Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herezja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 listopada 2018

Małżeństwo nie cieszy się już przychylnością prawa...

Laudetur Iesus Christus!

Wbrew obiegowym opiniom rewolucja heretycka zwana dla zmylenia przeciwniku reformacją nie zaczęła się wcale od krytyki papiestwa, symonii, nepotyzmu i czego tam jeszcze eklezjofoby nie wymyślą. Marcin Luter zaczął swój bunt od zdeprecjonowania małżeństwa. Jak wiadomo ów herezjarcha klasztor i strój zakonny traktował tylko jako kryjówkę przed niechybną karą śmierci za pojedynek ze skutkiem śmiertelnym którego był sprawcą. Wiedziony nieuporządkowaną żarliwością swych lędźwi pragnął zaspokajać swoje żądze pomimo ślubów jakie był złożył.

Doktryna o tym, że małżeństwo jest sprawą doczesną i należy pod zarząd władzy świeckiej była rewolucją jak na owe czasy. Kościół do czasu upadku państw katolickich skutecznie opierał systemom filozoficznym i heretyckim uznającym małżeństwo li tylko jako umowę cywilnoprawną dwojga ludzi wolnych płci przeciwnej. Od czasu powstawania republik, masonerii a co za tym idzie także konkordatów Kościół coraz bardziej wychodził na przeciw starym luterańskim herezjom. I do dziś istnieją tak zwane małżeństwa konkordatowe - zawierane dla wygody i bez przemyślenia, że sprowadzają kapłana katolickiego do roli urzędnika państwowego, a sakrament małżeństwa do cywilnej uroczystości w sakralnym entourage... . Bo czyż nie jest już tak w mentalności wielu naszych miernych wiernych, że organizuje się wesele, zaprasza się na wesele, a ślub - ten umawia się dopiero po wybraniu terminu i miejsca wesela?  A zatem mamy do czynienia z masową ilością cywilnych ceremonii ślubnych z asystą kościelną. Śluby te w wielu przypadkach są i tak nieważne, ponieważ nupturienci traktują przysięgę małżeńską czysto zewnętrznie.

Potem nastał czas rewolucji seksualnej i znowu ugodzono w katolicką koncepcję małżeństwa. Z jednej strony poszła moda na współżycie bez małżeństwa  oraz przyzwolenie na takie praktyki w społeczeństwie, z drugiej strony dopuszczono możliwość uznania homozwiązków jako małżeństwa. Przez kilkadziesiąt lat poglądy te przechodziły do świadomości "wyzwolonych" społeczeństw a także protestanckich sekt tak, że dzisiaj w wielu denominacjach błogosławieństwo par homoseksualnych jest czymś oczywistym. Pozostał więc osamotniony Kościół, na którego co raz bardziej wywiera się presję, aby odstąpił od nauczania o małżeństwie prawdy. Ustępstwa Kościoła dotyczyły uznania, że homoseksualizm nie jest chorobą oraz wprowadzenia eufemistycznych zapisów w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Z drugiej strony rozmachu nabrały działania aby zminimalizować dyskomfort rozwodników poprzez tworzenie dla nich specjalnych duszpasterstw oraz ułatwianie procedury unieważniania małżeństwa.

Mam świadomość iż z punktu widzenia kanonistów chodzi o stwierdzenie nieważności małżeństwa, jednak sposób w jaki ostatnio przeprowadza się te "procesy" ilość edyktów stwierdzających nieważność nasuwa poważne wątpliwości. W przypadku bowiem procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa nie chodzi o to kto przedstawi lepsze argumenty, ale o to czy sąd dojdzie do prawdy. I przed Panem Bogiem małżeństwa nie ma tylko wtedy gdy rzeczywiście zostało ono zawarte nieważnie. Już kodeks z 1983 r dopuszcza stwierdzenie nieważności z powodów które praktycznie nigdy nie zachodzą. Bo co to znaczy że ktoś: "ma poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich" czy też "niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej"? Oba przypadki bywają najczęstszą przyczyną stwierdzenia nieważności małżeństwa. Pierwszy oznaczałby że ktoś nie wie po co zawiera się małżeństwo, a takich osób dorosłych w polskim społeczeństwie po prostu nie ma, chyba że cierpią na upośledzenie umysłowe i to w stopniu co najmniej średnim. Drugi przypadek należy rozważać pod kątem istotnych obowiązków małżeńskich. Do istotnych obowiązków na pewno nie należy zdolność do utrzymywania porządku, pracowania, kształcenia się itd. Obowiązki małżeńskie są jasne i wynikają z natury małżeństwa oraz przysięgi, a więc chodzi o zdolność do podjęcia aktu małżeńskiego, kochania drugiej osoby, uczciwości oraz wierności. Przez zdolność do tego wszystkiego nie rozumie się automatycznie aktualizowanie tego wszystkiego i to że ktoś zdradził żonę czy męża nie jest powodem do stwierdzenia małżeństwa, to nie jest nawet przesłanka do tego by taki proces wszczynać. Rozwiązłość jest brakiem natury moralnej i dopiero jeśli wykaże się seksoholizm i to powstały przed zawarciem małżeństwa można procedować nieważność, to samo dotyczy innych chorób typu schizofrenia czy choroba dwubiegunowa afektywna. Absurdalnym jest stwierdzanie nieważności z powodu depresji czy nerwicy... . W praktyce wad przysięgi małżeńskiej spowodowanych chorobą lub brakiem rozeznania w kwestii małżeństwa jest dużo mniej niż w przypadku podstępu, który z kolei jest dużo rzadszą bo trudniejszą do dowodzenia przyczyną nieważności małżeństwa.

Franciszek promulgując Mitis Iudex Dominus Iesus jeszcze bardziej uprościł procedury. Od grudnia 2015 r już nie potrzeba aby o nieważności małżeństwa orzekały zgodnie dwa składy sędziowskie. Sprawami o nieważność małżeństwa mogą zajmować się sami ordynariusze. Rodzi to uzasadnione obawy że nie bojąc się tego sformułowania unieważnień małżeństw będzie jeszcze więcej niż dotąd. Jak bowiem inaczej określić ewidentne naciąganie norm pod sytuację nieszczęśliwych małżonków. Również wypowiedzi Franciszka, a osobliwie cały synod poświęcony rodzinie dokładają razów świętej instytucji małżeństwa. Dwuznaczne określenia, a przede wszystkim pycha która wyziera z rzekomej potrzeby rozeznawania sytuacji, dawno już przecież rozeznanej przez Chrystusa Pana suponują skandaliczny wniosek: małżeństwo nie cieszy się już przychylnością prawa w Kościele. 

Jakże znamiennym jest, że historia zatacza koło. Oto rewolucja heretycka rozpętana przez kacerza Marcina Lutra rozpoczęła się od zanegowania małżeństwa jako sakramentu Kościoła. Wreszcie w tych szczególnie trudnych dla rodziny czasach zadaje się instytucji małżeństwa razy ostateczne. Bo jak wobec tego wszystkiego mają się zachować pospolici wierni, którzy bez wyrobienia teologicznego, a często nawet podstawowej znajomości świętej Ewangelii błądzą pouczani przez fałszywych pasterzy? I być może znajdują się tacy którzy zachowali dogmat wiary w odniesieniu do małżeństwa, ale oni wymierają, zresztą wielu nieumacnianych prawdą z czasem też popada w odmęt herezji. Człowiek bowiem z zasady wybiera to co łatwiejsze i tylko dusze naprawdę święte zdołają się oprzeć modzie antymałżeńskiej. 

Uderzanie w małżeństwo rozbija rodzinę - podstawową jednostkę społeczną i kościelną. To w rodzinie dokonuje się zaczyn wychowania katolickiego dziatwy, to w rodzinie kształtują się cnoty, wyrabia się świętość. Bez katolickich rodzin nie będzie dobrych sług Kościoła świętego i w ogóle wszelkie dobre obyczaje zanikną. Jakież więc remedium na to stosować? Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, ten niech zdrowo wychowuje dzieci. Jeśli tylko możliwe nie oddaje Lewiatanowi na wychowanie, ale kształci je w domu. Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, ten niech odkrywa skarb katolickiej Mszy Świętej i nauczania, jakie z tą Mszą Świętą Wszechczasów jest złączone. Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, niech pilnie troszczy się o jej zbawienie, nadchodzi bowiem sąd Boży! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 2 listopada 2017

Piekło istnieje, nie jest i nigdy nie będzie puste!

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj obchodzimy w Kościele wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych czyli potocznie pisząc dzień zaduszny. Kościół przywdziewa się w szaty fioletowe, jednak wielu kapłanów głosi fałszywe tezy dotyczące ostatecznego losu człowieka. Eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych jest tą dyscypliną teologii dogmatycznej, która z racji naszej przyszłości jest nam najbliższa. Niestety właśnie w tej dziedzinie szerzą się poważne błędy zagrażające zbawieniu wiernych.

Niejaki o. Hryniewicz podnosi postulat, że można mieć nadzieję iż piekło będzie puste. Wielu twierdzi, że taka nadzieja nie jest wiarołomna, ale niestety przeczy temu Pismo Święte i Tradycja. Chrystus Pan naucza:
"Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!" 
(Mt 13, 40-43)
"Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie." (Mk 9, 42-49)

"Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle." (M7 10,28)

"Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."
Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego»." (Mt 25, 42-44)

Z kolei święta Tradycja głosi:
Symbol Quicumque: "Którzy źle czynili, pójdą w ogień wieczny"
Konstytucja Apostolska Benedictus Deus Benedykta XII:  "Ponadto orzekamy, że według powszechnego rozporządzenia Bożego dusze umierających w uczynkowym grzechu śmiertelnym zaraz po swej śmierci zstępują do piekła, gdzie doznają kar piekielnych."

Również uznane objawienia prywatne m.in św. Katarzyny Sieneńskiej, św. Teresy od Jezusa czy naszej polskiej siostry św. Faustyny Kowalskiej opisują prawdę o realności i wieczności piekła. Zacytuję właśnie tą ostatnią, ponieważ dobrze systematyzuje problem męczarni piekielnych:

"Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam:
pierwszą męką, którą stanowi piekło, jest utrata Boga;
drugie – ustawiczny wyrzut sumienia;
trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni;
czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym;
piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje;
szósta męka jest ustawiczne towarzystwo szatana;
siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa.
Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to nie jest koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą, piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jak tam jest. Ja, siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego musieli mi być posłuszni. To, com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam: że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło." Dzienniczek 741

Wiemy już, że piekło jest wieczne, ponieważ sam Pan Jezus o tym powiedział. Że piekło nie jest puste wiemy stąd, że na pewno znajdują się tam różne duchy złe - aniołowie którzy zbuntowali się przeciwko Bogu i nie mogą się już poprawić. Zatem wszelka nadzieja, że piekło będzie puste sama w sobie jest herezją i na potępienie zasługuje. To że są tam różne dusze ludzkie wiemy z wielu prywatnych objawień aprobowanych przez Kościół. Dziwi więc fakt, że osoby które głoszą jawne błędy o nadziei dotyczącej pustego piekła są w środowiskach kościelnych pochwalane i nagradzane, a osoby które mówiące prawdę o piekle są cenzurowane. To co robią katoliccy duchowni mówiąc o piekle nie jest żadnym straszeniem, a jedynie rzetelną informacją. Kto tego głoszenia zaniedbuje będzie winien śmierci wiecznej wielu wiernych i na siebie samego ściągnie potępienie. Chrystus Pan przestrzega: "Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza." (Mt 18, 6) Szczególne zobowiązanie ciąży tu nad tymi którzy z urzędu obowiązani są głosić wiarę, a więc na duchowieństwie. Przemilczanie pewnych prawd jest także powodem grzechu. Wiara musi być głoszona integralnie i całościowo.

Księża starej daty pamiętają zapewne z apologetyki, że pamięć o rzeczach ostatecznych jest najlepszą motywacją do nawrócenia. Wiedzieli o tym głoszący rekolekcje parafialne i misje ludowe Dziś z piekła i grzechu się kpi. Ci którzy tak czynią zasilą pierwsze kręgi piekielne. Wystarczy zresztą uczynić zakład podobny do zakładu Pascala. Otóż jeśli Słowo Boże nas nie przekonuje to uczyńmy prosty bilans. Co tracimy jeśli piekła nie ma? Żyjąc dobrze zyskujemy chwałę ludzi i dobrą pamięć, tracimy za to trochę dóbr, których na drugą stronę i tak nie zabierzemy. Jeśli piekło zaś istnieje to dóbr jakie możemy bezprawnie zyskać przez złe postępowanie i tak nie zabierzemy a utracimy coś nieskończenie wielkiego, mianowicie przebywaniem z Panem Bogiem i na wieki będziemy cierpieć różne straszne kary. Nawet więc agnostyk, ale rozumny dojść może łatwo do wniosku, że lepiej postępować tak jakby piekło istniało, bo to co możemy stracić idąc tam niewspółmiernie przewyższa tą marność jaką zyskamy żyjąc w grzechach. Rozmyślajmy więc nad rzeczami ostatecznymi, odważnie głośmy prawdę o istnieniu piekła tak swoim życiem, jak i słowem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 8 sierpnia 2017

Deprawacja intelektualna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Kolejnym wymiarem formacji wskazywanym przez dokumenty jest formacja intelektualna. Niestety ten obszar obarczony jest wielkim zaniedbaniem i to pomimo tego że w wielu przypadkach nowe seminaria kładą nań główny nacisk. Chociaż św. Teresa z Avila stwierdziła, że: "Gdybym musiała wybierać pomiędzy spowiednikiem mądrym a pobożnym, wybrałabym mądrego" to jednak nie należy zapominać, że głównym celem seminarium jest formacja duchowa - o której w innym wpisie. Kształcenie intelektualne jest pewną podstawą - owszem ważną, ale spełniającą służebną rolę wobec uformowania duchowego i duszpasterskiego. Nie wolno bowiem nigdy przestawić środków i celów - środkiem jest wykład wiary, a celem jej zintegrowanie dla przyszłej posługi duszpasterskiej. Tymczasem chorobą trawiącą nowe seminaria duchowne przynajmniej w Polsce jest takie układanie planu formacyjnego, że odnosi się wrażenie iż seminarium to taki pobożny akademik - celem są studia, a nie rzeczywista formacja duchowa. Przykładem niebezpiecznego odwrócenia akcentów jest praktykowane w wielu seminariach niedzielne studium - taka praktyka nie daje się pogodzić z trzecim przykazaniem Bożym, nie tylko powinna być zaniechana, ale należy alumnom wpajać, że nauka w niedzielę nie jest rzeczą godziwą. Innym objawem schizofrenii jest praktyka celebrowania uroczystości tylko w wymiarze zewnętrznym - seminarzyści obowiązani są do noszenia odświętnego stroju, ale zachowany jest normalny tryb pracy i nauki. Obraz wielkiej troski o wiedzę alumnów choć powierzchownie patrząc wydaje się prawdziwy, to jednak wchodząc głębiej staje się przykrywką dla niesamowitej pauperyzacji intelektualnej współczesnych studiów kościelnych. Patrząc na stan kształcenia duchowieństwa mam wrażenie, że studia są zapchajdziurą dla 6-letniego cyklu formacyjnego. Jeśli nie ma czym wypełnić dnia to wpisuje się w plan zajęć studium, przykładowo w sobotę mieliśmy 7 godzin studium własnego... . Kleryk, który ukończył studia i chce kontynuować formację w innym seminarium, bo albo z poprzedniego sam odszedł, albo został wydalony zwykle jest odsyłany ponieważ "nie ma co z nim zrobić". To wskazuje na rzeczywiste cele formacji intelektualnej w nowym seminarium: zdobycie wykształcenia formalnego (da papierka) i wypełnienie czasu w ciągu dnia. 

Studia seminaryjne ulegają stopniowej degradacji. Wyraźne przyspieszenie tego procesu nastąpiło w okresie masowej afiliacji fakultetów pastoralnych do uczelni państwowych. Ten mariaż choć finansowo opłacalny okazuje się katastrofą. Związek seminarium z uniwersytetem to najbardziej widoczna bolączka systemu kształcenia kandydatów do kapłaństwa. Po przemianie ustrojowej przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku polski episkopat zachwycił się wizją współpracy z państwem. Zbiegło się to nieszczęśliwie w czasie ze skokiem w zakresie laicyzacji Polski. Wpływy z ofiar zaczęły się wyraźnie zmniejszać. Seminaria duchowne które w okresie Polski ludowej pękały w szwach i były utrzymywane z ofiar ludu pracy nagle pomimo wyraźnego zmniejszenia liczby kleryków nie potrafiły samodzielnie egzystować. Kształcenie przyszłych kapłanów powierzono więc organizacjom państwowym. Owszem dalej przyszłych duchownych formują wykładowcy księża, jednak opłaca ich nie kuria biskupia, ale ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, a wiadomo, że kto płaci ten decyduje... . Konferencja Episkopatu Polski zgodziła się więc na restrukturyzację studiów kościelnych w sposób sprzeczny nawet z posoborowym ratio studiorum, które chyba nigdzie nie jest w pełni respektowane.  Nie jedyny to przypadek w tym okresie kiedy to wiara została złożona na ołtarzu Mamony - podobny los spotkał duszpasterstwo wojskowe, szpitalne oraz katechezę. Wszystkie te obszary działalności duszpasterskiej są opłacane przez państwo, które mocno ingeruje w program pastoralny tych przedsięwzięć. Zresztą jednym z argumentów włączenia seminariów w państwowy system oświaty było zlaicyzowanie katechezy. Ponieważ katechezę też opłaca państwo, wymaga więc pracowników posiadających certyfikowane wyższe wykształcenie. Mało kto wie, że studia kościelne mające wykształcić duchownych nie wiążą się z żadnymi tytułami zawodowymi, czy stopniami naukowymi. Żeby zostać prezbiterem nie trzeba być magistrem - należy ukończyć podstawowy kurs teologii. Księża magistrami zostają po to by mieć uprawnienia do pracy w szkole. W okresie PRL-u zaledwie 1/3 duchowieństwa posiadała tytuł zawodowy magistra - później w wielu przypadkach studia kościelne i napisaną pracę przestawiono jako magisterską ale kończąc seminarium większość księży nie miała żadnej tytulatury naukowej. Zresztą zakres wiedzy teologicznej tamtego kleru był odwrotnie proporcjonalny do jego poziomu wykształcenia w warstwie formalnej. Dzisiejszy magister teologii stoi daleko w tyle za kapłanem wykształconym nawet pod Vaticanum II, ale przed nieszczęsną afiliacją. Studia kościelne na związku z państwowym systemem szkolnictwa straciły swój pierwotny układ. Zakłada się bowiem, że przez pierwsze dwa lata alumn na poznawać filozofię, po to by stworzyć podstawę dla studium teologii przez kolejne trzy lata. Konieczność ukończenia kursu pedagogicznego trwającego minimum 270 h wykładowych i 150 h ćwiczeń zabiera ze studiów praktycznie rok, a ponieważ ilość godzin w siatce studiów jest z góry określona, to odbywa się to kosztem zajęć kursorycznych. Do tego dochodzi obowiązkowy czas na fakultety narzucony przez Unię Europejską, co znowu zabiera kilkaset godzin... . Rezultatem jest pobieżne studium teologii systematycznej i wypisywanie traktatów teologii moralnej oraz dogmatycznej w parach, często zupełnie niedorzecznych. Bo jaki związek mają na przykład cnoty kardynalne z bioetyką? Często brakuje czasu na ów drugi przedmiot i nie wykłada się go w ogóle - tak było na przykład podczas zajęć z eklezjologii i mariologii. Są takie dyscypliny, których nie wykłada się wcale na przykład angelologii, czy hagiografii. Jest za to mnóstwo pedagogik, katechetyk i dydaktyk - jakby jeden semestr każdej z tych dyscyplin nie wystarczył. Poziom kształcenia z tychże nauk był zresztą i tak na bardzo niskim poziomie - nauczania katechizmu uczyliśmy się w praktyce.

Innym problemem jest sam program studiów kościelnych ułożony przez Stolicę Apostolską. Zawiera on w zasadzie tylko wykaz przedmiotów i ilość godzin - to stanowczo za mało. Dawniej wychodziły z Rzymu oficjalne podręczniki według których należało wykładać, a kurs teologii był taki sam w USA co w we Włoszech. Kler był jednolicie wykształcony, co sprzyjało utrzymywaniu dyscypliny wiary. Dzisiaj pluralizm  doktrynalny "katolickich" ośrodków akademickich jest tak wysoki, że wykształcenie teologiczne odebrane nawet w jednym kraju na tym samym poziomie może być skrajnie różne w zależności od alma mater. Efektem jest wielogłos duchowieństwa w zakresie prawd wiary, co najbardziej widoczne jest choćby w sprawie słynnych dubiów i interpretacji jakichkolwiek oficjalnych dokumentów kościelnych. Kościół katolicki staje się pod względem nauczania podobny do wiarołomnej synagogi talmudycznej, gdzie w zależności od miejsca te same fragmenty Tory interpretuje się czasem w przeciwstawny sposób. Brak jasnych ordynacji w odniesieniu do programu studiów kościelnych rozbiło jedność nauczaniu w ciągu zaledwie pół wieku! Nie taki ustrój Kościoła postanowił Chrystus Pan, ale chciał by Jego Oblubienica była jasnym znakiem na drodze do zbawienia. Modne zwłaszcza w szkolnictwie europejskim fakultety  i monografie pozwoliły najbardziej szkodliwym wykładowcom rozwinąć skrzydła i oto lista najciekawszych zajęć jakie miałem do wyboru bądź wygrzebałem z czeluści witryn internetowych innych "katolickich" wydziałów lub ze świadectw studentów i absolwentów:
1. Czy piekło będzie puste?
2. Co naprawdę mówił Jezus w Ewangeliach?
3. Wspólna nauka katolicko-protestancka o usprawiedliwieniu
4. Kościoły doby reformacji
5. Ekumenizm katolicko-judaistyczny
6. Mity księgi rodzaju
7. Kryzys imigracyjny, czy kryzys miłosierdzia?
8. Duchowość islamska.
9. Masoneria - mity i rzeczywistość.
10. Transfiguracja i transfinalizacja jako alternatywne sposoby wyrażania tajemnicy Eucharystii.
Nie wiem czy czytelnicy życzą sobie więcej przykładów. Zapewniam, że powyższe wykłady były zgodne z tezą w  literalnym rozumieniu tytułów. Właśnie podczas fakultetów dochodzi do największej deprawacji umysłowej kandydatów do kapłaństwa - sam byłem tego świadkiem. Wykładowcy - moderniści mogą się wtedy popisać swoimi herezjami, a słuchacze nieuzbrojeni w oręż prawowiernej nauki chłoną wszystko jak leci i co gorsza dogmatyzują różne fałszywe idee - w końcu "ksiądz profesor powiedział..."

Podstawą dla skrzywienia intelektualnego przyszłego kleru jest już szkolnictwo na poziomie podstawowym i średnim. To w tym czasie dochodzi do przyjęcia heglowskiego paradygmatu teoriopoznawczego, w myśl którego jeśli czyjś sąd nie zgadza się z faktami to tym gorzej dla faktów. Jeśli na taką deformację postawi się syntezę w postaci filozofii wyłożonej w sposób zupełnie świecki, bez oceniania poszczególnych systemów filozoficznych w aspekcie prawdziwości i przydatności dla głoszenia wiary to przyszły ksiądz intelektualnie jest już właściwie stracony. Taki stan nazywa się ukąszeniem heglistowskim. Wszelka próba przywrócenia jego umysłu do właściwego porządku logicznego jest już właściwie niemożliwe - w ostateczności można usłyszeć: "Masz rację, ale nie przekonałeś mnie", albo "Ja mam swoją prawdę, a Ty swoją", ewentualnie wyznanie agnostycyzmu teoriopoznawczego: "Przecież prawda jest nieosiągalna". Za takiego duchownego można się już tylko modlić... . Jeśli nawet seminarzysta trafi na wierzącego wykładowcę filozofii - który przedstawi historię filozofii z punktu widzenia chrystianizmu to i tak dostanie obuchem w głowę podczas studium teologii.

Jest już pewną modą wykładanie teologii prawie dokładnie w taki sam sposób jak filozofii - bez uwzględnienia specyfiki tej dyscypliny. Teologia systematyczna wykładana jest w ten sposób że prezentuje się pleromę współczesnych poglądów, często konfesyjnie różnych bez oceny prawdziwości tez tam zawartych. Czasami wykładowcy nie informują nawet słuchaczy o tym w jakim wyznaniu dany pogląd się zrodził, a na pytanie o przynależność konfesyjną danego teologa odpowiadają niechętnie lub wręcz okazują oburzenie - w końcu pierwiastki uświęcenia i prawdy obecne są w każdej religii... . Alumni nie są informowani o ścisłej treści dogmatów - wiarę przedstawia się im w sposób opisowy, zwykle skażony myślą jakiegoś heterodoksyjnego uczonego. Również nie uczy się już hierarchii źródeł w teologii oraz o różnej kwalifikacji dogmatycznej poszczególnych tez. Dogmatyzm w teologii systematycznej przedstawia się klerykom jako coś zaprzeszłego. To wszystko prowadzi do relatywizacji prawdy, w końcu seminarzyści uczą się że wiarę można przekazywać byle jak i interpretować po swojemu. Efektem są dzisiejsze kazania i katechezy tak bardzo często skażone błędami. 

Współczesne ratio studiorum poleca pochylenie się się nad naukami humanistycznymi i kontekstem kulturowym. Zaniedbuje się przy tym zupełnie apologetykę, której się już nie uczy. Jest to zgodne z paradygmatem dialogu, w którym nie chodzi o to aby kogoś do słuszności wiary katolickiej przekonywać, ale żeby się wzajemnie ubogacać. Dawniej podstawową kompetencją teologa była umiejętność uzasadniania, dziś adept tej nauki nie potrafi już nawet tego. Studium chociaż ma się opierać na źródłach to jednak nie są one dostępne. Studenci nie czytają już prawie w ogóle źródeł. Nawet soboru watykańskiego II nie każą przeczytać w całości - cała nauka pochodzi ze skryptów usianych błędami formalnymi i merytorycznymi oraz wątpliwej jakości podręczników nierecenzowanych już w ogóle pod kątem doktrynalnym. Dochodzi do tego, że absolwent teologii nie potrafi krytycznie przeczytać żadnego tekstu źródłowego! Tymczasem studium teologii domaga się by w całości przeczytać przynajmniej całe Pismo Świętej oraz dokumenty wszystkich soborów. Teologia historyczna jest w wielkim regresie. Egzegeza usiana jest światopoglądem protestanckim. Zresztą egzegeci nie kryją swojego zachwytu Karlem Barthem, Rudolfem Bultmanem czy Hermanem Gunkelem. Studium patrystyki ogranicza się coraz bardziej, przez co jest ono zbyt pobieżne aby sięgnąć choćby do fragmentów najważniejszych dzieł. Historia Kościoła wykładana jest w paradygmacie "przepraszam że żyję", w wielkiej czołobitności do mitów inteligenckich doby oświecenia. Studium języków starożytnych, które stanowi podstawę dla czytania w oryginale tekstów źródłowych jest tak prowadzone by niczego nie nauczyć. Łacinę już dawno uznano nawet w Kościele za język wymarły, a greki jest tyle co kot napłakał.

Wiele do życzenia pozostawiają wszechobecne konwersatoria. W założeniu miały one przywrócić tradycjne "disputationes" w rzeczywistości polegają one na odbębnianiu odczytów, często bezkrytycznie kopiowanych nawet z Wikipedii... . Zajęcia te były dla mnie istną intelektualną torturą, a trzeba wiedzieć, że seminarzyści zobowiązani są do chodzenia na wszystkie zajęcia. Kiedyś nie było ćwiczeń - dyskutowano podczas wykładów i kapłani byli dobrze przygotowani do obrony wiary. Wielu wykładowców dobieranych jest na zasadzie - nie dał rady w duszpasterstwie, to niech wykłada coś tam w seminarium. W rezultacie kadra naukowa w wielu ośrodkach przedstawia wiele do życzenia, chociaż przyznać trzeba, że wydziały teologiczne pod względem formalnego wykształcenia swoich wykładowców przodują. Nie mieliśmy ani jednego wykładowcy nie utytułowanego stopniem doktora, a większość posiadało habilitacje. Jednak w ślad za tytulaturą nie szły obiektywne zdolności. Byli wykładowcy, którzy podczas zajęć po prostu czytali podręczniki i to jeszcze z błędami. Nikt nie reagował na opinie wyrażane w ankietach. Słowem te same patologie które dosięgają systemu szkolnictwa wyższego państwowego doszły także do struktur szkolnictwa kościelnego.

Niniejszy blog jeszcze nieraz będzie rozprawiał się z różnymi błędnymi naukami - należy te przyszłe wpisy potraktować jako dodatek do niniejszego. Nie sposób w tak krótkiej formie przedstawić w całości bezpardonowej walki modernistów nad zniszczeniem katolickiej nauki. Świętej pamięci prof. Wolniewicz powiedział, że nauka nie ma przyszłości w uniwersytetach, a ja powiadam że katolicka wiara nie ma przyszłości w kształceniu duchowieństwa na garnuszku państwa. Należy zerwać z mirażem mariażu seminariów z uniwersytetami we współczesnym ich rozumieniu. W studium teologii trzeba podążać za tym co pewne podążając jak to zalecał nawet sobór watykański II za mistrzem św. Tomaszem z Akwinu. Współczesny kleryk nowego seminarium skazany jest na studium podwójne - jeden raz musi nauczyć się i zdać prawdę przemieszaną z fałszem na potrzeby wykształcenia formalnego i drugi raz jeśli chce uczyć wiary prawdziwej musi nauczyć się czystej doktryny. Droga to trudna - wiele bibliotek seminaryjnych świeci pustkami. Po utworzeniu nowych diecezji z nowymi seminariami stare biblioteki zostały rozbite i zdekompletowane. Dlatego należy wspierać alumnów darowiznami dobrych książek. Kupujcie im wszystko co do 1958 r było uznane przez władzę kościelną. Przede wszystkim zaś wyposażcie w teksty źródłowe soborów, synodów, encyklik, traktatów ojców Kościoła i świętych doktorów wiary a zobaczycie że nadejdzie odnowa wiary i bez bólu głowy będzie można odsłuchać niedzielnego kazania oraz bez obaw posłać swoją dziatwę na lekcje katechizmu. Doszliśmy do czasów kiedy niejeden świecki jest lepiej wykształcony niż kapłan. Na tych wiernych ciąży szczególny obowiązek, aby depozyt wiary przekazany został w sposób nienaruszony. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 12 lutego 2017

Kolegializm, czy jest nową formą starej herezji koncyliaryzmu?

Laudetur Iesus Christus!

Jednym z czołowych problemów jaki podnoszą integryści w dialogu z modernistami jest doktryna kolegializmu. Sobór Watykański II zwłaszcza w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele (Lumen Gentium) wprowadził naukę o wspólnym sprawowaniu urzędu apostolskiego przez wszystkich biskupów - doktryna ta została później nazwana kolegializmem. Po upływie ponad 50 lat od tych obrad warto sobie zadać pytanie gdzie kolegializm nas zaprowadził i czym stał się dzisiaj. Zanim jednak przejdę do samego zagadnienia polecam przeczytać numery od 18 do 29 Lumen Gentium. Słowo kolegium odmieniane na różne sposoby znajdziemy aż w 23 miejscach!

W istocie prawdą jest, że urząd apostolski Chrystus Pan polecił 12 apostołom i w takim rozumieniu Sobór Watykański II na pewno nie zbłądził. Problem pojawia się w tym jak owa nauka została odczytana i co przy jej ogłaszaniu przemilczano. Chociaż 12 apostołów ma udział i prawo do przekazywania władzy związanej z sukcesją apostolską, to jednak rola św. Piotra jest niepoślednia. Pan nasz Jezus Chrystus tak do niego mówi: "Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci»." (Łk 22, 31-32). A zatem władzę definiowania wiary, tam gdzie pojawiają się wątpliwości ma Piotr i tylko on. Sobory co prawda także biorą udział w definiowaniu nauki, a więc w ogłaszaniu dogmatów, jednak nie mogą tego czynić bez aprobaty papieża, chociaż jego fizyczna obecność na soborze nie jest konieczna. Żaden sobór niezatwierdzony przez następcę św. Piotra nie wszedł do kanonu ogólnie uznawanych soborów. Nawet na Soborze Watykańskim II, każdy dokument musiał zostać podpisany przez Pawła VI (za Jana XXIII nie ukończono pracy nad żadnym schematem dokumentu), na wieczną rzeczy pamiątkę, aby mógł prawnie obowiązywać. Biskupi mają więc prawo pomagania biskupowi Rzymu w definiowaniu prawdy, ale sami z siebie i mocą swojego urzędu nie mogą tej prawdy określić, nawet jeśli zebraliby się wspólnie i byli jednomyślni. Do dzisiaj zresztą w Kodeksie Prawa Kanonicznego znajdują się następujące normy:

Kan. 341 - § 1. Dekrety soboru powszechnego nie posiadają mocy obowiązującej, dopóki, po zatwierdzeniu ich przez Biskupa Rzymskiego wraz z ojcami soboru, nie zostaną przez niego potwierdzone i na jego polecenie ogłoszone. 

§ 2. Takiego samego potwierdzenia i ogłoszenia, dla uzyskania mocy obowiązującej, wymagają dekrety Kolegium Biskupów, gdy podejmuje działalność ściśle kolegialną, w sposób wskazany albo dobrowolnie przyjęty przez Biskupa Rzymskiego.
oraz

Kan. 1372 - Kto od aktu Biskupa Rzymskiego odwołuje się do soboru powszechnego lub do Kolegium Biskupów, winien być ukarany cenzurą.

Ostatnia norma dotyczy herezji zwanej koncyliaryzmem, kiedy to osoba lub grupa osób próbuje odwołać się do soboru od decyzji powziętych przez papieża. Oczywiście nie dotyczy to poprzednich soborów - papież nie może negować prawd już ogłoszonych, a więc głosić herezji.
Wreszcie to świętemu Piotrowi Pan Jezus powierzył tak zwaną władzę kluczy:
"Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie»." (Mt 16,18-19 Kościół więc bez następcy św. Piotra istnieć nie może, o czym przekonuje nas nie tylko Biblia, ale także zwyczajne nauczanie Kościoła, wyrażone w wielu aprobowanych katechizmach. Zdanie: "Ubi Petrus ubi Ecclesiae" nie traci nawet dziś na znaczeniu, chociaż wymaga szerszego komentarza, co też zamierzam uczynić w kolejnych wpisach.

Nauka o kolegializmie wydała jednak szczególnie po ostatnim soborze bardzo niebezpieczne owoce. Otóż owo wspólnotowe pojmowanie urzędu biskupa przyćmiło indywidualną odpowiedzialność każdego z nich, co więcej nauka ta się rozszerza na coraz szersze pola aktywności Kościoła i sieje spustoszenie... . Pierwszym przejawem posoborowego kolegializmu są nieszczęsne konferencje episkopatów. To co miało przynieść ożywienie pracy duszpasterskiej w poszczególnych prowincjach kościelnych, a nawet państwach przyniosło zwykły demototalitaryzm. Poszczególni tradycyjni biskupi są naciskani przez swoich często zeświecczałych kolegów do przyjmowania rozwiązań, które są sprzeczne z regułą duszpasterską i zwykle z sumieniem co bardziej prawowiernych biskupów. W ten sposób w Polsce rozszerza się praktyka przyjmowania Komunii Świętej do ręki, albo przesuwania wieku I Komunii Świętej do góry, co nie sprzyja uświęcaniu dzieci. Dochodzi do tego, że konferencja episkopatu coś ustala, czy uchwala i to obowiązuje we wszystkich diecezjach kraju, podobnie jest z listami pasterskimi, a trzeba jasno podkreślić, że jedynie biskup diecezjalny sprawuje ważnie, w sposób bezpośredni i własny urząd apostolskiego posługiwania. Wszystkie te akty prawne narzucone wbrew woli biskupa miejsca, albo z naruszeniem jego sumienia, choćby tylko na forum wewnętrznym są nieważne, nawet gdyby zainteresowany biskup się pod nimi podpisał. Wynika to wprost z odnośnych norm prawa kanonicznego jak również relacji instytucji biskupa jako ustanowionego przez Boga oraz rzeczonej konferencji jako tworu ludzkiego. Zadaniem konferencji biskupów jest tylko wspólna rada oraz kierowanie do Stolicy Apostolskiej prośby o wydanie jakiego aktu prawnego. Natomiast konferencje episkopatu nie mogą żadnych praw uchwalać ani też wspólnie podawać nauczania, jak to często robi w sposób schizmatycki i heretycki zarazem Kościół zachodnio-katolicki.

Wreszcie duch kolegializmu rozprzestrzenił się na różnorakie przestrzenie działalności Kościoła. Już podczas deformacji seminaryjnej tłoczono mi do głowy o kolegium prezbiterów, różnorakich komisjach i radach. Wreszcie sam przez radę seminaryjną zostałem wydalony - przynajmniej tak mi powiedziano. A rada jak sama nazwa wskazuje powinna radzić, a nie decydować, zarządzać czy uchwalać. Podobnie jest z radą parafialną, kapłańską czy duszpasterską. Tymczasem często słyszymy, że rady podejmuję decyzję. Jest to nic innego jak próba demokratyzacji Kościoła kosztem pogwałcenia Jego struktury hierarchicznej nadanej przez Chrystusa Pana. Trzeba wreszcie powstać przeciw tej zarazie szerzącej się w Kościele i niszczącej Go od środka. Biskupi niech pamiętają, że sprawę z rządu nad diecezją zdadzą oni sami przed Bogiem, a nie jakieś konferencje episkopatu czy rady kapłańskie. Tak samo proboszcz odpowie przed Bogiem za stan swojej parafii, a ojciec rodziny za wychowanie religijne swych dzieci. Nie dajcie się uwieść tym bałamutnym naukom! Weźcie więc odpowiedzialność na swoje barki, każdy według urzędu jaki otrzymał. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 21 stycznia 2017

Chrześcijanie prawosławni - czy są tylko schizmatykami?

Laudetur Iesus Christus!

Jednym  z głównych odłamów chrześcijaństwa jest prawosławie. Słowo prawosławie oznacza dosłownie ortodoksję, czy wyznawanie wiary (oddawanie czci Bogu) w sposób właściwy. Przyjęło się oznaczać prawosławnych epitetem: schizmatyk, a więc człowiek odłączony od wspólnoty. Tymczasem rzeczywistość prawosławia jest w dużo bardziej złożona i to do tego stopnia, że stosowne jest zadanie pytania czy określenie ich ortodoksyjnymi jest uzasadnione!

We współczesnej kościelnej nowomowie określa się wspólnoty prawosławne mianem Kościołów prawosławnych. Taką nomenklaturę przyjmuje też Sobór Watykański II i deklaracja Dominus Iesus. Pamiętając o tym, że Chrystus Pan założył jeden Kościół należy rozważyć zasadność tego zwrotu: "Kościoły prawosławne". Niewątpliwie chrześcijanie prawosławni zachowali sukcesję apostolską, czyli urząd duszpasterski przekazany przez Chrystusa apostołom. Jest to bardzo ważna wspólna cecha łącząca prawosławie z Kościołem. Dalej nie ulega wątpliwości, że prawosławni celebrują wszystkie 7 sakramentów oraz wyznają wiarę wszystkich soborów pierwszego tysiąclecia. Wydaje się więc że zachowują cechy konstytucyjne Kościoła zdefiniowane w potrójny węzeł: wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego.

Problemy pojawiają się gdy spojrzymy na prawosławie bardziej szczegółowo. Chociaż zachowana jest sukcesja apostolska, a więc urząd apostolski, to jednak brakuje prawosławnym uznania prymatu Piotrowego, a przynajmniej w takim jego rozumieniu jak to nauczał Jezus Chrystus nadając Piotrowi władze kluczy. Widać więc poważny defekt w uznawaniu prawowitego zwierzchnictwa kościelnego. Przez brak posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej biskupi prawosławni pozbawiają się władzy rządzenia. Nie jest to błaha rzecz jakby się mogło wydawać, bo chociaż kapłani prawosławni są ważnie wyświęceni, to jednak przez zerwanie więzi z jurysdykcją Rzymu przekreślają możliwość uzyskania zwyczajnej władzy odpuszczania grzechów. Sakrament pokuty jest bowiem władzą rządzenia i do ważności jego udzielania w sytuacji zwyczajnej konieczny jest szafarz wyposażony w odpowiednią władzę. Chociaż w praktyce duchowej prawosławia pojawia się 7 sakramentów to jednak trudno jest uznać ważność wszystkich. Poza pokutą poważną wątpliwością co do ważności obarczone jest małżeństwo. Katolicka nauka mówi o nierozerwalności małżeństwa i o tym, że szafarzem sakramentu są dla siebie wzajemnie małżonkowie. Chociaż doktryna prawosławia pochwala nierozerwalność małżeństwa, to jednak w praktyce dopuszcza rozwody i powtórne związki małżeński. Szafarzem małżeństwa prawosławnego nie są małżonkowie ale osoba błogosławiąca związek (kapłan) - to powoduje szereg niejasności kanonicznych w odniesieniu do ważności małżeństwa i rozumienia go jako aktu woli małżonków. Wreszcie nauczanie dogmatyczne jak się okazuje nie jest takie samo w Kościele, jak w prawosławiu. Zadeklarowana w 1054 r Wielka Schizma Wschodnia rozdzieliła oba wyznania. Jak wiadomo z historii Kościoła także w II tysiącleciu chrześcijaństwa miało miejsce wiele soborów, których ważność i orzeczenia prawosławie podważa. Wobec tego, chociaż w praktyce w większości nauczanie prawosławia i Kościoła są tożsame, to jednak prawosławie formalnie nie uznaje np dogmatu o substancjalnej obecności Chrystusa w każdej cząstce Świętych postaci, albo dogmatu o niepokalanym poczęciu Maryi Panny. Tych prawd które prawosławie nie uznaje jest niestety dużo więcej.

Po tej krótkiej charakterystyce widać, że istnieją różnice doktrynalne w nauczaniu Kościoła i prawosławia. Z tego powodu prawosławie jest ugrupowaniem nie tylko schizmatyckim, ale także heretyckim. Chociaż wspólnoty prawosławne zachowują wiele elementów, które wiernie przechowuje także Kościół to jednak z powodu tych różnic mogą być nazywane "Kościołami prawosławnymi" jedynie w daleko idącej analogii, a nie jakkolwiek rozumianej przynależności do Kościoła. Wreszcie brak spoiwa, którym jest katedra św. Piotra powoduje, że prawosławie jest jedynie konglomeratem wspólnot partykularnych co wyklucza rozumienie go jako Kościoła w sensie ścisłym. 

Nie ulega wątpliwości, że ze wszystkich "wielkich" odłamów chrześcijaństwa prawosławiu do Kościoła jest najbliżej. Niestety różnice jakie pokazałem zmuszają do zakwalifikowania prawosławia jako odłamu zarówno schizmatyckiego, jak i heretyckiego. Obecność wielu prawdziwych elementów, w tym głównie ważnego kapłaństwa i Mszy Świętej pozwala w analogii mówić o prawosławiu jako o Kościołach partykularnych. Osobiście darzę prawosławnych wielkim szacunkiem i to nie tylko ze względu na osobiste doświadczenia związane z tym odłamem i właściwie uratowanie mi życia, ale przede wszystkim na bliskość serca Kościoła, którym jest święta Eucharystia. Uważam, że Kościół swoje starania zgromadzenia wszystkich owiec w Pańskiej Zagrodzie powinien zacząć od modlitwy i nawracania chrześcijan prawosławnych. Nie ustawajmy więc w modlitwie o jedność. Świadomi wielkiej łaski wybrania dziękujmy za dar prawdziwego Kościoła Chrystusowego, który jest Kościołem katolickim.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 19 stycznia 2017

Ekumenizm - ocenzurowane pojęcia

Laudetur Iesus Christus!

   Istotnym elementem deformacji ekumenicznej współczesnego Kościoła stało się wyrugowanie pojęć podstawowych dla eklezjologii, czyli nauki o Kościele. Dziś nie wolno już używać takich pojęć jak: heretyk, kacerz, herezjarcha, błędnowierca, innowierca, schizmatyk. Do kościelnej nowomowy dostały się za to pojęcia: brat odłączony, pojednana różnorodność, ekumenia, wspólnota kościelna, czy wprost Kościół NN... .
    Język pełni bardzo ważną funkcję komunikacyjną i z tego powodu bywa pierwszy narzędziem propagandy ideologicznej, w tym przypadku ekumenicznej. Zmiana znaczenia dotychczasowo rozumianych pojęć i wprowadzenie innych bliżej nieokreślonych ułatwia zmienianie mentalności jednostek, które chce się zmanipulować. Dlatego tak ważna jest pamięć o pierwotnym znaczeniu słów i używaniu właściwych pojęć w odniesieniu do właściwych desygnatów - wszystko po to by nasz język precyzyjnie opisywał rzeczywistość, którą mamy na myśli. Nie mottem przewodnim tego naszego trudu będzie wezwanie Chrystusa: "Niech wasza mowa będzie tak, tak; nie, nie. A co nadto jest od złego pochodzi." (Mt 5,37).
Kościół - jest jeden święty powszechny i apostolski. Jak pisałem w poprzednim wpisie, tradycyjny katolik nie ma problemu z Jego rozpoznaniem, bowiem tam gdzie jest wyznawana wiara apostolska, celebrowane są prawdziwe sakramenty i uznawane jest prawowite zwierzchnictwo Kościół jest z całą pewnością. Moderniści wprowadzili więc szereg różnych pojęć i podziałów, jakiejś pełnej i nie pełnej przynależności do Kościoła. A tymczasem Chrystus Pan mówi: "Kto nie jest ze Mną ten jest przeciwko mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza." (Łk 11,23). Nie istnieje więc wiele Kościołów, ale jeden. Powstał też w okresie Soboru Watykańskiego II nowotwór pojęciowy: "wspólnota kościelna" - jest to nic innego jak grupa heretyków pozbawiona sukcesji apostolskiej. Nikomu nie wolno Kościołem nazywać wspólnoty, która nie należy do Chrystusa i nie jest poddana konstytucji jakiej On nadał swej Owczarni!
Herezja - to uporczywe i publiczne trwanie w błędzie co do jednego lub większej ilości dogmatów katolickich. Osobę będącą w takiej postawie nazwiemy heretykiem lub kacerzem. Twórcę błędu nazywa się zaś herezjarchą. Jeśli błąd nie jest uporczywy lub publiczny to osobę błądzącą można określić mianem błędnowiercy. Dziś stosuje się często określenie brat odłączony, albo brat inaczej myślący. Te eufemizmy psują umysły pobożnych wiernych. 
Schizma - czyli podział, w katolickim rozumienie nieuznawanie prawowitej władzy kościelnej lub jedności z osobami będącymi w jedności z Kościołem.. W praktyce każda herezja skutkuje schizmą, ale nie każda schizma powstaje z herezji. Za schizmatyków często uważani są prawosławni i starokatolicy, w rzeczywistości, o czym kiedyś napiszę są oni także heretykami. O schizmie bez znamienia herezji można myśleć w odniesieniu do niektórych grup określanych mianem integrystów.
Innowierca - tym określeniem oznacza się osobę wyznającą niechrześcijańską religię. Dziś słowo to jest zastąpione różne określenia np.: starszy brat w wierze, brat wiary, szukający Boga. W rzeczywistości większość używanych określeń sprowadza przekleństwo niewiedzy na błądzących poza światłem katolicyzmu. Wszak jest dogmatem naszej wiary, że nikt poza Kościołem będący zbawić się nie może. 
Apostata - człowiek całkowicie odpadły od wiary, ktoś kto dokonał apostazji. Ludzi więc, którzy publicznie zaparli się wiary nie powinniśmy nazywać ateistami, a tym bardziej agnostykami. Słowa te mają inne znaczenie i nie wyrażają faktu zaparcia się wiary.
    Już więc ten krótki przegląd terminów zapomnianych i nowomowy używanej w języku ekumenicznym pokazuje jak ważny jest język i stosowanie precyzyjnych pojęć. O roli języka w kształtowaniu wiary będę jeszcze pisał. Tym krótkim wpisem chciałem wyjaśnić znaczenie fundamentalnych pojęć jakich używam. Życzę pogłębiania świadomości językowej i wzrostu w wierze.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk