Pokazywanie postów oznaczonych etykietą protestantyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą protestantyzm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 listopada 2018

Małżeństwo nie cieszy się już przychylnością prawa...

Laudetur Iesus Christus!

Wbrew obiegowym opiniom rewolucja heretycka zwana dla zmylenia przeciwniku reformacją nie zaczęła się wcale od krytyki papiestwa, symonii, nepotyzmu i czego tam jeszcze eklezjofoby nie wymyślą. Marcin Luter zaczął swój bunt od zdeprecjonowania małżeństwa. Jak wiadomo ów herezjarcha klasztor i strój zakonny traktował tylko jako kryjówkę przed niechybną karą śmierci za pojedynek ze skutkiem śmiertelnym którego był sprawcą. Wiedziony nieuporządkowaną żarliwością swych lędźwi pragnął zaspokajać swoje żądze pomimo ślubów jakie był złożył.

Doktryna o tym, że małżeństwo jest sprawą doczesną i należy pod zarząd władzy świeckiej była rewolucją jak na owe czasy. Kościół do czasu upadku państw katolickich skutecznie opierał systemom filozoficznym i heretyckim uznającym małżeństwo li tylko jako umowę cywilnoprawną dwojga ludzi wolnych płci przeciwnej. Od czasu powstawania republik, masonerii a co za tym idzie także konkordatów Kościół coraz bardziej wychodził na przeciw starym luterańskim herezjom. I do dziś istnieją tak zwane małżeństwa konkordatowe - zawierane dla wygody i bez przemyślenia, że sprowadzają kapłana katolickiego do roli urzędnika państwowego, a sakrament małżeństwa do cywilnej uroczystości w sakralnym entourage... . Bo czyż nie jest już tak w mentalności wielu naszych miernych wiernych, że organizuje się wesele, zaprasza się na wesele, a ślub - ten umawia się dopiero po wybraniu terminu i miejsca wesela?  A zatem mamy do czynienia z masową ilością cywilnych ceremonii ślubnych z asystą kościelną. Śluby te w wielu przypadkach są i tak nieważne, ponieważ nupturienci traktują przysięgę małżeńską czysto zewnętrznie.

Potem nastał czas rewolucji seksualnej i znowu ugodzono w katolicką koncepcję małżeństwa. Z jednej strony poszła moda na współżycie bez małżeństwa  oraz przyzwolenie na takie praktyki w społeczeństwie, z drugiej strony dopuszczono możliwość uznania homozwiązków jako małżeństwa. Przez kilkadziesiąt lat poglądy te przechodziły do świadomości "wyzwolonych" społeczeństw a także protestanckich sekt tak, że dzisiaj w wielu denominacjach błogosławieństwo par homoseksualnych jest czymś oczywistym. Pozostał więc osamotniony Kościół, na którego co raz bardziej wywiera się presję, aby odstąpił od nauczania o małżeństwie prawdy. Ustępstwa Kościoła dotyczyły uznania, że homoseksualizm nie jest chorobą oraz wprowadzenia eufemistycznych zapisów w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Z drugiej strony rozmachu nabrały działania aby zminimalizować dyskomfort rozwodników poprzez tworzenie dla nich specjalnych duszpasterstw oraz ułatwianie procedury unieważniania małżeństwa.

Mam świadomość iż z punktu widzenia kanonistów chodzi o stwierdzenie nieważności małżeństwa, jednak sposób w jaki ostatnio przeprowadza się te "procesy" ilość edyktów stwierdzających nieważność nasuwa poważne wątpliwości. W przypadku bowiem procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa nie chodzi o to kto przedstawi lepsze argumenty, ale o to czy sąd dojdzie do prawdy. I przed Panem Bogiem małżeństwa nie ma tylko wtedy gdy rzeczywiście zostało ono zawarte nieważnie. Już kodeks z 1983 r dopuszcza stwierdzenie nieważności z powodów które praktycznie nigdy nie zachodzą. Bo co to znaczy że ktoś: "ma poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich" czy też "niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej"? Oba przypadki bywają najczęstszą przyczyną stwierdzenia nieważności małżeństwa. Pierwszy oznaczałby że ktoś nie wie po co zawiera się małżeństwo, a takich osób dorosłych w polskim społeczeństwie po prostu nie ma, chyba że cierpią na upośledzenie umysłowe i to w stopniu co najmniej średnim. Drugi przypadek należy rozważać pod kątem istotnych obowiązków małżeńskich. Do istotnych obowiązków na pewno nie należy zdolność do utrzymywania porządku, pracowania, kształcenia się itd. Obowiązki małżeńskie są jasne i wynikają z natury małżeństwa oraz przysięgi, a więc chodzi o zdolność do podjęcia aktu małżeńskiego, kochania drugiej osoby, uczciwości oraz wierności. Przez zdolność do tego wszystkiego nie rozumie się automatycznie aktualizowanie tego wszystkiego i to że ktoś zdradził żonę czy męża nie jest powodem do stwierdzenia małżeństwa, to nie jest nawet przesłanka do tego by taki proces wszczynać. Rozwiązłość jest brakiem natury moralnej i dopiero jeśli wykaże się seksoholizm i to powstały przed zawarciem małżeństwa można procedować nieważność, to samo dotyczy innych chorób typu schizofrenia czy choroba dwubiegunowa afektywna. Absurdalnym jest stwierdzanie nieważności z powodu depresji czy nerwicy... . W praktyce wad przysięgi małżeńskiej spowodowanych chorobą lub brakiem rozeznania w kwestii małżeństwa jest dużo mniej niż w przypadku podstępu, który z kolei jest dużo rzadszą bo trudniejszą do dowodzenia przyczyną nieważności małżeństwa.

Franciszek promulgując Mitis Iudex Dominus Iesus jeszcze bardziej uprościł procedury. Od grudnia 2015 r już nie potrzeba aby o nieważności małżeństwa orzekały zgodnie dwa składy sędziowskie. Sprawami o nieważność małżeństwa mogą zajmować się sami ordynariusze. Rodzi to uzasadnione obawy że nie bojąc się tego sformułowania unieważnień małżeństw będzie jeszcze więcej niż dotąd. Jak bowiem inaczej określić ewidentne naciąganie norm pod sytuację nieszczęśliwych małżonków. Również wypowiedzi Franciszka, a osobliwie cały synod poświęcony rodzinie dokładają razów świętej instytucji małżeństwa. Dwuznaczne określenia, a przede wszystkim pycha która wyziera z rzekomej potrzeby rozeznawania sytuacji, dawno już przecież rozeznanej przez Chrystusa Pana suponują skandaliczny wniosek: małżeństwo nie cieszy się już przychylnością prawa w Kościele. 

Jakże znamiennym jest, że historia zatacza koło. Oto rewolucja heretycka rozpętana przez kacerza Marcina Lutra rozpoczęła się od zanegowania małżeństwa jako sakramentu Kościoła. Wreszcie w tych szczególnie trudnych dla rodziny czasach zadaje się instytucji małżeństwa razy ostateczne. Bo jak wobec tego wszystkiego mają się zachować pospolici wierni, którzy bez wyrobienia teologicznego, a często nawet podstawowej znajomości świętej Ewangelii błądzą pouczani przez fałszywych pasterzy? I być może znajdują się tacy którzy zachowali dogmat wiary w odniesieniu do małżeństwa, ale oni wymierają, zresztą wielu nieumacnianych prawdą z czasem też popada w odmęt herezji. Człowiek bowiem z zasady wybiera to co łatwiejsze i tylko dusze naprawdę święte zdołają się oprzeć modzie antymałżeńskiej. 

Uderzanie w małżeństwo rozbija rodzinę - podstawową jednostkę społeczną i kościelną. To w rodzinie dokonuje się zaczyn wychowania katolickiego dziatwy, to w rodzinie kształtują się cnoty, wyrabia się świętość. Bez katolickich rodzin nie będzie dobrych sług Kościoła świętego i w ogóle wszelkie dobre obyczaje zanikną. Jakież więc remedium na to stosować? Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, ten niech zdrowo wychowuje dzieci. Jeśli tylko możliwe nie oddaje Lewiatanowi na wychowanie, ale kształci je w domu. Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, ten niech odkrywa skarb katolickiej Mszy Świętej i nauczania, jakie z tą Mszą Świętą Wszechczasów jest złączone. Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, niech pilnie troszczy się o jej zbawienie, nadchodzi bowiem sąd Boży! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 28 lutego 2018

Indyferentyzm religijny, czyli praktyczne porzucenie wiary

Laudetur Iesus Christus!

Kontynuując cykl wielkopostnych wpisów, nie sposób nie pochylić się nad błędem indyferentyzmu o którym wiele pisali papieże przełomu XIX i XX wieku. Problem jak się nam wydaje narasta i to pomimo stanowczych wypowiedzi Magisterium Ecclesiae. Indyferentyzm  religijny jest postawą, czasem przyjmującą formę światopoglądu przejawiającą się brakiem zainteresowania sprawami religii. Jest o tyle gorsza od ateizmu, czy błędnowierstwa że zakłada brak zainteresowania religią. Śmiem twierdzić że człowieka wierzącego w swój ateizm lub wierzącego wiarołomnie  łatwiej jest nawrócić niż kogoś kto w kwestiach religijnych po prostu wzrusza ramionami. 

Indyferentyzm zaczął się rodzić w nurcie modernizmu. Potępił go już bł Pius IX w Sylabusie Błędów publikując poprzez Święte Oficjum kilka fałszywych tez potępionych wcześniej w swoim nauczaniu:
15. Każdy człowiek ma swobodę wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za prawdziwą.
16. Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii.
17. Należy mieć przynajmniej zasadną nadzieję co do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy w żaden sposób nie przynależą do prawdziwego Kościoła Chrystusowego.
18. Protestantyzm nie jest niczym innym, jak tylko jedną z różnych form tej samej prawdziwie chrześcijańskiej religii, w której tak samo można się podobać Bogu, jak i w Kościele katolickim.
Czy tezy te nie wydają się bliskie temu co dzisiaj słyszymy z naszych katedr akademickich, ambon, wypowiedzi prasowych przedstawicieli duchowieństwa katolickiego? 

Już przed Soborem Watykańskim II na uniwersyteckie katedry przyszedł powiew ubranego w naukowość indyferentyzmu. Zachwycano się dopiero co opublikowanymi Prawami Człowieka, humanizmem i dyrektywami ONZ. Błędnie wykoncypowano, że wolność religijna nie pozwala Kościołowi na głoszenie prawdy katolickiej. A przecież nie chodzi o nawracanie kogoś siłą, a jedynie zwykłą pracę apostolską, którą wykonujemy od czasów gdy w misyjnym nakazie zlecił nam ją Chrystus Pan. 

Dziś powszechnie mówi się i przychodzi to do nas od najwyższej hierarchii, że zbawić się można w każdej religii. Nie dziwi więc fakt, że ludzie wymyślają nowe denominacje, tworzą sobie cielca na swój obraz i podobieństwo i oddają mu cześć. Tymczasem Pan nasz Jezus Chrystus powiedział:  "Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony." (Mk 16,16) Nazbyt szybko uznaje się, że nieświadomość co do prawd wiary jest niepokonalna. Nie ma to już nic wspólnego z nauką bł Piusa IX, a jest jedynie przykrywką dla ignorowania ewangelicznego nakazu misyjnego. Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus nie jest sadystą, gdyby była prostsza droga do zbawienia z pewnością nie poniechał by nam jej pokazać. Drogą zbawienia jest droga Kościoła, każdy kto rozmyślnie wybiera inną ściąga na siebie potępienie.

Problem tezy odnośnie do zbawienia poza Kościołem usiłowano rozwikłać tworząc teorię kręgów przynależności do Kościoła. Teza ta sama w sobie jest heretycka i sprzeczna nawet z lansowaną wolnością religijną. Skoro każdy sam sobie może wybrać sobie religię, to dlaczego siłą włącza się go w Kościół? Inną wątpliwą teorią jest chrześcijaństwo anonimowe. Anonimowym można być alkoholikiem, ale nie katolikiem. Pan nasz Jezus Chrystus naucza: "Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie." (Mt 10,32-33) 

Szczególnie dziś w dobie ekumenizmu głosi się, że protestantyzm to także droga dojścia do Pana Boga. Religia założona przez człowieka nie jest i nie może być żadną alternatywą dla drogi przewidzianej przez samego Pana Boga. Jest to niczym budowanie wieży Babel. Pycha współczesnego człowieka zdaje się sięgać nieba, a rozbija się u swych podstaw. Gdyby protestantyzm podobał się Panu Bogu na pewno dostalibyśmy jakiś znak, a oto widzimy jak denominacje protestanckie dzielą się bez przerwy i odchodzą od prawdy ewangelicznej przewrotnie głosząc skrajny nieraz biblicyzm oraz przezywając się ewangelikami. 

Z czysto socjologicznego punktu widzenia. Jakie szanse na ostanie się ma religia która twierdzi, że nie jest jedyną drogą do zbawienia? Jaki jest sens trwać w surowych wymaganiach moralnych, skoro przedstawiciele Kościoła twierdzą, że w bardziej liberalnych wyznaniach też można się zbawić. Czy naprawdę współczesny świat jest aż tak głupi, że nie widzi iż jest to zwodzenie? Rezultatem negacji odwiecznych prawd wiary i moralności przez hierarchię kościelną jest właśnie indyferentyzm religijny. Stąd mamy tylu wierzących i niepraktykujących. W Kościele zachodnio-katolickim nie znajdują bowiem oni tego co powinni, a więc samego Pana Boga. Jedyną słuszną drogą jest powrót do zakurzonych środków zbawienia, do prawdy głoszonej przez Kościół od śmierci ostatniego apostoła. Odpowiedzialność przewrotnych wilków przebranych w owczą skórę za potępienie dusz przez sprowadzenie ich na drogi indyferentyzmu głośno woła o pomstę do niebios. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 24 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 8 - wspólne deklaracje

Laudetur Iesus Christus!

Chociaż dokumentami ekumenicznymi zamierzam się zająć w przyszłości i po kolei je omawiać, to jednak już teraz anonsuję na przyszłość ostatni problem jaki widzę w ruchu ekumenicznym. W ekumenicznym dialogizmie przyjęto za zasadę powoływanie dwu czy wielostronnych komisji do sprawa badania doktryny czy też czasem także moralności. Owocem prac tychże zespołów są wspólne deklaracje, które przez modernistycznych teologów podnoszone są do rangi dokumentów Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Taki pogląd jest z gruntu fałszywy.

Po pierwsze nawet jeśli od strony katolickiej zasiadają jacyś biskupi to nie są oni uprawnieni do tego by wydawać dokument wiążący w sumienia każdego katolika. Walor oficjalnego nauczania mają bowiem tylko te dokumenty które są niesprzeczne z Pismem Świętym i całą poprzedzającą Tradycją, są wydane przez papieża lub na jego wyraźne polecenie np dokumenty Kongregacji Nauki Wiary. Biskupi nauczają w sposób zobowiązujący mnie w sumieniu tylko wtedy gdy zbiorą się na soborze powszechnym. Zdanie poszczególnego biskupa nie jest oficjalną wypowiedzią Magisterium Ecclesiae, choć naturalnie od strony materialnej może i powinno wyrażać katolicką wiarę i właśnie dlatego może zasługiwać na przyjęcie. 

Po drugie deklaracje, które dotychczas wydano dotyczą nauki już zdefiniowanej. Przedstawiają ją w sposób albo wprost heretycki, albo niekompletny, przez co usiłują uszczuplić świętą Tradycję Kościoła. Takie nauczanie z natury rzeczy nie obowiązuje w sumienia wiernego katolika. Przykładem może być wspólna deklaracja o usprawiedliwieniu z 1999 r, która zostanie w przyszłości poddana głębszej analizie. Nauka o usprawiedliwieniu została zdogmatyzowana na soborze trydenckim. Deklaracja niczego nowego nie wnosi. Jedynie sprowadza nauczanie katolickie do akceptowalnego ze strony protestantów, a przez to czyni oficjalne stanowisko współczesnej hierarchii czysto protestanckim. To w żaden sposób nie zbliża nas do rozwiązania problemu. To tak jakby osobie zasypanej przez lawinę próbować pomóc dokładając śniegu... . Innym przykładem absurdalnej deklaracji jest ta o wspólnym uznawaniu chrztu. Skoro sygnatariusze rzekomo przyjmują pierwsze 8 wieków wspólnej Tradycji to powinni uznawać także orzeczenie papieża Stefana I o ważności chrztu heretyków, byleby chrzest udzielony był z wody i przy użyciu formuły trynitarnej. Po co wyważać dawno otwarte drzwi? Chyba tylko po to by uniknąć owego oskarżenia o herezję.

Po trzecie jaki walor ma nauczanie tworzone przy współudziale i aprobacie heretyków oraz shizmatyków? Jakim prawem uznaje się takie dokumenty za oficjalne stanowisko Kościoła? Jest to czysty irenizm, czyli pogląd stanowiący, że wiarę należy przedstawiać w sposób niekonfrontacyjny i ostatecznie wspólnie z błędnowiercami poszukiwać prawdy. Jaki owoc może wydawać kompromis w sprawach wiary? Czyż Chrystus Pan prowadził jakieś wspólne warsztaty z uczonymi w prawie, czy też z mesjańskim autorytetem nauczał ich? 

Ślepa droga ekumenizmu wynika z tego, że u założeń tego ruchu leży pogląd że odszczepieńcy od wiary katolickiej mogą nas w czymś ubogacić albo pomóc nam odkryć jakąś prawdę wiary. Tymczasem dialog choćby katolicko-protestancki może być dla katolika zbawienny tylko w tedy gdy z pomocą łaski Bożej doprowadzi do powrotu protestanta na łono Kościoła. Gdyby katolik przyjął choć ułamek błędów protestanckich przez to samo przestaje być katolikiem. Zrozummy w końcu, że herezja w swoim podstępie nie jest porzuceniem całej wiary tylko wybiórczych prawd. Herezja w konsekwencji prowadzi do odłączenia się od Kościoła. Z troską i miłosierdziem chrześcijańskim módlmy się o nawrócenie innowierców. Szukanie jedności poprzez kompromisy jest niemiłosierne tak wobec nas samych jak i tych z którymi dialogujemy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 6 - interkomunia

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z moich wykładowców powiedział wprost - celem działań ekumenicznych jest doprowadzenie do interkomunii. Mianem interkomunii nazywa się wzajemne międzywyznaniowe dopuszczenie do wspólnoty eucharystycznej, to zakłada implicite także wspólną naukę o Najświętszym Sakramencie, Mszy Świętej, a zwykle także o kapłaństwie. W praktyce stanowi często fuzję  obydwu wyznań.

Co roku w okresie oktawy jedności i różnorodności internety zalewają informacje dotyczące bezbożeństw pseudoeucharystycznych. Gdyby chodziło o łamanie się opłatkiem, nikt nie śmiałby podnosić rwetesu. Ale rzecz przestawia się zgoła odmiennie - spotkania ekumeniczne żywo mają przypominać wspólną Eucharystię, bo Mszą Świętą takie obrzędy trudno już nazwać. I nawet jeśli Pan Jezus Chrystus nie jest w sposób substancjalny obecny na takowych zebraniach to zastanawia sam wymiar parenetyczny i pedagogiczny owych przedsięwzięć. Bo takie celebracje wychowują wiernych i wpajają im świadomość, że komunikowanie wraz z heretykami i schizmatykami jest w porządku. Kolejne pokolenie może utracić Mszę Świętą. Zresztą temat tak zwanej Eucharystii ekumenicznej wałkowany jest od dawna, a raz na jakiś czas wypływa w postaci newsa tylko po to aby zbadać opinię laikatu na rzeczony temat.

Z teologicznego punktu widzenia istotne są dwa aspekty. Pierwszy to kwestia ważności samego sakramentu. Jest oczywiste, że podczas spotkań opłatkowych wspólnot protestanckich do żadnego przeistoczenia nie dochodzi. Oni sami tego nie ukrywają, choć nie przeszkadza im to wyciągać bezbożnie ręce po największy skarb Kościoła, oczywiście pod warunkiem, że nie muszą przed Nim klękać. Sami zresztą hojnie praktykują gościnność eucharystyczną zwodząc rzesze naszych wiernych, którzy czasem oddają ich opłatkom latreutyczną, bałwochwalczą cześć. Zwiedzenie katolicy uczestniczący w takich obrzędach tracą kompas wiary i stają się materialnymi protestantami.

Drugim aspektem jest eklezjalny wymiar owej interkomunii. I wydawałoby się że wszystko jest w porządku. W końcu dzisiaj wiele się mówi o tym jak przyjmowanie Komunii Świętej jest wyrazem i znakiem jedności z Kościołem. Jakże jednak różnie pojmuje ów eklezjalny wymiar Komunii Świętej modernizm, Kościół oraz cerkiew prawosławna, zwłaszcza Patriarchat Moskwy i Wszechrusi. Moderniści Pragną interkomunii po to by zaprowadzić formalny i materialny paneklezjalizm.  Dla nich interkomunia to znak że żyjemy w prawdziwie pojednanej różnorodności. Kościół zgodnie z teologią Mistycznego Ciała Chrystusa zauważa szeroki kontekst eklezjalny, jednak nie jest on dominujący. Przyjęcie Komunii Świętej to przede wszystkim sakrament, który jednoczy wiernego z Panem Jezusem i dopiero z tej perspektywy z Kościołem. Wreszcie prawosławie które wymiar eklezjalny Komunii Świętej znowu wynosi aż zanadto. Tam bowiem komunikowanie się jest znakiem nie tylko przynależności konfesyjnej ale wręcz liturgicznej. 

Stanowiska modernistyczne i prawosławne są oczywiście błędne i pomniejszają wartość Komunii Świętej jako sakramentu. Ani moderniści, a wraz z nimi protestanci, ani paradoksalnie prawosławie nie zauważa w pełni osobowego Pana Boga kawałku eucharystycznego chleba. Dzieje się tak dlatego, że tylko Kościół wyraził kompletną naukę o Najświętszym Sakramencie.

W praktyce interkomunia jest dopuszczona. Zgodnie z nowym prawem kanonicznym można udzielić Komunii Świętej heretykom i schizmatykom, jeśli wyznają katolicką wiarę w odniesieniu do tego sakramentu. Przy tym wszystkim skandaliczne jest to, że nie wymaga się od nich w pełni katolickiego wyznania wiary, czyli powrotu do Kościoła. To że katolikom pozwala się in articulo mortis przyjmowanie Najświętszego Sakramentu od niekatolików, byleby oczywiście sam sakrament był ważny nie dziwi. Natomiast jest wielce zastanawiające, że prawodawstwo udziela takiej zgody w sytuacji gdy zagrożenia życia nie ma, gdy istnieje przez dłuższy czas niemożliwość otrzymania sakramentu od katolickiego szafarza. Taki zapis w konsekwencji prowadzi do indyferentyzmu.

I jako klamrę niniejszych rozmyślań dodam wypowiedź innego profesora, który porównał ekumenizm do podróży w wagonie restauracyjnym, owszem eleganckim, z suto zastawionym stołem, kapelą i profesjonalną obsługą. Jednak bawiący się w owej salonce restauracyjnej sami nie znają i nie potrafią przewidzieć celu swej podróży. Obserwując ich z zewnątrz wydawać by się mogło, że ich celem jest sama zabawa. A ja dodam, że stacja końcowa jaką będzie niewątpliwie sąd Boży może owych bawiących się bardzo zaskoczyć. Wspólne biesiadowanie na kredyt kończy się nie tylko drobną dyspepsją ale zwykle także surową windykacją. Celem życia człowieka jest zbawienie duszy. Każdy z nas wie, że nie żyje się po to żeby jeść, ale je się po to żeby żyć. Interkomunia pomija cel Komunii Świętej jaką jest uświęcenie poprzez zjednoczenie z Panem Bogiem, składa w ofierze cel ostateczny na rzecz dobrej wspólnej zabawy. "Święte, świętym! Kto święty niech przystąpi, kto nim nie jest, niech czyni pokutę."

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 21 stycznia 2018

Abusrdy ekuemnizmu cz. 5 - fałszywa tytułomania

Laudetur Iesus Christus!

Istotnym problemem w dialogu ekumenicznym jest fałszywa tytułomania. O samym problemie tytulatury kościelnej pisałem już we wrześniowym wpisie. Na temat fundamentalnych pojęć z zakresu nauki o Kościele pisałem na początku zeszłorocznego cyklu ekumenicznego. Warto się z tymi wpisami zapoznać, żeby mieć jakikolwiek przyczynek do niniejszego krótkiego wpisu.

Jak powszechnie wiadomo język służy określaniu i opisywaniu rzeczywistości. Słowo jest nośnikiem informacji - pozwala stwierdzić rzeczy nieuchwytne organoleptycznie. W dziedzinie wiary oraz naukowej refleksji na jej temat, czyli teologii słowo jest szczególnie istotne. Stąd należ postulować, aby używać możliwie najprecyzyjniejszych pojęć dla opisywania rzeczywistości. 

Niestety modernizm jako herezja idzie w parze z postmodernistycznymi wypaczeniami dotyczącymi języka. Dzisiaj teologię uprawia się już w sposób jawny poza kontekstem scholastycznym. Dochodzi więc do tego, że pojęcia niegdyś ściśle zastrzeżone dla określonego desygnatu są w sposób nieuprawniony ekstrapolowane. Gdy świadomy katolik usłyszy słowo prezbiter odnosi go od razu kapłana posiadającego drugi stopień kapłaństwa, gdy słyszy słowo Kościół myśli o wspólnocie wiernych założonych przez Chrystusa Pana. Wierny świecki ma prawo sądzić, że ktoś kto jest opisywany jako ks. Marcin, albo x Marcin jest prezbiterem i jest to całkiem zrozumiałe. Wierny świecki może nie rozumieć, że ktoś używając sformułowania "nasz Kościół" niekoniecznie myśli o wspólnocie wierzących założonej przez Pana Jezusa Chrystusa i to nawet wtedy gdy w ów początek od naszego Zbawiciela wierzy. 

W czasach powszechnego zamętu oczywiste słowa stają się dwuznaczne. Dobra katecheza musi niestety te różne konteksty podejmować, aby wierni byli przygotowani do życia świeckiego. W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan, ale i poza nim można znaleźć w gablotach wielu krucht kościelnych oraz w ogłoszeniach  parafialnych oczywiste dwuznaczności językowe. Ogłasza się, że na Mszy Świętej w dniu N o godzinie XYZ Słowo Boże wygłosi ks. bp Marian Niemiec. Co pomyśli zwykły wierzący? Przyjedzie biskup głosić kazanie. Nawet gdy zobaczy że ów "biskup" jest jakoś inaczej ubrany to jednak w pomyśli o nim jako o prawdziwym biskupie, a o jego wspólnocie jako prawdziwym Kościele, w końcu tłoczy się od małego i co niedziela powtarza: "Wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół".  

Gdy byłem w seminarium rokrocznie na ogłoszeniach wisiało podobnej treści ogłoszenie. Oczywiście wszyscy klerycy musieli we wszelkich bezbożeństwach ekumenicznych bezwzględnie uczestniczyć. Pewnego razu na zawieszonej kartce poskreślałem wszystkie nieodpowiednie słowa. Jaką to wywołało burzę... Wystarczy lekko ruszyć ekskrementy żeby poderwało się wiele much. Oczywiście wszyscy domyślali się kto to zrobił, ale nikt nie miał dowodów. A ja tylko upomniałem się o właściwe nazewnictwo, żeby zamiast określać dajmy na to zielonoświątkowców Kościołem, nazwać ich  wspólnotą zielonoświątkową zgodnie z soborowym określeniem przypomnianym w Deklaracji Dominus Iesus. Na wykładzie z ekumenizmu podjąłem temat błędnej tytułomanii. wykładowca przyparty do muru przypomniał właściwe określenia, jednak stwierdził że grzecznościowo mówi się do pastora per ksiądz, a na ichniejsze wyznanie Kościół. I oczywiście w dalszych wywodach konsekwentnie używał "formy grzecznościowej".

Tak więc szczególnie w tygodniu modlitw o jedność chrześcijan należ strzec się niniejszych słów:
a) biskup - tym mianem określa się również superintendentów protestanckich,  nawet kobiety sprawujące urząd zwierzchnika wyznań protestanckich i starokatolickich. Należy pamiętać, że biskupem jest tylko osoba posiadająca ważnie udzielone święcenia w stopniu episkopatu, czyli sukcesję apostolską. Poza Kościołem sukcesja zachowana jest także w prawosławiu i częściowo w starokatolicyzmie
b) ksiądz - tym mianem określa się także pastorów, którzy podobnie jak superintendenci nie posiadają żadnych święceń. Co ciekawe niegdyś pastorzy bronili się przed tytułowaniem ksiądz, a dziś przyjmują to określenie bardzo ochoczo.
c) Eucharystia - nie zawsze chodzi o Mszę Świętą, czasem jest to zaproszenie kierowane do "bratniego Kościoła protestanckiego", po protestancku jest to większe nabożeństwo
d) Kościół - jak wspomniałem wyżej i w wielu innych wpisach Kościołem sensu stricto jest tylko Kościół katolicki. Nieściśle używa się czasem sformułowania "Kościoły prawosławne" w żadnym zaś razie wspólnoty protestanckie nimi nie są

Brońmy się przed tymi zwodzeniami. Miejmy odwagę choćby wziąć długopis i dokonać poprawek. Da to do myślenia naszym hierarchom, którzy nawet jeśli nie zaniechają swoich poczynań, to przynajmniej je nieco stonują wiedząc, że mają do czynienia ze świadomym laikatem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 20 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 4 - mieszane małżeństwa

Laudetur Iesus Christus!

Na wykładach z prawa kanonicznego nasz wykładowca wypowiedział kontrowersyjną dla wielu tezę: "W zasadzie małżeństwa mieszane to dyspensa od 6 przykazania". Podstawą twierdzenia jest kanon 1086 § 2 Kodeksu z 1983 r, który stanowi o możliwości dyspensowania od różności religii. Profesor  mówił co prawda o małżeństwach międzyreligijnych, ale rozważając problem doszedłem do wniosku, że niestety konieczna jest ekstrapolacja na przynajmniej część małżeństw międzywyznaniowych w łonie chrześcijaństwa.

Małżeństwo jak dobrze wiemy jest 7 sakramentem Kościoła ustanowionym przez Chrystusa Pana dla zapewnienia fizycznej płodności Kościoła, rozszerzania w widzialny sposób Królestwa Bożego i dla katolickiego wychowania dziatwy. Małżeństwo w sposób szczególny odzwierciedla relację Chrystusa Pana do Kościoła. Jest więc ważnym znakiem zbawczym nie tylko dla samych małżonków, ale także dla całej społeczności wiernych. Podniesienie małżeństwa do rangi sakramentu to jedna z większych łask jaka mogła spotkać rodzaj ludzki i wypełnienie błogosławieństwa zawartego w Księdze Rodzaju dotyczącego płodności i rozmnażania się. W ten właśnie sakrament herezja protestancka uderzyła najsampierw.

Ale po kolei... . Argumentacja profesora kanonistyki była dość prosta. Skoro jest nauką katolicką iż nupturienci sami dla siebie są szafarzami sakramentu małżeństwa, to jakimże jest szafarzem nieochrzczony? A nawet jeśli uznamy że małżeństwo jest sakramentem z natury rzeczy, co jak wiemy prawdą nie jest to i tak fakt nieuznawania katolickiej nauki o małżeństwie zrywa autentyczność znaku i powoduje że całe ślubowanie jest symulacją. I właśnie to ostatnie stwierdzenie stało się dla mnie asumptem do dalszych dociekań.

Kościół obwarował małżeństwo licznymi przeszkodami. Poza przeszkodami Kościół stwierdza iż niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci którzy nie mają zdolności do wyrażenia zgody na małżeństwo, kanony 1095-1117 Kodeksu z 1983 r. Skoro można stwierdzić nieważność małżeństwa powodu braku zgody małżeńskiej spowodowanej błędną świadomością co do samego małżeństwa czy to zawinioną czy też niezawinioną, to czy tym bardziej jest nieważne małżeństwo zawierane z jednej strony przez katolika, a z drugiej strony kogoś kto publicznie i uparcie odrzuca katolicką naukę o małżeństwie. Logika podpowiada, że takie małżeństwo nie może być ważne.

Warto zastanowić się nad przykładami:
a) małżeństwo katolicko-protestanckie
Jaką materią zgody małżeńskiej dysponuje protestant podchodząc do małżeństwa z katolikiem? Przede wszystkim protestant nie uznaje małżeństwa za sakrament, gdyż sam Luter oraz inni herezjarchowie protestanccy uznawali że małżeństwo to sprawa doczesna podległa władzy świeckiej, a nie duchownej. Skoro protestant odrzuca ten sakrament jako taki, to czy może być jego szafarzem lub przyjąć go? Skoro wymagamy zgodnie z zasadami tradycyjnej sakramentologii od szafarza intencji tego co czyni Kościół to tutaj tej intencji nie ma - szafarz nie chce udzielić ani przyjąć sakramentu małżeństwa. Małżeństwo katolicko-protestanckie z pewnością będzie jedynie kontraktem cywilnym zwartym w pięknym sakralnym otoczeniu z ckliwym kazaniem oraz może nawet kadzielnym dymem. 
b) małżeństwo katolicko-prawosławne
Do ważności takiego małżeństwa istnieją dwie przeszkody. Pierwszą z nich jest szafarz. To czego zabrania Kościół klerykom, na to pozwala cerkiew swojemu duchowieństwu. Szafarzem małżeństwa w prawosławiu jest prezbiter. Jak zatem ma zajść sakrament skoro jeden z szafarzy ceduje swoje szafarstwo na kogoś nieuprawnionego? A nawet jeśli uznamy, że kwestia szafarza jest zupełnie drugorzędna to pozostaje kwestia nierozerwalności małżeństwa. Chociaż cerkiew optuje przeciw rozwodami, to jednak dopuszcza je i praktykuje drugie pokutne małżeństwo. Czy jeśli jeden z nupturientów implicite dopuszcza możliwość zawarcia drugiego małżeństwa to czy wyraża zgodę na sakrament małżeństwa rozumiany po katolicku? Moim zdaniem nie. Małżeństwa mieszane katolicko-prawosławne uznaję zatem za niesakramentalne podobnie jak te katolicko-protestanckie.
c) małżeństwo katolicko-starokatolickie
Specyfika denominacji starokatolickich jest złożona. Chociaż starokatolicyzm co do zasady uznaje sakramenty to jednak cechuje się indywidualizmem doktrynalnym. Wierni nie są obowiązani wierzyć wiarą boską w głoszone przez te wyznania prawdy. Oznacza to, że cała sakramentologia nie jest również dogmatyczna. Wobec tego wszystko to co Kościół o małżeństwie naucza nie zobowiązuje pod rygorem grzechu śmiertelnego. Notabene starokatolicy w większości odrzucają spowiedź lub traktują ją fakultatywnie. To co napisałem odnośnie do małżeństwa katolicka-starokatolickiego suponuje pewne wątpliwości, jednak w porównaniu z poprzednimi wyznaniami są one najmniejsze i  dużej mierze zależą z którą wspólnotą starokatolicką mamy do czynienia.

Wyklęty kleryk nie ma żadnych wątpliwości że klasyczne małżeństwa międzyreligijne są kontraktem niesakramentalnym z powodów przytoczonych we wstępie do niniejszego wpisu. Kościół zawsze przed małżeństwami mieszanymi przestrzegał i surowo je wzbraniał. Dziś tak hojnie udziela w tym względzie dyspens, że wielu proboszczów, w tym mój proboszcz różności wyznania nie uznaje już wcale za przeszkodę i rozkazuje by nie wpisywać tej przeszkody małżeńskiej w kartotekach parafialnych. W praktyce zakaz małżeństw mieszanych został zniesiony. Jest to tragiczna sytuacja - Kościół już kilkadziesiąt lat temu zaczął zezwalać na życie w związkach niesakramentalnych. Po zadekretowaniu niesakramentalnych małżeństw mieszanych, odrzuceniu fundamentalnego celu małżeństwa (a przynajmniej odsunięciu go na bok) przychodzi dzisiaj kolejna fala protestantyzacji małżeństwa, które powoli przestaje być sakramentem. Wierni nauczani przez fałszywych pasterzy tracą zdolność do zawierania tego sakramentu. Dzieje się to na naszych oczach. Trwa depopulacja fizyczna oraz duchowa. One idą ze sobą w parze. Cywilizacja śmierci triumfuje. Jak długo to ma trwać Boże?

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 17 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz 1 - judaizm włączony do ruchu ekumenicznego

Laudetur Iesus Christus!

Rozpoczęła się kolejna oktawa multikulturalizmu religijnego. W Polsce tydzień modlitw o jedność chrześcijan nie bez powodu poszerzony jest na początku o dzień judaizmu. Jakież było moje zdziwienie gdy na wykładach z dialogu międzyreligijnego dowiedziałem się, że judaizm zostanie wyłożony w ramach wykładu o ekumenizmie. Okazuje się bowiem, że Komisja do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem działa przy Papieskiej radzie do spraw Popierania Jedności Chrześcijan. Wykładowca długo próbował mnie przekonać, że związek judaizmu z katolicyzmem jest tak wielki, iż uznać można je za wspólną nawet religię.

Tegoroczny tydzień jedności i różnorodności zamierzam poświęcić mitom i absurdom ruchu ekumenicznego. Jako pierwszy z nich widzę właśnie włączenie judaizmu do watykańskiej agendy ekumenicznej. Ekumenizm swoją nazwę wywodzi z greckiego οικουμένη co znaczy wspólny dom lub wspólnie zamieszkały obszar. Przez dziesięciolecia ruchu ekumenicznego zrodzonego w łonie protestantyzmu rozumiano go jako dążenia do przywrócenia jedności rozbitemu na różne denominacje chrześcijaństwu. Posoborowie rzekomo katolickie poszło jednak dalej niż hertycy i włączyło w kręgi absurdu także judaizm. Zgodnie z ogólnie przyjętymi tezami religioznawców za chrześcijanina może się uważać ktoś kto wierzy w Trójcę Przenajświętszą i w imię tejże Trójcy przyjął chrzest z wody. Oczywiście nie jest to definicja katolicka, św. Cyryl za chrześcijan uważał jedynie tych którzy przeszli przez chrzest i bierzmowanie, zgodnie z etymologią słowa chrześcijanin, którą wywodzi od imienia Chrystus i partycypacji w Jego namaszczeniu Duchem Świętym. Słusznie się więc uważa za sektę niechrześcijańską Świadków Jehowy i innych im podobnych którzy nie udzielają ważnego chrztu. Dlaczego zatem po wstąpieniu Kościoła do ruchu ekumenicznego zdecydowano się wprowadzić doń także judaizm? Odpowiedź wydaje się prosta, jest nią syjońska i kabalistyczna infiltracja środowisk kościelnych. Po prostu część hierarchii Kościoła, która utożsamia się z tradycją i kulturą żydowską postanowiła uczynić ukłon w stronę swoich braci.  Innego rozwiązania nie widzę, jeśli jakiś czytelnik ma pomysł proszę o dyskusję. Nie ma argumentu żeby judaizm traktować jako denominację chrześcijańską. Nie praktykują oni bowiem ani chrztu, ani nie wierzą w Boga Trójjedynego, chociaż tę wiarę można wywieść ze Starego Testamentu, a przynajmniej jeśli nie jest ona wprost wypowiedziana to zdecydowanie niesprzeczna z treściami Starego Zakonu.

Judaizm trudno nawet nazwać religią. Co prawda odwołuje się on do tradycji mozaistycznej, ale brakuje mu istotnych elementów. Przede wszystkim nie ma w tej religii kultu - nie składa się ofiar ponieważ świątynia starozakonna została zburzona przez samych wyznawców mozaizmu przez ukrzyżowanie Chrystusa Pana. Nie ma także kapłaństwa, choć niektóre środowiska judaistyczne nawiązują do tej tradycji i wyznaczają nawet osoby mające rzekome pochodzenie z pokolenia kapłańskiego. Ci rekonstruktorzy mozaizmu posunęli się nawet do tego, że wybudowali makietę świątyni jerozolimskiej w skali 1:1. Cóż z tego skoro nie stoi i nie może stać we właściwym miejscu. Do jakiej religii można porównać judaizm? Jest nią np buddyzm. Współczesny judaizm jest bardziej filozofią plemienną osób identyfikujących się z tradycją mozaistyczną niż religią sensu stricto.

"Módlmy się i za żydów wiarołomnych: niech Bóg i Pan nasz zdejmie zasłonę z ich serc, aby i oni poznali Jezusa Chrystusa Pana naszego. Wszechmogący, wieczny Boże, który nawet wiarołomnych żydów nie odrzucasz od swego miłosierdzia, wysłuchaj próśb naszych, jakie zanosimy za ten naród zaślepiony, aby uznając światło prawdy, którym jest Jezus Chrystus, wyrwał się z swoich ciemności." Z modlitwy powszechnej na wielki piątek.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 6 stycznia 2018

Prawdziwe i autentyczne Pismo Święte

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji uroczystości Objawienia Pańskiego ciąg dalszy problemów związanych ze źródłami wiary. Artykuł z zeszłego roku dotyczący relacji Pisma Świętego do Tradycji spotkał się z życzliwym przyjęciem. Mam świadomość że to co dzisiaj napiszę wielu zszokuje, ale niestety trudno przemilczeć fakty. Niestety większość z nas nie posługuje się katolickim Pismem Świętym, chociaż tak jest napisane na egzemplarzach, które jak mniemam wszyscy czytelnicy niniejszego bloga posiadają.

Najpierw trzeba przypomnieć, że Pismo Święte jest integralną częścią Tradycji. Po pierwsze dlatego, że Słowo Boże początkowo było przekazywane ustnie, dopiero potem zostało spisane, a po wtóre dlatego, że ostatecznie Magisterium Kościoła orzekło o tym które księgi są kanoniczne, a które nie. W sposób ostateczny na temat Pisma Świętego - jego składu i doktryny natchnienia wypowiedział się sobór trydencki, którego orzeczenia z pewnością należą do Tradycji. Jednak czytając dokumenty soborowe natrafiamy na coś więcej jak tylko spis ksiąg. Okazuje się, że Kościół kanonizował także określoną wersję Pisma Świętego, jest nią Wulgata, czyli przekład powszechny dokonany przez św. Hieronima ze Strydonu na polecenie papieża Damazego I wydanego w 382 r.  Wulgata była przez wszystkiego kolejne wieki najchętniej wykorzystywaną wersją Biblii w Kościele. Wobec tego na IV sesji soboru trydenckiego 8 kwietnia 1545 r wydano tak zwany Dekret o Wulgacie,w którym czytamy:  "Ponadto tenże święty Sobór, uważając, że niemało korzyści może wyniknąć dla Kościoła Bożego jeśli ze wszystkich używanych wydań łacińskich Świętych Ksiąg wskaże, które należy uważać za autentyczne, postanawia i wyjaśnia, że starożytne wydanie Wulgaty, które zdobyło uznanie przez długie używanie w ciągu tak wielu wieków w Kościele, jest uważane za autentyczne w publicznym nauczaniu, debatach, kazaniach i wykładach, i żeby nikt nie odważył się ani nie śmiał odrzucić go pod jakimkolwiek pretekstem." Co to oznacza? Że podobnie jak nie można zmieniać orzeczonych na tymże soborze ksiąg, tak i nie można odrzucić Wulgaty jako oficjalnego tekstu Pisma Świętego. Sobór trydencki dodaje także w tej samej sesji klauzulę anatema sit dla tych co odrzucają któreś z ksiąg natchnionych lub katolicki przekład czyli Wulgatę: "Jeśli ktoś tych Ksiąg nie przyjmie jako świętych i kanonicznych w całości, wraz ze wszystkimi ich częściami, tak jak w Kościele katolickim są one czytane i przyjmowane w dawnym wydaniu łacińskim Wulgaty, a wspomnianymi Tradycjami świadomie i dobrowolnie wzgardzi, niech będzie wyklęty." Znamienna jest wzmianka o dawnym wydaniu Wulgaty - już bowiem w kilka lat po soborze zaczęto rozprawiać nad krytyką tekstu Wulgaty. Pojawiło się bowiem szereg kopii różnej często treści, wszystkie opatrzone rzekomym hieronimowym pochodzeniem. Zaczęto więc tworzyć kolejne wydania Wulgaty, w końcu za pontyfikatu Piusa X powołano Komisję Biblijną dla stworzenia Neowulgaty. Prace przeciągnęły się tak długo, że wydanie w jednym kodeksie pojawiło się dopiero po 70 latach w 1979 r. Efektem końcowym było włączenie do tekstu apokryfów - 3 i 4 Księgi Ezdrasza oraz Modlitwy Manassesa. Do tego w krytyce tekstu wykorzystano prace protestanckich egzegetów i wydane przez nie "wulgaty". Niech więc sami czytelnicy pomyślą, czy taki kodeks może się zwać oficjalnym tekstem Pisma Świętego Kościoła Katolickiego?

Gdyby tego było mało konferencje episkopatów za nic mają postanowienia Stolicy Apostolskiej i wydają Biblie wg własnych tłumaczeń, pomijających zupełnie nawet osławioną neowulgatę. I tak w Polsce obowiązuje w liturgii Biblia Tysiąclecia, która podobno jest przekładem z języków oryginalnych. Nie lepiej jest w innych krajach. Dochodzi do wydawania Biblii ekumenicznych - istnieje nawet taka w Polsce, a więc pisana wespół z heretykami, którzy Pismo Święte cytują przewrotnie niczym szatan zniekształcają poszczególne wersety lub usuwają albo dodają całe księgi.

Drodzy czytelnicy - Słowo Boże którym się karmimy powinno być wiadomego pochodzenia. Istnieje jedna Biblia katolicka, jest nią Wulgata, jedynym oficjalnym językiem biblijnym jest łacina. Niestety obecnie brakuje współczesnego przekładu Wulgaty sykstyńskiej, będącej pokłosiem prac soboru trydenckiego. Jeśli czytają mnie egzegeci tradycyjni i prawowierni to proszę by temat zgłębili i rozpoczęli pracę nad stosownym tłumaczeniem. Dlaczego zatem wyklęty kleryk świadom iż tysiąclatka ni jest Biblią katolicką cytuje właśnie ją? Odpowiedź jest jasna: ponieważ nie istnieje współczesny pisany zrozumianym językiem Polski przekład Wulgaty, a przynajmniej wyklęty kleryk takowego nie zna.

Jeśli ktoś dalej chce się babrać w Qumranach, źródłach Q, czy skryptach X niech pomyśli jakie owoce przyniosła być może niezbyt dobrze tłumaczona ze starszych tekstów Wulgata, a jakie przynoszą obecne tłumaczenia. Wulgata była przełożona na polecenie prawowitej władzy kościelnej, w posłuszeństwie i z asystencją Ducha Świętego potwierdzoną owocami w postaci szeregu świętych którzy w Wulgacie znaleźli Słowo Życia. Tymczasem do współczesnej egzegezy wkradły się niejasności i spory i każdy w oparciu o wykopane papirusy wyciąga często sprzeczne wnioski. Czy tak godzi się postępować ze Słowem Bożym? Jakie są tego owoce widać... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 31 października 2017

Świętowanie wystąpienia Marcina Lutra to apostazja

Laudetur Iesus Christus!

Dziś miało miejsce 500 lecie tak zwanej reformacji. Wydaje się, że rocznica jak każda inna W końcu co roku jest jakiś jubileusz wojny, przewrotu politycznego itp tragicznych wydarzeń historycznych. Jednak ta rocznica jest szczególna, bowiem ofiary tego wydarzenia udają się w różne miejsca aby świętować . I chyba w dziejach świata nie zdarzyło się, aby jakiś przewrót polityczny był świętowany przez tych którzy ucierpieli w jego wyniku. Zaprawdę każdy katolik jest uszczuplony przez rewolucję heretycką, bo choć Kościół nie został wbrew obiegowym opiniom podzielony, to jednak utracił rzesze wiernych z różnych pokoleń - ludzi którzy mogliby się przyczynić do wzrostu duchowego skarbca Kościoła przez swoje cnotliwe życie i wkład w działalność ewangelizacyjną. 

Wielu pasterzy udało się dziś, aby "świętować" i choć oficjalnie to się tak  w wielu miejscach nie nazywało, to jednak wszędzie tam gdzie pomijano aspekt modlitwy o nawrócenie błądzących podkreślano duchowe wartości płynące z tak zwanej reformacji. W ten nurt wpisał się niestety również Franciszek, który w Deklaracji Wspólnej na upamiętnienie 500-lecia "reformacji" podpisał się pod tragicznym zdaniem: "Chociaż jesteśmy głęboko wdzięczni za dary duchowe i teologiczne otrzymane za pośrednictwem Reformacji, to wyznajemy także i opłakujemy przed Chrystusem to, że luteranie i katolicy zranili widzialną jedność Kościoła." Zdając sobie sprawę, że moje tupanie nogami nie nawróci Franciszka to jednak powagą swojego urzędu i misji jaka została mi powierzona wraz z rzeszami prawdziwych wiernych wyrażam wobec takiej tezy stanowcze non possumus! Nie wiem o jakich darach duchowych wspomina Bergolio, nie wiem jakie korzyści teologiczne z faktu buntu Lutra wypłynęły. Nawet jeśli uznamy sobór trydencki za owoc tak zwanej kontrreformacji, to jednak po 500 latach zauważamy, że Kościół stopniowo ulega błędom protestantyzmu, a nie zwalcza je. Nie rozumiem i nie potrafię rozdzielić widzialnej od niewidzialnej jedności Kościoła. Kościół jest jeden, zarówno jego wymiar wojujący, triumfujący, jak i cierpiący jest niepodzielny - stanowi jeden Kościół, z jedną Głową. Nie jestem w stanie uznać, że katolicy jedność Kościoła zranili, powiem więcej luteranie nawet tego nie uczynili - oni po prostu od tej jedności katolickiej na własne nieszczęście odpadli.

Dlaczego świętowanie wystąpienia Marcina Lutra jest formą apostazji? Otóż dlatego, że Marcin Luter zanegował samego Pana Boga, którego nazwał szatanem. Z tego powodu popierając herezjarchę protestantyzmu odpadamy od wiary. Kwestię tą dobitnie tłumaczy ks. Tadeusz Guz. Oczywiście część z tych którzy świętują to tragiczne wydarzenie postępuje w pewnej niewiedzy i tych nie należy całkowicie odsądzać od czci i wiary. Ale hierarchia - zwłaszcza arcypasterze są w pełni winni temu, że dzisiaj protestantyzm jest nie tylko bagatelizowany ale także rozpowszechniany w Winnicy Pańskiej. 

Jak zatem obchodzić rocznicę rewolucji protestanckiej? Należy przywdziać szaty fioletowe, głowę posypać popiołem, w poście i w płaczu, i w żalu wzywać miłosiernego Boga o nawrócenie heretyków, tak samo dla ich dobra jak i naszego, ponieważ ich błędy rozsiewają się jako szatański kąkol po Bożym polu... . Można tedy albo skorzystać z formularzy już gotowych np.: o zakończenie schizmy. Warto byłoby jednak napisać nowy formularz odnoszący się do pamiątki rewolucji heretyckiej. Oczywiście piszę o katolickim formularzu - kolor fioletowy ma wyrażać nie czołobitność katolików w duchu "przepraszam że żyję", a żal, tęsknotę i obawę o zbawienie dusz odszczepieńców. Niech taki obchód zawita do kalendarza liturgicznego, niech to będzie dzień postu i modlitwy. "Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem" (Mt 17,21).

Na szczęście nie doszło do deklaracji inter-komunii. Jednak należy trzymać rękę na pulsie. Tu i ówdzie faktycznie takie zjawiska mają miejsca, a temat dopuszczania heretyków do Najświętszego Sakramentu oraz tzw Mszy ekumenicznej wciąż jest aktualny. Jak widać ciemna strona mocy nie odpuszcza. Znamienne jest iż pogańskie święto Halloween przypada akurat w dniu w którym Marcin Luter wystąpił ze swymi tezami. Pamiętajmy, że w historii zbawienia przypadki występują jedynie w językach odmieniających rzeczowniki... . 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


piątek, 20 października 2017

Reformacja - czy na pewno właściwe pojęcie?

Laudetur Iesus Christus!

W czasie gdy wielu modernistów świętuje na różne sposoby 500-lecie reformacji polecam pochylić się nad samym pojęciem reformacji. Jak dobrze wiadomo słowa są nośnikiem nie tylko informacji, ale także poglądów i tak określony desygnat może być opisany słowem neutralnym emocjonalnie, pejoratywnym lub pozytywnym. Na przykład prezbitera możemy określić słowem: kapłan, ksiądz lub klecha. Pierwsze sformułowanie ma charakter pozytywny, jest wręcz majestatyczne, drugie ma charakter neutralny, trzecie wyjątkowo negatywny. 

Reformacja jest urobiona od słowa reforma, które przeszło do języka polskiego z łaciny reformare znaczy po prostu przekształcać. Mamy więc reformę, która jest zmianą formy, a forma kojarzy się nam  z czymś zewnętrznym. Jest ona oczywiście istotna, ale ma zwykle mniejsze odniesienie do kwintesencji danej rzeczywistości aniżeli materia. Bo jeśli mamy wodę to istotniejsze jest dla nas jej tworzywo czyli związek wodoru i tlenu niźli jej stan skupienia. Jeśli zmienimy stan skupienia wody to pozostanie ona wodą, ale jeśli podmienimy pod atomy wodoru jakieś inne choćby żelazo, to zamiast wody otrzymamy rdzę... . Zatem termin reformacja oznaczałby proces zmiany rzeczywistości otaczającej istotę rzeczy. Do takiego wniosku próbują nas przekonać ci którzy tego pojęcia używają.

Zastanówmy się czy proces, którego desygnatem ma być reformacja w istocie rzeczy odpowiada pojęciu jakim jest ona opisywana. Za początek ruchu reformacyjnego czyli tak zwaną prereformację uznaje się wystąpienie Jana Wiklifa w XIV w. Jego dogmatyczne postulaty podważały urząd hierarchiczny Kościoła oraz naukę o transsubstancjacji. Czy reformy polegające na zniesieniu urzędów kościelnych przewidzianych dla ustroju Kościoła przez Pana Jezusa Chrystusa oraz próba podważenia substancjalnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie są czymś zewnętrznym w stosunku do wiary katolickiej? Czy była to w istocie próba reformy?  A Jan Hus, który poza rzeczywistymi postulatami reform liturgicznych czyż może być nazwany reformatorem kościelnym jeśli głosił predestynację, mistycyzm eklezjologiczny czy odrzucał obecność substancjalną Pana Jezusa Chrystusa w sakramencie ołtarza? Dalej Waldensi, którzy głosili solibiblicyzm odrzucając Tradycję, wyznając powszechne kapłaństwo bez uznania urzędu hierarchicznego oraz odrzucając wszystkie sakramenty poza chrztem czyż mogą być uznawani za reformatorów? Czy reformą nazwiemy postulat Lutra, że władza doczesna jest ważniejsza niż duchowa, a małżeństwo wbrew temu co powiedział Pan Jezus Chrystus nie jest nierozerwalne? I tak można przejść przez kolejnych "reformatorów" Zwinglego, Kalwina czy Henryka VIII, który w ramach reformy założył własny "kościół" i ogłosił się jego głową. Co więc wyznacza ramy reformy? Czy jest to zaledwie zmiana obrzędowości, czy też dogmaty i prawdy wiary mogą być podciągnięte pod ową zewnętrzną zmianę jakiejś religii. Praktyka pokazuje, że zawsze zmiana doktryny pociąga zmianę religii, a nawet często zmiana obrzędowości powoduje ten sam skutek, gdyż w większości religii kult, czyli służba Boża jest centralnym aspektem religijności. Tak również jest w katolicyzmie. "Reformacja" nie uczyniła więc żadnej zmiany w katolicyzmie, stworzyła za to nową religię - protestantyzm, a ściślej rzecz ujmując grupę różnych fałszywych religii, bo każda denominacja ma własną doktrynę i własną obrzędowość.

Skoro więc doszliśmy do stwierdzenia, że reformacja nie odpowiada desygnatowi jakim był ruch społeczno-religijny trwający w łonie chrześcijaństwa od XIV w po dzień dzisiejszy to należy zaproponować jakiś zamiennik. Tym prawdziwym pojęciem okazuje się rewolucja heretycka. Rewolucja oznacza bowiem nagłą zmianę, z łaciny revolutio znaczy przewrót, postawienie czegoś do góry nogami. W ten sposób przebiegały zmiany zaprowadzane przez rewolucjonistów herezji protestanckiej. Początkowe fazy rewolucji nie trafiły na żyzny grunt. Epoka średniowiecza uniwersyteckiego dobrze przygotowała się intelektualnie na odparcie głoszonych w późniejszym czasie błędów. Niestety okres tak zwanego odrodzenia stworzył warunki politycznego wykorzystania postulatów kolejnych herezjarchów. I tak podaje się jako datę rewolucji heretyckiej błędnie określanej mianem reformacji rok 1517 chociaż był to już raczej punkt kulminacyjny, a nie początek. 

Nie trzeba chyba wskazywać w jakim środowisku ukuło się pojęcie reformacji. Z punktu widzenia sekt protestanckich ruch ten faktycznie jest reformacją, jednak patrząc integralnie na dzieje Kościoła była to rewolucja. Niestety pojęcie reformacji weszło do podręczników oświaty systemu kołłątajowsko-stalinowskiego i jako takie jest podawane naszej katolickiej dziatwie. Również młodzież katolicka w modernistycznych podręcznikach spotyka się z pojęciem reformacji. Stanowiska wyrażone w tej rzekomo katolickiej makulaturze są jak wiele osób twierdzi wyważone, czyli politycznie poprawne. W końcu sposób wyrażania rzeczywistości wychowuje i reformacja brzmi na pewno lepiej niż rewolucja heretycka. W rzeczywistości tam gdzie spotykamy się z "reformacją" postępuje protestantyzacja poglądów nie tylko na samą historię, ale także na doktrynę. Przeto protestujmy przed reformacją i nazywajmy ją konsekwentnie rewolucją heretycką. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


niedziela, 8 października 2017

Ipsissima verba Iesu - czyli o uczonych w Piśmie, którzy lepiej wiedzą co mówił Pan Jezus

Laudetur Iesus Christus!

Z okazji niebawem przypadającej rocznicy rewolucji heretyckiej, zamieszczam dziś wpis o pewnym bardzo szkodliwym zjawisku w biblistyce, które zawdzięczamy "braciom odłączonym", czyli heretykom. Problem tzw "ipsissima verba Iesu", czyli dociekania słów których rzeczywiście użył podczas swego ziemskiego żywota Pan Jezus zawdzięczamy właśnie protestantom. I gdyby katolicka hierarchia działała poprawnie, to problemu by nie było - zostałby autorytatywnie zduszony w zarodku. Świętej pamięci biskup Franciszek Jop zapytany przez swojego kapłana, czy może się udać na konferencję naukową dotyczącą problemu zmartwychwstania odparł: "Nigdzie ksiądz nie pojedzie, żadnego problemu nie ma - zmartwychwstał i już!" W ten sposób katolicka egzegeza powinna rozwiązać ów problem i tak się działo aż do wiosny Kościoła lat 50-tych i i 60-tych ubiegłego wieku kiedy zaczęto uprawiać biblijny dialogizm.

Jako pierwszy pytanie o słowa których rzeczywiście użył Pan Jezus zadał Richard Simon - katolicki kapłan i biblista. Zauważył, studiując konkordancję, że różni ewangeliści w różny sposób przekazali nauczanie Pana Jezusa. Na tym etapie badania miały jeszcze charakter egzegezy katolickiej, chociaż dzieło Simona spotkało się z krytyką i nawet oskarżeniem o herezję. Dopiero oświeceniowi uczeni: Reimanus i Lesing zaczęli negować historyczność Jezusa Chrystusa wskutek czego nastąpiła reakcja środowisk protestanckich. Pozorna obrona w rzeczywistości pogłębiła problem. Pojawiają się znane nazwiska adwersarzy, takie jak Gunkel, Harnack czy Reanan. Który z czytających mnie teologów nie zetknął się z nimi w czasie swoich studiów? Rozwinęli oni tak zwaną analizę krytyczną form co sprowadziło badanie Biblii do poziomu badania zwykłego dzieła literackiego. To abstrahowanie od natchnienia Pisma Świętego w konsekwencji doprowadziło do tego, że kolejny znany wichrzyciel biblijny Bultman  sprowadził Pana Jezusa do wytworu wiary swoich uczniów, czyli z wydarzenia zbawczego uczynił mit. Zaczęto więc oddzielać Jezusa od Chrystusa lub w złagodzonej wersji mówić o Chrystusie wiary i Chrystusie historii.

Z poglądami tych i im podobnych heretyków spotkałem się wiele razy podczas moich studiów teologicznych. Byli wykładowcy którzy bronili prawa do takich dociekań, do profanowania biblistyki poprzez stosowanie niekatolickich, świeckich metod badań. Trzeba przestrzec przed tymi nazwiskami jak również przed metodami jakie oni stosowali i stosują - bowiem ich teorie ciągle są rozwijane. Jedyną katolicką metodą egzegetyczną jest tak zwana metoda kanoniczna, polegająca na poddaniu analizie wszystkich miejsc paralelnych i wyciąganiu wniosków po dokładnym studium wszystkich miejsc w których Słowo Boże mówi o danym zagadnieniu. Za najbardziej szkodliwą należy uznać najbardziej popularną metodę historyczno-krytyczną. Pismo Święte traktowane jest w niej jak każde inne dzieło - wskazuje się jedynie na ludzkiego autora, jego kontekst kulturowy i społeczny zupełnie pomijając rolę Ducha Świętego. Poprzez krytykę tekstu wynajdywanie i porównywanie różnych kodeksów odziera się Pismo Święte z jego sakralnego charakteru zapominając, że dla Kościoła tekstem natchnionym pozostaje Wulgata, co orzeczono na soborze trydenckim. Tak więc nie papirusy z Qumran zawierające różne fragmenty Słowa Bożego, nie żydowska Septuaginta, ale katolicka Wulgata, która jest tłumaczeniem, ale pozostaje tekstem oficjalnym Pisma Świętego!

Zanim więc zapytamy która wersja słów Pana Jezusa Chrystusa była bardziej prawdopodobna - czy ta z Ewangelii św. Mateusza czy ta z Ewangelii św. Łukasza zauważmy iż istnieje jedna Ewangelia i problem jakich dokładnie słów użył Pan Jezus wcale nie jest problemem teologicznym. Podobnie jak nie jest problemem teologicznym autorstwo listu do żydów... . Nas wierzących interesuje bowiem treść wiary oraz wierność naszych zatwierdzonych przekładów z Wulgatą. Myli się jednak ten który uważa, że problem ipsissima verba Iesu jest wydumany i mało szkodliwy dla wiary. Niestety współcześni egzegeci posuwają się do dalszych interpretacji, roszczą sobie oni bowiem prawo do określenia, które fragmenty tekstów natchnionych są rzeczywiście Słowem Bożym, a które prywatną opinią autorów ludzkich. Czyli już nie tylko krytyka tekstu, analiza retoryczna paralelnych miejsc ale swoista cenzura Słowa Bożego. Zaprawdę biada temu kto przykłada do tego rękę! Owi faryzeusze wycinają w praktyce niewygodne fragmenty Pisma Świętego albo poprzez ignorowanie ich w badaniach i cytowaniach, albo poprzez atakowanie ich wprost określając iż nie są to prawdziwe słowa Pana Jezusa, a jedynie dumka autora ludzkiego. Opinie tych szkodników przedostają się do podręczników teologii, do katedr egzegezy i dalej do wykładów z teologii systematycznej. Trucizna, która przez wiele lat sączona była w środowiskach akademickich pseudo-katolickich przekazywana jest dalej wiernym poprzez zafałszowane katechezy i kazania. I nie ma się co dziwić że mamy wykastrowany przekaz wiary, skoro z seminariów przychodzą do nas eunuchy Słowa Bożego... . Wraz ze zmianą lekcjonarza, o czym napiszę kiedy indziej i "obfitszym zastawieniem Stołu Słowa Bożego" nastąpiła faktyczna neutralizacja liturgiczna i pastoralna Biblii. Proces ten chociaż dalej trwa dobiega już powoli do końca.  I co z tego, że śpiewamy psalmy skoro głusi jesteśmy na napomnienie króla Dawida:
"Czemu mają mówić poganie:
<A gdzież jest ich Bóg?>
Nasz Bóg jest w niebie;
czyni wszystko, co zechce.
Ich bożki to srebro i złoto, 
robota rąk ludzkich. 
Mają usta, ale nie mówią; 
oczy mają, ale nie widzą.
Mają uszy, ale nie słyszą;
nozdrza mają, ale nie czują zapachu.
Mają ręce, lecz nie dotykają;
nogi mają, ale nie chodzą;
gardłem swoim nie wydają głosu.
Do nich są podobni ci, którzy je robią, 
i każdy, który im ufa." (Ps 115,2-8)

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 8 sierpnia 2017

Deprawacja intelektualna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Kolejnym wymiarem formacji wskazywanym przez dokumenty jest formacja intelektualna. Niestety ten obszar obarczony jest wielkim zaniedbaniem i to pomimo tego że w wielu przypadkach nowe seminaria kładą nań główny nacisk. Chociaż św. Teresa z Avila stwierdziła, że: "Gdybym musiała wybierać pomiędzy spowiednikiem mądrym a pobożnym, wybrałabym mądrego" to jednak nie należy zapominać, że głównym celem seminarium jest formacja duchowa - o której w innym wpisie. Kształcenie intelektualne jest pewną podstawą - owszem ważną, ale spełniającą służebną rolę wobec uformowania duchowego i duszpasterskiego. Nie wolno bowiem nigdy przestawić środków i celów - środkiem jest wykład wiary, a celem jej zintegrowanie dla przyszłej posługi duszpasterskiej. Tymczasem chorobą trawiącą nowe seminaria duchowne przynajmniej w Polsce jest takie układanie planu formacyjnego, że odnosi się wrażenie iż seminarium to taki pobożny akademik - celem są studia, a nie rzeczywista formacja duchowa. Przykładem niebezpiecznego odwrócenia akcentów jest praktykowane w wielu seminariach niedzielne studium - taka praktyka nie daje się pogodzić z trzecim przykazaniem Bożym, nie tylko powinna być zaniechana, ale należy alumnom wpajać, że nauka w niedzielę nie jest rzeczą godziwą. Innym objawem schizofrenii jest praktyka celebrowania uroczystości tylko w wymiarze zewnętrznym - seminarzyści obowiązani są do noszenia odświętnego stroju, ale zachowany jest normalny tryb pracy i nauki. Obraz wielkiej troski o wiedzę alumnów choć powierzchownie patrząc wydaje się prawdziwy, to jednak wchodząc głębiej staje się przykrywką dla niesamowitej pauperyzacji intelektualnej współczesnych studiów kościelnych. Patrząc na stan kształcenia duchowieństwa mam wrażenie, że studia są zapchajdziurą dla 6-letniego cyklu formacyjnego. Jeśli nie ma czym wypełnić dnia to wpisuje się w plan zajęć studium, przykładowo w sobotę mieliśmy 7 godzin studium własnego... . Kleryk, który ukończył studia i chce kontynuować formację w innym seminarium, bo albo z poprzedniego sam odszedł, albo został wydalony zwykle jest odsyłany ponieważ "nie ma co z nim zrobić". To wskazuje na rzeczywiste cele formacji intelektualnej w nowym seminarium: zdobycie wykształcenia formalnego (da papierka) i wypełnienie czasu w ciągu dnia. 

Studia seminaryjne ulegają stopniowej degradacji. Wyraźne przyspieszenie tego procesu nastąpiło w okresie masowej afiliacji fakultetów pastoralnych do uczelni państwowych. Ten mariaż choć finansowo opłacalny okazuje się katastrofą. Związek seminarium z uniwersytetem to najbardziej widoczna bolączka systemu kształcenia kandydatów do kapłaństwa. Po przemianie ustrojowej przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku polski episkopat zachwycił się wizją współpracy z państwem. Zbiegło się to nieszczęśliwie w czasie ze skokiem w zakresie laicyzacji Polski. Wpływy z ofiar zaczęły się wyraźnie zmniejszać. Seminaria duchowne które w okresie Polski ludowej pękały w szwach i były utrzymywane z ofiar ludu pracy nagle pomimo wyraźnego zmniejszenia liczby kleryków nie potrafiły samodzielnie egzystować. Kształcenie przyszłych kapłanów powierzono więc organizacjom państwowym. Owszem dalej przyszłych duchownych formują wykładowcy księża, jednak opłaca ich nie kuria biskupia, ale ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, a wiadomo, że kto płaci ten decyduje... . Konferencja Episkopatu Polski zgodziła się więc na restrukturyzację studiów kościelnych w sposób sprzeczny nawet z posoborowym ratio studiorum, które chyba nigdzie nie jest w pełni respektowane.  Nie jedyny to przypadek w tym okresie kiedy to wiara została złożona na ołtarzu Mamony - podobny los spotkał duszpasterstwo wojskowe, szpitalne oraz katechezę. Wszystkie te obszary działalności duszpasterskiej są opłacane przez państwo, które mocno ingeruje w program pastoralny tych przedsięwzięć. Zresztą jednym z argumentów włączenia seminariów w państwowy system oświaty było zlaicyzowanie katechezy. Ponieważ katechezę też opłaca państwo, wymaga więc pracowników posiadających certyfikowane wyższe wykształcenie. Mało kto wie, że studia kościelne mające wykształcić duchownych nie wiążą się z żadnymi tytułami zawodowymi, czy stopniami naukowymi. Żeby zostać prezbiterem nie trzeba być magistrem - należy ukończyć podstawowy kurs teologii. Księża magistrami zostają po to by mieć uprawnienia do pracy w szkole. W okresie PRL-u zaledwie 1/3 duchowieństwa posiadała tytuł zawodowy magistra - później w wielu przypadkach studia kościelne i napisaną pracę przestawiono jako magisterską ale kończąc seminarium większość księży nie miała żadnej tytulatury naukowej. Zresztą zakres wiedzy teologicznej tamtego kleru był odwrotnie proporcjonalny do jego poziomu wykształcenia w warstwie formalnej. Dzisiejszy magister teologii stoi daleko w tyle za kapłanem wykształconym nawet pod Vaticanum II, ale przed nieszczęsną afiliacją. Studia kościelne na związku z państwowym systemem szkolnictwa straciły swój pierwotny układ. Zakłada się bowiem, że przez pierwsze dwa lata alumn na poznawać filozofię, po to by stworzyć podstawę dla studium teologii przez kolejne trzy lata. Konieczność ukończenia kursu pedagogicznego trwającego minimum 270 h wykładowych i 150 h ćwiczeń zabiera ze studiów praktycznie rok, a ponieważ ilość godzin w siatce studiów jest z góry określona, to odbywa się to kosztem zajęć kursorycznych. Do tego dochodzi obowiązkowy czas na fakultety narzucony przez Unię Europejską, co znowu zabiera kilkaset godzin... . Rezultatem jest pobieżne studium teologii systematycznej i wypisywanie traktatów teologii moralnej oraz dogmatycznej w parach, często zupełnie niedorzecznych. Bo jaki związek mają na przykład cnoty kardynalne z bioetyką? Często brakuje czasu na ów drugi przedmiot i nie wykłada się go w ogóle - tak było na przykład podczas zajęć z eklezjologii i mariologii. Są takie dyscypliny, których nie wykłada się wcale na przykład angelologii, czy hagiografii. Jest za to mnóstwo pedagogik, katechetyk i dydaktyk - jakby jeden semestr każdej z tych dyscyplin nie wystarczył. Poziom kształcenia z tychże nauk był zresztą i tak na bardzo niskim poziomie - nauczania katechizmu uczyliśmy się w praktyce.

Innym problemem jest sam program studiów kościelnych ułożony przez Stolicę Apostolską. Zawiera on w zasadzie tylko wykaz przedmiotów i ilość godzin - to stanowczo za mało. Dawniej wychodziły z Rzymu oficjalne podręczniki według których należało wykładać, a kurs teologii był taki sam w USA co w we Włoszech. Kler był jednolicie wykształcony, co sprzyjało utrzymywaniu dyscypliny wiary. Dzisiaj pluralizm  doktrynalny "katolickich" ośrodków akademickich jest tak wysoki, że wykształcenie teologiczne odebrane nawet w jednym kraju na tym samym poziomie może być skrajnie różne w zależności od alma mater. Efektem jest wielogłos duchowieństwa w zakresie prawd wiary, co najbardziej widoczne jest choćby w sprawie słynnych dubiów i interpretacji jakichkolwiek oficjalnych dokumentów kościelnych. Kościół katolicki staje się pod względem nauczania podobny do wiarołomnej synagogi talmudycznej, gdzie w zależności od miejsca te same fragmenty Tory interpretuje się czasem w przeciwstawny sposób. Brak jasnych ordynacji w odniesieniu do programu studiów kościelnych rozbiło jedność nauczaniu w ciągu zaledwie pół wieku! Nie taki ustrój Kościoła postanowił Chrystus Pan, ale chciał by Jego Oblubienica była jasnym znakiem na drodze do zbawienia. Modne zwłaszcza w szkolnictwie europejskim fakultety  i monografie pozwoliły najbardziej szkodliwym wykładowcom rozwinąć skrzydła i oto lista najciekawszych zajęć jakie miałem do wyboru bądź wygrzebałem z czeluści witryn internetowych innych "katolickich" wydziałów lub ze świadectw studentów i absolwentów:
1. Czy piekło będzie puste?
2. Co naprawdę mówił Jezus w Ewangeliach?
3. Wspólna nauka katolicko-protestancka o usprawiedliwieniu
4. Kościoły doby reformacji
5. Ekumenizm katolicko-judaistyczny
6. Mity księgi rodzaju
7. Kryzys imigracyjny, czy kryzys miłosierdzia?
8. Duchowość islamska.
9. Masoneria - mity i rzeczywistość.
10. Transfiguracja i transfinalizacja jako alternatywne sposoby wyrażania tajemnicy Eucharystii.
Nie wiem czy czytelnicy życzą sobie więcej przykładów. Zapewniam, że powyższe wykłady były zgodne z tezą w  literalnym rozumieniu tytułów. Właśnie podczas fakultetów dochodzi do największej deprawacji umysłowej kandydatów do kapłaństwa - sam byłem tego świadkiem. Wykładowcy - moderniści mogą się wtedy popisać swoimi herezjami, a słuchacze nieuzbrojeni w oręż prawowiernej nauki chłoną wszystko jak leci i co gorsza dogmatyzują różne fałszywe idee - w końcu "ksiądz profesor powiedział..."

Podstawą dla skrzywienia intelektualnego przyszłego kleru jest już szkolnictwo na poziomie podstawowym i średnim. To w tym czasie dochodzi do przyjęcia heglowskiego paradygmatu teoriopoznawczego, w myśl którego jeśli czyjś sąd nie zgadza się z faktami to tym gorzej dla faktów. Jeśli na taką deformację postawi się syntezę w postaci filozofii wyłożonej w sposób zupełnie świecki, bez oceniania poszczególnych systemów filozoficznych w aspekcie prawdziwości i przydatności dla głoszenia wiary to przyszły ksiądz intelektualnie jest już właściwie stracony. Taki stan nazywa się ukąszeniem heglistowskim. Wszelka próba przywrócenia jego umysłu do właściwego porządku logicznego jest już właściwie niemożliwe - w ostateczności można usłyszeć: "Masz rację, ale nie przekonałeś mnie", albo "Ja mam swoją prawdę, a Ty swoją", ewentualnie wyznanie agnostycyzmu teoriopoznawczego: "Przecież prawda jest nieosiągalna". Za takiego duchownego można się już tylko modlić... . Jeśli nawet seminarzysta trafi na wierzącego wykładowcę filozofii - który przedstawi historię filozofii z punktu widzenia chrystianizmu to i tak dostanie obuchem w głowę podczas studium teologii.

Jest już pewną modą wykładanie teologii prawie dokładnie w taki sam sposób jak filozofii - bez uwzględnienia specyfiki tej dyscypliny. Teologia systematyczna wykładana jest w ten sposób że prezentuje się pleromę współczesnych poglądów, często konfesyjnie różnych bez oceny prawdziwości tez tam zawartych. Czasami wykładowcy nie informują nawet słuchaczy o tym w jakim wyznaniu dany pogląd się zrodził, a na pytanie o przynależność konfesyjną danego teologa odpowiadają niechętnie lub wręcz okazują oburzenie - w końcu pierwiastki uświęcenia i prawdy obecne są w każdej religii... . Alumni nie są informowani o ścisłej treści dogmatów - wiarę przedstawia się im w sposób opisowy, zwykle skażony myślą jakiegoś heterodoksyjnego uczonego. Również nie uczy się już hierarchii źródeł w teologii oraz o różnej kwalifikacji dogmatycznej poszczególnych tez. Dogmatyzm w teologii systematycznej przedstawia się klerykom jako coś zaprzeszłego. To wszystko prowadzi do relatywizacji prawdy, w końcu seminarzyści uczą się że wiarę można przekazywać byle jak i interpretować po swojemu. Efektem są dzisiejsze kazania i katechezy tak bardzo często skażone błędami. 

Współczesne ratio studiorum poleca pochylenie się się nad naukami humanistycznymi i kontekstem kulturowym. Zaniedbuje się przy tym zupełnie apologetykę, której się już nie uczy. Jest to zgodne z paradygmatem dialogu, w którym nie chodzi o to aby kogoś do słuszności wiary katolickiej przekonywać, ale żeby się wzajemnie ubogacać. Dawniej podstawową kompetencją teologa była umiejętność uzasadniania, dziś adept tej nauki nie potrafi już nawet tego. Studium chociaż ma się opierać na źródłach to jednak nie są one dostępne. Studenci nie czytają już prawie w ogóle źródeł. Nawet soboru watykańskiego II nie każą przeczytać w całości - cała nauka pochodzi ze skryptów usianych błędami formalnymi i merytorycznymi oraz wątpliwej jakości podręczników nierecenzowanych już w ogóle pod kątem doktrynalnym. Dochodzi do tego, że absolwent teologii nie potrafi krytycznie przeczytać żadnego tekstu źródłowego! Tymczasem studium teologii domaga się by w całości przeczytać przynajmniej całe Pismo Świętej oraz dokumenty wszystkich soborów. Teologia historyczna jest w wielkim regresie. Egzegeza usiana jest światopoglądem protestanckim. Zresztą egzegeci nie kryją swojego zachwytu Karlem Barthem, Rudolfem Bultmanem czy Hermanem Gunkelem. Studium patrystyki ogranicza się coraz bardziej, przez co jest ono zbyt pobieżne aby sięgnąć choćby do fragmentów najważniejszych dzieł. Historia Kościoła wykładana jest w paradygmacie "przepraszam że żyję", w wielkiej czołobitności do mitów inteligenckich doby oświecenia. Studium języków starożytnych, które stanowi podstawę dla czytania w oryginale tekstów źródłowych jest tak prowadzone by niczego nie nauczyć. Łacinę już dawno uznano nawet w Kościele za język wymarły, a greki jest tyle co kot napłakał.

Wiele do życzenia pozostawiają wszechobecne konwersatoria. W założeniu miały one przywrócić tradycjne "disputationes" w rzeczywistości polegają one na odbębnianiu odczytów, często bezkrytycznie kopiowanych nawet z Wikipedii... . Zajęcia te były dla mnie istną intelektualną torturą, a trzeba wiedzieć, że seminarzyści zobowiązani są do chodzenia na wszystkie zajęcia. Kiedyś nie było ćwiczeń - dyskutowano podczas wykładów i kapłani byli dobrze przygotowani do obrony wiary. Wielu wykładowców dobieranych jest na zasadzie - nie dał rady w duszpasterstwie, to niech wykłada coś tam w seminarium. W rezultacie kadra naukowa w wielu ośrodkach przedstawia wiele do życzenia, chociaż przyznać trzeba, że wydziały teologiczne pod względem formalnego wykształcenia swoich wykładowców przodują. Nie mieliśmy ani jednego wykładowcy nie utytułowanego stopniem doktora, a większość posiadało habilitacje. Jednak w ślad za tytulaturą nie szły obiektywne zdolności. Byli wykładowcy, którzy podczas zajęć po prostu czytali podręczniki i to jeszcze z błędami. Nikt nie reagował na opinie wyrażane w ankietach. Słowem te same patologie które dosięgają systemu szkolnictwa wyższego państwowego doszły także do struktur szkolnictwa kościelnego.

Niniejszy blog jeszcze nieraz będzie rozprawiał się z różnymi błędnymi naukami - należy te przyszłe wpisy potraktować jako dodatek do niniejszego. Nie sposób w tak krótkiej formie przedstawić w całości bezpardonowej walki modernistów nad zniszczeniem katolickiej nauki. Świętej pamięci prof. Wolniewicz powiedział, że nauka nie ma przyszłości w uniwersytetach, a ja powiadam że katolicka wiara nie ma przyszłości w kształceniu duchowieństwa na garnuszku państwa. Należy zerwać z mirażem mariażu seminariów z uniwersytetami we współczesnym ich rozumieniu. W studium teologii trzeba podążać za tym co pewne podążając jak to zalecał nawet sobór watykański II za mistrzem św. Tomaszem z Akwinu. Współczesny kleryk nowego seminarium skazany jest na studium podwójne - jeden raz musi nauczyć się i zdać prawdę przemieszaną z fałszem na potrzeby wykształcenia formalnego i drugi raz jeśli chce uczyć wiary prawdziwej musi nauczyć się czystej doktryny. Droga to trudna - wiele bibliotek seminaryjnych świeci pustkami. Po utworzeniu nowych diecezji z nowymi seminariami stare biblioteki zostały rozbite i zdekompletowane. Dlatego należy wspierać alumnów darowiznami dobrych książek. Kupujcie im wszystko co do 1958 r było uznane przez władzę kościelną. Przede wszystkim zaś wyposażcie w teksty źródłowe soborów, synodów, encyklik, traktatów ojców Kościoła i świętych doktorów wiary a zobaczycie że nadejdzie odnowa wiary i bez bólu głowy będzie można odsłuchać niedzielnego kazania oraz bez obaw posłać swoją dziatwę na lekcje katechizmu. Doszliśmy do czasów kiedy niejeden świecki jest lepiej wykształcony niż kapłan. Na tych wiernych ciąży szczególny obowiązek, aby depozyt wiary przekazany został w sposób nienaruszony. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Forma ma znaczenie - nieważne rozgrzeszenia...

Laudetur Iesus Christus!

Tego posta nie planowałem, ale kolejny raz doszły mnie słuchy, że są księża, którzy udzielają nieważnych rozgrzeszeń. Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że niejednokrotnie spowiednicy zmieniają formułę rozgrzeszenia. Jeśli zmiana ma charakter przypadłościowy - to znaczy nie zmienia istotnego znaczenia to mamy  do czynienia z niegodziwością ze strony szafarza. Jeśli jednak kapłan dokonuje istotnej zmiany formuły z powodu fałszywej teologii to nadaje formule nowe znaczenie, które skutecznie niszczy sakrament.

Nie dawno znajoma mi osoba zadzwoniła do mnie i prosiła o opinię na temat ważności formuły która mniej więcej brzmiała tak: "Ja w imieniu wspólnoty Kościoła udzielam tobie rozgrzeszenia, idź w pokoju". Przypomnijmy słowa istotne z formuły rozgrzeszenia: "Ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen". Formuła zastosowana przez szafarza sakramentu pokuty określała co prawda czynność, czyli rozgrzeszenie, ale nie zawierała formuły trynitarnej. Ani Kościół, ani kapłan nie mają sami z siebie władzy odpuszczania grzechów. Zastosowana fałszywa formuła wyraźnie wskazuje na błąd eklezjologiczny, bo to kapłan Kościoła jest narzędziem, zaś Bóg jest tym który udziela łaski uświęcającej. Udzielone w przykładzie rozgrzeszenie jest symulacją sakramentu pokuty. Nie jest ono ważne. Znajomy wiedziony charyzmatem rozumienia wiary postanowił pójść do innego spowiednika i w swojej uczciwości wyjaśnił mu całą sytuację. Spowiednik zaś zamiast pochwalić roztropnego penitenta, zganić poprzedniego spowiednika i normalnie udzielić absolucji rozpoczął wykład na temat spowiedzi pragnienia i twierdził że "sama intencja wystarczy". Otóż gdyby tak było moglibyśmy przyjąć protestancki i starokatolicki punkt widzenia, w którym cały akt pokutny odbywa się w sercu poprzez wzbudzenie właściwej intencji. Taki pogląd jest z gruntu heretycki i wywraca całą katolicką naukę o sakramentach. Jeśli przyjmiemy za soborem trydenckim definicję sakramentu, że jest to skuteczny znak łaski, to znak domaga się komponentu widzialnego. W przypadku sakramentu pokuty są to grzechy stanowiące materię dalszą, akty penitenta stanowiące materię bliższą i rozgrzeszenie będące formą sakramentalną. Bez znaku nie zostaje udzielona łaska. Oczywiście Pan Bóg ma prawo sobie wiadomymi sposobami odpuścić takiej osobie grzechy, ale Kościół nie może dać na to żadnej gwarancji. Tylko chrzest i pokuta sakramentalna dają pewność moralną co do odpuszczenia grzechów! Ostatecznie wspomniana w przykładzie osoba znalazła wierzącego księdza, który odpuścił jej grzechy, ale w ilu przypadkach do rozgrzeszenia nie dochodzi? Aż boję się pomyśleć... . 

Drodzy księża! Delikt o którym tutaj mówię jest nikczemnością najwyższej kategorii i domaga się potępienia sięgającego bram nieba. Nie może być tak, że wasze postrzeganie teologii, skażone często herezjami modernizmu i protestantyzmu powoduje, że wierni pozbawieni są dostępu do najważniejszej z łask, do łaski uświęcającej. Jeśli nie boicie się Kościoła i biskupa to zlęknijcie się przed Bogiem wobec którego zdacie sprawę ze swego urzędu. Postawa księdza, który zmienił samowolnie formułę spowiedzi, jak również tego który go bronił to typowe zachowania fałszywych pasterzy. Do nich Chrystus Pan kieruje słowa: "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą" (Mt 23,13).

Drodzy czytelnicy! Powyższy przykład jasno i dobitnie pokazuje jak ważna jest samoświadomość katolika. Obowiązek stałego studium katechizmu nie jest tylko pobożnym wymysłem, ale koniecznością związaną z czasami w jakich przyszło nam żyć. Oto brak wiedzy w dziedzinie wiary, może nam przynieść nawet śmierć wieczną. Pomni na to starajcie się zdobyć przynajmniej podstawowe informację o sakramentach - o tym co należy do ich ważności i pilnujcie waszych pasterzy czy ważnie ich udzielają. Dzisiaj jak nigdy przedtem należy zachować szczególną czujność. Jeśli napotkacie kapłana który niszczy sakrament to go upomnijcie, jeśli idzie w zaparte donieście biskupowi, jeśli biskup nie zareaguje donieście Stolicy Apostolskiej i przestrzegajcie siebie wzajemnie przed wilkami w owczej skórze, bo tu chodzi o wasze zbawienie!

Wreszcie zwracam się do biskupów i przełożonych zakonnych. Nie bagatelizujcie skarg wiernych w tym zakresie i nie bójcie się wyciągać stanowczych konsekwencji. Zamiatanie takich spraw pod dywan obciąża wasze sumienie i czyni was współwinnymi dokonanej na ludzie wam powierzonym zbrodni. Jeśli tli się w was chociaż iskra wiary to zrozumiecie powagę i grozę tego co tu napisałem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 14 kwietnia 2017

Ofiara czy uczta?

Laudetur Iesus Christus!

"Pan wieczernik przygotował, swój zaprasza lud, dla nas wszystkich dom otworzył i zastawił stół" - słowa tej pieśni usłyszeliśmy wczoraj w niejednym kościele. Wypada więc zapytać czym jest ów stół który zastawia dla nas Pan? Sobór Watykański II w Konstytucji o Liturgii Świętej w punkcie 48 tak naucza: "Kościół zatem bardzo się troszczy o to, aby chrześcijanie w tym misterium wiary nie uczestniczyli jak obcy lub milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy misterium to dobrze rozumieli, w świętej czynności brali udział świadomie, pobożnie i czynnie, byli kształtowani przez słowo Boże, posilali się przy stole Ciała Pańskiego i składali Bogu dziękczynienie". Jest zatem ołtarz nazwany stołem Ciała Pańskiego, tymczasem z definicji ołtarz jest miejscem do składania ofiar. Chyba nie ma religii w której ołtarz służyłby do spożywania. Zwróćmy uwagę, że wbrew określeniu "przystępować do Stołu Pańskiego" wierni nie przyjmują Komunii Świętej przy ołtarzu - jedynie kapłan komunikuje się w tym miejscu. Jednak Komunia Święta kapłana ma charakter dopełnienia Ofiary - jako będący in persona Christi, kapłan musi przyjąć Ciało i Krew Pana Jezusa Chrystusa.

Teraz trochę nauki Soboru Trydenckiego odnośnie do Mszy Świętej:

I/B. Kanony o Najświętszej ofierze mszy świętej

1. Gdyby ktoś mówił, że we mszy nie składa się Bogu prawdziwej i właściwej ofiary; albo że składanie ofiary nie jest niczym innym niż dawaniem nam Chrystusa do spożycia - niech będzie wyklęty.
2. Gdyby ktoś mówił, że słowami: „To czyńcie na moją pamiątkę” Chrystus nie ustanowił apostołów kapłanami lub nie polecił, by oni oraz inni kapłani składali w ofierze Jego ciało i krew - niech będzie wyklęty.
3. Gdyby ktoś mówił, że msza jest tylko ofiarą pochwalną i dziękczynną lub jedynie pamiątką ofiary złożonej na krzyżu, a nie przebłagalną; albo że pomaga wyłącznie przyjmującemu [Komunię] i nie powinna być składana za żywych i umarłych, za grzechy, kary, zadośćuczynienia ani w innych potrzebach - niech będzie wyklęty.
4. Gdyby ktoś mówił, że ofiara mszy jest bluźnierstwem przeciw najświętszej ofierze Chrystusa złożonej na krzyżu, albo że ją umniejsza - niech będzie wyklęty.
5. Gdyby ktoś mówił, że oszustwem jest odprawiać msze ku czci świętych, i dla uzyskania ich wstawiennictwa u Boga, jak czyni Kościół – niech będzie wyklęty.
6. Gdyby ktoś mówił, że kanon mszy zawiera błędy i dlatego należy go znieść - niech będzie wyklęty.
7. Gdyby ktoś mówił, że obrzędy, szaty i znaki zewnętrzne, których używa przy sprawowaniu mszy Kościół katolicki, są bardziej podnietą do bezbożności niż pełnieniem pobożności - niech będzie wyklęty.
8. Gdyby ktoś mówił, że msze, podczas których tylko kapłan przyjmuje Komunię sakramentalnie, są niedozwolone i dlatego należy je znieść - niech będzie wyklęty.
9. Gdyby ktoś mówił, że obrządek Kościoła rzymskiego, w którym część kanonu i słowa konsekracji wymawia się po cichu, należy potępić; albo że mszę należy odprawiać wyłącznie w języku rodzimym; albo że nie należy dodawać wody do wina w ofiarowaniu kielicha, ponieważ jest to przeciwne ustanowieniu Chrystusa - niech będzie wyklęty.
Jasno więc widać iż jest nauką katolicką traktowanie Mszy Świętej jako ofiary. W tradycyjnym nauczaniu wymiar uczty albo jest tylko wzmiankowany, albo pominięty, ponieważ nie stanowi istoty Mszy Świętej. Jeśli jednak chcemy szukać gdzieś owej Uczty Pańskiej to będą to obrzędy Komunii Świętej i każdy uczciwy liturgista przyzna, że stary obrządek mszalny bardziej akcentował ową ucztę. Pierwszym elementem, który był, a którego zwykle dziś nie ma są balaski nakryte białym obrusem. Nowa teologia każe przyjmować Ciało Pańskie w tak zwanej procesji, będącej jednak właściwie kolejką. W praktyce przyjęcie Komunii Świętej odbywa się w locie - nie ma niczego co by w sposób zewnętrzny oznaczało, że mamy do czynienia z ucztą. Dalej w wielu miejscach ministranci nie posługują już z pateną, a więc i ten element uczty jakim jest spożywanie nad talerzem został wyeliminowany. Wreszcie skrócono wydatnie czas uczty przez dopuszczenie do szafowania Ciałem Pańskim praktycznie każdego wiernego... . Nawet puryfikacja naczyń - czyli przekładając na współczesny język zmywanie naczyń jest wykonywana zgodnie z uproszczonymi zasadami i niestety często niechlujnie... . Dla tradycyjnego katolika kwestie które poruszam godzą w istotę pobożności eucharystyczej, ale i dla modernisty powinny być jasnym znakiem jak bardzo wyznawane przezeń zasady różnią się od praktyki. Czasem o zgrozo wiarołomne spotkania opłatkowe heretyków są odprawiane z większą nabożnością niż rzekomo katolickie "uczty".

Czy Pan Bóg wprowadził do kultu elementy uczty? Być może traktując rzecz bardzo aspektowo można by stwierdzić że w pewnej dalekiej metaforze tak, bo istotnie Ciało Chrystusa jest Pokarmem na żywot wieczny. Jednak bliższa jest perspektywa Ofiary, z reszty której posilają się wierni będąc w tym i tylko tym sensie królewskim kapłaństwem, bo kapłanom w Starym Zakonie przysługiwał posiłek właśnie z owej reszty pozostałej z ofiar. O tak zwanym kapłaństwie wspólnym będę jeszcze pisał. Dziś chciałbym tylko podkreślić, że Msza Święta jest Ofiarą, a ucztą tylko w pewnym i nigdy dosłownym sensie. Jeśli powiemy, że Msza Święta to Najświętsza Ofiara wyrazimy w pełni katolicką naukę, jeśli jednak określimy ją jako uczta to staniemy się wiarołomnymi protestantami. Również określenia typu: ofiarna uczta nie są prawidłowe. Uczta ofiarna być nie może, bo albo robimy jedno albo drugie, poza tym wymiar ofiary sprowadza się w takim wyrażeniu li tylko do epitetu. Bliższe prawdzie byłoby stwierdzenie: "Ofiara i uczta" - jednak i tutaj dokonuje się pewna redukcja, ukryte zrównanie wymiaru ofiarniczego Mszy Świętej ze znaczeniem Komunii Świętej, która choć jest ważna to jednak nie należy do istoty Mszy Świętej, a najlepszy jest dowód, że może być Ciało Pańskie rozdawane poza Mszą Świętą. Życzę więc wszystkim czytelnikom pochylenia się nad tajemnicą Ofiary i owocnej walki z wszelkimi przejawami redukcjonizmu eucharystycznego. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Starokatolicyzm - nie wszystko katolickie, co tak nazywają...

Laudetur Iesus Christus!

Ostatnim większym odłamem chrześcijaństwa jest starokatolicyzm. W świadomości przeciętnego katolika wyznanie starokatolickie jawi się jako zagadka, tymczasem w Polsce mamy 6 wspólnot starokatolickich, których nazwy mogą być mylące. Bo co sobie może pomyśleć wierzący słysząc nazwę: Katolicki Kościół Narodowy w Polsce? Większość z tych wyznań chociaż jest niewielka, to jednak w praktyce liturgicznej i duszpasterskiej nie różni się zbytnio od Kościoła liturgii rzymskiej współczesnej. Tym bardziej warto poznać charakterystykę starokatolicką by niechcący nie wpaść w błąd.

Starokatolicyzm jako ruch powstawał na bazie umacniania się partykularnych tradycji poszczególnych narodów i diecezji. Najsilniejszym ośrodkiem okazała się diecezja Utrechtu, która już w średniowieczu przez uzyskiwanie różnych przywilejów stała się zbytnio niezależna w stosunku do Rzymu. Po suspendowaniu administratora archidiecezji utrechckiej abp Petrusa Codde wskutek zawieruchy jansenistycznej. Zawieszony, a później także ekskomunikowany w 1704 r biskup zyskał poparcie holenderskiego społeczeństwa. Jednak do schizmy doszło dopiero w 1723 r, kiedy to Arcybiskupia Kapituła Utrechtu wybrała swojego arcypasterze nie oczekując na zgodę Rzymu. Lokalna schizma rozrosła się dopiero w momencie zwołania obrad Soboru Watykańskiego I, na którym w 1870 r konstytucją dogmatyczną Pastor aeternus ogłoszono dogmat o nieomylności papieża. Nastroje podczas ogłaszania tej prawdy wiary były mieszane. Część biskupów wprost deklarował nieposłuszeństwo względem wobec tego dogmatu. Biskupi z różnych krajów europejskich znaleźli pomoc i wsparcie właśnie w diecezji utrechckiej.  Formalnym początkiem starokatolicyzmu było zawiązanie 24 września 1889 r tak zwanej Unii Utrechckiej. Tekst Deklaracji Utrechckiej podpisało kilku biskupów z Holandii, Niemiec, Szwajcarii i Austrii. Treść deklaracji składa się z 8 punktów, w których sygnatariusze decyduję się zachować naukę pierwszych 7 soborów, odrzucił soborów watykańskiego I i częściowo trydenckiego oraz ogłoszenia dogmatu o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny, podtrzymać naukę i praktykowanie celebracji Najświętszej Ofiary, a także zachować "wiarę niepodzielonego Kościoła". Deklaracja zawiera też pewne nadzieje ekumeniczne zjednoczenia podzielonego chrześcijaństwa. Do Unii Utrechckiej dołączały też polskie wyznania starokatolickie od 1907 r. 

Na pierwszy rzut oka może się starokatolicyzm wydawać się mało szkodliwy, przynajmniej w porównaniu do protestantyzmu. Zachowanie sukcesji apostolskiej i praktykowanie sakramentów przy jednoczesnym zachowaniu rytu rzymskiego sprawia, że można by uznać starokatolicyzm za bliższy Kościołowi niż prawosławie. Jest to jednak pogląd mylny. Dalsze dzieje wyznań starokatolickich pokazują, że za oderwanie się od katolickiego pnia starokatolicy zapłacili utratą większości łask jakimi dysponuje Kościołów. Dziś większość wspólnot starokatolickich ordynuje kobiety na stopnie sakramentalnej hierarchii. Tu i ówdzie pojawiają się nawet biskupki, co sprawia, że starokatolicy stopniowo tracą sukcesją apostolską. W wielu wspólnotach pojawia się aprobata dla homoseksualizmu oraz zaniechanie lub ograniczenie praktyki usznej spowiedzi. Czytając strony internetowe nawet polskich wyznań starokatolickich można się dowiedzieć, że niektóre wyznania starokatolickie w ogóle negują istnienie dogmatów, a ich nauczanie opiera się na bliżej nieokreślonych zasadach. Trudno nie zauważyć, że starokatolicyzm bardzo silnie skręca w herezje protestanckie. Z tego też powodu część wyznań starokatolickich od pewnego czasu występuje z Unii Utrechckiej. Pojawiają się też naciski na bardziej ortodoksyjnych starokatolickich biskupów, aby w ramach swoich wspólnot dopuszczali ordynację kobiet. Specyfiką starokatolicyzmu jest silny partykularyzm i przywiązanie do narodu. Z tego też powodu wspólnoty starokatolickie zwykle są niezbyt liczne oraz związane często i samą nazwą z określonym państwem lub narodem. Należy też zauważyć, że w skrajnej postaci starokatolicyzm może doprowadzić do powstania sekty. Barwnym przykładem jest "Kościół Katolicki Mariawitów w RP", w którym duchowieństwo stanowią same kobiety, a Mateczka (Maria Franciszka Kozłowska) uznawana jest za wcielenie Ducha Świętego. Z tego powodu wyznanie to trudno już nawet nazwać chrześcijańskim.

Starokatolicy nazwę katolickości mają tylko w nazwie. W pierwszym punkcie Deklaracji Utrechckiej zawarte swą piękne słowa św. Wincentego z Lerynu: "Trzymamy się tego, co wszędzie, co zawsze, co przez wszystkich było wyznawane, to jest bowiem prawdziwie i rzeczywiście katolickie." Rzeczywistość pokazała, że starokatolickie wyznania odeszły mocno od tego co katolickie. Przykład smutnej historii starokatolików, którzy skończyli jako pospolici heretycy pozbawiający się już nawet podstawowych łask, a czasem nawet miana chrześcijan uczy, że nawet zanegowanie jednej prawdy katolickiej wiary może doprowadzić do całkowitego odstępstwa od Boga w Trójcy Świętej jedynego. Utwierdzajmy się przeto słowami św. Wincentego z Lerynu i trzymajmy się tego co prawdziwe, a więc katolickie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 22 stycznia 2017

Protestantyzm - najgorsze oblicze chrześcijaństwa

Laudetur Iesus Christus!

Przy przeglądzie głównych odłamów chrześcijaństwa nie sposób pominąć protestantyzmu. Chyba nie ma drugiej tak dużej i zróżnicowanej grupy chrześcijan z jednocześnie tak bardzo niekonsekwentną doktryną. Kiedy tradycyjny i wykształcony katolik myśli o protestantach jego serce odczuwa automatycznie lęk, ponieważ tak zwana reformacja była najmroczniejszą kartą w historii Kościoła i jedną z najczarniejszych w historii w ogóle. Na temat tak zwanej reformacji poświęcę jeszcze pewnie niejeden wpis. Dziś tylko zasygnalizuję problem i jednocześnie oświadczam, że tak zwaną reformację będę określał mianem rewolucji mnichów lub rewolucją heretycką.

Protestantyzm wbrew obiegowym opiniom nie zaczął się w 1517 r. Oczywiście data wystąpienia Lutra ma charakter przełomowy, jednak pierwsi protestanci zaczęli działać już w średniowieczu. Niejaki Piotr Waldo rozpoczął oficjalną krytykę Kościoła zakładając wspólnoty waldensów, jednak za prekursora idei protestanckich można uznać Jana Wiklifa - duchownego katolickiego, który poprzez skrajny biblicyzm, odrzucenie zwierzchnictwa kościelnego i nauki o transsubstancjacji wyraźnie odciął się od wiary katolickiej, chociaż nigdy nie został formalnie ekskomunikowany. Przez wspólnoty tradycji protestanckiej jest uważany za protoplastę protestanckiej rewolucji. Kolejnym powszechnie znanym "reformatorem" był Jan Hus - protestancki męczennik, a w rzeczywistości wichrzyciel. Jego upór i rewolucyjny talent spowodowały, że środkowa część Europy, w tym teren należące dziś do Polski zostały uwikłane w tak zwane wojny husyckie. Ta część rewolucji heretyckiej bywa nazywana w podręcznikach historii prereformacją. Niewiele grup powstałych w tamtym okresie przetrwała do dziś - większość została wchłonięta przez powstałe później główne nurty protestanckie.

Sam protestantyzm zrodził nie tyle z samych heretyckich zapędów części duchowieństwa katolickiego ile z okazji polityczno-społecznej w I poł. XVI w. Wtedy to powstał ruch protestantów, który można nazwać protestancką ortodoksją lub nurtem ewangelicko-reformowanym. Ten prąd protestancki jest w Polsce najbardziej rozpowszechniony i najbardziej rozpoznawalny. Zasadza się on na biblicyzmie, który polega na niekanonicznym czytaniu Biblii. Z czytania Pisma Świętego pozbawionego kontekstu Tradycji powstały poglądy sprzeczne z katolicką nauką, chociaż niektórzy badacze twierdzą, że to błędne poglądy były wcześniejsze od niehermeneutycznego czytania ksiąg natchnionych. Doszło nawet do tego, że część Pisma Świętego została przez rewolucjonistów zanegowana, stąd biblie protestanckie nie są i nie mogą być czytane przez katolików! Błędy tej części protestantów są jednak i gorsze. Przede wszystkim negują oni rolę człowieka w zbawieniu. Podczas gdy katolicy wierzą, że zbawia Bóg na podstawie wiary i uczynków będących świadectwem wyboru Boga przez człowieka, to protestanci ewangelicko-reformowani w zależności od wyznania uważają że człowiek nie ma wolnej woli, a Pan Bóg nie zbawia wszystkich ludzi, tylko tych których chce. Protestantyzm zwany ortodoksyjnym zmienia też istotę urzędu apostolskiego, który jest powierzony wszystkim wierzącym, pomimo wyraźnych przesłanek przeciwnych a zwartych w księgach uznawanych przez protestantów. Z sakramentów wspólnoty ewangelicko-reformowane zachowały tylko chrzest i wieczerzę (Eucharystię) przy czym tylko chrzest sprawują ważnie. Wreszcie negują większość dogmatów Kościoła. Jedynymi pewnymi podstawami do dialogu katolicko-ewangelickiego jest chrzest i wiara w Trójcę Świętą. Niestety nawet w kwestii natury Boga protestanci mijają się z katolickim rozumieniem. Oczywiście tych różnic można by jeszcze dużo wymieniać...

Kolejnym nurtem protestancki jest anglikanizm. Chociaż przez wykładowców ekumenizmu lubi być wyłączany z systematyki wspólnot protestanckich, to jednak w rzeczywistości zachowuje główne zasady protestanckie. Anglikanizm nie jest w Polsce znany - ten fenomen heretycki to głównie domena krajów anglosaskich. Dość powiedzieć, że zwierzchnikiem tego "kościoła" jest królowa Wielkiej Brytanii. Ma to oczywiście swoją zaszłość związaną z historią Henryka VIII, który w buncie przeciwko swojemu małżeństwu postanowił założyć własny "kościół" który dyspensuje go od zawartego małżeństwa. Co prawda tak zwany "high church" zachował wiele podobieństw do Kościoła, to jednak w żadnym znaczeniu nim nie jest. Przede wszystkim poza chrztem nie sprawuje się tam ważnych sakramentów. Sukcesja apostolska została przerwana o czym dobitnie świadczy encyklika Apostolicae curae papieża Leona XIII oraz praktyka tworzenia przez Benedykta XVI ordynariatów dla nawróconych anglikanów, gdzie duchowni anglikańscy byli obowiązani przyjmować święcenia kapłańskie. Anglikanizm ze względu na liturgię i zachowaną tradycję jest najbliższym katolicyzmowi wyznaniem, ale jednak wyznaniem protestanckim, a zatem i heretyckim.

Pozostaje jeszcze protestantyzm pentekostalny, zwany także ruchem zielonoświątkowym. Jest to ruch stosunkowo młody bo powstały w XIX w. a jednak bardzo rozpowszechniony na świecie i w Polsce. Protestanci pentekostalni odrzucają wszelki formalny ustrój kościelny. Obrzędowość sprowadzają tylko do chrztu, natomiast pozostałe modlitwy przebiegają spontanicznie. Głoszą skrajny indywidualizm religijny - każdy sam ma interpretować Biblię, co często prowadzi do nieporozumień, a nawet fanatyzmu. Często ugrupowania penetekostalne rzeczywiście żyją w sposób ewangeliczny, jednak brakuje im zasadniczych środków łaski, jakimi są sakramenty. W ten sposób chociaż usiłują odkrywać charyzmaty Ducha Świętego, to jednak zamykają się na te podstawowe, związane na przykład z urzędem kościelnym. Chociaż pentekostalizm jest dla współczesnych ludzi bardzo atrakcyjny (o czym świadczą licznie rozwinięty grupy odnowy charyzmatycznej w Kościele) to jednak trzeba pamiętać, że istnieje wielkie niebezpieczeństwo przekształcenia się tych grup w sekty, co bardzo często ma miejsce.

Ten krótki przegląd nurtów protestanckich pokazuje jak wiele tracą chrześcijanie protestanccy. Przede wszystkim w żadnej Wspólnocie protestanckiej nie ma sakramentów - środków zbawienia, które pozostawił Chrystus. Po wtóre nauczanie poszczególnych zborów różni się od siebie, co jest podobne do judaizmu talmudycznego, gdzie w różnych synagogach pojawiają się różne, często przeciwstawne interpretacje. Z tego powodu protestantyzm jest najbardziej zżydzoną formą chrześcijaństwa. Historia pokazuje, że żadna grupa heretycka nie przelała tyle krwi katolickiej co właśnie protestanci. Rewolucja heretycka spowodowała upadek ładu na świecie i przyczyniła się do rozkwitu kolejnych niebezpiecznych idei, które rozpoczęły choćby rewolucję oświeceniową, czy Wielką Rewolucję Francuską. To właśnie poglądy filozofów protestanckich przygotowały podstawę dla relatywizacji prawdy, totalitaryzmów XX wieku oraz obecnie doprowadzanej do końca rewolucji demo-liberalnej. Protestantyzm zawsze był wielkim wrogiem Kościoła i Chrystusa. Na dialogu z protestantem katolik skorzysta tylko wtedy kiedy nawróci protestanta. Wszelkie próby dogadywania się i wspólnego rozważania nad wiarą nie uczynią protestanta katolikiem, natomiast szybko zrobią z katolika protestanta... . Módlmy się więc dużo za protestantów i nie dajmy się uwieść ich heretyckim naukom.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk