piątek, 22 czerwca 2018

Nieważne bierzmowania

Laudetur Iesus Christus!

Gdy w zeszłym roku pisałem o nieważnych rozgrzeszeniach, nie sądziłem iż problem nieważnych sakramentów rozszerza się także na wyciskające charakter. Sprawa nieważnie udzielanych sakramentów jest o tyle istotna, że są one w zasadzie moim jedynym łącznikiem z obecną strukturą kościelną. Realistycznie rzecz ujmując, na współczesnym nauczaniu się już nie wspieram i jedynym sensem mojego trwania w Kościele, jest jego zbawcze posłannictwo zapośredniczone w łaskach udzielanych przez sakramenty. Wobec niszczenia owych skutecznych znaków łaski, którymi są sakramenty staje poważny znak zapytania nad autentycznością Kościoła rządzonego przez Franciszka. Pytanie o to gdzie jest prawdziwy Kościół pozostawmy jednak na inny wpis, kiedy sytuacja odpowiednio dojrzeje do tego by ją właściwie zdiagnozować i powziąć odpowiednie kroki.

Skąd moje przekonanie o nieważnych bierzmowaniach? Zrodziło się ono po tym jak świadkowałem na pewnym bierzmowaniu sprawowanym co prawda w katolickim obrządku, ale przez indultystów. Efektem nieznajomości rubryk przez szafarza jest poważna wątpliwość co do ważności tego bierzmowania, a dalsze dochodzenie i badanie doprowadziło mnie do przerażającej w skutkach konstatacji iż wiele, jeśli nie większość bierzmowań jest dziś sprawowanych nieważnie.

Jak dobrze wiemy z nauczania soboru trydenckiego sakrament jest skutecznym znakiem łaski. Aby łaska została przekazana musi być znak sakramentalny, czyli materia i forma oraz właściwy szafarz z odpowiednią intencją oraz dysponowany wierny.  Podczas gdy w przypadku nieważnych rozgrzeszeń mój zarzut dotyczył formy, chociaż trzeba stwierdzić że więcej spowiedzi jest nieważnych z powodu niedbalstwa w aktach penitenta, to w przypadku bierzmowania  nieważność jest spowodowana brakiem aplikowania właściwej materii. Zgodnie z katolicką nauką wyrażoną w wielu katechizmach, jak również w Rituale Romanum sakramentu bierzmowania udziela się przez włożenie ręki z namaszczeniem krzyżmem świętym czoła oraz wypowiedzenie zatwierdzonej w księgach formuły. Materia każdego sakramentu jest ściśle określona w Piśmie Świętym. W przypadku bierzmowania oba teksty Dziejów Apostolskich które wskazują na ten sakrament mówią o włożeniu ręki:
a) "Kiedy Apostołowie w Jerozolimie dowiedzieli się, że Samaria przyjęła słowo Boże, wysłali do niej Piotra i Jana, którzy przyszli i modlili się za nich, aby mogli otrzymać Ducha Świętego. Bo na żadnego z nich jeszcze nie zstąpił. Byli jedynie ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy więc wkładali (Apostołowie) na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego." (Dz 8, 14-17)
b) "Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa. A kiedy Paweł włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali." (Dz 19, 5-6)
Praktyka apostolska zawsze wskazywała na włożenie ręki jako sposób udzielania bierzmowania.

Odnośnie do bierzmowania którego byłem świadkiem wydaje się, że zabrakło włożenia ręki - nikt bowiem z obecnych nie zauważył tego, a szafarz pytany o włożenie ręki w ogóle nie wykazywał świadomości iż jest ono konieczne dla zaistnienia sakramentu. Konstytucja Apostolska Pawła VI promulgująca nowe obrzędy bierzmowania wymienia iż namaszczenie krzyżmem zastępuje włożenie ręki. Jest to wyrażenie moim zdaniem nielogiczne i niespójne - zasługuje co najmniej na poważne powątpiewanie. Jeśli jest tradycją apostolską poświadczoną w Dziejach Apostolskich, że bierzmowania udziela się przez włożenie ręki, to kim jest Paweł VI by to zmieniać? Wbrew obiegowym opiniom władza kluczy kolejnych namiestników Chrystusowych nie jest absolutna. Dla wszystkich wydaj się logiczne, że papież nie może znieść Ducha Świętego. Czemuż więc nie jest dla tych samych ludzi do przyjęcia iż święte znaki, które oznaczają i udzielają łaski, a które ustanowił sam Pan Jezus Chrystus, że te znaki też ograniczają ową władzę kluczy, przynajmniej tam gdzie Pismo Święte uczy o innym znaku niż ten który jest proponowany dzisiaj. 

Nawet jeśli zdaniem teologów przy nowym bierzmowaniu włożenie ręki zastępuje namaszczenie krzyżmem, to na pewno nie jest tak w starym obrządku bierzmowania. Wobec tego bierzmowanie to należy uznać co najmniej za wątpliwe. Przyczyną nieważności tego i zapewne wielu innych bierzmowań celebrowanych w starym rycie jest indultyzm i wynikająca zeń niedbałość i nie znajomość obrzędu. Oto bowiem zaprasza się kapłana, który na co dzień nie sprawuje starej liturgii i ów bez odpowiedniego przygotowania (przeczytania wcześniej liturgii obrzędu, który ma sprawować) przystępuje do jego celebrowania zachowując się tak jak w czasie nowej liturgii. Ponieważ ów kapłan jest indultystą, a to oznacza że przypadłościowo celebruje Vetus Ordo, jest wychowany przez nową liturgię i teologię, nie rozumie więc konieczności dochowania obrzędu. To wszystko składa się na tragiczną sytuację indultystycznych celebracji.

Jakie więc należy przedsięwziąć środki? W dobie pomieszania powszechnego zwłaszcza przebieg sakramentów wyciskających charakter, a więc chrztu, bierzmowania i święceń musimy utrwalać przez filmowanie, nagrywanie, fotografowanie, a to po to by móc potem dochodzić swoich praw. Owe sakramenty ze znamieniem sakramentalnym powinniśmy przyjmować poza indultem, a więc od szafarzy wychowywanych przez starą liturgię i niecudzołożących z nową liturgią. Nowe bierzmowania są bardzo niepewne - przejrzałem szereg relacji fotograficznych oraz filmów i stwierdziłem iż nałożenie ręki występuje praktycznie tylko przypadłościowo. Rezygnacja z gestu który wykonywali apostołowie w naszej ocenie znosi ważność sakramentu. 

Fakt masowego poniechania bierzmowania bardzo tłumaczy obecną kondycję Kościoła. Większość episkopatu światowego została najprawdopodobniej wybierzmowana nieważnie. Skąd ci pasterze mają brać konieczną mądrość czy męstwo? Jak tacy biskupi mają strzec wiary, skoro wcześniej nie stali się żołnierzami Chrystusowymi? I oto mamy pasterzy, którzy może czasem i mają dobrą wolę, ale widać jak bardzo są ułomni. Pamiętajmy, że bierzmowanie nie jest wymagane do ważności święceń - może więc być biskup, który nie został bierzmowany... . Czy konsekracja biskupia uzupełni braki z bierzmowania - niech wypowiedzą się światli doktorowie, w moim mniemaniu jest to mało prawdopodobne, zwłaszcza, że i ta ceremonia została mocno okaleczona. Zdaniem sedewakantystów episkopalnych do tego stopnia iż znosi ważność całego święcenia. 

Bierzmowanie nie jest sakramentem koniecznym do zbawienia. Jednak nie przyjmowanie tego sakramentu pozbawia wielu łask, które ułatwiają osiągnięcie zbawienia. Bierzmowanie uzdalnia bowiem do podjęcia duchowej walki. Sakrament ten ma bardzo ważny wymiar eklezjologiczny, ponieważ pomaga w budowaniu Kościoła, jego obrony i apostolskiej gorliwości do sprowadzania tych którzy pogubili się na drodze życia. W konsekwencji brak bierzmowań uderza Kościół w jego misjonarskim oddziaływaniu oraz pozbawia go armii strzegącej wiary katolickiej.  Zniszczenie bierzmowania powoduje że wiele dusz pozbawionych właściwej ochrony przez łaskę oraz wsparcie innych wierzących schodzi z tego świata bez koniecznej do zbawienia łaski uświęcającej. Przeto dopominajmy się o bierzmowanie, a jeśli mamy uzasadnione wątpliwości prośmy o bierzmowanie sub conditione. Zwracam się do kapłanów Bractwa św. Pius X, jak również kapłanów zrzeszonych w innych stowarzyszeniach i instytutach integralnie katolickich, aby umożliwiali wiernym przyjęcie tego sakramentu, aby nie uzależniali udzielania tegoż od wpisanego w metryce chrztu nowego bierzmowania. Uświadamiajmy też szafarzy indultowych oraz novusowych o konieczności zachowania gestów apostolskich, usankcjonowanych przez Pismo Święte i Tradycję, aby jak najbardziej zachować łaskę płynącą z bierzmowania. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 7 czerwca 2018

Dlaczego porzuciłem starania o przyjęcie do seminarium? Kilka myśli o powołaniu... .

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji święta Chrystusa Króla Najwyższego i Wiecznego Kapłana trochę bardziej osobisty wpis. Wiosna jest szczególnym czasem, kiedy wiele osób staje przed wyborem drogi życiowej. W mojej blogowej rzeczywistości jest to także czas, w którym pojawiają się komentarze lub dużo częściej korespondencja o tematyce powołaniowej. Jeśli kwestia dotyczy spraw powołaniowych ogólnie, to zwykle odpowiadam bez większej zwłoki nie udzielając jednak poradnictwa duchownego - bowiem to powinno być przede wszystkim dokonywane w spowiedzi. Niestety sporo osób pisze do mnie w mojej sprawie. Część z tych maili jest z pewnością wyrazem troski o moją osobę - na takie zwykle odpisuję, część w mniej lub bardziej złośliwy sposób odnosi się do mojej sytuacji.  Wobec tego piszę ten wpis, aby w mojej sprawie niedomówień żadnych nie było, do tego wpisu będę też wszystkich ciekawskich odnosił. 

Oczywiście jak większość seminarzystów mocno odczułem decyzję przełożonych w sprawie wyrzucenia mnie z seminarium. Powodem były moje poglądy teologiczne, choć oficjalnie przełożeni nigdy tego nie potwierdzili. W bardzo zawoalowany sposób powiedzieli, że nie nadaję się do życia wspólnego. Po latach stwierdzam iż jest to prawda - nie nadaję się to życia we wspólnocie ludzi, którzy nie wyznają tych samych wartości i nie dążą do tych samych celów. Odkrycie tego faktu uwolniło mnie od mirażu kontynuacji realizowania mojego powołani w modernistycznym seminarium. W gruncie rzeczy obraz kapłaństwa jaki mi wpajano nie był tym, który był moim celem i to nawet patrząc przez pryzmat niedojrzałych jeszcze pragnień maturzysty. Przez kilka lat (de)formacji jakie przeszedłem utwierdzałem się w kontrze do rzeczywistości jaką zastałem - pojawiła się lektura tekstów abp Lefebvre'a, Pawła Milcarka, ks. Dariusza Olewińskiego, Pch24, Frondy, następnie blogi tradycjonalistyczne i wreszcie lektura oficjalnych dokumentów Magisterium Kościoła sprzed 1958 r która trwa po dzień dzisiejszy. Ostatecznie kresem mojej bytności w seminarium była abdykacja papieża Benedykta XVI i wybór Franciszka. Myślę, że ktoś kto chce zrozumieć jaki był to wstrząs dla mojego życia powinien przeczytać wpis, który poczyniłem już ponad rok temu. Jednak nawet po wydaleniu mnie z seminarium nie traciłem wiary w to że mogę zrealizować swoje powołanie. Pukałem do kilku seminariów - od jednych się odbiłem, w kilku odbyłem nawet rozmowy. Koniec końców w jednym z seminariów doradzono mi skończenie studiów teologicznych. W dniu egzaminu magisterskiego zadzwoniłem do tego samego rektora który doradzał mi ukończenie studiów. Był wyraźnie zmieszany, udawał że rozmowy nie pamiętał. Poszedłem do kaplicy w moim macierzystym seminarium i wtedy na poważnie zaczęło do mnie docierać, że najprawdopodobniej moja droga do kapłaństwa jest skończona. Pukałem jeszcze kilka razy przez wakacje i gdy przyszedł wrzesień trzeba było stanąć w prawdzie, że nie zostanę nigdzie przyjęty, że trzeba przyjąć wygnanie. Był bardzo trudny i bolesny okres bezrobocia. Pracę na szczęście znalazłem. Przez kolejny rok namyślałem się co zrobić ze swoim powołaniem - miałem kilka pomysłów. jednakże po rozważeniu tych opcji, jak również moich uzdolnień i predyspozycji oraz sytuacji w jakiej znalazł się Kościół uznałem że lepiej będzie jeśli uznam swoje wygnanie i potraktuję je jako mój stan życiowy, w którym będę służył Panu Bogu, Kościołowi i zbawię swoją duszę. 

Jeśli chodzi o opcje jakie rozważałem to było to zebranie opinii na mój temat ze strony znających mnie i wspierających wiernych zarówno duchownych jak i świeckich, szukanie znajomości przez kapłanów którzy mieli koneksje poza diecezją, wreszcie wstąpienie do seminarium tradycyjnego. Stwierdziłem jednak, że sprawa powołania powinna być rozpatrywana przez osoby do tego powołane. Opinie innych osób na mój temat uznałem iż nie są istotne we właściwym rozeznawaniu, ponieważ osoby te nie zostały powołane do tego by te sprawy rozpatrywać. Takie zbieranie listów polecających itp rzeczy uznaję po prostu za zwykłe świeckie staranie się o pracę, a kapłaństwa nigdy tak nie rozumiałem i nigdy w ten sposób nie chciałem osiągnąć. Od strony moralnej byłoby to więc wywieranie nacisku na tych którzy mają decydować. Wyszedłem z założenia, że skoro Pan Bóg powołanie dał, to powinni znaleźć się ludzie decyzyjni, którzy moje powołanie przyjmą i pozwolą mu się rozwinąć. Nepotyzmem zaś brzydziłem się i brzydzę najbardziej. Jeden z kapłanów osobiście mi życzliwych, ale traktujących owo powołanie w zupełnie światowych kategoriach wyszukiwał mi kolejne seminaria gdzie mogliby mnie przyjąć. Skorzystałem z dwóch propozycji, ale ostatecznie sam doszedłem do wniosku iż jest to droga donikąd w momencie w którym pomijając zupełnie moje predyspozycje zaczął prezentować jakieś dziwne wspólnoty zakonne. Wreszcie kwestia wstąpienia do seminarium tradycyjnego, którą to opcję rozważałem jeszcze długi czas po wydaleniu mnie z seminarium i po tym jak stwierdziłem iż ułudą jest staranie się o przyjęcie do seminarium modernistycznego. Dlaczego kontynuowanie (de)formacji w modernistycznym seminarium jest ułudą? Po pierwsze dlatego, że zarząd mojego macierzystego seminarium oraz kuria diecezjalna wie kim jest wyklęty kleryk - tak ja też mam swój kontrwywiad i wiem o was więcej niż sądzicie ;) Żaden zdroworozsądkowy deformator seminaryjny nie zechce przyjąć do swojego nowego seminarium wyklętego kleryka. Po drugie, nawet jeśli coś w owej komunikacji między-seminaryjnej by nie zadziałało to prędzej czy później moje poglądy wyszłyby na jaw i po kolejnym roku, czy latach zmarnowanych na realizację nieosiągalnego celu musiałbym wrócić do stanu atanazjańskiego, z kolejną dziurą w życiorysie i bez perspektyw, a z czegoś żyć muszę, bo żebrać to jednak się wstydzę. 

Wreszcie kwestia seminarium tradycyjnego.... . Niestety talentem językowym Pan Bóg mnie nie obdarzył. I chociaż w trakcie swojej 12 letnie nauki miałem łacinę, grekę, hebrajski, angielski i niemiecki to jednak średnia z tych przedmiotów nie dochodzi do 3,5 chociaż na dyplomie ukończenia teologii modernistycznej mam wpisane 5. Uznaję za nierealne w mojej sytuacji rozpoczynanie nauki języka aby osiągnąć poziom taki by móc studiować w tym języku. Skoro 12 lat nauki doprowadziło mnie do miernej znajomości łaciny (rozumiem tylko co nieco z prawa kanonicznego i rubryk) oraz angielskiego w stopniu umożliwiającym porozumienie się w prostych sytuacjach, to pytanie o dalszą naukę tychże języków staje się po prostu retoryczne. I ktoś kto jest poliglotą i komu łatwo ta umiejętność przychodzi nie zrozumie, że nie wszyscy to posiadają, stąd proszę o powstrzymanie się od kąśliwych komentarzy i uwag w mailach. Mój postulat powstania tradycyjnego seminarium w Polsce nie jest podyktowany moją sytuacją. Jednym z powodów dla którego nie starałem się o przyjęcie do tradycyjnego seminarium jest deformacja jakiej podległem. Zdaję sobie sprawę, że dla części czytelników stałem się jakimś autorytetem - z góry uprzedzam iż szukanie takowych w dzisiejszym świecie wśród żyjących jest błędne samo w sobie... . Doszło nawet do tego że rozniosła się plotka iż mogę być jakimś purpuratem z ułańską fantazją... .  Czuję jednak jakie szkody poniosłem poddając się deformacji w moim macierzystym seminarium. Im więcej czytam, tym bardziej rozumiem, że teologia której się uczyłem nie była teologią katolicką. Nie rozumiem wszystkiego tak jak duchowny katolicki powinien rozumieć. I nawet odbycie studiów kościelnych jeszcze raz mogłoby nie wyplenić wszystkich braków jakie posiadam. Zresztą jestem już w takim wieku, że powinienem myśleć o jakiejś stabilizacji życiowej, a nie o podejmowaniu ryzyka. Dziś nie jestem już nawet pewny tego czy gdyby powstało tradycyjne seminarium w Polsce, to czy byłbym odpowiednim kandydatem.

Pozostaje kwestia samego powołania... . Sporo korespondencji którą czytam dotyczy kwestii obowiązywalności Bożego wezwania w aspekcie moralnym. Z pewnością pozostaje wezwanie refrenu psalmu, które często pobrzmiewa w nowej liturgii: "Słysząc głos Pana serc nie zatwardzajcie". Zostaje także dramatyczna historia proroka Jonasza. Jednak czym innym jest aprioryczne odrzucenie głosu który zachęca do podjęcia jakiegoś dzieła z powodów egoistycznych, a czym innym jest rozeznana przez Kościół niezdolność do podjęcia tego zadania które uroiliśmy sobie w głowie. Ja podejmowałem próby realizacji powołania i zachęcam do tego każdego, kto ten głos czuje. Jednak należy zważyć na to, że powołanie można rozeznać po prostu źle. I pozostaje w mocy przykazanie moralne, że cel nie uświęca środków. Moim zdaniem osiągnięcie kapłaństwa, na drodze nepotyzmu, symonii, podstępu, zatajania prawdy nie przyniesie niczego dobrego. I teraz ważna kwestia! Nie rozsądzam tego czy ktoś ma to powołanie czy nie... . Wszak sam Chrystusa Pan powiedział: "Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych" (Mt 22, 14). Należy ten tekst odnieść do przypowieści o ziarnie. Nie każde ziarno znajduje właściwą glebę aby wzrosnąć. W moim przypadku, albo źle rozeznałem powołanie, albo zostało ono zagłuszone przez ciernie modernizmu. Nie można powiedzieć, że powołania nie było bo komuś kto chciał je zrealizować nie powiodło się. Kwestia powołania człowieka leży tylko i wyłącznie w sercu Pana Boga. My wolę tą odnajdujemy po omacku w sposób mniej lub bardziej udany. Czytałem wiele opracowań by zbadać tą sprawę i większość autorów jest zgodna iż od zrealizowania powołania zbawienie nie zależy. Dzieje się tak dlatego, że powołanie opiera się na rozeznaniu które nigdy nie jest w 100% pewne - nie mamy więc do czynienia z przykazaniem, które jest objawione w sposób pewny, a jedynie z radą, której odczytanie jest bardzo trudne. To jest bardzo ważne twierdzenie, które ostatecznie uwalnia od wyrzutów sumienia w tej materii. 

Tak więc subiektywne odczucie o tym że ma się powołanie do określonego stanu nawet jeśli jest poparte określonymi znakami nie jest jeszcze potwierdzeniem. Potwierdzenie to otrzymujemy w zależności od tego jakie jest to powołanie. Jeśli jest małżeńskie to wystarczającym będzie zgoda małżeńska przyszłego współmałżonka. W kwestii powołania kapłańskiego, czy do życia konsekrowanego konieczna jest aprobata Kościoła - jeśli tej konsekwentnie nie ma to nie należy się łudzić i trzeba tą drogę porzucić. Nawet jeśli powołanie takowe się posiada, a przeszkoda ze strony Kościoła jest czysto koniunkturalna, to pójście na przekór temu co podejmują w swych decyzjach przełożeni powoduje szkodę Kościołowi. Wychodzę bowiem z założenia, że zaistnienie powołania i niemożność jego wypełnienia jest dopustem Bożym. W moim przypadku uważam iż decyzja o niepodejmowaniu deformacji modernistycznej jest właśnie dobra dla Kościoła. Po pierwsze utrzymywanie w dobrostanie tej fasady jaką funduje nam modernizm nie jest w interesie Kościoła, po drugie - co wynika z pierwszego - właśnie dotkliwy brak duchowieństwa może w przyszłości przyczynić się do odrodzenia się Kościoła. Niestety obecnym strukturom kościelnym nie daję żadnych szans i rozeznaję, że należy w spokoju przeczekać ich upadek nie robiąc nic aby go powstrzymać. Osobiście nie zalecam nikomu wstępowania do nowych seminariów, nawet jeśli tradycyjne są nieosiągalne. Nie tylko ze względu na dobro własnej duszy, ale także  na dobro Kościoła, dla którego wszelkie kompromisy są zgubne. Należy więc próbować powołanie kapłańskie i zakonne realizować we wspólnotach tradycjonalistycznych. Również kapłanów i zakonników usilnie zachęcam do masowego przechodzenia do struktur tradycyjnych, niediecezjalnych - choćby do Bractwa św. Piusa X, czy nawet wspólnot sedewakantystycznych - wszystko jest lepsze od utraty wiary i sakramentów... . Jeśli za wami pójdą biskupi i zostanie zwołany sobór anatematyzujący nauczanie od 1958 r, to sztandar Kościoła może uda się jeszcze podnieść bez hekatomby złożonej z rzeszy dusz niekarmionych już Bożym Słowem i nie posilanych już sakramentami Kościoła. Tylko masowy exodus ze struktur obecnie istniejących i przyspieszenie ich upadku może uratować rzesze wiernych, którzy idą na zatracenie.

Sądzę iż wyczerpałem temat. Jako wyklęty kleryk pozostaję minorystą-wygnańcem, a jednak życie toczy się dalej. Na wygnaniu pozostanę nawet jeśli kiedyś przyjąłbym kolejne święcenia. Nie łudzę się iż nastąpi to przed moją śmiercią... . Jedyne co może mnie zwolnić z wygnania to przyjęcie przez kompetentnego katolickiego przełożonego. Nie twierdzę, że posiadam monopol na prawdę, ale jeśli mam poglądy zmienić, to trzeba mi udowodnić iż są one niezgodne z prawdziwą nauką Kościoła.  Muszę więc podejmować trud przekwalifikowywania się aby docześnie się utrzymać, muszę szukać sposobów realizowania woli Bożej w tym czego nie potrafię odczytać jako moje powołanie, aby móc się zbawić. Dotkliwy ból czuję podczas każdej Mszy Świętej i wątpię bym do końca życia przestał czuć wątpliwości. Swoje cierpienie ofiarowuję za Kościół, któremu mimo wszystko chcę być posuszny. Modernistom w zakresie tego, że mnie odrzucili, Kościołowi według jego nauki i sakramentów. Pozostaję i pozostanę celibatariuszem. Jak napisałem w pierwszych wpisach będę wypełniał mój urząd, niezależnie od tego czy mam aprobatę modernistów, sedewakantystów i innych czy też nie. Specjalnego znaku i mandatu do życia w samotności nikt nie potrzebuje. Jest to stan życia który przychodzi z konsekwencją rozeznania braku możliwości do podjęcia innych dróg. Jeśli samotność, czy w moim przypadku wygnanie jest przyjęte jako dopust Boży i ofiarowane w intencji obecnej sytuacji Kościoła to nie jest tak nieznośnym krzyżem, jak wielu by sądziło. Wszystkich czytelników proszę o modlitwę w mojej intencji. Proszę o modlitwę za wyklętego kleryka, aby zawsze pozostał wierny Panu Bogu i swemu wygnaniu, które było jest i zawsze będzie działem każdego proroka. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 maja 2018

Nadzwyczajny szafarzat, czyli o protezie która przynosi więcej szkody niż pożytku

Laudetur Iesus Christus!

Chrystus Pan zakładając Kościół zechciał, wyposażyć go w specjalne łaski potrzebne ludziom do zbawienia. Jak dobrze wiemy łask tych udzielają sakramenty, których jest siedem. Każdy sakrament, aby był ważny musi spełnić kilka warunków: musi zaistnieć znak sakramentalny, czyli właściwa forma i materia, musi być także odpowiedni szafarz, wreszcie przyjmujący musi posiadać odpowiednią dyspozycję. Dziś kilka słów o szafarzach, czyli tych którzy przekazują łaskę sakramentalną. 

Ponieważ sakrament oznacza i udziela niewidzialnej łaski na sposób widzialnego znaku to również przekaziciel musi być widzialny. Zadanie przekazywania łaski, czyli uświęcania Pan nasz Jezus Chrystus powierzył apostołom oraz klerykom bezpośrednio przezeń ustanowionym, a więc prezbiterom oraz diakonom. Przy czym tych ostatnich Pan Jezus nie postanowił dla uświęcania jeno dla posługi, dlatego zadanie uświęcania wykonują oni tylko w wyjątkowych sytuacjach. 

Wobec tego logiczna była praktyka Kościoła, zwanego przez modernistów przedsoborowym, która  diakonów właśnie ustanawiała nadzwyczajnymi szafarzami dla sakramentu chrztu oraz udzielania Komunii Świętej. Oczywiście diakon nie był jedynym szafarzem nadzwyczajnym, ponieważ w czasie prześladowań, albo w innej sytuacji zagrożenia życia Kościół dopuszczał szafowania powyższymi przez minorystów, a nawet zupełnie świeckie osoby. Stąd też wzięła się tradycja związana ze św. Tarsycjuszem, wg której jako akolita miał nieść Najświętszy Sakrament osadzonym w więzieniu chrześcijanom. Trzeba jednak pamiętać iż nie była to praktyka powszechna, a już tym bardziej przypisana stricte do akolitatu. W sytuacji nadzwyczajnej chrztu oraz szafowania Komunią Świętą powierza się najwyższemu stopniem klerykowi tak, że diakon ma pierwszeństwo nad subdiakonem, subdiakon nad akolitą, akolita nad egzorcystą, egzorcysta nad lektorem, lektor nad ostiariuszem, postrzyżony nad niepostrzyżonym, mężczyzna nad niewiastą, chyba że ta ostatnia lepiej zna obrzęd chrztu niż mężczyzna. 

Przypadki chrztu i rozdawania Ciała Pańskiego przez szafarzy nadzwyczajnych zastrzega się zatem dla sytuacji zagrożenia życia oraz wyraźnego zlecenia kompetentnej władzy kościelnej na szczeblu co najmniej diecezjalnym. W żadnym razie nie powinno to stanowić normy - niestety rozdawnictwo Komunii Świętej przez nie-kapłanów jest dziś powszechne, również chrzty dokonywane przez tak zwanych katechistów już nie tylko w krajach stricte misyjnych... .

Owszem szafowanie Ciałem Chrystusa w ścisłym sensie nie jest udzielaniem sakramentu, jednak słusznie jest ono zarezerwowane dla kapłanów. Jeden z księży użył nawet pięknego porównania, że kapłan rozdający Ciało Pańskie wchodzi w intymną relację z Chrystusem Panem podobnie jak mąż ze swoją żoną w czasie aktu małżeńskiego. Z jakiej racji kapłani mają sami siebie pozbawiać tej bliskości? Niektórzy wysuwają argument przedłużającej się celebracji... Jakoś kiedyś komunikujących się wiernych było więcej, szafarzy zwyczajnych zwykle dwóch, w porywach trzech, a Msza Święta trwała i tak krócej niż przy asyście kilku nadzwyczajnych szafarzy. Również dziś kiedy akcentuje się wymiar uczty we Mszy Świętej, co jest oczywistym błędem protestanckim, w rzeczywistości neguje się ten wymiar rezygnując z balasek przykrytych białym obrusem oraz czasowo ograniczając ową "ucztę" wprowadzając nadzwyczajny szafarzat. 

Problem nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej przybrał dziś charakter zinstytucjonalizowany. Są bowiem całe duszpasterstwa i szkoły tychże. Do tego wprowadza się także szkółki dla minorystów. Nie byłoby to jeszcze może niczym złym, gdyby nie uczono ich tam rozdawania Ciała Pańskiego do której to czynności w obecnej sytuacji zwykle owi akolici nie mają żadnego prawa. Nawet przepisy modernistów zaznaczają iż taka posługa jest możliwa w sytuacji gdyby zwyczajny szafarz zaniemógł zdrowotnie, miał przeszkodę duszpasterską przez co rozumie się konieczność sprawowania sakramentów, a nie rozmów duchowych, pielgrzymek, katechez itp rzeczy i wreszcie gdyby celebracja nadmiernie się przedłużała. Z pewnością godzinna Msza Święta w niedzielę oraz półgodzinna w dzień powszedni nie jest taką okolicznością. A może wystarczy po prostu trochę mniej gadać, a bardziej celebrować i nagle okaże się, że liturgia łacińska wcale nie jest taka długa jak wielu modernistom się wydaje. 

Nadzwyczajny szafarzat pojawia się także w aspekcie bierzmowania. Należy podkreślać iż zwyczajnym szafarzem tego sakramentu w łacińskiej tradycji liturgicznej jest biskup. W epoce niesłusznie minionej Kościół zezwalał na bierzmowanie kapłanowi tylko wtedy gdy posiadał specjalną władzę od Stolicy Apostolskiej lub w przypadku zagrożenia życia. Z pewnością biskupi powinni sobie dziś uczynić rachunek sumienia. Otóż zadaniem biskupa jest "chrzcić, nauczać, rządzić, karcić, bierzmować, święcić i konsekrować". Niekoniecznie biskup musi "poświęcać" budynki i dzieła użyteczności świeckiej. Nie powinien zaniedbywać za to święceń swoich podwładnych, bierzmowania swoich diecezjan i sprawowania sakramentaliów jemu zastrzeżonych: poświęcenia świątyni, czy naczyń liturgicznych. Bierzmowanie wcale nie musi oznaczać odprawionej Mszy Świętej oraz sutego obiadu... . Można ograniczyć się do krótkiego kazania i odprawienia bierzmowania poza Mszą Świętą. Można także bierzmować na siedząco. W ostateczności zwłaszcza w czasach niżu demograficznego można zebrać młodzież całego dekanatu w jednej świątyni i w tedy biskup zamiast setki bierzmowań ma zaledwie kilka. Wystarczy odrobina rozumu i dobrej woli... . 

Nadzwyczajny szafarzat dotyka także sakramentaliów, choć póki co jest to problem marginalny. Trzeba stwierdzić iż nadzwyczajne szafowanie sakramentaliami ma tylko miejsce na zasadzie: kapłan  bywa nadzwyczajnym szafarzem poświęceń biskupich. Nigdy rzecz ta nie odnosi się do diakonów, którym z natury rzeczy poświęcać niczego nie wolno, gdyż nie mają władzy rządzenia w Kościele. Również uprawnienie diakona do asystowaniu przy zawieraniu małżeństwa i błogosławieństwa tegoż należy uznać za nadzwyczajne. Jest praktyką godną potępienia gdy parafia posiada diakona i ten obarczany jest wszystkimi chrztami, ślubami i pogrzebami. Nie w tym zasadza się służba diakońska.... . 

Reasumując - istnienie zinstytucjonalizowanego nadzwyczajnego szafarzatu jest oznaką kryzysu Kościoła. Kryzys ten to nie tylko brak duchowieństwa właściwego do określonych zadań, ale także zwyczajne lenistwo i patologiczna promocja laikatu, a właściwie wyręczanie się nim. Podczas gdy wiele funkcji w kuriach związanych z rzeczami świeckimi  sprawuje duchowieństwo  to laikat przejmuje od duchownych funkcje im należne. Tak być nie może! Niezależnie od liczby kapłanów nie możemy godzić się na zinstytucjonalizowanie nadzwyczajnego szafarzatu w jakiejkolwiek formie. Unikajmy zatem jak tylko się da nadzwyczajnych szafarzy kimkolwiek by oni nie byli. Bojkot w tej sprawie spowoduje naturalne wycofanie się tego zjawiska z Kościoła. Wszystkich nadzwyczajnych szafarzy - zwłaszcza Komunii Świętej usilnie proszę o porzucenie funkcji. Gdy przyjdą prześladowania wasza posługa może okazać się konieczna, ale tu i teraz, w warunkach polskich wspieracie pospolite nadużycie liturgiczne i przyczyniacie się do desakralizacji kultu Bożego. Z kolei kapłanów wyznaczonych do bierzmowań w normalnych warunkach również zachęcam do obstrukcji. Niech was nie zwodzi przewrotne mniemanie o waszej wyjątkowości. Biskupi po prostu się wami wyręczają. Dla dobra ich samych, którzy porzucają swoje obowiązki, wy zarzućcie nadzwyczajne szafarstwo bierzmowania. Sobór watykański II z którym przyszedł zły duch neomodernizmu zalecał: "W liturgii każdy powinien czynić to i tylko to co wynika z natury jego posługi". Bądźcie więc zgodni z tymże chociaż zdaniem waszego ukochanego soboru. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklętyk kleryk

poniedziałek, 21 maja 2018

Fałszywy charyzmatyzm

Laudetur Iesus Christus!

Uczono mnie podczas mojej deformacji intelektualnej iż Stary Testamentem był czasem Boga Ojca, Nowy Testament Syna Bożego, zaś w dobie tak zwanej odnowy charyzmatycznej następuje czas Ducha Świętego. Abstrahując od nadawania soborowi watykańskiemu II decydowanie nadmiernej roli w historii zbawienia trzeba stwierdzić iż takie pojmowanie planu zbawienia zatrąca mocno modalizmem - starym błędem związanym z ujmowaniem Trójcy Świętej wg sposobów działania poszczególnych osób. Dzisiejszy błąd mógłby nazywać się temporaryzm. Jest wbrew pozorom dość rozpowszechniony. Oczywiście deformuje obraz Trójcy Świętej która jest jednością, ma tą samą naturą i zawsze działa razem. 

Tak więc Duch Święty jest dzisiaj niezwykle modny. Odnoszę jednak wrażenie, że duch który odnosi się nad dzisiejszymi charyzmatykami z trzecią osobą Bożą ma niewiele wspólnego. Na egzaminie z charytologii i pneumatologii zostałem poproszony o określenie czym jest charyzmat. Być może definicja tradycyjna iż jest to darmo dany człowiekowi dar służący zbudowaniu Kościoła jest zbyt banalna, nie mniej wykładowca nie potrafił mi dostatecznie przekonująco objaśnić charyzmatu w ujęciu współczesnym. Trudno mi się więc nawet do tego odnosić. Wiem jednak, że przez wieki Kościół posiadając i nauczając owej prostej definicji nigdy nie błądził, a nawet wspaniale się rozwijał. Życie charyzmatyczne jak widzę zaczęło zamierać paradoksalnie po soborze watykańskim II.

Być może czytelnicy podniosą teraz rwetes, ale teza z poprzedniego akapitu jest dość łatwa do udowodnienia. Charyzmaty można podzielić na nadzwyczajne i urzędowe. Dziś zwykle goni się za tymi pierwszymi. Istnieją wspólnoty które zajmują się "rozeznawaniem" owych charyzmatów. Oczywiście najczęściej rozpoznawalnymi charyzmatami są dar języków, prorokowanie, czy modlitwa wstawiennicza. Dziwnym jest że wśród innych podawanych przez św. Pawła charyzmatów nie ujawnia się charyzmat uzdrawiania, czy sprawiania cudów. Chociaż pojawiają się grupy nawiedzonych którzy usiłują kogoś uzdrawiać czyniąc to przez internet czy telewizję... . Może więc i pojawią się jacyś ludzie rozeznający takie charyzmaty.  Mamy więc charyzmaty nadzwyczajne, które jak sama nazwa wskazuje nie ujawniają się u każdego i zwykle są rzadkie. Mamy też charyzmaty urzędowe związane z wykonywaniem obowiązków stanu - te są powszechne. Często mówimy że ktoś jest nauczycielem z charyzmą, albo utalentowanym aktorem. Jeśli nasze zdolności zawodowe przynoszą korzyści duchowe pozostałym członkom Kościoła można nazwać je charyzmatami. Takie dary jak najbardziej podlegają rozeznaniu przez Kościół choćby poprzez rozeznawanie powołania i to nie tylko w aspekcie wyboru stanu życia, ale także zawodu. Charyzmaty urzędowe najbardziej strategiczne wiążą się oczywiście z posługą duchowną. Można powiedzieć, że każde święcenie stanowi swego rodzaju charyzmat urzędowy. Jest charyzmat pasterski i nauczycielski właściwy biskupom, kapłański, diakoński. Nawet ostiariusz posiada swego rodzaju charyzmat urzędowy, choć niewątpliwie jest on mniejszej rangi od tych wymienionych na początku. W tym aspekcie nie trudno udowodnić że po soborze watykańskim II kiedy liczba kleryków wyraźnie spadła istnieje raczej charyzmatyczny kryzys niż odnowa. Podobny kryzys dotyczy charyzmatu macierzyństwa, a zwłaszcza ojcostwa, o czym prawią już nawet psychologowie... . Także charyzmaty urzędowe związane z życiem zawodowym członków Kościoła podlegają kryzysowi. Ludzie nie mogą, nie potrafią lub nie chcą odkryć prawdziwego powołania. Po wielokroć męczą się w swojej pracy nie wykorzystując danych sobie charyzmatów przez co nie przyczyniają się w dostatecznym stopniu do budowania Kościoła. A charyzmaty nadzwyczajne? Gdzie są uzdrowienia znane z Pisma Świętego, czasów patrystycznych lub opowiadań hagiograficznych? W końcu Chrystus Pan obiecał, że wierzącym będą towarzyszyć znaki. Tymczasem znaków nie ma, lub jest ich mało bo mało jest wiary!

Zatem zanim zaczniemy wyszukiwać w każdym człowieku charyzmatów i na siłę wtłaczać w każdego zdolności których on nie posiada zadajmy sobie pytanie o ortodoksję i ortopraksję naszego życia. Charyzmaty nie są bowiem dane przez ludzi, ale przez Pana Boga. Tylko On je daje w sposób w jaki uważa za najlepszy dla dobra Jego Owczarni.  Prowadźmy przeto pokorne życie nie goniąc za efektownymi zjawiskami. Prawdziwe charyzmaty ujawniają się w sposób najbardziej nieoczekiwany. Wspólnoty które roszczą sobie prawo do rozeznawania charyzmatów, często poza urzędem kapłańskim i biskupim po prostu błądzą. Wiele razy widziałem bełkotanie ludzi mniemających iż mają dar języków - gdzież byli ci którzy potrafili wyjaśniać? Pytanie czy rzeczywiście Kościół potrzebuje tyle osób mających dar języków? A modlitwy wstawiennicze odprawiane na sposób kapłański, z wkładanie rąk przez osoby do tego nie uprawnione. Czy zaciemnianie różnicy pomiędzy laikatem a duchowieństwem, uzurpacja władzy której się nie posiada jest czymś co buduje Kościół? Można by takie wyliczenia podawać jeszcze długo. Fałszywy charyzmatyzm w najgłębszym sensie tego wyrażania nie buduje bowiem Kościoła, ale buduje pychę tych którzy temu zjawisku ulegli.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 16 maja 2018

Modernistyczna antymaryjność

Laudetur Iesus Christus!

Powodem napisania dzisiejszego artykułu są skargi wielu wiernych jakie do mnie dochodzą oraz prywatne spostrzeżenia. Przyznam szczerze, że nigdy nie pałałem wielkim nabożeństwem do Matki Bożej. Pomimo tego, że wychowałem się w mariackiej parafii, to jednak wiele elementów kultu maryjnego odebrał mi sam proboszcz tejże parafii. Tak więc zostałem wychowany niejako bez duchowej Matki, którą dla każdego katolika, a zwłaszcza duchownego powinna być Maryja. 

Najświętszą Maryję Pannę odkrywałem dopiero pod koniec deformacji seminaryjnej w dalszym toku moich studiów modernistycznych. Odkryłem Ją jako owoc zakazany, podążałem za szlabanami postawionymi mi przez deformację jakiej podlegałem. Gdy spostrzegłem, że to czemu jestem poddawany jest anty procesem doszedłem do wniosku, że większość tego co jest ukrywana, i przemilczana lub wprost negowana stanowi istotną wartość. Tak właśnie było z Maryją.

Seminarium duchowne w którym byłem nie stanowiło jakiejś pustyni duchowości maryjnej - fasada istniała i to właśnie ona większości klerykom zasłaniała i nadal zasłania istotę duchowości maryjnej. Mieliśmy więc grupę maryjną, na której modlitwach czasami się zjawiałem. Niestety grupa ta nie miała jasnego charyzmatu, nie formowała do niczego, była powieleniem różnych form pobożnościowych wyniesionych z parafii. To wszystko sprawiało że działania tej grupy były bardziej sentymentalną wędrówką po praktykach ludowych niż rzeczywistą formacją maryjną. Nie twierdzę, że nie należy hołdować ludowym nabożeństwo maryjnym, jednak duchowieństwo powinno być dobrze uformowane, aby pobożność maryjna nie była powierzchownym odklepywaniem pobożnych pieśni i modlitw.  Tak więc duchowość Maryjna w seminarium powinna przybierać konkretne kształty np Rycerstwo Niepokalanej czy Legion Maryi.

Myślę, że nie zdziwię moich czytelników zachętą do przeczytania Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny autorstwa św. Ludwika Marii Grignon de Monfort. Zasadniczo prawdziwe nabożeństwo opiera się na naśladowaniu Matki Bożej, jej cnót, sposobu życia oraz przedstawianiu jej swoich trosk. Ktoś kto lubi ze względów artystycznych czy też sentymentalnych odśpiewać godzinki lub też majowe nie jest jeszcze we właściwym tego słowa znaczeniu czcicielem Maryi. 

Problem pobożności maryjnej moim zdaniem jest dwupłaszczyznowy. Z jednej strony mamy wielość różnych form modlitewnych, w większości nawet zgodnych z duchem katolickim, jednak pozbawionych esencji czyli owego osobowego przylgnięcia do Najświętszej Dziewicy, z drugiej strony zaznacza się coraz bardziej widoczny zanik także tych zewnętrznych przejawów kultu maryjnego. Jak sądzę brak zewnętrznych form bezpośrednio wynika z przesłanki pierwszej, a mianowicie okresu w którym kult był ale jednak niedoskonały, bo pozbawiony treści.

U korzenia modernistycznej antymaryjności nie zasadza się jakaś złośliwa zawiść, czy też rzeczywista chęć szkodzenia, ale po prostu ignorancja. Jak w wielu dziedzinach życia przyczyną złej praktyki jest zła teoria. O tą drugą zadbali destruktorzy formacji intelektualnej i duchowej w seminariach. Właśnie wyrugowanie katolickich podręczników i zastąpienie ich wolną dumką poszczególnych wykładowców oraz paktowaniem z teologią heretycką spowodowały zanik świadomości maryjnej u co najmniej dwóch pokoleń duchowieństwa katolickiego. Oczywiście wiemy, że zmiany w studiach kościelnych i praktyczne wyrugowanie mariologii ze studiów kościelnych spowodowane było ruchem ekumenicznym. Pamiętam konspekt mojego przygotowania do I Komunii Świętej - były tylko dwa tematy maryjne i to przesunięte na sam koniec roku katechetycznego już po przyjęciu Pana Jezusa. Oczywiście owe tematy nie zostały już z braku czasu zrealizowane. Podobnie było na studiach. Aby nikt się nie przyczepił mariologię mieliśmy doczepioną do traktatu o Kościele. I był czas na to by wychwalać pod niebiosy ks. Marcina Lutra  i jego chęci uzdrowienia Kościoła - nie było jednak czasu na choć jeden wykład o Maryi. Z 32 tez do przygotowania o Maryi były dwie  - oczywiście nikt się ich nie uczył, bo wiadomo było że na egzaminie pytanie to nie padnie... . Do dziś nie wiem czemu mariologię doczepili do eklezjologii - czemu nie do chrystologii, albo charytologii? Każde doczepienie dałoby się uzasadnić. Swoją drogą ciekaw jestem, a może nawet czytelnicy przeprowadzą stosowne badania, jak wielu spośród czcigodnych potrafi wymienić jedyne 4 dogmaty maryjne podane przez Kościół do wierzenia. Jeśli któryś kapłan będzie potrafił wskazać jeszcze kiedy i w jakich okolicznościach owe dogmaty ogłoszono to już moim zdaniem zasługuje na naprawdę dobrą czekoladę... . A tak poważnie obawiam się, że niewielu się takich znajdzie, zresztą przekonajcie się sami... . 

Przyczyną złej praktyki jest zła teoria. Nie wińcie swoich duszpasterzy, że ich maryjność kuleje. Oczywiście znajdą się tacy, którzy uważają, że duchowni powinni to sobie nadrobić. Mam inne zdanie. Deformacja intelektualna działa także poprzez rozkład akcentów. Jeśli całą mariologię sprowadzono do tego, że Maryja jest Matką Kościoła i że trzeba z ludźmi w październiku odmawiać różaniec, to nie ma się czemu dziwić. Formacja seminaryjna naprawdę wymaga wiele wysiłku, może nawet nie tyle intelektualnego co psychicznego. Trudno wymagać że nie do końca ukształtowany chłopiec w porę zorientuję się w rzeczywistości w jakiej się znalazł i będzie w stanie odkryć wszystkie skarby które skrzętnie ukryje przed nim seminarium modernistyczne. Tak więc brak rzetelnej wiedzy w dziedzinie mariologii tworzy potem potworki katechetyczne i homiletyczne. Kaznodzieje i  katecheci zauważają że wypada coś o Maryi powiedzieć. A materiałów w Internatach jest bardzo dużo... . Niestety jednak głównie sprotestantyzowanych. Jeśli ktoś nie zna kluczowych haseł natrafi najpierw na nie i mamy potem gorszące wypowiedzi księży na temat Najświętszej Maryi Panny. Tymczasem o to co należy o Maryi wiedzieć streszcza się w zasadzie do tego jednego traktatu, który jeśliby sobie wielebni przyswoili to uczyniliby milowy krok we właściwym umaryjnieniu powierzonych sobie wiernych.

Mamy więc przepowiadanie o Matce Bożej, które jeśli się już pojawia jest zwykle takie, że lepiej, żeby go w ogóle nie było. Ale problemem są też nabożeństwa, a coraz częściej wolne improwizacje na ich temat i w konsekwencji ich zanik. Może zostanę uznany za dewotę maryjnego, ale uważam że w każdej parafii zestawem obowiązkowym jest: nabożeństwo różańcowe przynajmniej w październiku, majowe z litanią loretańską, różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca i godzinki o Niepokalanym Poczęciu przynajmniej w każdą pozostałą sobotę miesiąca oraz Nowenna do Matki Bożej nieustającej Pomocy. To jest zestaw minimum, bez którego nie można mówić o normalnym kulcie Maryjnym. Nie wyobrażam sobie parafii bez Żywego Różańca. Dobra parafia posiada także inne grupy maryjne na przykład Legion Maryi albo Rycerstwo Niepokalanej, czy różnego rodzaju bractwa szkaplerzne.

Posoborowa demolka liturgiczna dotknęła oczywiście także kultu maryjnego. Figury i obrazy Jej poświęcone usuwane są z ołtarzy. Nawet w mojej parafii mariackiej budowanej wg nowego stylu Maryja została od razu umieszczona w jakiejś wnęce ściany bocznej, tak że wchodzący nie są wstanie poznać wezwania świątyni z samego jej urządzenia. Nagminna jest także tendencja do odprawiania nabożeństw maryjnych bez wystawienia Najświętszego Sakramentu. Wielebni moderniści bronią tej paradoksalnej zasady jak największej świętości. Nie zauważają przy tym, że każda zdrowa pobożność Maryjna wypływa z kultu Pana Jezusa Chrystusa i do Niego prowadzi. Maryja bowiem jest pełna łaski ze względu na zasługi Chrystusa Pana. Matka Boża tytuł ten nosi ze względu na Pana Jezusa. Z jednej strony stosując zasadę niewystawiania Najświętszego Sakramentu bronią przed rzekomym pomieszaniem porządków, z drugiej strony nie rozumieją że odmawianie różańca jest głęboko biblijnym przeżywaniem w głównej mierze wydarzeń historiozbawczych z życia samego Zbawiciela. Właśnie wprowadzanie tajemnic światła zaburzyło koncepcję różańca bo wprowadziło wydarzenia w których Najświętsza Maryja udziału nie brała. Ot cała logika modernistów....

Reasumując - tam gdzie zanika pobożność maryjna tam zwija się Kościół. Absurdem jest, że w wieku w którym ogłoszono, że Maryja jest Matką Kościoła i ustalono nawet specjalne święto dla uczczenia tego faktu nie zrobiono nic dla obrony dobrego imienia Maryi na soborze watykańskim II oraz później. Ciągle czeka na ogłoszenie dogmat o tym, że Maryja jest współodkupicielką. Objawienia maryjne są ignorowane, zaś fałszywym się hołduje. Maryja jest praktycznie codziennie obrażana przez niedouczone duchowieństwo i sprowadzana do zwykłej kobiety. Pamiętajmy, że dogmatyka maryjna nie jest sprawą drugorzędną, ale logiczną konsekwencją dogmatów chrystologicznych. Kto nie wyznaje dogmatów maryjnych jak trzeba temu chwieje się cała chrystologia. Owszem, można się zbawić nie odmówiwszy w życiu ani jednego pozdrowienia anielskiego, tak samo można zostać wychowanym bez matki. Pytanie jakie to będzie życie... . Atakowanie Najświętszej Dziewicy i umniejszanie jej kultu jest jak zabieranie sobie matki. Kiedy ktoś to robi prywatnie czyni szkodę tylko sobie, gorzej jeśli jeśli posiada charyzmat kierowania Kościołem i jako kapłan pozbawia tego macierzyństwa wiernym do których jest posłany. Przeto budźmy w sobie właściwy i katolicki kult maryjny. Dbajmy o jego stronę wewnętrzną i zewnętrzną. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 27 kwietnia 2018

Missa infantilis - czyli słów parę o tak zwanych Mszach z udziałem dzieci

Laudetur Iesus Christus!

Rzeczą która oburza rzesze tradycjonalistów są Msze święte dla dzieci, zwane przez liturgistów Mszami z udziałem dzieci. Pastoralne względy na wydzielenie odrębnej Mszy dla rodziców z małymi dziećmi w zasadzie nie podlegają dyskusji. Problemem jest to co zrobiono z owych celebracji. Dla wierzącego katolika jasnym jest, że Msza Święta to Ofiara składana Bogu Ojcu. Missa infantilis to typowa Msza ofiarowana człowiekowi - jak się okazuje nie tylko temu najmniejszemu.

Jakby nie spojrzeć tak zwana Msza Święta z udziałem dzieci zbiera nie tylko najmłodszych wiernych oraz ich rodziców, ale także podrostków oraz dorosłych, którzy w swojej wierze nie wyrośli poza poziom dziecięctwa Bożego. Na taką Mszę Świętą ludzie przychodzą dla krótkiego czasowo wypełnienia przykrego dlań obowiązku wysłuchania coniedzielnej Mszy Świętej w rozrywkowym entourage.

Problemy teologiczne pojawiają się głównie w związku z trzema Modlitwami Eucharystycznymi ułożonymi na potrzeby udziału dzieci. Ich bieda teologiczna w sposób oczywisty jest jeszcze większa niż w przypadku pozostałych nie-kanonów eucharystycznych. Modlitwy te zubożone są jeszcze wydatniej o wymiar ofiarniczy Mszy Świętej, do tego lansują fałszywe participatio actuosa - w jednej z tych modlitw wierni mają wiele własnych kwestii. A więc już nie tylko absurdalna aklamacja po przeistoczeniu, ale także zupełnie pozbawione usankcjonowania w Tradycji wtrącanie się wiernych podczas każdej niemal części ME. Oczywiście na tym nadużycia liturgiczne się nie kończą. Niemal wszystkie obrzędy zgodnie z prenotandą mogą być uproszczone - zamiast Credo można odmawiać Skład Apostolski, skracać czytania, opuszczać obrzędy sakramentaliów przypisanych do danego dnia itd. Do tego dochodzi twórczość własna NOM-owców: podnoszenie przez wiernych rąk w czasie Modlitwy Pańskiej, czytanie Słowa Bożego przez nierozumiejące go dzieci, przebywanie osób świeckich nie będących ministrantami w prezbiterium, komentowanie niemal każdego momentu Mszy Świętej, zmiana aranżacji przestrzeni sanktuarium, dzielenie akcji liturgicznej na liturgię Słowa Bożego odbywaną w innym miejscu i wspólną dla dzieci i dorosłych liturgię eucharystyczną, rozdawanie dzieciom przed-komunijnym czekoladek w czasie Komunii Świętej... - to tylko niektóre ze znanych mi grzechów stricte liturgicznych których wyklęty kleryk sam był świadkiem.

Najbardziej jednak boli sam sposób potraktowania Mszy Świętej. Z aktu ofiary i uwielbienia zrobiono spektakl katechetyczny. Jest oczywiste że odprawianie Mszy Świętej pisząc już wprost dla dzieci jest równoznaczne z tym, że obedrze się ją ze wszelkiego misterium po to by dzieci mogły widzieć, dotykać, rozumieć. Niestety o ile efekt dydaktyczny bywa w pewnej mierze pozytywny to już ten wychowawczy i formacyjny jest zupełną katastrofą. Dzieci uformowane na takich Mszach w większości nigdy się z nimi na dobre nie rozstają. Nie są w stanie przeżywać liturgii na sposób katolicki. Dochodzi do erozji wiary poprzez brak doświadczenia misterium fascinosum w czasie liturgii. Paradoksalnie przybliżanie ich w tak niewłaściwy sposób do Mszy Świętej profanuje nie tylko sam akt liturgiczny, ale przede wszystkim doświadczenie religijne tych dzieci. Nie bez znaczenia jest także rozbicie rodzin jakie dokonuje się w trakcie takich Mszy Świętych. Drzewiej bywało tak, że cała rodzina w miarę możliwości przychodziła na jedną Mszę Świętą. Rodzice stali ze swoimi dziećmi. Miało to wielkie znaczenie pedagogiczne, ale także praktyczne. O ileż mniej byłoby hałasu i niepotrzebnej pracy przy dzieciach, gdyby pociechy stały i modliły się ze swymi rodzinami? Jeśli już nie względy duchowe to przynajmniej praktyczne niech skłonią proboszczów i duszpasterzy do zaniechania praktyki odprawiania Mszy Świętej dla dzieci. Wszelkie argumenty przeciwne naszemu stanowisku są tutaj nieewangeliczne. Wszak sam Chrystus Pan dał nam pastoralny przykład: dorosłych pouczał, a dzieci błogosławił. Nam wypada robić to samo. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 19 kwietnia 2018

Nowomowa seminaryjna i kościelna

Laudetur Iesus Christus!

Dziś temat zadawałoby się lekki i przyjemny. Każdy duchowny czy seminarzysta z pewnością na temat nowomowy seminaryjnej się uśmiechnie. W końcu każde seminarium ma swój kod, który znany jest wtajemniczonym. Poza słowami takimi jak sacelan, refektarz, portator, oficjum - które większości laików nic nie mówią, ale są wspólne dla większości seminariów czy to diecezjalnych, czy to zakonnych. Jest jednak grupa takich wyrażeń które są zastrzeżone dla ściśle określonej wspólnoty. Nie zapomnę nigdy hizopu, czyli kompotu z dyni na occie, albo łazarza, albowiem już 4 dni (lub więcej) leży i cuchnie... . Łazarz był w wersji miłosiernej (mięsnej) i niemiłosiernej (rybnej)... . Choć te wspomnienia wzbudzają mój mimowolny uśmiech trzeba jednak stwierdzić, że w gruncie rzeczy działają one na niekorzyść wspólnoty i jej członków, ponieważ prowadzą do wyobcowania. Do tego wiele z nich często pobudza sarkazm i złośliwość, które to cechy są wadami głównymi duchowieństwa. Jak powiadają wystygł mistyk został cynik... .  I choć trudno życie przeżywać śmiertelnie poważnie, to jednak jest różnica pomiędzy poczuciem humoru i dystansem do rzeczywistości, a rubasznymi żartami, które gorszą wielu. 

Nowomowa powoduje także zniekształcenia w sposobie wypowiadania się duchownych oraz alumnów. Pewne utarte sformułowania tracą swoją ostrość i wyrazistość, a stają się okrągłymi zdaniami, które nie niosą już ze sobą praktycznie żadnej treści. Zawsze denerwowało mnie na przykład porównywanie wspólnoty seminaryjnej do rodziny. Jaka to rodzina z której się odchodzi, z której można wylecieć, którą wreszcie wraz ze święceniami prezbiteratu się opuszcza? Do tego słowa których niegdyś używano dla określenia pewnych kwestii wychodzą z użycia, a często ich stosowanie oznacza wielką obrazę. Piszę na przykład o sformułowaniach typu: herezja, schizma, kacerz, innowierca, dysydent, wiarołomca, nierząd, profanacja czy świętokradztwo. Zastępuje się je eufemizmami. Określenia tego typu wchodzą nawet do tłumaczenia Pisma Świętego czy tekstów liturgicznych. Dlaczego w przypowieści o pannach nie używa się określeń mądre i głupie zamiast stosowanego roztropne i nieroztropne? Ktoś mi zarzuci że to przecież to samo. Ale czyż sam Chrystus Pan mówiąc o kwasie faryzeuszy i porównując ich do grobów pobielanych nie używał języka mało parlamentarnego. Nie chodzi o to żeby być wulgarnym - nie do tego zmierzam. Kwestia dotyczy sprawy dosadności wyrażanych treści. 

Rewolucja soboru watykańskiego II jest najlepszym przykładem szkodliwości owej nowomowy. Moderniści twierdzili wtedy, że należy wyjść do ludzi z łatwiejszym językiem i zrobić sobór pastoralny. Dokumenty tego soboru miały zawierać pewne wskazania natury pastoralnej a nie dogmatycznej. Cała pułapka polegała jednak na tym, że moderniści słowa nie dotrzymali i zaraz po zakończeniu soboru, a nawet w jego trakcie zaczęli dogmatyzować dwuznaczne określenia w nim zawarte. W ten sposób wypaczyli konsensus i doprowadzili do takiej interpretacji dokumentów na jaką większość sygnatariuszy nigdy by się nie zgodziła. Konsekwentne używanie pewnych określeń zaczęło wychowywać kolejne pokolenie. Dziś już nawet katechizm posługuje się eufemizmami, bo jak to inaczej nazwać jeśli czyn który jest obrzydliwością w oczach Bożych określa się wewnętrznie nieuporządkowanym? Konia z rzędem temu kto wykaże iż określenia te do siebie choć w 50 % przystają... . 

Efektem tych zabiegów lingwistycznych jest podważanie autorytetu nauczania Kościoła. Wierni czują, że głoszący Słowo Boże używając takich a nie innych określeń sami nie są do końca zdecydowani co chcą powiedzieć, że są politycznie poprawni, że boją się by kogoś nie urazić. Wobec tego nie czują powagi podawanej nauki, nie są jej posłuszni i wpadają w relatywizm. Skutkiem nowomowy jest złowrogi pluralizm światopoglądowy. Ostatecznie nowomowa kościelna przejawiająca się zwłaszcza w eufemizmach to wyraz braku szacunku wobec prawd wiary i moralności. Głoszący Słowo Boże czy to z racji koniunktury i konformizmu, czy też obawy przed przełożonymi nie przepowiadają w sposób jednoznaczny. Pozostawianie słuchaczom owego wolnego wyboru w interpretacji doprowadza koniec końców do indyferentyzmu. To zjawisko nie zachodzi w ciągu chwili. To efekt długotrwałej deformacji lingwistycznej. 

Wobec tych problemów nie pozostawajmy obojętni. Miejmy odwagę upomnień naszego kaznodzieję, katechetę, czy dokonać wyboru lepszego spowiednika. Bezpłciowy styl nie jest tylko kwestią tego czy przepowiadania dobrze się słucha czy też źle. Często jest to kwestia czy prawda podawana przez takie głoszenie pozostaje nienaruszona! Sprawa zatem wydaje się błaha, a jednak jest wielkiej wagi. Niech dobry Bóg hojnie udzieli daru męstwa wszystkim odpowiedzialnym za posługę słowa. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 10 kwietnia 2018

Bankructwo Kościoła

Laudetur Iesus Christus!

Ciągle w różnych miejscach daje się słyszeć pogląd mniej obeznanych we współczesnej sytuacji antyklerykałów, że Kościół bogaci się i posiada wielkie dobra doczesne. Niestety moje obserwacje dokonywane od ponad 10 lat przeczą temu poglądowi. Wraz z recesją duchową postępuje także i ta materialna. Oczywiście są ludzie Kościoła - funkcjonariusze, którzy defraudują ogromne zasoby materialne, w rzeczywistości przyczyniają się oni do pauperyzacji materialnej.

Sprawa którą dziś poruszam wydaje się błaha. W końcu największe skarby Kościoła to te duchowe, jednak dobra materialne pozwalają na działalność tej świętej wspólnoty w świecie. Gdy zostało zlikwidowane Państwo Kościelne to, bł Pius IX ogłosił się więźniem Watykanu. Jego następcy aż do Piusa XI konsekwentnie kontynuowali ten "protest". Jednocześnie ostatni z owych więźniów Watykanu był skłonny pertraktować nawet z samym Mussolinim, aby otrzymać skrawek suwerennego terytorium. Papież nie uczynił tego dla podniesienia swojego ego, ale po to, aby Kościół zachował niezależność na arenie międzynarodowej. To niewielkie państewko do dziś stanowi o niezależności politycznej Kościoła. Żadna inna religia nie posiada na świecie takiego przywileju. Owszem istnieją państwa islamskie, tak jak kiedyś istniały państwa katolickie, jednak żadne z tych państw nie dawało i nie daje żadnej religii niezależności politycznej. Także dobra finansowe i posiadana ziemia decydują o doczesnej sile Kościoła. Kiedy jego słudzy pamiętają, że dobra te mają służyć sprawie zbawienia dusz wtedy mówimy, że zagospodarowane są w sposób godziwy.

Pierwszy jasny sygnał na temat kryzysu finansowego Kościoła otrzymałem  będąc na akcji powołaniowej zaraz na pierwszym roku. Tamtejszy ksiądz proboszcz mieszkał sam na plebanii, bez żadnej służby - sam sobie gotował, prał etc. Nie miał nawet możliwości, by nas przenocować, w związku z czym w przeciwieństwie do reszty seminarzystów my wybraliśmy się na parafię ze Słowem Bożym tylko na jeden dzień.  Podczas obiadu własnoręcznie ugotowanego proboszcz zwierzył się nam, że gdyby nie katecheza w szkole, to nie byłby w stanie utrzymać ani siebie, ani plebanii. Musi dokładać na niektóre opłaty związane z utrzymaniem świątyni. Oznacza to, że ofiary wiernych nie pokrywają ani wydatków związanych z kultem Bożym w tej parafii, ani nawet utrzymania samego duszpasterza. Ksiądz ten utrzymuje się z katechezy finansowanej z budżetu państwa. Przeczy to porządkowi jaki zaprowadził w Kościele Chrystus Pan, który powiedział:  "W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu." (Łk 10,7) Ktoś powie, że przecież podatki też pochodzą z pieniędzy wiernych. Tak się owszem dzieje, jednak my nie mamy wpływu na to w jaki sposób i na jakich zasadach środki te są dystrybuowane. Ostatecznie sytuacja opisana w powyższym przykładzie nosi klasyczne znamiona cezaropapizmu. Stanowi uzależnienie owego duszpasterza od łaski i niełaski państwa. Siłą rzeczy staje się on urzędnikiem państwowym. Rychło może zostać postawiony przed dylematami, które nieraz są bardzo trudne - na przykład albo wypełniam masoński program katechetyczny, albo opuszczam moją parafię, bo nie mam za co żyć i za co godziwie sprawować Służbę Bożą. 

Przywykliśmy do tego, że księża żyją na wysokim poziomie. Nie wszędzie już tak jest. Wielu kapłanów skarży mi się, że swoistą karą może być przeniesienie na "mniej intratną placówkę".  Już sam taki sposób karania kapłanów przez kurię wywołuje u mnie wstrząs nerek  - bo jak można karać duszpasterza przez posłanie go do wiernych katolików? Jaki będzie poziom tego duszpasterstwa?  Okazuje się, że są parafie, na których kapłan może dorobić się wcale dobrego samochodu, ale są też takie, w której brakuje mu na dętkę do roweru... . Takie nierówności nie zawsze wynikają z przesłanek, o których napiszę za chwilę. Bo zasadniczo bankructwo Kościoła ma swoje przyczyny w upadku życia duchowego kleru. Oszacowałem, że może być w Polsce nawet 1/3 parafii, które miałyby problem z utrzymaniem się, gdyby nie regularna pensja dla kapłana ze strony różnych instytucji państwowych czy to szkoły, szpitala, więzienia, wojska, policji, straży pożarnej itd. Do tego dochodzą studia kościelne również finansowane przez budżet państwa. Proszę sobie wyobrazić co by było, gdyby do władzy doszedł antyklerykalny rząd? W jaki sposób przetrwałyby zasadnicze struktury kościelne. Oczywiście życie sakramentalne pozostałoby pewnie niezagrożone, ale działalność katechetyczna i ogólno duszpasterska upadłaby z kretesem! Władza oddana została w ręce ludu, a lud jest dziś bardzo antyklerykalny... . 

Wystarczy przypomnieć sobie choćby lata 80-te XX w. kiedy to ludziom żyło się biednie, katechezy w szkołach nie było, a duszpasterstwo szpitalne, wojskowe czy jakiekolwiek inne nie tylko że nie było dotowane przez państwo, to jeszcze skutecznie tępione. Wszystkie seminaria, punkty katechetyczne, posługa w szpitalach i więzieniach odbywała się tylko i wyłącznie z ofiar wiernych. Wtedy było normalnie, można powiedzieć, że Kościół niedotowany przez państwo był dużo bogatszy niż dzisiaj.  Możemy więc mówić o niesamowitej recesji. Wierni jeszcze tego nie zauważają, bo trup wciąż jest dożywiany pozaustrojowo, jednak taki stan długo już nie potrwa. Rządy wielu krajów wycofują się z dofinansowania Kościoła. Zakłada to w końcu popierana przez większą część katolików, a nawet o zgrozo duchownych, tak zwana neutralność światopoglądowa. Tam gdzie trup już cuchnie próbuje się jeszcze wprowadzać podatek kościelny, kontrolowany oczywiście przez biurokrację państwową Jest to ostatni etap finansowego upadku Kościoła. Zaprowadzany jest tam, gdzie ofiarność wiernych nie pozwala na pokrycie podstawowych potrzeb duchowieństwa i działalności wyznaniowej. Co ciekawe tam gdzie wprowadzono podatek kościelny - Kościół istnieje już tylko z nazwy, bo nie jest on tam już ani rzymski, ani katolicki.... .  

Niestety istnieją zakusy przynajmniej części duchowieństwa, by taki podatek wprowadzić w Polsce. Jako wyklęty kleryk pierwszy złożę akt apostazji u mojego proboszcza miejsca, jeśli to będzie warunkiem przynależności do Kościoła rzymsko-katolickiego. Uczynię to nie dlatego, że jestem przeciwny dotowaniu Kościoła, ale uczynię to z tego samego powodu z jakiego nie daję złamanego grosza osobie cierpiącej na alkoholizm. Jeśli bowiem składam na jakiś cel ofiarę, to muszę wiedzieć, że środki które przeznaczam zostaną wydane godziwie. W przypadku działalności Kościoła oznacza to, że pieniądze te będą wydawane w służbie zbawienia dusz. Podatek kościelny niweczy moją wolność we wspieraniu tych inicjatyw Kościoła, które światłem rozumu rozeznaję jako godziwe i słuszne. Wprowadzając podatek kościelny odcina się wiernych od jakiejkolwiek możliwości wpływania na doczesne losy Kościoła. Dzisiaj mogę zdecydować do którego kapłana pójdę aby ochrzcić dziecko, który kapłan pobłogosławi związek małżeński, albo pochowa bliską osobę. Wyboru mogę dokonać na podstawie tego czy kapłan ten godnie sprawuje świętą liturgię, czy głosi prawowierne kazania i czy postępuje w sposób godny urzędu jaki piastuje. W ten dyskretny sposób mogę zagłosować i współdecydować o losach Kościoła.

Wszystkich czytelników bloga zachęcam do przemyśleń na temat realizacji nowego piątego przykazania kościelnego. Musimy roztropnie troszczyć się o dobro wspólnoty Kościoła. Popierajmy dobrych duszpasterzy i katolickie inicjatywy. Nie popierajmy heretyckiego KUL-u i fakultetów teologicznych promujących ekumenizm. Składajmy intencje na Mszach sprawowanych w starym rycie. Miejmy odwagę wstrzymać ofiarę na tacę jeśli zbierana jest na seminarium, z którego wychodzą modernistyczni kapłani. Obudźmy się! To jest wielka szansa, być może ostatnia, by w realny sposób dokonać wyboru. To co napiszę jest bolesne, ale na innej akcji powołaniowej usłyszałem bolesne słowa pewnego wyuzdanego proboszcza: "Ciepią, ciepią, to co się czepiasz?" Właśnie dla dobra Kościoła czepiać się powinniśmy Głosujmy zatem mądrze, nogami i portfelem. Kto wie, może część hierarchów choćby z wyrachowania porzuci błędy modernizmu.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 31 marca 2018

Modernizm - suma wszystkich herezji

Laudetur Iesus Christus!

Nadeszła wreszcie pora na kluczowy wpis dla tego bloga i ośmielam się stwierdzić, że także dla kondycji współczesnego Kościoła. Mowa oczywiście o modernizmie, który odmieniany jest przez wszystkie przypadki tak przez wyklętego kleryka, jak i inne blogi integralnie katolickie, jednak dotąd nie został przeze mnie jasno określony. Nie zamierzam tutaj wprowadzać jakiegoś specjalnie nowego ujęcia. Jeden z moich wykładowców naśmiewając się ze św. Piusa X stwierdził, że on sam jest twórcą tego całego modernizmu. W pewnym zakresie nie sposób się z tym profesorem nie zgodzić. Faktycznie modernizm jako termin teologiczny został utworzony przez św. Piusa X, jednak samych problemów nie wymyślił on sam, a jedynie wespół z papieżami XIX w je zdiagnozował i zebrał w traktat, który zowie się encyklika Pascendi dominici gregis - czyli encyklika o zasadach modernistów. Jest to jeden z kluczowych tekstów dla współczesnego katolika chcącego wyznawać wiarę katolicką w sposób integralny. Niestety jak sądzę błędy opisane w encyklice zostały zauważone za późno, a wdrożone działania jak widać okazały się nieskuteczne. Niniejszy wpis poprzez streszczenie encykliki przybliży czytelnikom istotę modernizmu, jednak w sumieniu zobowiązuję każdego z was do przeczytania tej encykliki w ramach własnej formacji intelektualnej.

Jako przyczyny modernizmu papież Pius widzi ciekawość świata i uleganie duchowi nowinkarstwa oraz pycha, która powoduje oślepienie duszy i w ten sposób wprowadza w różne błędy. Pycha jest na tyle ważną przyczyną modernizmu, że papież poleca usuwanie z seminariów alumnów przejawiających tą wadę. Inną przyczyną modernizmu jest ignorancja intelektualna, zwłaszcza mieszanie metod i wprowadzanie metodologii filozofii nowożytnej do badań teologicznych. Szczególnym przejawem owej ignorancji jest porzucenie metody scholastycznej, a w wybieraniu źródeł opuszczanie tego co uczyło Pismo Święte, Ojcowie i doktorzy Kościoła oraz Magisterium Kościelne. Od strony kanonicznej moderniści poprzez formalne i materialne uszczuplanie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła wpływają na rozszerzanie się błędów. Jakże cenne są te papieskie uwagi. Każda z przyczyn podana powyżej występuje i dzisiaj - ponad wiek od opublikowania encykliki.

Sam modernizm nie jest pojedynczą herezją, ale jak stwierdza św. Pius X jest sumą wszystkich herezji. Wielkie to słowo, ale łatwo je udowodnić śledząc wywód encykliki, który pokazuje pleromę błędów modernizmu. Modernizm bardziej niż pojedynczą herezją jest systemem, tym bardziej złośliwym, że symptomy jego występowania nie zawsze występują wszystkie na raz. Dlatego też papież przestawia modernizm ukazując postawę modernisty: filozofa, wierzącego, teologa, historyka, krytyka, apologety i reformatora. Pokrótce postaram się wyciągnąć z tych kolejnych rozdziałów encykliki esencję, składając jednak na czytelnika moralny obowiązek przeczytania tejże encykliki.

A zatem pierwszym wymienianym rodzajem modernisty jest filozof. Filozof modernista za podstawę swojej tożsamości intelektualnej ma agnostycyzm. Dokładnie oznacza to, że rzeczy dawno przez łaskę Bożą w Objawieniu publicznym podane poddaje zwątpieniu uciekając się do naturalistycznego intelektualizmu. W praktyce agnostycyzm odziera wiarę modernisty ze wszystkiego co jest nadprzyrodzone  - taka wiara przestaje być wiarą katolicką. Jest niczym spróchniałe drewno. Skoro moderniści porzucają nadprzyrodzoną wiarę łatwo przechodzą do błędu immanentyzmu  życiowego, innymi słowy zaczynają wiarę i jej praktykowanie postrzegać nie jako dar Pana Boga, łaskę, ale jako wewnętrzna potrzeba człowieka. A skąd te teorie znamy, jak nie z religiologii wykładanej z początku na bezbożnych marksistowskich katedrach, a dzisiaj głoszonej nieraz i z katedr o zgrozo biskupich! Skoro wiara nie pochodzi od Pana Boga, ale od człowieka, więc wszelkie doświadczenie religijne opiera się na samowiedzy i ta samowiedza jest ważnym kluczem hermeneutycznym do zrozumienia modernizmu. Bowiem samowiedza nie wymaga udowadniania czegokolwiek. Cytując Hegla: "Jeśli to co mówię nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów". I z tej postawy wychodzi pycha i pogarda dla prawdy. Kiedy więc religia opiera się na samowiedzy, również zmieniona jest recepcja Objawienia. Nawet jeśli modernista uznaje jakieś objawienie, to jest to samobjawienie, ponieważ interpretuje je zgodnie z samowiedzą. Taki stan nazywa papież samouświadomieniem. Konsekwencją takiego samobjawienia jest zniekształcony obraz wydarzeń historiozbawczych. Dla modernisty nie będzie problemem próba wyjaśnienia zmartwychwstania Pana naszego Jezusa Chrystusa jako po prostu przebudzenie po letargu. To wszystko ma katastrofalne skutki dla wiary powoduje rozmyślanie bardziej nad własnym nędznym stanem umysłu niźli rzeczywistym przedmiotem wiary katolickiej. Dla modernisty filozofa największym bólem jest jednak dogmat. Przyjęcie dogmatu wiązałoby się z zaprzeczeniem fundamentalnych zasad teoriopoznawczych modernisty. W związku z tym czynią ci heretycy dogmat pojęciem pustym. Poprzez ciągłe zmienianie jego interpretacji dochodzi się w końcu do zmieniania formuł dogmatycznych. Wyciąganie z historii rożnych formuł, które dogmatami nie są, a które przez podobieństwo przypominają tezy stricte dogmatyczne moderniści roją sobie prawo do zmieniania dogmatów także formalnie! Sam byłem tego świadkiem. Reasumując - postawa modernisty filozofa wyzuwa wiarę z nadprzyrodzoności i prowadzi do solipsyzmu fideistycznego.

Tak zwany modernista wierzący to kolejna odsłona modernistycznego dramatu z encykliki Pascendi. Wierzący modernista od filozofa modernisty różni się tym, że pierwszy uznaje obiektywny pierwiastek nadprzyrodzony w wierze i w teologii, drugi natomiast wszystko wywodzi wszystko z różnych samo stanów... . Wydawałoby się, ze pogląd modernisty wierzącego jest katolicki, tymczasem pułapka tkwi w tym, że modernista wierzący owszem przyjmuje istnienie obiektywnej prawdy objawionej przez Pana Boga, jednak pewność co do niej wywodzi z własnego doświadczenia. Wobec tego jeśli doświadczenie wierzącego modernisty sprowadza nań pozytywne uczucie odnośnie do innej religii to uznaje ją za prawdziwą. Taki błąd ma swoją osobną nazwę i jest to indyferentyzm religijny. Jak słusznie zauważa św. Papież moderniści wierzący są w stanie przyjąć, że religia katolicka posiada więcej prawdy niż inne. Taki pogląd niestety został do ogólno katolickiej świadomości przepchnięty podczas Vaticanum II. Specyficznie moderniści wierzący postrzegają Tradycję - uznają ją bowiem w takim zakresie w jakim jest ona nośnikiem doświadczenia religijnego. Innymi słowy wybierają sobie zeń to co uważają za prawdziwe na podstawie osobistych doświadczeń. W relacji nauki i wiary prym wiedzie nauka wg modernistów wierzących. Choć deklaratywnie podkreślają oni rozdział nauki wiary, jakoby wiara była nieracjonalna, bo w rzeczywistej ich praktyce tak się niestety dzieje. Wprowadza się zatem paradoksalne dualizmy np Chrystus wiary i Chrystus historii. Oczywiście w konsekwencji Chrystus wiary uznawany jest za mit, natomiast Chrystus historii za prawdę. Prawdą nie jest jednak ani jedno ani drugie. Chociaż św. Pius X tego tak nie określił, pozwolę sobie podsumować, że modernistę wierzącego przyrównać można do kogoś ogarniętego całkowitym relatywizmem teoriopoznawczym. Dla wierzącego modernisty nie ma problemu w sprzecznościach. Ulega on najpierw paradoksom, a następnie nieuzbrojony we właściwe mechanizmy obronne wpada w absurdy. Doświadczenie wierzącego katolika nie zawsze bowiem jest natchnione Duchem Świętym... .

Modernista teolog walczy z problemem relacji wiary i nauki. Rezultatem jego dociekań jest podporządkowanie wiary nauce. Skoro bowiem filozof modernista stwierdził, że wiara pochodzi z człowieka, to w konsekwencji teolog konstatuje, że Pan Bóg jest w człowieku i zasadniczo tylko w nim. Jest to immanentyzm teologiczny - niesamowita redukcja istoty Bożej i zawoalowany panteizm! Wszelkie wyobrażenia wiary u teologa modernisty sprowadzone są do symboli, stąd mamy tak zwany symbolizm teologiczny. Skutkiem tego jest konsekwentne negowanie dogmatów sakramentologicznych.  Sakramenty zdaniem teologa modernisty są symbolem łaski, której wcale nie oznaczają. Zostają sprowadzone do czynności symbolicznych - swego rodzaju teatru. Niektórzy posuwają się do tego, że to nie sam Chrystus Pan, ale samoświadomość chrześcijańska zrodziła sakramenty. Czyli sakramenty nie mają udzielać łaski, ale są po to by podtrzymywać wiarę. Wobec tego należy uznać, że sakramenty niczego nowego w nasze życie nie wnoszą. Niestety takie tezy są coraz bardziej propagowane, pod pozornie zbożnymi katechizmowymi hasełkami w stylu: "bierzmowanie - sakrament dojrzałości chrześcijańskiej". Umiejętnie w nauczaniu miga się od podawania skutków sakramentów, wszystko po to by łatwiej je można było zniszczyć. Teolog modernista ma w głębokim poważaniu również Pismo Święte, traktując je bardziej jako zbiór mądrościowych dykteryjek właściwych świętym księgom także i innych religii. Bowiem to co się z Pisma Świętego wyniesie zależy nie od obiektywnego osądu Tradycji, lecz od subiektywnego, indywidualistycznego doświadczenia z tekstem, który zgodnie z agnostycyzmem ma autora przede wszystkim ludzkiego. Jak się okaże moderniści tak jak uważają traktat o natchnieniu, tak też traktują w swoich heretyckich egzegezach sam święty tekst. Tak samo jak sakramenty teolodzy modernistyczni traktują Kościół. Nie jest on ich zdaniem jedynym na świecie zrzeszeniem zbawczym. Są też inne, w których można partycypować i z którymi można utrzymywać przyjacielskie stosunki. W końcu doświadczenie religijne każdego człowieka jest boskie, wszak Bóg mieszka w człowieku. I niestety tak samo jak wiara jest podporządkowana nauce, tak Kościół państwu w sprawach doczesnych. Efektem jest permanentny zwłaszcza dzisiaj cezaropapizm. Autorytet kościelny zdaniem teologów modernistycznych ma szukać porozumienia z władzą cywilną. Zapomina się przy tym, że każda władza pochodzi od Chrystusa Pana i Jemu samemu jest przyporządkowana. A kto jeśli nie Kościół ma być wyrazicielem owej władzy Chrystusa Pana na ziemi? Teolog modernista traktując wiarę jako rzeczywistość żywą myli rozwój tej wiary rozumiany jako jej rozkrzewianie z ciągłym dostosowywaniem nauczania, liturgii i ortopraksji do warunków współczesności.

Innym rodzajem modernistów są historycy. Przeceniają oni metodę swojej nauki ponad autorytet Objawienia Bożego. Wiedzą oni lepiej co Chrystus Pan powiedział i co zrobił. Co bowiem nie pasuje do wytworzonego przez nich obrazu świata w historii to trzeba odrzucić z opowiadaniu o Panu naszym Jezusie Chrystusie. To samo jednak czynią i ze Starym Testamentem. Jezus Chrystus objawiony w Piśmie Świętym zostaje naturalistycznie sprowadzony do zwykłego człowieka. Przez te wywody historyków modernistów Pismo Święte staje się zbiorem pobożnych mitów. Tak samo podchodzą oni zresztą do historii Kościoła, hagiografii etc. Wszystkie opowiadania o walce św. Jerzego ze Smokami zostaną odrzucone jako niezgodne z prawdą historyczną. Dla historyka modernisty, popartego nauczaniem filozofa i teologa modernisty nie ma miejsca na nadprzyrodzoność. Właśnie działalność historyków modernistycznych zauważalna jest tak bardzo w okresie wielkanocnym - kiedy co roku wynajdują kolejne rzekome dowody, na to że opowiadanie o zmartwychwstaniu Pana Jezusa jest mitem.

Wreszcie modernista krytyk. Stanowi on niejako połączenie historyka i filozofa. Podobnie jak teolog  przyjmuje iż istnieje Chrystus wiary i historii, jednak wyraźnie Chrystusa historii uznaje za prawdziwego, a Chrystusa wiary za pobożne wyobrażenie. Krytyk jak sama nazwa wskazuje posiada krytyczne podejście do historii. Chociaż św. Pius X tego od razu wprost tego nie nazywa ujawnia się tu coś co nazywamy metodą historyczno-krytyczną. Zgodnie z ta metodą modernista krytyk patrzy na dzieje zbawienia oraz na Pismo Święte. Z danych przez historyka faktów wybiera te które dają się historiozoficznie dopasować do układanki i tworzą spójny w jego mniemaniu obraz dziejów. Oczywiście przesłanki do takiej operacji tworzą się w umyśle samego modernisty krytyka i mam wrażenie że tylko jemu samemu są znane... . W metodzie opisu rzeczywistości przez modernistę krytyka dominuje ewolucjonizm - jest to w zasadzie jedyna zasada do której można odnieść jego wywody. Z faktów historycznych wybiera on zatem zwykle te które dają się pogodzić z postępackim urojeniem. Krytyk ideologizuje zatem rzeczywistość, a tym samym zakłamuje ją. Słuszne pytanie zadaje święty Papież - kto zaś jest autorem owej historii: historyk, czy sam krytyk? Okazuje się że filozof, bo odpowiedzi na pytania zależą od założeń podanych przez filozofa Bardzo istotnym elementem destruktywnego działania krytyka jest zastosowanie krytyki tekstu Pisma Świętego. Przy tej niebywałej profanacji ujawnia się, że modernista - kimkolwiek by nie był - traktuje Pismo Święte zupełnie przedmiotowo. Encyklika Pascendi jest właśnie tą wypowiedzią Magisterium Kościoła, która potępia metodę historyczno-krytyczną jako badawczą wobec Pisma Świętego. Odtrutką dla tego poważnego w skutkach błędu, jest przyjęcie Wulgaty jako katolickiego Pisma Świętego.

Istotnym zadaniem apologety modernistycznego jest wykazywanie że może istnieć sprzeczność. Wiarę katolicką owi apologeci tłumaczą tak, że aż roi się od niej od aporii, paradoksów, czy absurdów. Wszystko jednak potrafią usprawiedliwić, jeśli to nie kłóci się z ich pojęciem prawdy symbolicznej. Oczywiście tak rozumiana prawda nijak się ma z logicznym pojęciem prawdy opartym na zdroworozsądkowej definicji, że prawda jest to zgodność myśli z rzeczywistością. Apologeci wprowadzają immanentyzm religijny bardzo sprytnym wywodem. Otóż uznają, że Chrystus Pan w duszy każdego człowieka ziarno z którego kiełkuje wiara. Tym ziarnem oczywiście nie jest łaska (nawet jeśli tak to nazwą), ale rodzaj samowiedzy i samouświadomienia. Ponieważ doświadczenie religijne jest subiektywne w ten sposób usprawiedliwiają różnice poglądów poszczególnych wiernych i pochwalają je oczywiście do momentu w którym ktoś z wiernych nie zachowuje poglądu integralnie katolickiego. Apologeci modernistyczni prowadzą w świecie anty ewangelizację. Pseudo racjonalnymi dowodami wykazują możliwość istnienia w wierze relatywizmu teoriopoznawczego. 

Ostatnim rodzajem modernistów zdaniem św. Piusa X są reformatorzy. Zgodnie z nazwą ich motorem działania jest zmiana. Niestety zmian nie postulują w sposób organiczny, ale rewolucyjny, zresztą prawie zawsze z pogwałceniem odwiecznych zasad reformowania Kościoła. Nie brak więc reformatorów wśród tych, którzy nie posiadają władzy w Kościele, a jednak mają wpływ na tych, którzy tą władzę posiadają. Udając pokorę potrafią przyjąć stanowiska decyzyjne i z tego powodu są ostatecznym rodzajem szkodnictwa modernistycznego. Co bowiem poprzednie typy modernistów uroiły sobie w głowach, to reformator wciela w życie. Główne postulaty reformatorów nie uległy na przestrzeni wieku zmianom: chcą uproszczenia liturgii - tak by pozbawić jej elementów najpobożniejszych, chcą porzucenia w studiach kościelnych scholastyki - tak aby zniszczyć zaplecze intelektualne, chcą by wszyscy wierni  rządzili Kościołem - tak aby zniszczyć porządek zaprowadzony przez Chrystusa Pana. Takich zresztą pomysłów mają wiele. Czytelnicy sami dośpiewają sobie resztę litanii.

Encyklika zawiera jeszcze środki zaradcze. Jako że odsyłam do lektury, nie będę ich opisywał, szczególnie, że jak czas pokazał niestety okazały się nieskuteczne. Już to z powodu zbyt późnego opublikowania samej encykliki już to z nazbyt optymistycznego założenia św. Piusa X że ma on więcej prawowiernych niźli modernistycznych współpracowników. Dzisiaj modernizm domaga się odrębnych opracowań. Można założyć że mamy do czynienia z neomodernizmem. Encyklika Pascendi pozostaje aktualna, jednak nie odzwierciedla wszystkich problemów z modernizmem związanych.

Obchodzone przez nas święta to także okazja do złożenia życzeń. Tym trudnym tematem kieruję swoje życzenia ku Kościołowi, którego jak mniemam wszyscy czytelnicy bloga są lub chcą być. Niech więc za łaską Bożą Kościół ten zostanie oczyszczony z błędów i wrogów, niech zajaśnieje nowym blaskiem starej Tradycji. Niech zmartwychwstanie  razem Chrystusem Panem. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk



piątek, 23 marca 2018

Laicyzacja Kościoła

Laudetur Iesus Christus!

We współczesnej myśli pastoralnej zwykło się podkreślać coś co nazywane jest przez modernistów teologią laikatu. Sam nawet miałem wykłady z tak nazwanego przedmiotu. Niestety doświadczenie pokazuje, że mamy do czynienia nie tyle z teologią ludzi świeckich ile z teologią światową rozumianą jako najbardziej wulgarny system teologiczny. Pod płaszczykiem doceniania świeckich dokonuje się laicyzacja Kościoła, czyli uświatowienie celów i metod świętej wspólnoty wiary. W praktyce laicyzacja Kościoła prowadzi do sprofanowania życia kościelnego i uczynienie zeń organizacji o charakterze świeckim. To systematyczne pozbawianie pierwiastków nadprzyrodzonych. jest bodaj najbardziej bolącym przejawem kryzysu wiary z jakim mamy obecnie do czynienia.

Jest oczywiste, że świeccy stanowią największy liczebnie stan Kościoła i wobec tego mają na jego życie największy wpływ - choćby poprzez codzienne wybory, które skutkują pomniejszeniem lub powiększeniem duchowych zasobów Kościoła. Jednak Chrystus Pan nie bez powodu zarząd Kościoła powierzył kapłanom, którym pomagają klerycy niżsi godnością i stopniem. Właśnie fakt oderwania od spraw tego świata, który jest właściwy dla stanu duchownego oraz życia konsekrowanego sprawia, że Kościół w świecie może właściwie spełniać swoją misję uświęcającą, nauczycielską i pasterską. Pan nasz Jezus Chrystus postanowił Kościół jako narzędzie zbawienia. Nawet nowa teologia określa Kościół jako duchowy zaczyn, czy sól tej ziemi. Jednak we wszystkich tych górnolotnych stwierdzeniach kryje się jedno zasadnicze pragnienie i cel - podnieść rodzaj ludzki do świętości. Tego celu nie da się osiągnąć paktując z duchem tego świata. Dopóki ludzie Kościoła to rozumieli, dopóty misja Kościoła była prowadzona właściwie. Niestety dziś obserwujemy uświatowienie, czyli laicyzację właśnie życia Kościoła.

Przejawów tego błędu jest wiele, sądzę że tak jak w przypadku innych wpisów tegorocznego wielkiego postu, można by książkę napisać, nie mniej wskażę kilka najbardziej krzyczących przykładów.

Bardzo rozpoznawalnym dziś symptomem laicyzacji Kościoła staje się nad aktywność charytatywna i pseudo duszpasterska. Mnożenie grup, które już tylko z nazwy mają charakter formacyjny czy apostolski, a w rzeczywistości stanowią czasoumilacz dla seniorów czy młodzieży oraz liczne akcje charytatywne pozbawione już często rysu stricte katolickiego to szczególny znak współczesnych czasów. Te wszystkie działania prowadzą do tego, że Kościół sam siebie sprowadza do roli instytucji charytatywnej i kulturotwórczej. Tak Kościół jest postrzegany przez świat i tak o zgrozo wielu funkcjonariuszy kościelnych zwanych dla zmylenia przeciwnika duszpasterzami zaczyna patrzeć na swoją misję w Kościele. Prowadzi to do postawy praktykowanej niewiary. Owszem powstaje wiele inicjatyw, ale takich które równie dobrze mogłyby się ukształtować poza łonem katolickim, a nawet pomimo kontekstu chrystianizmu. Skutki tak rozumianej laicyzacji są widoczne szczególnie w odejściach bardzo zaangażowanych kapłanów. Okazuje się bowiem, że nad aktywność pastoralna nie jest w stanie wypełnić luki ich ateizmu czy agnostycyzmu. W końcu bycie dobrym człowiekiem nie wymaga celibatu, posłuszeństwa, wyrzeczenia się świata... .

Szczególnym przejawem laicyzacji jest kryzys liturgii jak dziś obserwujemy. I chodzi mi o całą pleromę problemów z kultem Bożym związanych. Już sama reforma dokonana przez abp Annibale Bugniniego za cel miała postawienie w centrum akcji liturgicznej człowieka, a nie Pana Boga. Novus Ordo - tak mszalne jak i w zakresie pozostałej liturgii zostało ułożone tak by było przystępne dla wiernego, który staje się widzem spektaklu liturgicznego. Kapłan zwrócony tyłem do Pana Boga i sprowadzony do roli przewodniczącego zgromadzenia liturgicznego to paradoksalnie przejaw skrajnie posuniętej klerykalizacji liturgii, co w "Duchu Liturgii" zauważył Benedykt XVI. Laicyzacja liturgii dotknęła także przestrzeń liturgiczną - przeniesienie Przybytku Pańskiego do bocznej kaplicy i ustawienie w środku sanktuarium stołu oraz miejsca przewodniczenia przybliża kształt świątyni katolickiej bardziej do teatru, sali widowiskowej, sali posiedzeń parlamentu, czy wreszcie komnaty masońskiej aniżeli świątyni sensu stricte. Wreszcie owe celebracje "dla dzieci", "dla homo", "dla seniorów", "dla cudzołożników" itd same w sobie sugerują że kult Boży zamieniono na kult ludzki. Coraz większa kreatywność celebransów sprowadza liturgię do performansu kultury religijnej i z służbą Bożą przestaje mieć cokolwiek wspólnego. 

Bolesnym przejawem laicyzacji jest destrukcja nauczania Kościoła tak w zakresie dogmatycznym jak i moralnym. Ortodoksja i ortopraksja zostaje złożona na ołtarzu mody, poprawności politycznej, integracji ekumenicznej i międzyreligijnej. Tak jak świat zmierza do utraty tożsamości poszczególnych narodów i do wprowadzenia nowego ładu światowego, tak chrystianizm i niestety katolicyzm także rezygnuje z radykalizmu ewangelicznego na rzecz utworzenia religii New Age. Zjawiska pozostające w tym kręgu ulegają ostatnimi czasy przyspieszeniu i pogłębieniu. Rezultatem laicyzacji będzie chrystianizm kadłubowy, o ile ostanie się chociaż taka pamiątka po niegdysiejszej cywilizacji christianitas. Jeśli wymienione zjawiska (a nie są to wszystkie) nie ulegną zahamowaniu i wycofaniu dojdzie do tego, że Kościół katolicki znowu zejdzie w katakumby co niewątpliwie spowoduje śmierć wieczną ogromnych rzesz ludzi. Uświatowienie Kościoła niweczy sens jaki nadał tej wspólnocie sam Chrystus Pan, prowadzi to do sytuacji w której to ogon merda psem. I nie ma w tym porównaniu żadnej przesady. Bo to Kościół winien być znakiem i ciągnikiem dla rzeczywistości światowej do spraw nadprzyrodzonych. Tymczasem dziś Kościół przemawiający głosem fałszywych pasterzy zdaje się być raczej kotwicą pogrążającą prawych wiernych w mrokach tego świata. Cóż za przewrotność godna istoty, której imienia z obrzydzenia wymieniać nie warto. Pozostawić struktury i nazwę, a zniweczyć zupełnie metody i cele. W książce "Dom smagany wiatrem" jako refren powtarza się zdanie: "W dzisiejszym Rzymie nic nie jest takie na jakie wygląda". To zdanie jest niestety prawdziwe.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 13 marca 2018

Współczesne oblicza cezaropapizmu

Laudetur Iesus Christus!

Przyjęło się zarzucać Kościołowi, że wtrąca się zbytnio do życia politycznego. Objawy papocezaryzmu  widać wyraźnie zwłaszcza gdy czyta się lewackie gazety czy słucha neoliberalnych audycji radiowych lub programów telewizyjnych. Tymczasem prawda jest zgoła inna. Poważnym zagrożeniem, o którym chcę dzisiaj napisać jest cezaropapizm czyli wtrącanie się władzy świeckiej w zarząd Kościoła.

Najpierw rozważmy kwestie zarzucanego nam papocezaryzmu. Wojujący ateiści i różnej maści moderniści przytaczają często słynne polecenie mistrza: "Oddajcie więc cezarowi to co należy do cezara, a Bogu to co należy do Boga" (Mt 22,21; Mk 12,17; Łk 20,25). I za ks. prałatem Romanem Kneblewskim zapytuję: "Co nie należy do Boga?". Wszak Apostoł naucza: "Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga." (Rz 13,1) i chciałoby się dopowiedzieć, że skoro zostały ustanowione przez Boga, to Jemu samemu też podlegają! W katolickim porządku rzeczy władzę nad światem sprawuje Pan Bóg. Oczywiście dzieje się tak nie ze względu na sam katolicyzm, ale pomimo niego. Jednak katolicyzm prawowierny uznaje owo panowanie Pana Boga i aktywnie się mu podporządkowuje. Zatem władza w świecie ma swoją hierarchię. Nade wszystko suwerenem świata jest Pan Bóg. Postanowił on jednak istnienie władzy duchownej i świeckiej. Dla wierzącego katolika jasne jest, że władza duchowna jest dalece ważniejsza od świeckiej, a to z tego powodu że pierwsza odnosi się do życia wiecznego, a druga do doczesnego. Wobec tego wierny katolik przez wieki wiedział, że bardziej ma być posłuszny władzy duchownej, bo to jest lepsze dla jego zbawienia, a legitymizacja poczynań władzy świeckiej zależna jest ściśle od zgodności z Bożym prawem.

Niestety dziś powszechnie głosi się rozdział Kościoła od państwa, co jest herezją samą w sobie. Nawet ułomna eklezjologia soborowa odnosi Kościół do społeczności wiernych, a nie tylko samej instytucji. Nie można życia społecznego oddzielić od wiary, prawa ludzkiego od ludzkiej moralności... . Głoszona teza że Kościół powinien być rozdzielony od państwa jest podróbką skądinąd słusznej z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej tezy o konieczności rozdziału władzy duchownej i świeckiej. Tak więc pierwszym i bardzo znaczącym choć dyskretnym przejawem cezaropapizmu jest właśnie wmawianie przez media, wypowiedzi polityków, deformację akademicką i szkolną że Kościół i państwo muszą być rozdzielne, że istnieje państwo neutralne światopoglądowo. Wystarczy pomyśleć, a widać to szczególnie w tak niedoskonałym systemie politycznym jakim jest demokracja, że nie można oddzielać jednego od drugiego nie powodując tym samym jakiejś dziwnej schizofrenii przejawiającej się tym że inaczej rządzimy docześnie niźli chcemy żyć wiecznie.

Przez wieki cezaropapizm był łatwo uchwytny. Interwencje cesarzy rzymskich czy niemieckich w przebieg soborów i synodów, niewola awiniońska, reformy józefińskie nakazujące określone zwyczaje liturgiczne, czy wreszcie interwencjonizm władz świeckich w obsadzaniu stanowisk kościelnych to tylko niektóre przejawy tego groźnego zjawiska. Dziś cezaropapizm przybiera formy zakamuflowane. Istota rzeczy pozostaje niezmienna. Wiara stanowi dla władzy świeckiej poważny problem w realizowaniu swych własnych zamierzeń. I zasadniczo władza świecka albo z wiarą próbuje walczyć, co zwykle kończy się fiaskiem, albo ujarzmia ją do własnych celów, co śmiem twierdzić jest jeszcze gorsze od pierwszego. Kiedy bowiem wiara jest składana na ołtarzu świata staje się jak to mówi Ewangelia solą nadającą się jedynie na "wyrzucenie i podeptanie przez ludzi" (Mt 5, 13 b).

Bardzo gorszy ludzi coś co nazywam cezaropapizmem fiskalnym. Wierni w swym zgorszeniu mają rację. Kto bowiem płaci ten stawia warunki. Poważnym rakiem współczesnego Kościoła jest szukanie środków finansowych drogami innymi niż te które przewidział Chrystus Pan. O tym będzie jeszcze mowa, ale sponsoring taki czy inny, granty, dotowanie studiów kościelnych z budżetu państwa, dotacje unijne powodują zapaść Kościoła w wielu jego strategicznych miejscach. Przykład bardzo prosty: w wiejskiej parafii nowobogacki konkubent sponsoruje malowanie świątyni. W zamian otrzymuje pierwsze miejsce w nawie oraz pewność, że proboszcz będzie omijał temat sexto et nono na długi, długi czas. Pomijając samego tego biedaka, który sam na siebie kręci bicz pozostaje sprawa parafian pozbawionych katolickiej nauki w tej jakże ważnej materii. Trzeba jasno powiedzieć, że Kościół musi utrzymywać się jedynie z ofiar, za które to ofiary nie przysługują żadne przywileje. Unia Europejska owszem dołoży się sowicie do remontu zabytkowego kościółka, ale kosztem tego że organy nie będą grały, bo to może spłoszyć nietoperze (dla których dach został zrewitalizowany) oraz że nie będzie się używać kadzidła, bo włączy się alarm przeciwpożarowy. Najlepiej w ogóle nie sprawować w takim kościółku służby Bożej... . Gdy pisałem o studiach kleryckich wspominałem, że ratio studiorum zostało złożone na ołtarzu ekonomicznych związków z państwem. Zatem dotowanie studiów kościelnych z budżetu państwa umożliwiło interwencję państwa w ich program - typowy przypadek cezaropapizmu. Dalej będąc w tym temacie, katecheza której jakość niezmiernie pogorszyła się wraz z przekroczeniem progu szkoły a co za tym idzie opłacaniem nauczycieli religii przez państwo. Oczywiście episkopat ma wpływ na program, ale nie jest to wpływ jedyny i państwo mocno ingeruje w dobór treści na katechezie -  w końcu kto płaci ten wymaga... . Praktycznie każdy sektor duszpasterstwa dotowanego przez państwo jest ułomny. Spójrzmy choćby na kapelanów szpitalnych, którzy jako etatowi pracownicy szpitala nie odważą się wystąpić przeciw często zbrodniczej działalności swojej placówki. Dojmującym i bolesnym przykładem skrajnego cezaropapizmu fiskalnego są Niemcy. Tamtejszy Kościół nie tylko ze względów doktrynalnych przestał być już dawno katolicki, ale także dlatego, że jego funkcjonariusze stali się także urzędnikami państwowymi poprzez wprowadzenie podatku kościelnego. Efekty są chyba widoczne i trzeba ich opisywać... . Niech dobry Pan Bóg broni nas przed wprowadzeniem tego rozwiązania w Polsce.

Zwykle gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jednak znaczącą przyczyną występowania cezaropapizmu jest po prostu brak wiary w to, że Kościół wspiera się na Panu Bogu, a nie na doczesnych układach. Tak więc ci którzy rządzą Kościołem sami często wpadają w ramiona cezara. Za taką "ochronę" i "wsparcie" płaci się często olbrzymią cenę. Duchowieństwo samo siebie utrzymuje w impotencji homiletycznej. Nie wypada bowiem krytykować politykę rządu, który zabezpiecza katechezę w szkołach, budowę świątyni Opatrzności Bożej czy przychylność mediów narodowych. Polit poprawność ujawniła się już na soborze watykańskim II kiedy w imię dobrych stosunków ze Związkiem Radzieckim zaniechano potępienia komunizmu, a później Jan Paweł II nie zdecydował się dokonać koniecznego aktu przebłagania za grzechy Rosji. W zamian za to Związek Radziecki zapewnił wysłanie na sobór swoich prawosławnych obserwatorów, czytaj agentów GRU. Odwołanie kary ekskomuniki latae sententiae za przynależność do masonerii również była przejawem poprawnego politycznie cezaropapizmu. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to żeby dogadać się z kluczowymi graczami na arenie międzynarodowej. Gdy widać było papieża, który udaje się do siedziby ONZ by tam przemawiać, albo wygłaszać humanistyczne dezyderaty z mównic parlamentów nikt nie podnosił rwetesu. Przez całe wieki to rządzący udawali się na audiencje do papieża, dziś role się odwracają. Ktoś powie, że Jan Paweł II głosił tam Chrystusa, ale wystarczy porównać jego przemówienia do tradycyjnej nauki społecznej wyrażonej choćby w Quas primas czy Rerum novarum, żeby zrozumieć jak bardzo to nauczanie skażone było poprawnością polityczną. Czy dzisiejszy Rzym jest jeszcze na tyle silny by obłożyć ekskomuniką jakiegoś polityka lub nawet cały kraj interdyktem?  Urządza im się za to pogrzeby z celebrą pontyfikalną i powszechnie dopuszcza do Komunii Świętej Zadeklarowani działacze LGBT, pro aborcyjni, antykatoliccy zostają przyjmowani z honorami na audiencjach u obecnego biskupa Rzymu.

Nie brakuje także przykładów rażącego cezaropapizmu. Przyczyną jest źle skonstruowany system prawny Kościoła. Danie pierwszeństwa konkordatom pozwala na uchwalanie bilateralnych umów Stolicy Apostolskiej z danym państwem z naruszaniem fundamentalnej suwerenności Kościoła. Przypatrzmy się artykułowi 7 konkordatu między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską:
"Artykuł 7
1. Urzędy kościelne obsadza kompetentna władza kościelna zgodnie z przepisami prawa kanonicznego.
2. Mianowanie i odwoływanie biskupów należy wyłącznie do Stolicy Apostolskiej.
3. Stolica Apostolska będzie mianować biskupami w Polsce duchownych, którzy są obywatelami polskimi.
4. W odpowiednim czasie poprzedzającym ogłoszenie nominacji biskupa diecezjalnego Stolica Apostolska poda jego nazwisko do poufnej wiadomości Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Dołożone zostaną starania, aby to powiadomienie nastąpiło możliwie wcześnie."
Wszystko wydaje się właściwe. Ale za przeproszeniem dlaczego Stolica Apostolska ma mianować biskupami w Polsce wyłącznie obywateli Polskich? Niewygodnemu kandydatowi można nie dać obywatelstwa, albo je wycofać jeśli ma podwójne.... . Dlaczego przed nominacją biskupa diecezjalnego nazwisko kandydata ma zostać podane do poufnej wiadomości Rządowi Rzeczypospolitej? Czy Stolica Apostolska ma wzgląd poufnie i odpowiedniego wcześniej w kandydatury polityczne, w programy partii? Istotnie Kościół potraktowany jest wyraźnie wasalnie. Jaskrawym i wołającym o pomstę do nieba przypadkiem interwencjonizmu państwa w obsadzanie urzędów kościelnych jest przypadek abp Wielgusa. Za panowania właśnie Prawa i Sprawiedliwości doszło do niesamowitego skandalu. Właśnie fakt informowania wcześniej Rządu RP przez Stolicę Apostolską doprowadził do tego, że wystosowano nieprawdziwą i haniebną nagonkę medialną, która doprowadziła do obsadzenia uzurpatora i antypasterza kardynała Nycza.
Takich bomb zegarowych ukrytych w tym i innych konkordatach jest naprawdę wiele. Analiza tychże przekracza ramy obecnego wpisu. Sygnalizuję problem, który występuje już na poziomie prawnym, a cóż dopiero przechodząc do praktyki.

Wydaje się we wszechobecnym ataku medialnym na Kościół, że dojmującym problemem jest mieszanie się Kościoła do polityki. Śmiem twierdzić że jest raczej odwrotnie to znaczy polityka świecka miesza się w sprawy Kościoła, a Kościół tam gdzie powinien nie przemawia wyraźnym ewangelicznym głosem. Temat wyraźnie przekracza ramy wpisu - książki by można pisać. Inteligentni czytelnicy sami sobie problem pogłębią. Musimy jasno stwierdzić, że najważniejsze są także na tej ziemi sprawy wieczne. Wobec tego władza doczesna co do zasad moralnych powinna być władzy kościelnej ściśle podporządkowana. Zniszczenie instytucji państw katolickich doprowadziło do neocezaropapizmu na skalę jakiej historia Kościoła nie zna. Niech dobry Pan Bóg raczy przywrócić światu stary, dobry i katolicki porządek. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk