednak Komunia Święta kapłana ma charakter dopełnienia Ofiary - jako będący in persona Christi, kapłan musi przyjąć Ciało i Krew Pana Jezusa Chrystusa.

Teraz trochę nauki Soboru Trydenckiego odnośnie do Mszy Świętej:

I/B. Kanony o Najświętszej ofierze mszy świętej

1. Gdyby ktoś mówił, że we mszy nie składa się Bogu prawdziwej i właściwej ofiary; albo że składanie ofiary nie jest niczym innym niż dawaniem nam Chrystusa do spożycia - niech będzie wyklęty.
2. Gdyby ktoś mówił, że słowami: „To czyńcie na moją pamiątkę” Chrystus nie ustanowił apostołów kapłanami lub nie polecił, by oni oraz inni kapłani składali w ofierze Jego ciało i krew - niech będzie wyklęty.
3. Gdyby ktoś mówił, że msza jest tylko ofiarą pochwalną i dziękczynną lub jedynie pamiątką ofiary złożonej na krzyżu, a nie przebłagalną; albo że pomaga wyłącznie przyjmującemu [Komunię] i nie powinna być składana za żywych i umarłych, za grzechy, kary, zadośćuczynienia ani w innych potrzebach - niech będzie wyklęty.
4. Gdyby ktoś mówił, że ofiara mszy jest bluźnierstwem przeciw najświętszej ofierze Chrystusa złożonej na krzyżu, albo że ją umniejsza - niech będzie wyklęty.
5. Gdyby ktoś mówił, że oszustwem jest odprawiać msze ku czci świętych, i dla uzyskania ich wstawiennictwa u Boga, jak czyni Kościół – niech będzie wyklęty.
6. Gdyby ktoś mówił, że kanon mszy zawiera błędy i dlatego należy go znieść - niech będzie wyklęty.
7. Gdyby ktoś mówił, że obrzędy, szaty i znaki zewnętrzne, których używa przy sprawowaniu mszy Kościół katolicki, są bardziej podnietą do bezbożności niż pełnieniem pobożności - niech będzie wyklęty.
8. Gdyby ktoś mówił, że msze, podczas których tylko kapłan przyjmuje Komunię sakramentalnie, są niedozwolone i dlatego należy je znieść - niech będzie wyklęty.
9. Gdyby ktoś mówił, że obrządek Kościoła rzymskiego, w którym część kanonu i słowa konsekracji wymawia się po cichu, należy potępić; albo że mszę należy odprawiać wyłącznie w języku rodzimym; albo że nie należy dodawać wody do wina w ofiarowaniu kielicha, ponieważ jest to przeciwne ustanowieniu Chrystusa - niech będzie wyklęty.
Jasno więc widać iż jest nauką katolicką traktowanie Mszy Świętej jako ofiary. W tradycyjnym nauczaniu wymiar uczty albo jest tylko wzmiankowany, albo pominięty, ponieważ nie stanowi istoty Mszy Świętej. Jeśli jednak chcemy szukać gdzieś owej Uczty Pańskiej to będą to obrzędy Komunii Świętej i każdy uczciwy liturgista przyzna, że stary obrządek mszalny bardziej akcentował ową ucztę. Pierwszym elementem, który był, a którego zwykle dziś nie ma są balaski nakryte białym obrusem. Nowa teologia każe przyjmować Ciało Pańskie w tak zwanej procesji, będącej jednak właściwie kolejką. W praktyce przyjęcie Komunii Świętej odbywa się w locie - nie ma niczego co by w sposób zewnętrzny oznaczało, że mamy do czynienia z ucztą. Dalej w wielu miejscach ministranci nie posługują już z pateną, a więc i ten element uczty jakim jest spożywanie nad talerzem został wyeliminowany. Wreszcie skrócono wydatnie czas uczty przez dopuszczenie do szafowania Ciałem Pańskim praktycznie każdego wiernego... . Nawet puryfikacja naczyń - czyli przekładając na współczesny język zmywanie naczyń jest wykonywana zgodnie z uproszczonymi zasadami i niestety często niechlujnie... . Dla tradycyjnego katolika kwestie które poruszam godzą w istotę pobożności eucharystyczej, ale i dla modernisty powinny być jasnym znakiem jak bardzo wyznawane przezeń zasady różnią się od praktyki. Czasem o zgrozo wiarołomne spotkania opłatkowe heretyków są odprawiane z większą nabożnością niż rzekomo katolickie "uczty".

Czy Pan Bóg wprowadził do kultu elementy uczty? Być może traktując rzecz bardzo aspektowo można by stwierdzić że w pewnej dalekiej metaforze tak, bo istotnie Ciało Chrystusa jest Pokarmem na żywot wieczny. Jednak bliższa jest perspektywa Ofiary, z reszty której posilają się wierni będąc w tym i tylko tym sensie królewskim kapłaństwem, bo kapłanom w Starym Zakonie przysługiwał posiłek właśnie z owej reszty pozostałej z ofiar. O tak zwanym kapłaństwie wspólnym będę jeszcze pisał. Dziś chciałbym tylko podkreślić, że Msza Święta jest Ofiarą, a ucztą tylko w pewnym i nigdy dosłownym sensie. Jeśli powiemy, że Msza Święta to Najświętsza Ofiara wyrazimy w pełni katolicką naukę, jeśli jednak określimy ją jako uczta to staniemy się wiarołomnymi protestantami. Również określenia typu: ofiarna uczta nie są prawidłowe. Uczta ofiarna być nie może, bo albo robimy jedno albo drugie, poza tym wymiar ofiary sprowadza się w takim wyrażeniu li tylko do epitetu. Bliższe prawdzie byłoby stwierdzenie: "Ofiara i uczta" - jednak i tutaj dokonuje się pewna redukcja, ukryte zrównanie wymiaru ofiarniczego Mszy Świętej ze znaczeniem Komunii Świętej, która choć jest ważna to jednak nie należy do istoty Mszy Świętej, a najlepszy jest dowód, że może być Ciało Pańskie rozdawane poza Mszą Świętą. Życzę więc wszystkim czytelnikom pochylenia się nad tajemnicą Ofiary i owocnej walki z wszelkimi przejawami redukcjonizmu eucharystycznego. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


środa, 8 marca 2017

Czy Kościół zniósł niższe święcenia?

Laudetur Iesus Christus!

Pisząc o różnych stopniach święceń nie sposób nie dotknąć tematu istnienia poszczególnych stopni. W toku mojej (de)formacji seminaryjnej dowiedziałem się, że Sobór Watykański II zniósł niższe święcenia. Jest to oczywiście jeden z wielu mitów dotyczących tego soboru, ale o tym napiszę innym razem. Faktem jest, że 7 lat po zakończeniu ostatniego soboru Paweł VI wydał dokument "zmieniający dyscyplinę w odniesieniu do tonsury, niższych święceń i subdiakonatu". Ten bardzo krótki dokument nazywa się Ministeria Qaedam i gorąco polecam go przeczytać szczególnie wszystkim alumnom wchodzącym w stan klerycki, wyświęconym już klerykom, ale także zainteresowanym osobom świeckim. Dowiadujemy się z tego dokumentu, że: "Święcenia, które dotychczas nazywały się niższymi, mają być odtąd nazywane posługami." Nie ma zatem mowy o znoszeniu święceń niższych jako takich, ale o zmianie nazwy - nie zmienia się zatem istota rzeczy. To co dokument faktycznie znosi to tonsurę i święcenia egzorcystatu. Dla całego Kościoła poleca zachować lektorat i akolitat. List papieski zauważa także pewną wartość i możliwość utrzymania święceń ostiariatu oraz przesuwa uprawnienia subdiakona na akolitę i lektora znosząc ten stopień. Szczegółowo kwestię uprawnień poszczególnych stopni omówię w kolejnych wpisach. Dziś istotna jest kwestia będąca tytułem wpisu.
Czy Kościół może znieść niższe święcenia? Święty Sobór Trydencki  zwany potocznie Trydentem i niesłusznie przypisywany jako epitet gatunkowy wszelkiej maści tradycjonalistów katolickich (którzy w większości nie znają jego postanowień) podał jako dogmat następujące zdanie: "Gdyby ktoś mówił, że oprócz kapłaństwa w Kościele katolickim nie ma innych święceń, wyższych i niższych, którymi jakby stopniami zdąża się do kapłaństwa - niech będzie wyklęty." Z tego wyraźnie wynika, że istnienie święceń niekapłańskich jest prawdą, której wyznawanie należy do depozytu wiary. Również w tej samej sesji 23 soboru znaleźć możemy także taką tezę dogmatyczną: "Gdyby ktoś mówił, że w Kościele katolickim nie ma hierarchii, ustanowionej z Bożego rozporządzenia, która obejmuje biskupów, prezbiterów oraz [innych] szafarzy - niech będzie wyklęty." Co należy rozumieć przez innych szafarzy? Chodzi o stopnie nie kapłańskie, a więc: diakonat, subdiakonat, akolitat, egzorcystat, lektorat i ostiariat. Oczywiście znajdą się "teolodzy", którzy podważą te i inne wypowiedzi Magisterium Ecclesiae, choćby nie wiem jak uroczyste formuły w tekstach były zastosowane - są to ci sami heretycy, którzy swoich uczniów nie zaznajamiają z hierarchią wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego, a sami arbitralnie osądzają co należy do depozytu wiary, a co nie. Tych też przestrzegam, bo czeka ich za te wszeteczeństwa bardzo surowy sąd Boży. Truć młodzież klerycką własnymi błędnymi poglądami i podawać je za objawione to szczyt przewrotności i nadużycia powierzonego sobie urzędu.
Sobór Trydencki również w innych miejscach mówi o święceniach niższych i żąda przywrócenia ich właściwego znaczenia - niestety postanowienia te nie weszły w życie. Również "odnowa święceń" Pawła VI nie uzyskała powszechnej aprobaty - poza redukcją święceń nie uzyskano niczego. Funkcje lektora i akolity pełnią dziś ludzie kompletnie do tego nieprzygotowani, tworzone są jakieś protezy urzędów: nadzwyczajni szafarze Komunii Świętej, lektorzy - dzieci, ministrantki, asystenci i referenci pastoralni. Posług lektora i akolity dalej udziela się właściwie tylko w drodze do święceń sakramentalnych, a klerycy posiadający te stopnie nie mają elementarnej wiedzy na temat swoich nowych zadań, uprawnień i stanu. W rzeczywistości praktyka po dokumencie Ministeria Quaedam zupełni znosi znaczenie niższych święceń - jest jeszcze gorzej niż było od czasów średniowiecza, kiedy często poszczególne święcenia przyszły kapłan tylko przeleciał, a nie sprawował władzy duchowej wynikającej z tychże stopni.
Wreszcie trzeba powiedzieć, że święcenia każdego stopnia wyciskają na duszy charakter - jest to nauczanie powszechne i dobitnie udowodnione w Sumie Teologicznej św. Tomasza z Akwinu. Czy jest to dogmat, czy zdanie teologicznie pewne jest kwestią zbadania, ponieważ literalnie z kanonów soborów to nie wynika, ilekroć bowiem mowa o święceniach nie wiadomo czy chodzi tylko o stopnie kapłańskie czy także o święcenia niekapłańskie. Podstawowym argumentem jest, że osoba występująca z seminarium po przyjęciu święceń niższych i wracająca po jakimś czasie nie powtarza przyjętych święceń niższych. 
Wszystkich kleryków i kapłanów usilnie zachęcam do podjęcia studium nad święceniami jakie przyjęli. Każdy kapłan rozważając stopnie przez które przeszedł wzbogaca się duchowo, bowiem będąc prezbiterem nie przestaje być diakonem, akolitą czy lektorem, albo ostiariuszem. Boża pedagogika doprowadza człowieka do doskonałości stopniowo - podobnie rzecz ma się ze świętą służbą. Życzę więc każdemu klerykowi wytrwałości w przyjętych urzędach i odebrania w niebie nagrody wiecznej. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty Kleryk