sobota, 20 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 4 - mieszane małżeństwa

Laudetur Iesus Christus!

Na wykładach z prawa kanonicznego nasz wykładowca wypowiedział kontrowersyjną dla wielu tezę: "W zasadzie małżeństwa mieszane to dyspensa od 6 przykazania". Podstawą twierdzenia jest kanon 1086 § 2 Kodeksu z 1983 r, który stanowi o możliwości dyspensowania od różności religii. Profesor  mówił co prawda o małżeństwach międzyreligijnych, ale rozważając problem doszedłem do wniosku, że niestety konieczna jest ekstrapolacja na przynajmniej część małżeństw międzywyznaniowych w łonie chrześcijaństwa.

Małżeństwo jak dobrze wiemy jest 7 sakramentem Kościoła ustanowionym przez Chrystusa Pana dla zapewnienia fizycznej płodności Kościoła, rozszerzania w widzialny sposób Królestwa Bożego i dla katolickiego wychowania dziatwy. Małżeństwo w sposób szczególny odzwierciedla relację Chrystusa Pana do Kościoła. Jest więc ważnym znakiem zbawczym nie tylko dla samych małżonków, ale także dla całej społeczności wiernych. Podniesienie małżeństwa do rangi sakramentu to jedna z większych łask jaka mogła spotkać rodzaj ludzki i wypełnienie błogosławieństwa zawartego w Księdze Rodzaju dotyczącego płodności i rozmnażania się. W ten właśnie sakrament herezja protestancka uderzyła najsampierw.

Ale po kolei... . Argumentacja profesora kanonistyki była dość prosta. Skoro jest nauką katolicką iż nupturienci sami dla siebie są szafarzami sakramentu małżeństwa, to jakimże jest szafarzem nieochrzczony? A nawet jeśli uznamy że małżeństwo jest sakramentem z natury rzeczy, co jak wiemy prawdą nie jest to i tak fakt nieuznawania katolickiej nauki o małżeństwie zrywa autentyczność znaku i powoduje że całe ślubowanie jest symulacją. I właśnie to ostatnie stwierdzenie stało się dla mnie asumptem do dalszych dociekań.

Kościół obwarował małżeństwo licznymi przeszkodami. Poza przeszkodami Kościół stwierdza iż niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci którzy nie mają zdolności do wyrażenia zgody na małżeństwo, kanony 1095-1117 Kodeksu z 1983 r. Skoro można stwierdzić nieważność małżeństwa powodu braku zgody małżeńskiej spowodowanej błędną świadomością co do samego małżeństwa czy to zawinioną czy też niezawinioną, to czy tym bardziej jest nieważne małżeństwo zawierane z jednej strony przez katolika, a z drugiej strony kogoś kto publicznie i uparcie odrzuca katolicką naukę o małżeństwie. Logika podpowiada, że takie małżeństwo nie może być ważne.

Warto zastanowić się nad przykładami:
a) małżeństwo katolicko-protestanckie
Jaką materią zgody małżeńskiej dysponuje protestant podchodząc do małżeństwa z katolikiem? Przede wszystkim protestant nie uznaje małżeństwa za sakrament, gdyż sam Luter oraz inni herezjarchowie protestanccy uznawali że małżeństwo to sprawa doczesna podległa władzy świeckiej, a nie duchownej. Skoro protestant odrzuca ten sakrament jako taki, to czy może być jego szafarzem lub przyjąć go? Skoro wymagamy zgodnie z zasadami tradycyjnej sakramentologii od szafarza intencji tego co czyni Kościół to tutaj tej intencji nie ma - szafarz nie chce udzielić ani przyjąć sakramentu małżeństwa. Małżeństwo katolicko-protestanckie z pewnością będzie jedynie kontraktem cywilnym zwartym w pięknym sakralnym otoczeniu z ckliwym kazaniem oraz może nawet kadzielnym dymem. 
b) małżeństwo katolicko-prawosławne
Do ważności takiego małżeństwa istnieją dwie przeszkody. Pierwszą z nich jest szafarz. To czego zabrania Kościół klerykom, na to pozwala cerkiew swojemu duchowieństwu. Szafarzem małżeństwa w prawosławiu jest prezbiter. Jak zatem ma zajść sakrament skoro jeden z szafarzy ceduje swoje szafarstwo na kogoś nieuprawnionego? A nawet jeśli uznamy, że kwestia szafarza jest zupełnie drugorzędna to pozostaje kwestia nierozerwalności małżeństwa. Chociaż cerkiew optuje przeciw rozwodami, to jednak dopuszcza je i praktykuje drugie pokutne małżeństwo. Czy jeśli jeden z nupturientów implicite dopuszcza możliwość zawarcia drugiego małżeństwa to czy wyraża zgodę na sakrament małżeństwa rozumiany po katolicku? Moim zdaniem nie. Małżeństwa mieszane katolicko-prawosławne uznaję zatem za niesakramentalne podobnie jak te katolicko-protestanckie.
c) małżeństwo katolicko-starokatolickie
Specyfika denominacji starokatolickich jest złożona. Chociaż starokatolicyzm co do zasady uznaje sakramenty to jednak cechuje się indywidualizmem doktrynalnym. Wierni nie są obowiązani wierzyć wiarą boską w głoszone przez te wyznania prawdy. Oznacza to, że cała sakramentologia nie jest również dogmatyczna. Wobec tego wszystko to co Kościół o małżeństwie naucza nie zobowiązuje pod rygorem grzechu śmiertelnego. Notabene starokatolicy w większości odrzucają spowiedź lub traktują ją fakultatywnie. To co napisałem odnośnie do małżeństwa katolicka-starokatolickiego suponuje pewne wątpliwości, jednak w porównaniu z poprzednimi wyznaniami są one najmniejsze i  dużej mierze zależą z którą wspólnotą starokatolicką mamy do czynienia.

Wyklęty kleryk nie ma żadnych wątpliwości że klasyczne małżeństwa międzyreligijne są kontraktem niesakramentalnym z powodów przytoczonych we wstępie do niniejszego wpisu. Kościół zawsze przed małżeństwami mieszanymi przestrzegał i surowo je wzbraniał. Dziś tak hojnie udziela w tym względzie dyspens, że wielu proboszczów, w tym mój proboszcz różności wyznania nie uznaje już wcale za przeszkodę i rozkazuje by nie wpisywać tej przeszkody małżeńskiej w kartotekach parafialnych. W praktyce zakaz małżeństw mieszanych został zniesiony. Jest to tragiczna sytuacja - Kościół już kilkadziesiąt lat temu zaczął zezwalać na życie w związkach niesakramentalnych. Po zadekretowaniu niesakramentalnych małżeństw mieszanych, odrzuceniu fundamentalnego celu małżeństwa (a przynajmniej odsunięciu go na bok) przychodzi dzisiaj kolejna fala protestantyzacji małżeństwa, które powoli przestaje być sakramentem. Wierni nauczani przez fałszywych pasterzy tracą zdolność do zawierania tego sakramentu. Dzieje się to na naszych oczach. Trwa depopulacja fizyczna oraz duchowa. One idą ze sobą w parze. Cywilizacja śmierci triumfuje. Jak długo to ma trwać Boże?

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 19 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 3 - gościnność ambony

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj o czymś co bardzo wzburzało moje nerki gdy byłem w seminarium. Gościnność ambony to praktyka dopuszczania heretyków do głoszenia wiary w katolickich świątyniach. Cały absurd sprowadza się nawet nie do samej praktyki ale reakcji wiernych. Większość z nich gdyby nie mandat hierarchiczny na tego typu akcję po prostu wyszłaby ze świątyni oburzona. Tymczasem ci maluczcy gdy tylko usłyszą o jakimś mitycznym przywileju to zamykają oczy wiary, a otwierają ślepe konformistyczne posłuszeństwo. A nawet gdyby przywilej był to czy praktyka stałaby się przez to godziwa? Rozważmy... .

Przez wieki kazanie, czy też homilia były pozaliturgiczną posługą słowa. Po prawie 20 wiekach istnienia Kościół uznał, iż jest to jednak przepowiadanie liturgiczne i podniósł na Soborze Watykańskim II jego rangę. Odnośne teksty na temat homilii znajdują się w 52 i 53 punkcie Konstytucji o Świętej Liturgii. Niestety wraz z podniesieniem rangi tej formy przepowiadania nastąpiła postępująca pauperyzacja. O jej pozostałych formach czytelnicy dowiedzą się z innego wpisu. Skoro homilia lub kazanie jest częścią liturgii to stanowi ona publiczną Służbę Bożą, należy więc do misterium Kościoła, do sposobu jej przeżywania, szczególnie że jest związana przede wszystkim z celebracją mszalną. Wyklęty kleryk wyznaje relatywizm homiletyczno-liturgiczny. Chociaż uznaje on za prawdę postulat soborowy, co potwierdzają homilie wielkich Doktorów Kościoła, które zaiste są Słowem Bożym, to jednak liturgiczność homilii czy też kazania uzależnia od treści i formy. Liturgia bowiem domaga się właściwej treści i godnej formy. Nie są więc homiliami, czy też kazaniami jakieś przedstawienia dla dzieci, wywody społeczno-polityczne a także prywatna dumka modernistycznych pastuchów. Z uczciwością za kazania wyklęty kleryk nie uznaje także swoich wpisów na niniejszym blogu.

A zatem skoro to liturgia domaga się ona także odpowiedniego szafarza. Szafarzem słowa Bożego jest ważnie wyświęcony kleryk w odpowiednim stopniu. I tak wielowiekowa Tradycja Kościoła za kleryka zdatnego głosić kazania w czasie Mszy Świętej uznaje biskupa oraz prezbitera. Diakon może wygłosić taką naukę tylko za pozwoleniem biskupa lub prezbitera. Potwierdza to wyraźnie kanon 767 Kodeksu z 1983 r: "Wśród różnych form przepowiadania szczególne miejsce zajmuje homilia. Stanowi ona część samej liturgii i jest zarezerwowana kapłanowi lub diakonowi. W
ciągu roku liturgicznego należy wykładać w niej na podstawie świętych tekstów tajemnice wiary oraz zasady życia chrześcijańskiego." Nie ma zatem mowy o żadnych minorystach, świeckich, czy wreszcie heretykach. Aby swój nikczemny zamysł przeprowadzić moderniści wykoncypowali przywilej, którego choć długo szukałem znaleźć nie mogłem. Zresztą nawet gdybym znalazł takowy to materialnie kwestia nie wyczerpuje znamiona przywileju. Z kanonu 76 Kodeksu z 1983 r: "Przywilej, czyli łaska udzielona dla pożytku pewnych osób, fizycznych lub prawnych, szczególnym aktem, może być przyznany przez ustawodawcę oraz przez władzę wykonawczą, której prawodawca dał taką władzę." Jakiż tutaj jest pożytek i jaka łaska? Uczono mnie na modernistycznym fakultecie teologicznym że przywilej nie może być sprzeczny z obowiązującym prawem, gdyż wtedy zowie się on indultem. Zatem przywilej nawet gdyby się znalazł nie byłby prawomocny. Jaka jest różnica pomiędzy przywilejem, a indultem? Indult to wyjątek od prawa (contra legem) nadany przez prawodawcę kościelnego dla danej osoby np.: indult sekularyzacyjny pozwalający odejść z zakonu, przywilej zaś to coś będącego obok prawa (iuxta legem) np.: przywilej noszenia racjonału dla arcybiskupa Krakowa. 

Rozważmy sprawę od strony czysto moralnej. Skoro wiadomo, że herezja jest czymś szkodliwym, a heretyk szerzy ową szkodliwą rzecz, to czy godzi się go dopuszczać do miejsca z którego można fałsz rozpowszechniać? Szkodzi to samemu heretykowi, którego utwierdza się w błędzie często tytułując go w sposób nieodpowiedni. W końcu dopuszczenie kogoś w Kościele do tak ważnej czynności oznacza aprobatę dla wygłaszanych poglądów. Wreszcie szkodzi maluczkim, którzy stają bezbronni wobec nawet niefarbowanego wilka. Pasterze dopuszczający do takich bezeceństw grzeszą ciężko. I padnie argument, że przecież  praktyka gościnności ambony nie zna głoszenia treści spornych, że jest refleksją teologiczną, łamaniem się Słowem Bożym itp farmazony. Bardzo proszę stworzyć panel dyskusyjny lub pogadankę poza przestrzenią świętą i poza liturgią. Z chęcią wyklęty kleryk zaproszenie przyjmie. Jednak w duchu i prawdzie. Nie wolno nazywać Słowem Bożym coś co nim być nie może. Nawet jeśli heretyk wygłosi luźną refleksję, to sam klimat w jakim się to dzieje, nazywanie pastora księdzem, a superintendenta biskupem oraz cały entourage tego przedsięwzięcia jest z gruntu przesiąknięty herezją indyferentyzmu religijnego. 

W dobie nazywania ambony stołem Słowa Bożego i wynoszenia ponad zdrowy rozsądek parenetycznego wymiaru liturgii mszalnej dochodzi właśnie do profanacji liturgii Słowa. Dopuszczanie szafarzy niekatolickich do ambony to szczególny przypadek communicatio in sacris. Dotyczy bowiem bardzo wymiaru duszpasterskiego i jest wielkim zgorszeniem dla wiernych. Przeciwko praktyce gościnności ambony należy przedsięwziąć radykalne kroki nie wyłączając fizycznej blokady ambony. Świątynia katolicka, a tym bardziej liturgia nie jest prywatnym folwarkiem celebransów. Niech ci pamiętają, że zdadzą sprawę ze swego urzędowania przed Bogiem samym. Wierni zaś obowiązani są takie nauczanie przynajmniej bojkotować czy to przez porzucenie uczestnictwa w ekumenicznych bezbożeństwach lub też ostentacyjne wyjście w trakcie takiego przepowiadania. Jest aktem wielkiej odwagi rozpoczęcie w grupie różańca czy też fizyczna blokada ambony przed wstępującym nań heretykiem. Należy się przeto organizować, a wilki w owczej skórze oręża różańca i zmysłu wiary prostego ludu wiernego rychło się przestraszą. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 18 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 2 - modlitwa o jedność Kościoła

Laudetur Iesus Christus!

Niewiele osób uczestniczących w liturgii analizuje treści modlitw w których uczestniczy. Czy pamiętamy kolektę z ostatniej Mszy Świętej na której uczestniczyliśmy?  Odpowiadając kapłanowi "Amen" potwierdzamy wygłoszoną przez niego modlitwę. Przez wieki przyzwyczailiśmy się mieć zaufanie do funkcjonariuszy kościelnych, dziś jednak w czasach powszechnego zamętu należy mieć się na baczności. Okazuje się bowiem, że nie wszystkie modlitwy które nam się podaje są w istocie katolickie, niektóre z nich wprost przeczą zasadom naszej wiary.

W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan należy zwrócić szczególną uwagę na modlitwę wiernych oraz kolekty. Może się okazać, że ich treść będzie zawierała modlitwę o jedność Kościoła. Drogi czytelniku! Wystarczy pomyśleć o Credo nicejsko-konstantynopolitańskim wypowiadanym przy okazji każdej niedzieli. Wyznajemy w nim wiarę  w "jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół". Wielkie wyznanie wiary Kościoła ormiańskiego dodaje: "wierzę w jeden i jedyny Kościół". Obie formuły są jak najbardziej katolickie, druga nawet precyzyjniejsza. Wiara w jeden Kościół zawiera w sobie ekskluzywizm eklezjologiczny, chodzi ni mniej ni więcej o to że Chrystus Pan założył jeden Kościół, ten Kościół zdaniem Soboru Watykańskiego II trwa (subsistit in) w Kościele katolickim (Lumen Gentium 14). A katolicka wykładania tych słów oznacza, że Kościół Chrystusowy jest Kościołem katolickim. Katolickość Kościoła znaczy że jest on powszechny, tzn prawdy przezeń głoszone i orędzie zbawcze zapośredniczone przez łaskę Bożą jest dawane światu właśnie przez tenże jeden, jedyny, powszechny i apostolski Kościół. Święty Bellarmin podał kryteria rozpoznawania Kościoła Chrystusowego czyli katolickiego, są to kryterium wspólnie wyznawanej wiary, przyjmowania prawdziwych sakramentów i bycia pod zwierzchnictwem prawowitej władzy kościelnej.

Tymczasem wielu domorosłych teologów, często posiadających wysokie stopnie hierarchiczne popada w błąd indyferentyzmu i przedkłada go ponad mądrość Kościoła. Tydzień modlitw o jedność chrześcijan nazywa się tak celowo i nie ma tu żadnej pomyłki. Nie jest to tydzień modlitw o jedność Kościoła. Inicjatywa powstała jeszcze zanim do urzędów kościelnych dopchali się moderniści. Tak więc fałszywi pasterze będą wam drodzy czytelnicy przedkładać różne intencje w stylu módlmy się o jedność Kościoła, owczarni chrystusowej itp. Trzeba kategorycznie i odważnie milczeć, a potem upomnieć celebransa - wiem że jest to trudne. Lektorów i diakonów uprzejmie proszę aby w modlitwie wiernych dokonywali odpowiednich zmian jeśli zapis wezwania jest sformułowany z przedstawioną powyżej herezją indyferentyzmu. Należy usilnie powoływać się na naukę o znamionach Kościoła, na katechizmową formułę św. Bellarmina, wreszcie na Credo którego używamy w czasie liturgii. Chrystus Pan założył jeden Kościół. Jeśli ktoś ma wątpliwości polecam encyklikę Mystici Corporis Christi Piusa XII. W skrócie argumentacja jest prosta. Skoro św. Apostoł uczy, że Kościół to mistyczne Ciało Chrystusa to wobec takiej nauki nie można w kontekście dogmatów o unii hipostatycznej mówić czy pisać o jakimś podziale tego Ciała, albo też wskazywać iż jest więcej niż jedno.

Niestety błędy indyferentyzmu wkradły się także do tłumaczenia Mszału Rzymskiego na język polski. Oto w modlitwie o pokój czytamy: "Panie Jezu Chryste, Ty powiedziałeś swoim Apostołom: Pokój wam zostawiam, pokój mój wam daję. Prosimy Cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i zgodnie z Twoją wolą napełnij go pokojem i doprowadź do pełnej jedności.Który żyjesz i królujesz na wieki wieków." Tymczasem łacińska wersja Mszału Rzymskiego używa czasownika coadunare co oznacza podtrzymywać, utrzymywać, utwierdzać. Zatem modlitwa powinna zawierać się w tej treści: "I zgodnie z Twoją wolą napełnij go pokojem i utwierdzaj (podtrzymuj),  w pełnej jedności." Kapłan świadomy odpowiedzialności za słowa nawet z narażaniem konsekwencji kanonicznych będzie wypowiadał ową modlitwę zgodnie z zamysłem Kościoła. Zawsze może odmówić ją w razie szykan po prostu po łacinie - przełożeni wobec takiego dictum acerbum zwykle odpuszczają. Wierny katolik ma prawo na taką modlitwę nie dać odpowiedzi: "Amen". Jest to bardzo logiczne. Posłuszeństwo należy się bowiem najpierw Pau Bogu, potem Kościołowi i dopiero na końcu duchownemu. Ten ostatni ma prawo do posłuchu tylko wtedy gdy jest wierny posłannictwu Kościoła. 

Pilnujmy zatem wypowiadanych przez siebie modlitw, świadomie afirmujmy modły składane w naszym imieniu przez kapłanów. Słowo ma wielką moc, może wyrażać wiarę, ale może także wyrażać herezję, słowo może błogosławić, a może też przeklinać. Godzi się przytoczyć się na koniec słowa Księgi Powtórzonego Prawa: "Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi." (Pwt 30, 19-20). Ktoś powie, że przesadzam, ale w sprawach kultu Bożego nie ma spraw małych. Wybierajmy prawdę zamiast fałszu.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 17 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz 1 - judaizm włączony do ruchu ekumenicznego

Laudetur Iesus Christus!

Rozpoczęła się kolejna oktawa multikulturalizmu religijnego. W Polsce tydzień modlitw o jedność chrześcijan nie bez powodu poszerzony jest na początku o dzień judaizmu. Jakież było moje zdziwienie gdy na wykładach z dialogu międzyreligijnego dowiedziałem się, że judaizm zostanie wyłożony w ramach wykładu o ekumenizmie. Okazuje się bowiem, że Komisja do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem działa przy Papieskiej radzie do spraw Popierania Jedności Chrześcijan. Wykładowca długo próbował mnie przekonać, że związek judaizmu z katolicyzmem jest tak wielki, iż uznać można je za wspólną nawet religię.

Tegoroczny tydzień jedności i różnorodności zamierzam poświęcić mitom i absurdom ruchu ekumenicznego. Jako pierwszy z nich widzę właśnie włączenie judaizmu do watykańskiej agendy ekumenicznej. Ekumenizm swoją nazwę wywodzi z greckiego οικουμένη co znaczy wspólny dom lub wspólnie zamieszkały obszar. Przez dziesięciolecia ruchu ekumenicznego zrodzonego w łonie protestantyzmu rozumiano go jako dążenia do przywrócenia jedności rozbitemu na różne denominacje chrześcijaństwu. Posoborowie rzekomo katolickie poszło jednak dalej niż hertycy i włączyło w kręgi absurdu także judaizm. Zgodnie z ogólnie przyjętymi tezami religioznawców za chrześcijanina może się uważać ktoś kto wierzy w Trójcę Przenajświętszą i w imię tejże Trójcy przyjął chrzest z wody. Oczywiście nie jest to definicja katolicka, św. Cyryl za chrześcijan uważał jedynie tych którzy przeszli przez chrzest i bierzmowanie, zgodnie z etymologią słowa chrześcijanin, którą wywodzi od imienia Chrystus i partycypacji w Jego namaszczeniu Duchem Świętym. Słusznie się więc uważa za sektę niechrześcijańską Świadków Jehowy i innych im podobnych którzy nie udzielają ważnego chrztu. Dlaczego zatem po wstąpieniu Kościoła do ruchu ekumenicznego zdecydowano się wprowadzić doń także judaizm? Odpowiedź wydaje się prosta, jest nią syjońska i kabalistyczna infiltracja środowisk kościelnych. Po prostu część hierarchii Kościoła, która utożsamia się z tradycją i kulturą żydowską postanowiła uczynić ukłon w stronę swoich braci.  Innego rozwiązania nie widzę, jeśli jakiś czytelnik ma pomysł proszę o dyskusję. Nie ma argumentu żeby judaizm traktować jako denominację chrześcijańską. Nie praktykują oni bowiem ani chrztu, ani nie wierzą w Boga Trójjedynego, chociaż tę wiarę można wywieść ze Starego Testamentu, a przynajmniej jeśli nie jest ona wprost wypowiedziana to zdecydowanie niesprzeczna z treściami Starego Zakonu.

Judaizm trudno nawet nazwać religią. Co prawda odwołuje się on do tradycji mozaistycznej, ale brakuje mu istotnych elementów. Przede wszystkim nie ma w tej religii kultu - nie składa się ofiar ponieważ świątynia starozakonna została zburzona przez samych wyznawców mozaizmu przez ukrzyżowanie Chrystusa Pana. Nie ma także kapłaństwa, choć niektóre środowiska judaistyczne nawiązują do tej tradycji i wyznaczają nawet osoby mające rzekome pochodzenie z pokolenia kapłańskiego. Ci rekonstruktorzy mozaizmu posunęli się nawet do tego, że wybudowali makietę świątyni jerozolimskiej w skali 1:1. Cóż z tego skoro nie stoi i nie może stać we właściwym miejscu. Do jakiej religii można porównać judaizm? Jest nią np buddyzm. Współczesny judaizm jest bardziej filozofią plemienną osób identyfikujących się z tradycją mozaistyczną niż religią sensu stricto.

"Módlmy się i za żydów wiarołomnych: niech Bóg i Pan nasz zdejmie zasłonę z ich serc, aby i oni poznali Jezusa Chrystusa Pana naszego. Wszechmogący, wieczny Boże, który nawet wiarołomnych żydów nie odrzucasz od swego miłosierdzia, wysłuchaj próśb naszych, jakie zanosimy za ten naród zaślepiony, aby uznając światło prawdy, którym jest Jezus Chrystus, wyrwał się z swoich ciemności." Z modlitwy powszechnej na wielki piątek.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 6 stycznia 2018

Prawdziwe i autentyczne Pismo Święte

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji uroczystości Objawienia Pańskiego ciąg dalszy problemów związanych ze źródłami wiary. Artykuł z zeszłego roku dotyczący relacji Pisma Świętego do Tradycji spotkał się z życzliwym przyjęciem. Mam świadomość że to co dzisiaj napiszę wielu zszokuje, ale niestety trudno przemilczeć fakty. Niestety większość z nas nie posługuje się katolickim Pismem Świętym, chociaż tak jest napisane na egzemplarzach, które jak mniemam wszyscy czytelnicy niniejszego bloga posiadają.

Najpierw trzeba przypomnieć, że Pismo Święte jest integralną częścią Tradycji. Po pierwsze dlatego, że Słowo Boże początkowo było przekazywane ustnie, dopiero potem zostało spisane, a po wtóre dlatego, że ostatecznie Magisterium Kościoła orzekło o tym które księgi są kanoniczne, a które nie. W sposób ostateczny na temat Pisma Świętego - jego składu i doktryny natchnienia wypowiedział się sobór trydencki, którego orzeczenia z pewnością należą do Tradycji. Jednak czytając dokumenty soborowe natrafiamy na coś więcej jak tylko spis ksiąg. Okazuje się, że Kościół kanonizował także określoną wersję Pisma Świętego, jest nią Wulgata, czyli przekład powszechny dokonany przez św. Hieronima ze Strydonu na polecenie papieża Damazego I wydanego w 382 r.  Wulgata była przez wszystkiego kolejne wieki najchętniej wykorzystywaną wersją Biblii w Kościele. Wobec tego na IV sesji soboru trydenckiego 8 kwietnia 1545 r wydano tak zwany Dekret o Wulgacie,w którym czytamy:  "Ponadto tenże święty Sobór, uważając, że niemało korzyści może wyniknąć dla Kościoła Bożego jeśli ze wszystkich używanych wydań łacińskich Świętych Ksiąg wskaże, które należy uważać za autentyczne, postanawia i wyjaśnia, że starożytne wydanie Wulgaty, które zdobyło uznanie przez długie używanie w ciągu tak wielu wieków w Kościele, jest uważane za autentyczne w publicznym nauczaniu, debatach, kazaniach i wykładach, i żeby nikt nie odważył się ani nie śmiał odrzucić go pod jakimkolwiek pretekstem." Co to oznacza? Że podobnie jak nie można zmieniać orzeczonych na tymże soborze ksiąg, tak i nie można odrzucić Wulgaty jako oficjalnego tekstu Pisma Świętego. Sobór trydencki dodaje także w tej samej sesji klauzulę anatema sit dla tych co odrzucają któreś z ksiąg natchnionych lub katolicki przekład czyli Wulgatę: "Jeśli ktoś tych Ksiąg nie przyjmie jako świętych i kanonicznych w całości, wraz ze wszystkimi ich częściami, tak jak w Kościele katolickim są one czytane i przyjmowane w dawnym wydaniu łacińskim Wulgaty, a wspomnianymi Tradycjami świadomie i dobrowolnie wzgardzi, niech będzie wyklęty." Znamienna jest wzmianka o dawnym wydaniu Wulgaty - już bowiem w kilka lat po soborze zaczęto rozprawiać nad krytyką tekstu Wulgaty. Pojawiło się bowiem szereg kopii różnej często treści, wszystkie opatrzone rzekomym hieronimowym pochodzeniem. Zaczęto więc tworzyć kolejne wydania Wulgaty, w końcu za pontyfikatu Piusa X powołano Komisję Biblijną dla stworzenia Neowulgaty. Prace przeciągnęły się tak długo, że wydanie w jednym kodeksie pojawiło się dopiero po 70 latach w 1979 r. Efektem końcowym było włączenie do tekstu apokryfów - 3 i 4 Księgi Ezdrasza oraz Modlitwy Manassesa. Do tego w krytyce tekstu wykorzystano prace protestanckich egzegetów i wydane przez nie "wulgaty". Niech więc sami czytelnicy pomyślą, czy taki kodeks może się zwać oficjalnym tekstem Pisma Świętego Kościoła Katolickiego?

Gdyby tego było mało konferencje episkopatów za nic mają postanowienia Stolicy Apostolskiej i wydają Biblie wg własnych tłumaczeń, pomijających zupełnie nawet osławioną neowulgatę. I tak w Polsce obowiązuje w liturgii Biblia Tysiąclecia, która podobno jest przekładem z języków oryginalnych. Nie lepiej jest w innych krajach. Dochodzi do wydawania Biblii ekumenicznych - istnieje nawet taka w Polsce, a więc pisana wespół z heretykami, którzy Pismo Święte cytują przewrotnie niczym szatan zniekształcają poszczególne wersety lub usuwają albo dodają całe księgi.

Drodzy czytelnicy - Słowo Boże którym się karmimy powinno być wiadomego pochodzenia. Istnieje jedna Biblia katolicka, jest nią Wulgata, jedynym oficjalnym językiem biblijnym jest łacina. Niestety obecnie brakuje współczesnego przekładu Wulgaty sykstyńskiej, będącej pokłosiem prac soboru trydenckiego. Jeśli czytają mnie egzegeci tradycyjni i prawowierni to proszę by temat zgłębili i rozpoczęli pracę nad stosownym tłumaczeniem. Dlaczego zatem wyklęty kleryk świadom iż tysiąclatka ni jest Biblią katolicką cytuje właśnie ją? Odpowiedź jest jasna: ponieważ nie istnieje współczesny pisany zrozumianym językiem Polski przekład Wulgaty, a przynajmniej wyklęty kleryk takowego nie zna.

Jeśli ktoś dalej chce się babrać w Qumranach, źródłach Q, czy skryptach X niech pomyśli jakie owoce przyniosła być może niezbyt dobrze tłumaczona ze starszych tekstów Wulgata, a jakie przynoszą obecne tłumaczenia. Wulgata była przełożona na polecenie prawowitej władzy kościelnej, w posłuszeństwie i z asystencją Ducha Świętego potwierdzoną owocami w postaci szeregu świętych którzy w Wulgacie znaleźli Słowo Życia. Tymczasem do współczesnej egzegezy wkradły się niejasności i spory i każdy w oparciu o wykopane papirusy wyciąga często sprzeczne wnioski. Czy tak godzi się postępować ze Słowem Bożym? Jakie są tego owoce widać... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Warunki betlejemskie, czyli rzecz o bieliźnie kielichowej

Laudetur Iesus Christus!

W świątecznym zabieganiu zapominamy często o sprawach najważniejszych. Ludzie świeccy krzątają się wokół zakupów, przystrajania swoich domów i miejsc pracy często tandetnymi ozdobami. Duchowieństwo zaś spędza ten czas również na mniej lub bardziej właściwych rzeczach. Są więc kapłani którzy biegają od jednego do drugiego spotkania opłatkowego, są też tacy którzy gros czasu spędza w konfesjonale. Przeżycie świąt w jakimkolwiek stanie przyszło nam żyć powinno być związane z refleksją nad przeżywanymi treściami. Dzisiejszego posta kieruję głównie do kapłanów, jednak pozostali wierni też wiele skorzystają, zwłaszcza jeśli w tworzeniu warunków betlejemskich na ołtarzach Pańskich są czynnie zaangażowani.

Rozważmy więc na początek fragment tzw Ewangelii dzieciństwa: "W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie." (Łk 2,1-7) Czytamy, że Najświętsza Maryja Panna owinęła Syna Bożego w pieluszki i złożyła w żłobie. Katolicka mistyka porównuje często kapłana do Maryi. Owa zrodziła Go w sposób cielesny i kapłan ma moc sprowadzenia Chrystusa Pana cieleśnie obecnego w znaku chleba na ziemię. Jak dobrze wiemy z katechizmu owo sprowadzenie Pana Jezusa na ziemię otacza szereg obrzędów zwanych zbiorczo Mszą Świętą. Żeby Msza Święta była ważnie sprawowana potrzeba niewiele: ważnie wyświęconego kapłana, odpowiedniej materii chleba i wina oraz słów i właściwej intencji kapłana sprawującego Najświętszą Ofiarę. Żeby jednak ten akt odbył się godnie potrzeba dużo więcej różnego rodzaju westymentów, pięknie sprawowanych rytów, posługujących etc. Naczynia do sprawowania Mszy Świętej otacza się od czasów co najmniej po apostolskich różnymi okryciami zwanymi bielizną kielichową. Mają one ścisły związek z Ciałem i Krwią Pana Jezusa Chrystusa, dlatego tradycyjnie poświęcać powinien je biskup. Stare przepisy liturgiczne ściśle określają sposób traktowania bielizny kielichowej. Niestety nowe przepisy kwestie te zbywają na tyle krótko, że wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych. Stosując hermeneutykę ciągłości należy więc zachować stare czcigodne obyczaje. Podczas gdy wielu kapłanów toczy boje o krzyże na ołtarzu, odpowiedni ornat, krzyżowanie stuły czy zakładanie manipularza, kwestie ważniejsze pozostają pozostawione bezmyślnej często profanacji. I nie twierdzę, że kapłanom tym brakuje wiary, ale często nie rozumieją hierarchii wartości. A wydaje mi się też, że łatwiej jest przekonać proboszcza czy rektora miejsca do posiadania własnego zestawu bielizny kielichowej i jej wyłącznego użytkowania niż do korzystania z oddzielnych szat liturgicznych. 

Pełniąc służbę liturgiczną w wielu świątyniach natknąłem się na różne rodzaje nieuszanowania rzeczy świętych. Najczęstszą był brak szacunku wobec bielizny kielichowej. Przypominam że należą do niej: korporał (na którym w trakcie tradycyjnej liturgii składane jest Ciało Pańskie), palka (która przykrywa kielich i chroni go przed owadami) oraz puryfikaterz (służący do puryfikacji naczyń liturgicznych - w każdym rycie ma on kontakt ze Świętymi Postaciami). Niektórzy zaliczają także welon kielichowy, jednak ten nie ma bezpośredniego kontaktu ze Świętymi Postaciami i nie jest w NOM-ie obowiązkowy. Pierwszym i najbardziej powszechnym rodzajem nieuszanowania jest pozostawienie troski o bieliznę osobom nieposiadającym wyższych święceń, lub w przypadku NOM-u przynajmniej posługi akolitatu. Jest to plaga. Jeszcze mój Ojciec wspominał, że gdy był ministrantem za dotykanie tychże ubiorów i kielicha groziła ekskomunika. Opowiedział mi że gdy jego kolega wziął do ręki kielich, to choć był próżny przeor wykrzyczał: "ekskomunika". Ile słuszności w tej historii potwierdzą biegli znawcy prawa liturgicznego i kanonicznego. Może ktoś powie przesada, jednak  dbałość o rzeczy święte jest znamieniem prawdziwej pobożności. Dziś paramentów mszalnych i bielizny kielichowej dotykać mogą wszyscy. Jest to z pewnością rodzaj profanacji i kapłani powinni chronić przynajmniej niepuryfikowane naczynia oraz bieliznę kielichową przed dotykaniem ze strony osób nie posiadających odpowiednich święceń. Gdyby tego było mało często zwykłym kobietom poleca się pranie bielizny kielichowej, która często traktowana jest na równi z obrusami czy co gorsza zupełnie świeckim odzieniem... . Już sam pomysł, by pranie tego co ma bezpośredni kontakt z Ciałem i Krwią Pana Jezusa Chrystusa powierzać laikom jest sprzeczny z zamysłem hierarchii, ustanowienia lewitów w Nowym Testamencie, ich to bowiem jest funkcja. Wobec tego procederu logicznym staje się, że również do puryfikowania naczyń liturgicznych, a nawet rozdawania Ciała Chrystusa nie potrzeba żadnych święceń. Znamienne jest iż praktyka dotykania bielizny kielichowej, paramentów mszalnych oraz prania korporału i puryfikaterza poprzedziła wprowadzenie nadzwyczajnego szafarzatu.

Skutkiem desakralizacji bielizny kielichowej jako takiej jest brak troski o nią. Często pozostaje ona zwyczajnie brudna. Używana jest czasem przez kilku kapłanów jedna i ta sama przez kilka dni. Zdarzało mi się widzieć puryfikaterze  w takim stanie, że brało mnie na wymioty... . Nawet ręczniczek do lavabo wydawał mi się czasem czystszy. Drodzy kapłani, jeśli już względy sakralne do was nie przemawiają, to może chociaż higieniczne... . To co się dzieje na kredensjach i ołtarzach wielu parafii przyprawia o zgrozę. I piszę to celowo w Święto Bożego Narodzenia! Bo chociaż wiem, że bielizna kielichowa symbolicznie oznacza prześcieradła w które zostało złożone Ciało Pańskie po ukrzyżowaniu, to jednak analogia do pieluszek w które złożyła Pana Jezusa Chrystusa Najświętsza Dziewica nie jest bez znaczenia. Dla świata każda Msza Święta to swoiste Boże Narodzenie. I chociaż nie mamy wielkiego wpływu do jakiego świata przychodzi Chrystus Pan - możemy jedynie przygotować własne serce i głosić innym nawrócenie - to jednak mamy wpływ drodzy kapłani na to w jakim otoczeniu jest składane Boże Ciało. Polecam Wam drodzy księża uczynić sobie zatem kilka postanowień z okazji zbliżającego się nowego roku:
1. Postaram się o trzy komplety lnianej bielizny kielichowej: korporału, puryfikaterza i palki. Wszystkie będą w kolorze białym. 
2. Dam je poświęcić katolickiemu biskupowi (można w tym celu zrobić sobie pielgrzymkę do Lichenia, gdzie rezyduje abp Lenga - z pewnością pomoże...)
3. Nigdy więcej nie powierzę bielizny kielichowej laikom ani nie będę jej używał wspólnie z innymi kapłanami.
4. Osobiście będę prał codziennie puryfikaterz, a jeśli sprawuję Mszę Świętą tradycyjną także korporał. Wodę z pierwszego prania zleję do specjalnej studzienki, a jeśli jej brak to do roślin. 
5. Pozostałe przybory będę otaczał odpowiednią troską i dbał o ich czystość według potrzeby.

Drodzy kapłani - bielizna kielichowa ma bezpośredni związek z Ciałem i Krwią Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli traktujecie Naszego Pana jak osobę, a akt przeistoczenia jako realne i substancjalne zjawienie się Pana Boga w postaci chleba i wina to przejmiecie się tą lichą dezyderatą jaką do Was wystosowałem. Czy wyobrażacie sobie nie zmieniać bielizny intymnej prze choćby dwa dni? A wielu z Was czyni to wobec bezbronnego Ciała Chrystusa. Święto Bożego Narodzenia uczy katolickiego kapłana pietyzmu wobec spraw związanych z Najświętszą Ofiarą. Śpiewając kolędy wspomnijcie troskę Najświętszej Maryi Panny wobec Dzieciątka Jezus. Wskrzeście w sobie odrobinie empatii i wprowadźcie katolickie sposoby obchodzenia się z Panem Bogiem na Mszach sprawowanych przez Was. Niech Was w tym wspomaga Święta Boża Rodzicielka Maryja.

I przy okazji wszystkim czytelnikom bloga życzę wszystkiego co dobre i katolickie z okazji świąt Narodzenia Pańskiego. Niestety naród dalej kroczy w ciemności, a pasterze śpią. Ale Pan Bóg nie  da swego dziedzictwa na zatracenie. Zachowajmy więc czujność. Christus natus est pro nobis. Alleluia!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 15 grudnia 2017

Jak pokutować w modernistycznej wspólnocie?

Laudetur Iesus Christus!

Kryzys modernistyczny bardzo boleśnie dotknął dyscypliny pokutnej. Jak napisałem w poprzednim wpisie, już nawet tradycyjne okresy pokutne jak na przykład adwent tracą swój pierwotny charakter. Każdy wierzący katolik wie, że aby dojść do zbawienia trzeba pokutować za grzechy które się w życiu popełnia. Katolickie katechizmy wymieniają w aspekcie pokuty trzy najprzedniejsze uczynki człowieka: post, modlitwę i jałmużnę. 

Pokuta należy do ważnych środków zbawienia, niestety jednak we współczesnych domach formacji, wielu wspólnotach zakonnych duch pokuty nie tylko upadł, ale jest także prześladowany. Świadczy o tym niedawny list byłego nowicjusza, który skarżył mi się na to że przełożeni wyrzucili go z powodu nałożenia sobie pokuty ponad to co wymagał zakon. Przy tym nie złamał on posłuszeństwa - nie dostał on żadnego polecenia czy upomnienia, a jedynie wydalenie. Takich przypadków jest wiele i trzeba się umieć przed tym skutecznie bronić. 

Jak więc pokutować w nowym seminarium czy zakonie, żeby korzystać ze środków które Kościół słusznie zaleca, a jednocześnie nie podpaść przełożonym i tak zwanym współbraciom? Może najpierw aspekt pozytywny. Chrystus Pan naucza: "Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (...) Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz,  aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie." (Mt 6, 1-6; 16-18) Jeśli więc jest coś pozytywnego w prześladowaniu pokuty, to jest to właśnie wymóg czynienia jej w ukryciu - bowiem prześladowanie zakłada zejście do podziemia. Paradoksalnie opresja w tej dziedzinie ułatwia więc wykonanie Chrystusowego polecenia.

Tak więc czyny pokutne należy wypełniać w ukryciu nie tylko z powodu tego, że Chrystus Pan tak nakazał ale dziś także ze względów koniunkturalnych. W ukrywaniu się z pokutą nie ma nic przeciwnego wobec posłuszeństwa. Zakłada to nawet w pewnym stopniu ułatwienie tej rady ewangelicznej, w momencie bowiem ujawnienia naszych  praktyk pokutnych narażamy przełożonego jeśli jest modernistą na to, że do swoich grzechów dołoży jeszcze często nadużycie władzy oraz odwodzenie podległego wiernego od łask płynących z pokuty. Trzeba jednak spełnić dwa warunki: praktyki pokutne nie mogę szkodzić zdrowiu i nie mogą odbijać się na obowiązkach stanu. Pokuta choć jest obowiązkowa stanowi jednak coś ponad nasze obowiązki codzienne i tylko wtedy jest miła Pan Bogu gdy jest ofiarowana w połączeniu z troską o życie jakie nam dał oraz obowiązki stanu jakie nam nałożył.

Jeśli chodzi o post, to w życiu wspólnotowym odpadają wszelkie czyny o charakterze publicznym. Niejedzenie posiłku lub ostentacyjne odstawianie pokarmów mięsnych czy innych ściągnie uwagę braci seminaryjnej czy zakonnej. Będzie to niestety uznane za dziwactwo. Łatwo jednak jest przeprowadzić post ilościowy - zjeść tylko trochę, albo poza refektarzem nie przyjmować żadnych pokarmów, co w wielu seminariach dalej jest dużym wyrzeczeniem. Co prawda w moim seminarium jedzenie się poprawiało, ale pamiętam jeszcze na I roku jak zdarzał się Łazarz, a do samego końca Hizop - te pokarmy swoje nazwy miały nie bez powodu... . Po latach wspomina się je z uśmiechem, ale człowiek który chciał pościć, mógł się przy nich umartwić, co poniektórzy twierdzili że także stracić zdrowie... . Tak więc post w wymiarze ilościowym jest jak najbardziej możliwy i szczerze pisząc ten rodzaj postu bywa najbardziej dotkliwy. Pościć można także ograniczając dostęp do mediów - znowu ma to rację wtedy kiedy ograniczamy rozrywkę. Jeśli jakiś kleryk prowadzi w mediach ewangelizację to nie wolno mu z niej rezygnować pod pozorem postu. Analogicznie można potraktować kwestie związane z rekreacją przy czym trzeba znowu uważać by nie narazić się na bycie niewspólnotowym - to bardzo poważny delikt w modernistycznych domach formacji zagrożony nawet usunięciem. Pamiętać należy, że post to wyrzeczenie się jakiegoś dobra należnego. Nie robimy żadnej ofiary wyzbywając się grzechu - to jest nasz obowiązek. 

W kwestii modlitwy sprawa wydaje się prosta. Seminarium czy klasztor powinien być oazą modlitwy, a kleryk który dużo się modli powinien być wzorem dla współbraci. Niestety praktyka pokazuje że również pobożność jest tępiona przez modernistów. Modlić się należy tyle i ile przewiduje plan dnia. Spędzanie nawet rekreacji na modlitwę może być w niektórych miejscach uznane za dewocję. Oczywiście nie brakuje osób, które są pobożne tylko na pokaz, jednak one zwykle miarkują się gdy widzą, że swoim pozerstwem przesadziły. Prawdziwa pobożność nie zważa na otoczenie. Co prawda człowiek pobożny nie zaniedba swych obowiązków codziennych, ale zwykle ma też siłę ducha by oprzeć się bezczelnym często docinkom wspólnoty. Postawa taka szybko uznawana jest przez przełożonych za niepasującą do wspólnoty. Ks. Jochemczyka wyrzucono za "kiczowatą pobożność" - ilu nieznanych nam kleryków nie mogło z podobnych względów zrealizować swojego powołania? Modlitwy w zakresie zewnętrznym należy więc ograniczyć do czasu wyznaczonego przez plan dnia. Bezpiecznym czasem umożliwiającym zwiększenie czasu spędzonego na rozmowie z Panem Bogiem jest poranek. Raczej nikt nie pogoni kleryka czy zakonnika który wcześniej przyjdzie do kaplicy lub kościoła, pod warunkiem że nie zbudzi socjuszy. Należy nauczyć się modlitwy nieustannej i przebywania ciągłego z Panem Bogiem. Różaniec można w ciszy odmawiać w czasie pracy fizycznej, to samo dotyczy dodatkowego rozmyślania. Nawet przejście z jednego zajęcia do drugiego można wypełnić nabożną myślą. Święci są doskonałym przykładem jak realizować Boże życie często w ukryciu przed całym światem. 

Wreszcie jałmużna. Wydawać by się mogło, że skromne zasoby kleryka czy zakonnika uniemożliwiają wypełnianie tej rady ewangelicznej. Nic bardziej mylnego. Oczywiście afiszowanie się przeznaczeniem jakiejkolwiek sumy zwłaszcza w środowisku zakonnym i to z tego co stanowi kieszonkowe na najbardziej potrzebne sprawy osobiste może być odebrane negatywnie. Należy jednak pamiętać, że jałmużnę można uczynić także z rzeczy niematerialnych, choćby z czasu wolnego. Rozmowa z irytującym współbratem, albo poświęcenie dodatkowo komuś czasu lub pomoc w wykonaniu czyjegoś oficjum jest jałmużną, często bardziej wartościową niż sypnięcie groszem, który zbywa. 

Reasumując - realizowanie pokuty w realiach współczesnego modernizmu choć nie jest łatwe to jednak jest możliwe. W przeciwieństwie do wyznawania i praktykowania czystej wiary zwykle nie wymaga heroiczności cnót. Pomimo szeregu problemów na jakie trafia pokutujący znamienny jest aspekt pozytywny - łatwość w wypełnieniu Chrystusowego nakazu czynienia pokuty w skrytości. I tym optymistycznym akcentem pragnę wszystkich wiernych Tradycji kleryków żyjących w seminariach, księży w parafiach czy konwiktach lub osoby konsekrowane w klasztorach zachęcić do praktykowania pokuty za grzechy własne i całego świata. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 7 grudnia 2017

Adwent nie jest okresem radosnym

Laudetur Iesus Christus!

W modernistycznym slangu liturgicznym przyjęło się mówić, że adwent to radosny okres przygotowania na przyjście Chrystusa Pana. I jakby na temat nie spojrzeć, coś tu nie pasuje. Bo oto nawet posoborowa liturgia przywdziewa kapłana w fioletowe szaty, odmawia śpiewania gloria na niedzielnej Mszy świętej oraz wygasza światła na roratach oraz zaleca nie przyozdabianie kwiatami ołtarza.

Adwent to czas oczekiwania, a z czym nam się oczekiwanie kojarzy? Z dłużącym się czasem oraz z niepewnością. Również wezwania jakie są do nas kierowane nie napawają radością. Przez wieki adwent nazywany był małym postem. Do dzisiaj zachęca się wiernych do podejmowania tak zwanych postanowień adwentowych, a w zakonach praktykujących surowszy styl życia tradycyjnie zachowuje się post. 

Z teologicznego punktu widzenia adwent dzieli się na dwa podokresy. Do 16 grudnia liturgia skupia się wokół tematu paruzji. I tak pentekostalistycznie nastawione wspólnoty będą się radować, bo przecież przyjdzie Pan na końcu czasu. Ale właśnie adwent skłania nas do zastanowienia czy aby na pewno na to przyjście powtórne jesteśmy gotowi? Zachęta do spowiedzi, którą nawet wielu letnich katolików przed świętami Bożego Narodzenia praktykuje jest oznaką tego, że nasza kondycja moralna i duchowa znacząco odbiega od tej, którą stawia nam za wzór Ewangelia. Kolor fioletowy to oznaka nie tylko oczekiwania, ale także pokuty... . Drugi okres od 17 grudnia do wigilii Bożego Narodzenia to czas bezpośredniego przygotowania na obchód Bożego Narodzenia i także tu gdy się głęboko zastanowimy to Izrael czasów przedmesjańskich nie miał wielu powodów do radości. Targany wieloma wojnami, kataklizmami, wewnętrznymi schizmami wreszcie zupełnym upadkiem w pogańskich kultach zdawał  się zapomnieć o obietnicach proroków. A kiedy czas się wypełnił nie rozpoznał czasu swego nawiedzenia i zatracił wybraństwo odrzucając Pana Jezusa Chrystusa. Także więc ten czas nie jest radosny, bo przypomina nam prawdę że choć Chrystus Pan zgodnie z obietnicą przyszedł, przychodzi i przyjdzie, to jednak człowiek bardzo często to przyjście ku swojej zagładzie porzuca.

Kiedy więc spotkamy się z radosną narracją adwentową w pokorze serca podejmijmy refleksję. Czy stan naszego życia jest taki że z radością możemy przywitać naszego Pana? Jeśli jednak tak nie jest to w pokucie żałujmy naszych win podejmijmy wielowiekową tradycję adwentu jako okresu wzmożonych praktyk ascetycznych. Kto wie czy to nie ostatni nasz liturgiczny adwent, a oczekiwanie na przyjście Pana Jezusa spełni się poprzez nasze przyjście na sąd Boży po śmierci? Pomni na rzeczy ostateczne nawracajmy nasze serca W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 30 listopada 2017

Faktyczna detronizacja Pana Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi Panny

Laudetur Iesus Christus!

Minął ponad rok od głośnego medialnie aktu uznania Jezusa Chrystusa za Pana i zbawiciela w krakowskich Łagiewnikach. Akt ten miał uspokoić rzesze "nawiedzonych" członków ruchów intronizacyjnych. Wydarzenie, które dokonało się ponad rok temu zdaniem wielu teologów, w tym moim bardziej obraziło Pana Boga niż go pochwaliło.

Wróćmy jednak do początków. Po okresie rewolucji heretyckiej, która podzieliła świat chrześcijański na ten katolicki i wiarołomny nic nie było już tak jak wcześniej. Jednak czytelność podziału doprowadziła do względnej normalizacji, czego rezultatem był sobór trydencki. Problem, który trwa do dziś nastał właściwie wraz z oświeceniem. Czas, w którym rozum postawiono przed wiarą i który w konsekwencji Pana Boga sprowadził do zapchajdziury wyjaśniającej nieodkryte niuanse "nauki" doprowadził nie tylko do Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej, ale także do przewartościowania systemu społeczno-politycznego. Oto pokłosiem powstania republiki i demokracji była Wiosna Ludów będąca faktycznie rozszerzeniem Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej na cały Stary Świat. System ten doprowadził do powstania liberalizmu i socjalizmu oraz systemu kolonialnego. Sprawy wiary i moralności w wieku XIX to istne saeculum obscurum. Efektem błędów oświecenia i rewolucji z nim związanych był chaos polityczny XIX w który doprowadził do pierwszego konfliktu na skalę światową. Niestety kolejne narody odwracały się od wiary co doprowadziło do rewolucji bolszewickiej, której skutki tym razem pod niebieskim sztandarem odczuwamy po dziś dzień... .

Kolejni papieże począwszy od Piusa VI w różnych dokumentach potępiali laicyzm, liberalizm, indyferentyzm, a później od św. Piusa X także modernizm, który faktycznie swoje korzenie zapuszcza w XVIII w. Dopiero po I wojnie światowej przychodzi faktyczna diagnoza obecnego stanu rzeczy. Pius XI w encyklice Quas Primas stwierdza: "Jeżeli więc teraz nakazaliśmy, aby cały katolicki świat czcił Chrystusa jako Króla, to przez to chcemy zaradzić potrzebom dzisiejszych czasów i podać szczególne lekarstwo na zarazę, jaka nawiedziła społeczeństwo ludzkie. A tą zarazą jest tzw. laicyzm, czyli zeświecczenie, jego błędy i niecne dążenia: a zbrodnia ta, jak Wam wiadomo, Czcigodni Bracia, nie naraz dojrzała, lecz od dawna już kryła się wśród państw. Zaczęto bowiem od zaprzeczenia panowania Chrystusa nad wszystkimi narodami; odmówiono Kościołowi władzy nauczania ludzi, ustanawiania praw, rządzenia narodami, którą to władzę otrzymał Kościół od samego Chrystusa, by ludzi prowadzić do szczęśliwości wiekuistej. Zaczęto tedy powoli zrównywać religię Chrystusową z innymi fałszywymi i stawiać ją niegodziwie wprost w tym samym rzędzie; a następnie poddano ją władzy świeckiej i wydano ją prawie na samowolę panujących i rządów. (...) Nie brakło też państw, które uważały, że mogą obejść się bez Boga i że ich religia, to bezbożność i lekceważenie Boga." Dziś możemy stwierdzić iż państwami tymi są republiki - nie tylko te mianowane z tak zwanych konstytucji, ale także te które porzuciły trwałe systemy monarsze, a przede wszystkim ustrój katolicki.

Ten krótki rys historiozoficzny jest konieczny by ukazać czytelnikom kontekst. Świat przez 200 lat konsekwentnie porzuca wiarę i gdy wydaje się że głębiej pogrążony być już nie może powstaje wielki prorok - papież Pius XI który ogłasza Urbi et Orbi że Chrystus Pan jest królem każdej rzeczywistości doczesnej i wiecznej. Ogłasza on uroczystość Chrystusa Króla i poleca każdemu człowiekowi i społeczności ludzkiej dobrowolne poddanie się Bożemu panowaniu jako lekarstwo na choroby które toczą świat. Niestety orędzie to zostało odrzucone. Kolejne państwa katolickie zmieniają ustrój, dochodzi do wybuchu II wojny światowej, rozszerzenia się imperium zła w świecie w postaci nazizmu i komunizmu. I gdy wydaje się że po takiej katastrofie ludzkość powinna w końcu uznać swoje miejsce w porządku świata, swoją podległość wobec Chrystusa Króla zostaje zwołany sobór, na którym Chrystusa Króla hierarchia kościelna detronizuje. Dokonuje się to poprzez rezygnację z głoszenia katolickiej nauki społecznej o komunizmie, ale także liberalne tezy dokumentów: Gaudium et spes, Nostra aetate czy Dignitatem humanae. Zwłaszcza lansowana wolność religijna, która faktycznie jest praktycznym indyferentyzmem religijnym, nawet jeśli nie została tak zapisana, to tak jest praktykowana. I wreszcie po rzeczonym soborze wystrzelono Chrystusa Króla w kosmos ogłaszając go bliżej nieokreślonym Królem Wszechświata. 

Ostatnie dziesięciolecia pokazały praktyczną detronizację Chrystusa Króla z przestrzeni Kościoła. Przebudowa świątyń, tak aby centralne miejsce zajmował człowiek, a nie Pan Bóg, rezygnacja z państw katolickich, uznawanie wszystkich religii jako narzędzi Ducha Świętego to tylko niektóre przejawy zgnilizny. Finał tego wszystkiego obserwowaliśmy w trakcie przygotowań do sławetnej intronizacji, którą ostatecznie KEP skutecznie storpedował. Dyskusje pseudoteologiczne jakie wtedy toczono napawały mnie wstrętem i obrażały moje uczucia religijne. I warto wymienić głównego niszczyciela idei poddania się panowaniu Chrystusa Króla w Polsce - bp Andrzeja Czaję. Śmiem twierdzić, że akt którego dokonał był detronizacją nie tylko Chrystusa Króla, ale także Najświętszej Dziewicy. Bo skoro jak stwierdził ów biskup - Chrystus Król nie może być królem Polski, bo panuje nad całym uniwersum i taki akt zawężałby Jego panowanie, to również intronizacja Maryi na Królową Polski byłaby błędem teologicznym. 

Po 200 latach porzucania wiary przez różne społeczności świeckie i obrony tejże wiary przez Kościół przychodzi okres, w którym to Kościół, a przynajmniej Jego część przez czyny i słowa hierarchii tej wiary się wypiera. Szczególnie w czasach zamętu musimy wiarę katolicką zachować i bronić jej. Nie zaniedbujmy więc sprawy intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Domagajmy się jej od władz świeckich i duchownych w dalszym ciągu, a sami liturgicznie i praktycznie intronizujmy Chrystusa w naszych sercach i rodzinach. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 21 listopada 2017

Fasadowe prawo kościelne

Laudetur Iesus Christus!

Posoborowy kryzys Kościoła dotknął także wymiaru dyscyplinarnego. Jego najbardziej widocznym efektem jest nowy Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. Deregulacja prawna Kościoła moim zdaniem przebiegała w dwóch etapach. Pierwszym z nich było dostosowanie istniejących norm do rzeczywistości posoborowia. Wbrew pozorom wdrażanie złośliwych reform zakończyło się dopiero promulgowaniem nowego kodeksu, w którym przepisano najbardziej wątpliwe teologicznie fragmenty nauczania Vaticanum II. Drugi etap trwa do dzisiaj i polega na doprowadzeniu do totalnej anomii życia kościelnego. Głównym wykonawcą rewolucji antyprawnej w Kościele jest sam Franciszek i jego poplecznicy.

Dla każdego wierzącego prawnika sens istnienia prawa jest jasny. W sytuacji po grzechu pierworodnym natura ludzka skażona jest złem i jako taka potrzebuje pewnych zewnętrznych regulacji zwanych prawem po to aby wspomóc naturalną władzę wolitywną, jaką jest sumienie w podejmowaniu słusznych wyborów. Prawo dzielimy na Boże i ludzkie, naturalne i pozytywne. Prawo Boże naturalne streszcza się w złotej normie: "czyń dobro, a zła unikaj", zaś prawo Boże pozytywne to wszystkie przykazania jakie przekazuje nam Objawienie, co w dużym uproszczeniu sprowadza się do dekalogu. Z kolei prawo ludzkie naturalne sprowadza się do zasady: "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe i czyń innym tak jak chcesz by tobie czyniono", z kolei prawo ludzkie pozytywne to wszelkie kodeksy, konstytucje, regulaminy itp rzeczy stanowione zwykle przez określony organ władzy prawodawczej zwanej u idealisty oświeceniowego Monteskiusza władzą ustawodawczą.

Po co ludzie tworzą prawo? Otóż tam gdzie prawo naturalne nie wystarcza potrzeba stworzenia jednolitego systemu normatywnego, który ureguluje problematyczne strefy życia. Trzeba jasno stwierdzić, że prawo naturalne jest zawsze przed pozytywnym. Tej zasady przestrzegał także Pan Bóg, jednak w sytuacji kiedy ludzie zbłądzili nie zdał ich jedynie na wewnętrzne poruszenia sumienia, ale nadał kodeks postępowania, czyli prawo pozytywne. Prawo kościelne jest specyficznym rodzajem prawa, gdyż jako prawo pozytywne łączy w sobie elementy prawa Bożego i ludzkiego - tak przynajmniej winno być w założeniu. Również państwa, które niegdyś określały się jako katolickie powinny przyjąć taki model, aby określenie "katolicki" nie było zwykłym pustosłowiem.

Kościół apostolski kierował się w swym postępowaniu jedynie duchem Ewangelii i było to w większości przypadków skuteczne. Jednakże już spór pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem dotyczący przestrzegania przepisów starozakonnych oraz ewangelizacji gojów doprowadził do konieczności regulacji na Soborze Jerozolimskim. Tak zaczęła się historia tworzenia pozytywnego prawa kościelnego. Śledząc kolejne sobory dostrzegamy jak kolejne problemy implikowały tworzenie się kolejnych regulacji spisywanych zwykle w tak zwanych kanonach. Już pierwsze sobory poza warstwą dogmatyczną, zawierały także zbiór przepisów. Stan taki trwał aż do soboru trydenckiego, kiedy ostatni raz sobór uchwalał prawo dla całego Kościoła. Sobór watykański I żadnych przepisów zatwierdzić nie zdążył, natomiast sobór watykański II miał "inny charakter" wobec czego na nim także nie uchwalono żadnego prawa. Niejako logicznym uzupełnieniem Vaticanum II stał się więc Kodeks Prawa Kanonicznego (KPK) z 1983 r.

Czytając różne przepisy prawa pozytywnego wchodzimy w specyficzny język prawniczy. Zdania z których złożone są normy tworzone są w trybie orzekającym, do tego w większości przypadków istnieje klauzula nie-wykonywalności danej normy, czyli tak zwana sankcja. I tak na przykład norma z Konstytucji RP która chroni życie ludzkie obarczona jest sankcją zawartą  w kodeksie karnym: "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności." Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie istnieje sankcja. Czym w tym przypadku jest norma o ochronie życia ludzkiego? Przestaje być normą prawną, a staje się jedynie normą moralną. Ponieważ jednak morderstwa się zdarzają konieczne jest prawo, które ureguluje kwestię morderstw.

Do 1983 r w podobny sposób funkcjonowało prawo kościelne. Kodeks z 1917 r zawierał ściśle sprecyzowane normy prawne i wyliczał kary za ich nieprzestrzeganie. Nowy kodeks w dużej mierze jest zbiorem pobożnych życzeń, a sformułowania: "należy", "zaleca się", "powinno się" itp zdecydowanie dominują nad: "jest", "są", "będą" itd. Czytelnicy rozumieją chyba dobrze co mam na myśli... . Warto zresztą zajrzeć do udostępnionych w sieci kaonów tego "prawa". Na przykład:

Kan. 1184 - § 1. Jeśli przed śmiercią nie dali żadnych oznak pokuty, pogrzebu
kościelnego powinni być pozbawieni:
 1 notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy;
 2 osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze
chrześcijańskiej;
 3 inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego
zgorszenia wiernych.
 § 2. Gdy powstaje jakaś wątpliwość, należy się zwrócić do miejscowego
ordynariusza, do którego decyzji należy się dostosować. 
Powinni być pozbawieni, co wcale nie oznacza, że muszą być, a w praktyce i tak chowa się wszystkich jak leci... . 

Albo pobożne życzenie w stylu:
Kan. 254 - § 1. Wykładowcy winni się stale troszczyć w nauczaniu przedmiotów o
wewnętrzną jedność i harmonię całej nauki wiary, by alumni doświadczali, że zdobywają
jedną wiedzę. Aby łatwiej to osiągnąć, powinien ktoś w seminarium kierować całym
porządkiem studiów. 
I nic się nie dzieje gdy się nie troszczą oraz gdy nie ma prefekta studiów, albo ten nie wywiązuje się właściwie ze swoich obowiązków. 

Dużo powszechniej zdarza się sytuacja kiedy norma jest określona ale brakuje sankcji, np.:
Kan. 1167 - § 1. Tylko Stolica Apostolska może ustanawiać nowe sakramentalia,
autentycznie tłumaczyć już istniejące, znosić niektóre z nich albo zmieniać. 
Aż prosi się by wprowadzić sankcję na biskupów i prezbiterów, którzy zmieniają liturgię sakramentaliów w sposób sprzeczny z księgami, zaniechają odprawiania niektórych, albo tworzą własne. Z tą rzeczywistością mamy często do czynienia. A norma powyższa jest tak skonstruowana, że w zasadzie trudno jest napisać skargę, nie wiadomo też kto miałby być jej adresatem, kto sędzią w sprawie itd. Oczywiście sprawni interpretatorzy prawa kanonicznego zaraz wykoncypują, że sakramentalia podpadają pod liturgię, a więc do kongregacji kultu Bożego i dyscypliny sakramentów, jednak praktyka pokazuje, że poszczególne urzędy Kurii Rzymskiej chętnie śmierdzące sprawy lubią odsyłać i dykasteria liturgiczna może próbować zbyć problem w kongregacji do spraw duchowieństwa, biskupów, czy nawet nauki i wiary... . Ostatecznie prawo kościelne chociaż dotyka większości spraw życia Kościoła to jednak jest na tyle nieokreślone, że niezmiernie trudne w aplikowaniu. Stąd też jeden z wykładowców prawa kanonicznego stwierdził: "Nowy kodeks to prawo piękne do studiowania, lecz bardzo niepraktyczne do stosowania". I ja się pod słowami tego profesora podpisuję.

W ostateczności prawo kościelne czasem definiuje sankcję, zwykle podając górną granicę kary, jednak prawie nigdy nie określa dolnej. Patologia tego typu wkradła się także do kodeksów cywilnych. Powoduje ona, że mamy do czynienia z szeregiem martwych przepisów za złamanie których nie obowiązuje żadna sankcja lub jest ona symboliczna na przykład pozbawienie wolności w zawieszeniu. Przykładem takiej normy może być poniższy kanon 1366:  "Rodzice lub ich zastępujący, którzy oddają dzieci do chrztu lub na wychowanie w religii niekatolickiej, powinni być ukarani cenzurą lub inną sprawiedliwą karą." Dla kodeksu z 1917 r jedyną karą byłaby tutaj ekskomunika. Trzeba byłoby oczywiście dodać: "dobrowolnie oddają". Dlaczego ekskomunika? Ponieważ jest to praktyczna apostazja - są takie uczynki które stanowią wyznanie niewiary, oddanie własnych dzieci heretykom na wychowanie religijne to przykład takiego aktu. A co oznacza sprawiedliwa kara? Może to być równie dobrze upomnienie... . Ranga problemu i sposób w jaki sprawę rozsądza nowy kodeks budzi daleko idące wątpliwości.

W praktyce kary stosowane są rzadko. Chociaż kodeks przewiduje środki karne, to jednak zwykle nie są one stosowane. Duchownego karze się zwykle upomnieniem, przeniesieniem lub suspensą. Czasami wystarczyłoby zastosować na przykład zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w postaci nakazu zdeponowania prawa jazdy u biskupa, aby np problem wyjazdów do kochanki/kochanka wykluczyć. Ewentualnie przeniesienie na drugi koniec diecezji, ale przenoszenie do innej zwykle jest tylko spychaniem problemu pod dywan i sygnałem dal karanego: "rób co chcesz ale tak by nie było o tobie słychać". Również duchownego, który źle używa dóbr niekoniecznie należy przenosić na karną placówkę, ale obłożyć zakazem posiadania lub poważnym ograniczeniem w tym zakresie. Przenoszenie na karne placówki jest bardzo nieewangeliczne, a ci którzy stosują takie środki zapominają, że nawet w takim Ars znajdują się ludzie, którzy mają prawo do duchownego, który nie idzie tam za karę... . Kary zwłaszcza te kościelne powinny być nakładane zgodnie z troską o zbawienie duszy, przede wszystkim dokonującego występku, a nie tylko dobrego imienia parafii, diecezji czy prowincji kościelnej. Często zresztą dobre imię Kościoła utożsamiane jest błędnie z tak zwanym świętym spokojem. Biskup personalnie odpowiada za zbawienie swoich kapłanów, podobnie jak papież za zbawienie swoich biskupów. W aplikowaniu prawa nie powinni oni nigdy o tym zapomnieć.

Czytając "święte kanony" można odnieść wrażenie, że nowy kodeks stanowi prawo fasadowe. Normy prawne znajdują się jedynie w normach ogólnych, prawie karnym i małżeńskim. Cała reszta to jak stwierdził jeden z moich wykładowców "pobożne bajkopisarstwo, na którym się nie znam i którym nie warto się zajmować". Ów wykładowca był jednym z lepszych jakiego miałem okazję słuchać podczas tak zwanych studiów teologicznych. Niestety część wykładów z prawa miałem z innym księdzem, który bardziej niż samych norm uczył jak skutecznie je omijać i tutaj docieramy do drugiego etapu deregulacji prawnej Kościoła. Faktyczna anomia dotyka bowiem całej rzeczywistości Kościoła. Wszelkie dyskusje na temat przepisów ucinane są zwykle argumentami ad personem i ad hominem - oskarżeniem o faryzeizm, lub w najlepszym wypadku próbą wykazania nieznajomości "ducha prawa". Takie argumentowanie to faktyczne niszczenie wszelkiej praworządności. Używa się przy tym przewrotnie fragmentów z Pisma Świętego, cytując Słowo Boże w sposób iście szatański. Dla wprawnego obserwatora jasne jest, że KPK z 1983 r to tylko etap w postępującej rewolucji neoheretyckiej. Współczesnych modernistów uwiera już nawet ich własne dzieło. Domagają się oni całkowitej wolności. Rezultatem takich działań jest fakt, że poszczególne Kościoły partykularne różnią się od siebie nieraz tak znacznie iż zaczyna budzić to powszechne zgorszenie wiernych. Choćby słynna sprawa dyspensy w Warszawie i kpiarskie artykuły dotyczące postanowień postnych. Biskupi w Warszawie podzieleni są jak widać nie tylko Wisłą, ale także spojrzeniem na dyscyplinę pokutną w Kościele. 

Wierność prawu kościelnemu jest probierzem prawdziwego posłuszeństwa. Chrystus Pan naucza: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie." Łk 16,10. Ta wierność jest poważnie wystawiana na próbę już w trakcie deformacji w nowych seminariach. Kapłani często skarżą mi się, że są przez swoich przełożonych zmuszani do działania w sposób sprzeczny z przepisami, które ci przełożeni nie wydali i często nie mają prawa do dyspensowania od nich. Należy pamiętać, że Pan Jezus nie wymaga posłuszeństwa totalitarnego, a władzę zwłaszcza w Kościele należy traktować jako służbę. Defraudacja własnych uprawnień, dokonywana zwykle przez pospolitą uzurpację to jedno z najczęstszych przestępstw jakiego dopuszcza się duchowieństwo w Kościele poczynając od proboszcza, a kończąc na kardynałach. Z tymi zjawiskami mamy prawo i obowiązek walczyć. Przede wszystkim nie kroczmy drogą kompromisów - nie nalegajmy na łagodzenie prawa - dyspensy i indulty są czymś wyjątkowym i tak je traktujmy. Uwrażliwiajmy innych wiernych na ów problem. Przełożeni defraudują władzę głównie wskutek nacisku właśnie szeregowych wiernych. Paradygmat świętego spokoju wyznawany w większości kurii tak diecezjalnych jak i zakonnych prowadzi do łamania sumień niejednego kapłana.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 9 listopada 2017

Czy nowe świątynie są poświęcane?

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj przeżywamy święto poświęcenia bazyliki lateraneńskiej. Z tego powodu proponuję zastanowić się nad obrzędem jednego z kluczowych dla naszego życia chrześcijańskiego sakramentaliów. Zadaję więc pytanie, czy miejsca do których uczęszczamy są rzeczywiście poświęcone, czy są prawdziwymi świątyniami?

Gdy przygotowywałem się do uczestnictwa w obrzędzie poświęcenia pewnej świątyni, użyłem wyrażenia: "konsekracja świątyni". Mój zmysł wiary mówił mi, że rzeczy i osoby poświęcone Panu Bogu w sposób szczególny się konsekruje. Dlatego mówi się o sakrze biskupiej, życiu konsekrowanym, czy właśnie konsekracji ołtarza, świątyni lub olejów. Kapłan wobec którego się w ten sposób wypowiedziałem wyraźnie dał mi do zrozumienia, że się mylę. I faktycznie dzisiaj dokumenty kościelne sformułowania "konsekracja" używają już tylko w odniesieniu do obrzędu ślubów dziewicy. Wobec sakramentu święceń używa się już wyłącznie w oficjalnych dokumentach słowa ordynacja lub święcenie i to nawet jeśli mowa jest o sakrze biskupiej. W odniesieniu do olejów odpowiednio błogosławieństwo lub poświęcenie. Natomiast świątynie, czy ołtarze się już nawet nie poświęca, ale dedykuje, chociaż w tłumaczeniach można znaleźć "obrzędy poświęcenia świątyni i ołtarza".

Obrzęd konsekracji miejsca przeznaczonego do kultu Bożego ma swoje bogate podstawy biblijne. Już w księdze Rodzaju znajdziemy następujący opis: "A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: «Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem». I zdjęty trwogą rzekł: «O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama nieba!» Wstawszy więc rano, wziął ów kamień, który podłożył sobie pod głowę, postawił go jako stelę i rozlał na jego wierzchu oliwę. I dał temu miejscu nazwę Betel. Natomiast pierwotna nazwa tego miejsca była Luz. Po czym złożył taki ślub: «Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem. Ten zaś kamień, który postawiłem jako stelę, będzie domem Boga. Z wszystkiego, co mi dasz, będę Ci składał w ofierze dziesięcinę»." (Rdz 28,16-22) Także liczne opisy znajdują się w kolejnych księgach mojżeszowych oraz historycznych.

Należy zadać pytanie, czemu służy akt poświęcenia? Poświęcenie jest to nic innego jak przekazanie osoby lub dobra doczesnego na wyłączną służbę Panu Bogu. Akt ten różni się istotnie od błogosławieństwa, które jest prośbą skierowaną do Pana Boga o zesłanie za pośrednictwem określonej rzeczy lub działania konkretnej osoby swojej łaski. Jest oczywistym, że akt poświęcenia będzie w sobie zawierał błogosławieństwo, dlatego w obrzędach święceń przy litanii do wszystkich świętych zachowuje się formułę: "Abyś tych wybranych (do święceń) pobłogosławić, poświęcić i konsekrować raczył". Jednak samo błogosławieństwo nie jest poświęceniem! Swoja drogą znamienne jest, że tak chętnie poświęca się szkoły, przedsiębiorstwa, pojazdy itp świeckie rzeczy, a w odniesieniu do rzeczy ewidentnie służących do kultu Bożego z tak rażąco przykrą konsekwencją stosuje się jedynie formuły błogosławieństwa... . Jak dla mnie jest to przejaw celowej desakralizacji sakramentaliów.

Sakramentalia na podobieństwo sakramentów posiadają strukturę znaku, a więc do ich ważności konieczna jest odpowiednia materia i forma. Materią w przypadku konsekracji świątyni jest odpowiednio wzniesiona i wyposażona świątynia. Na temat organizacji przestrzeni liturgicznej będzie w przyszłości oddzielny wpis. Zakładamy, że ołtarz jest ołtarzem, a nie stołem, że są przygotowane odpowiednie relikwie. Do istoty należy także forma, którą jest modlitwa poświęcenia. Niestety nowa modlitwa poświęcenia nie zawiera formuły wskazującej na akt którego ma dokonać. Kluczowe słowa brzmią: "Dlatego pokornie prosimy Cię, Panie, ześlij pełnię błogosławieństwa na ten kościół i ołtarz, aby zawsze były miejscem świętym i stołem przygotowanym do składania Chrystusowej Ofiary." Formuła zawiera dwa błędy. Pierwszym jest porównanie ołtarza do stołu i pomieszanie porządku składania ofiary z pojęciem posiłku. "Przystępować do stołu Pańskiego" to wyrażenie odpowiednie jeśli są balaski nakryte obrusem. Dziś kiedy nie ma balasek, wierni co prawda przyjmują Komunię Świętą, ale nie przystępują do owego Pańskiego stołu. Drugi błąd, o wiele poważniejszy to użycie prośby o błogosławieństwo, zamiast prośby o uświęcenie. Chociaż modlitwa wyraża przeznaczenie owego miejsca dla Pana Boga na wieczne czasy, to jednak brak prośby: "uświęć", "poświęć", "konsekruj" napawa pewnymi wątpliwościami. Nie mi oceniać, czy wspomniany defekt niweluje sam akt. Wskazuję tylko iż budzi on poważne wątpliwości. Znamienitszych teologów proszę o opinię - tylko bez argumentów w stylu: Stolica Apostolska zaaprobowała więc jest dobrze...

Wątpliwości z poprzedniego akapitu potwierdzają poniższe paragrafy prenotandy do obrzędów poświęcenia świątyni i ołtarza:
"21. Najważniejszym i jedynie koniecznym obrzędem przy poświęceniu ołtarza jest sprawowanie Eucharystii. Zgodnie jednak z powszechną tradycją zarówno Wschodniego jak Zachodniego Kościoła, odmawia się również specjalną modlitwę poświęcenia, która wyraża wolę poświęcenia ołtarza Panu na stałe i prośbę o Jego błogosławieństwo.
22. Obrzędy namaszczenia, okadzenia, nakrycia i oświetlenia ołtarza są widocznymi znakami ukazującymi niewidzialne dzieła, których Pan dokonuje za pośrednictwem Kościoła sprawującego Boże misteria, a zwłaszcza Eucharystię.
23. Na przygotowanym ołtarzu biskup sprawuje Eucharystię, która jest główną i najstarszą częścią całego obrzędu. Sprawowanie Eucharystii jak najściślej wiąże się z obrzędem poświęcenia ołtarza:
- przez sprawowanie eucharystycznej Ofiary osiąga się i jasno ukazuje najważniejszy cel, dla którego ołtarz zbudowano;
- Eucharystia, która uświęca serca przyjmujących ją, w pewien sposób uświęca też ołtarz, jak to niejednokrotnie twierdzili starożytni Ojcowie Kościoła: "Godny podziwu jest ten ołtarz, bo chociaż z natury swej jest kamieniem, staje się święty, gdy tylko przyjmie Ciało Chrystusa";
- ścisły związek poświęcenia ołtarza ze sprawowaniem Eucharystii ukazuje się także przez to, że Msza na poświęcenie ołtarza posiada własną prefację głęboko wnikającą w znaczenie obrzędu."

Sama prenotanda pomniejsza więc wagę modlitwy poświęcenia, na rzecz sprawowania bliżej nieokreślonego obrzędu Eucharystii. Trzeba wiedzieć, że Msza Święta i Eucharystia to nie są synonimy, jakby chcieli moderniści. To temat na inny wpis, w skrócie mogę napisać, że Eucharystia oznacza sakrament, a Msza Święta to cały obrzęd związany z tym sakramentem. Tezy zawarte w tym wprowadzeniu idą w poprzek wielowiekowemu rozumieniu nie tylko obrzędów konsekracji świątyni, ale także innych sakramentów, na przykład chrztu. Ks. Edward Górski w opracowaniu pt.: "Konsekracja i poświęcenie dzwonów" Sandomierz 1957 r zauważa: "Konsekracja kościoła i ołtarza ma pewne podobieństwo z ceremoniałem chrztu św. Jest też pewien symbolizm. Świątynia materialna jest obrazem świątyni duchowej, duszy ludzkiej, w której przez łaskę mieszka Bóg w Trójcy Jedyny. Podobnie jak dusza przez chrzest oczyszcza się i staje się godną świątynią Boga, tak również przez ceremonie konsekracyjne budynek staje się świątynią pańską." Przez wieki rozumiano więc obrzędy konsekracji jako przygotowanie do sprawowanie Najświętszej Ofiary. Obrzędy koncentrowały się wokół dwóch istotnych kwestii. Pierwszą była walka ze złymi duchami i wypędzenie ich mocą Bożą - temu miały służyć rozbudowane egzorcyzmy, drugą zaś było napełnienie miejsca łaską Bożą i symboliczne przekazanie miejsca pod opiekę Pana Boga, co ostatecznie dokonywało się w modlitwie konsekracyjnej. Podobieństwo do chrztu było uderzające - tam również najpierw egzorcyzmowano katechumena, by potem przez obmycie przekazać go Bogu i dalej namaszczeniem wypełnić Bożą łaską. Moderniści zniszczyli oba obrzędy. Co prawda chrzest w swojej istocie został zachowany, jednak pozbawiono go istotnych obrzędów przygotowujących. Dużo gorsza rzecz stała się z poświęceniem świątyni, które w istocie nie wiadomo czy w ogóle zachodzi. Gdyby sprawowanie Mszy Świętej było czynnością konsekrującą ołtarz, to każda Msza polowa poświęcałaby stół czy kamień na którym była dokonywana. Dobrze jednak wiemy, że tak nie jest. Teza prenotandy jest fałszywa, wobec tego wątpliwa staje się także intencja szafarza, który sam akt poświęcenia/błogosławieństwa w konsekwencji może uznać za drugorzędny i nieistotny.

W naszej ocenie nowy obrzęd poświęcenia kościoła jest tyle wart co benedykcja opata. Co prawda zachowane zostały obrzędy tak zwane wyjaśniające. Notabene takie nazewnictwo jest poważnym redukcjonizmem, bo namaszczenie prawidłowo poświęconym olejem, nie wyjaśnia niczego, za to zsyła konkretne łaski. Jednak w istocie obrzęd ten jest bardziej błogosławieństwem. Nie przeznacza więc budynku i ołtarza na wyłączną służbę Bożą. Wraz z nową teologią świątyni i ołtarza przyszła moda na desakralizację świątyń co ma miejsce na zachodzie i jest grzechem wołającym o pomstę do nieba. Taka profanacja wobec tak ważnej rzeczy porównywalna jest z porzuceniem urzędu przez duchownego. Dzieje się to niestety za aprobatą najwyższej władzy kościelnej Opracowywane są nawet obrzędy desakralizacji - ohyda spustoszenia woła o pomstę do nieba!

Zniszczenia dokonane w obrzędach poświęcenia świątyni i ołtarza dobrze obrazują ruinę wiary jaka dokonuje się we współczesnym Kościele. Św. Paweł przestrzega: "Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście." (Rz 1 Kor 3,16-17) Doceniajmy więc stare świątynie i szanujmy je. W ich mieszka bowiem Bóg. Kto wie, czy liczne profanacje i nieuszanowanie świętości nie doprowadziły do sytuacji którą mamy dziś? Może Pan Bóg przez dopust Boży w postaci takiego spustoszenia wiary i moralności chce nas nawrócić? Módlmy się przeto aby Pan Bóg wyciągnął swoją potężną prawicę i przywrócił ład w Kościele i w świecie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


czwartek, 2 listopada 2017

Piekło istnieje, nie jest i nigdy nie będzie puste!

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj obchodzimy w Kościele wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych czyli potocznie pisząc dzień zaduszny. Kościół przywdziewa się w szaty fioletowe, jednak wielu kapłanów głosi fałszywe tezy dotyczące ostatecznego losu człowieka. Eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych jest tą dyscypliną teologii dogmatycznej, która z racji naszej przyszłości jest nam najbliższa. Niestety właśnie w tej dziedzinie szerzą się poważne błędy zagrażające zbawieniu wiernych.

Niejaki o. Hryniewicz podnosi postulat, że można mieć nadzieję iż piekło będzie puste. Wielu twierdzi, że taka nadzieja nie jest wiarołomna, ale niestety przeczy temu Pismo Święte i Tradycja. Chrystus Pan naucza:
"Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!" 
(Mt 13, 40-43)
"Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie." (Mk 9, 42-49)

"Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle." (M7 10,28)

"Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."
Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego»." (Mt 25, 42-44)

Z kolei święta Tradycja głosi:
Symbol Quicumque: "Którzy źle czynili, pójdą w ogień wieczny"
Konstytucja Apostolska Benedictus Deus Benedykta XII:  "Ponadto orzekamy, że według powszechnego rozporządzenia Bożego dusze umierających w uczynkowym grzechu śmiertelnym zaraz po swej śmierci zstępują do piekła, gdzie doznają kar piekielnych."

Również uznane objawienia prywatne m.in św. Katarzyny Sieneńskiej, św. Teresy od Jezusa czy naszej polskiej siostry św. Faustyny Kowalskiej opisują prawdę o realności i wieczności piekła. Zacytuję właśnie tą ostatnią, ponieważ dobrze systematyzuje problem męczarni piekielnych:

"Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam:
pierwszą męką, którą stanowi piekło, jest utrata Boga;
drugie – ustawiczny wyrzut sumienia;
trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni;
czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym;
piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje;
szósta męka jest ustawiczne towarzystwo szatana;
siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa.
Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to nie jest koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą, piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jak tam jest. Ja, siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego musieli mi być posłuszni. To, com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam: że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło." Dzienniczek 741

Wiemy już, że piekło jest wieczne, ponieważ sam Pan Jezus o tym powiedział. Że piekło nie jest puste wiemy stąd, że na pewno znajdują się tam różne duchy złe - aniołowie którzy zbuntowali się przeciwko Bogu i nie mogą się już poprawić. Zatem wszelka nadzieja, że piekło będzie puste sama w sobie jest herezją i na potępienie zasługuje. To że są tam różne dusze ludzkie wiemy z wielu prywatnych objawień aprobowanych przez Kościół. Dziwi więc fakt, że osoby które głoszą jawne błędy o nadziei dotyczącej pustego piekła są w środowiskach kościelnych pochwalane i nagradzane, a osoby które mówiące prawdę o piekle są cenzurowane. To co robią katoliccy duchowni mówiąc o piekle nie jest żadnym straszeniem, a jedynie rzetelną informacją. Kto tego głoszenia zaniedbuje będzie winien śmierci wiecznej wielu wiernych i na siebie samego ściągnie potępienie. Chrystus Pan przestrzega: "Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza." (Mt 18, 6) Szczególne zobowiązanie ciąży tu nad tymi którzy z urzędu obowiązani są głosić wiarę, a więc na duchowieństwie. Przemilczanie pewnych prawd jest także powodem grzechu. Wiara musi być głoszona integralnie i całościowo.

Księża starej daty pamiętają zapewne z apologetyki, że pamięć o rzeczach ostatecznych jest najlepszą motywacją do nawrócenia. Wiedzieli o tym głoszący rekolekcje parafialne i misje ludowe Dziś z piekła i grzechu się kpi. Ci którzy tak czynią zasilą pierwsze kręgi piekielne. Wystarczy zresztą uczynić zakład podobny do zakładu Pascala. Otóż jeśli Słowo Boże nas nie przekonuje to uczyńmy prosty bilans. Co tracimy jeśli piekła nie ma? Żyjąc dobrze zyskujemy chwałę ludzi i dobrą pamięć, tracimy za to trochę dóbr, których na drugą stronę i tak nie zabierzemy. Jeśli piekło zaś istnieje to dóbr jakie możemy bezprawnie zyskać przez złe postępowanie i tak nie zabierzemy a utracimy coś nieskończenie wielkiego, mianowicie przebywaniem z Panem Bogiem i na wieki będziemy cierpieć różne straszne kary. Nawet więc agnostyk, ale rozumny dojść może łatwo do wniosku, że lepiej postępować tak jakby piekło istniało, bo to co możemy stracić idąc tam niewspółmiernie przewyższa tą marność jaką zyskamy żyjąc w grzechach. Rozmyślajmy więc nad rzeczami ostatecznymi, odważnie głośmy prawdę o istnieniu piekła tak swoim życiem, jak i słowem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 31 października 2017

Świętowanie wystąpienia Marcina Lutra to apostazja

Laudetur Iesus Christus!

Dziś miało miejsce 500 lecie tak zwanej reformacji. Wydaje się, że rocznica jak każda inna W końcu co roku jest jakiś jubileusz wojny, przewrotu politycznego itp tragicznych wydarzeń historycznych. Jednak ta rocznica jest szczególna, bowiem ofiary tego wydarzenia udają się w różne miejsca aby świętować . I chyba w dziejach świata nie zdarzyło się, aby jakiś przewrót polityczny był świętowany przez tych którzy ucierpieli w jego wyniku. Zaprawdę każdy katolik jest uszczuplony przez rewolucję heretycką, bo choć Kościół nie został wbrew obiegowym opiniom podzielony, to jednak utracił rzesze wiernych z różnych pokoleń - ludzi którzy mogliby się przyczynić do wzrostu duchowego skarbca Kościoła przez swoje cnotliwe życie i wkład w działalność ewangelizacyjną. 

Wielu pasterzy udało się dziś, aby "świętować" i choć oficjalnie to się tak  w wielu miejscach nie nazywało, to jednak wszędzie tam gdzie pomijano aspekt modlitwy o nawrócenie błądzących podkreślano duchowe wartości płynące z tak zwanej reformacji. W ten nurt wpisał się niestety również Franciszek, który w Deklaracji Wspólnej na upamiętnienie 500-lecia "reformacji" podpisał się pod tragicznym zdaniem: "Chociaż jesteśmy głęboko wdzięczni za dary duchowe i teologiczne otrzymane za pośrednictwem Reformacji, to wyznajemy także i opłakujemy przed Chrystusem to, że luteranie i katolicy zranili widzialną jedność Kościoła." Zdając sobie sprawę, że moje tupanie nogami nie nawróci Franciszka to jednak powagą swojego urzędu i misji jaka została mi powierzona wraz z rzeszami prawdziwych wiernych wyrażam wobec takiej tezy stanowcze non possumus! Nie wiem o jakich darach duchowych wspomina Bergolio, nie wiem jakie korzyści teologiczne z faktu buntu Lutra wypłynęły. Nawet jeśli uznamy sobór trydencki za owoc tak zwanej kontrreformacji, to jednak po 500 latach zauważamy, że Kościół stopniowo ulega błędom protestantyzmu, a nie zwalcza je. Nie rozumiem i nie potrafię rozdzielić widzialnej od niewidzialnej jedności Kościoła. Kościół jest jeden, zarówno jego wymiar wojujący, triumfujący, jak i cierpiący jest niepodzielny - stanowi jeden Kościół, z jedną Głową. Nie jestem w stanie uznać, że katolicy jedność Kościoła zranili, powiem więcej luteranie nawet tego nie uczynili - oni po prostu od tej jedności katolickiej na własne nieszczęście odpadli.

Dlaczego świętowanie wystąpienia Marcina Lutra jest formą apostazji? Otóż dlatego, że Marcin Luter zanegował samego Pana Boga, którego nazwał szatanem. Z tego powodu popierając herezjarchę protestantyzmu odpadamy od wiary. Kwestię tą dobitnie tłumaczy ks. Tadeusz Guz. Oczywiście część z tych którzy świętują to tragiczne wydarzenie postępuje w pewnej niewiedzy i tych nie należy całkowicie odsądzać od czci i wiary. Ale hierarchia - zwłaszcza arcypasterze są w pełni winni temu, że dzisiaj protestantyzm jest nie tylko bagatelizowany ale także rozpowszechniany w Winnicy Pańskiej. 

Jak zatem obchodzić rocznicę rewolucji protestanckiej? Należy przywdziać szaty fioletowe, głowę posypać popiołem, w poście i w płaczu, i w żalu wzywać miłosiernego Boga o nawrócenie heretyków, tak samo dla ich dobra jak i naszego, ponieważ ich błędy rozsiewają się jako szatański kąkol po Bożym polu... . Można tedy albo skorzystać z formularzy już gotowych np.: o zakończenie schizmy. Warto byłoby jednak napisać nowy formularz odnoszący się do pamiątki rewolucji heretyckiej. Oczywiście piszę o katolickim formularzu - kolor fioletowy ma wyrażać nie czołobitność katolików w duchu "przepraszam że żyję", a żal, tęsknotę i obawę o zbawienie dusz odszczepieńców. Niech taki obchód zawita do kalendarza liturgicznego, niech to będzie dzień postu i modlitwy. "Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem" (Mt 17,21).

Na szczęście nie doszło do deklaracji inter-komunii. Jednak należy trzymać rękę na pulsie. Tu i ówdzie faktycznie takie zjawiska mają miejsca, a temat dopuszczania heretyków do Najświętszego Sakramentu oraz tzw Mszy ekumenicznej wciąż jest aktualny. Jak widać ciemna strona mocy nie odpuszcza. Znamienne jest iż pogańskie święto Halloween przypada akurat w dniu w którym Marcin Luter wystąpił ze swymi tezami. Pamiętajmy, że w historii zbawienia przypadki występują jedynie w językach odmieniających rzeczowniki... . 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


środa, 25 października 2017

Czy możliwa jest "Msza ekumeniczna"?

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z modernistycznych wykładowców, którego bełkotu musiałem słuchać stwierdził iż Eucharystia jest sakramentem jedności (Komunia Święta) w którym ujawnia się skandal rozłamu i że od lat trwają prace nad przygotowaniem interkomunii zwłaszcza dla protestantów. Wtedy traktowałem te słowa jako marzenie ściętej głowy starego modernisty, dziś jednak coraz bardziej zauważam iż przygotowania o których mówił nasz profesor nie tylko faktycznie miały miejsce ale nieuchronnie zmierzają do konkluzji, bo oto w mediach coraz częściej słyszy się o tzw Mszy ekumenicznej. 

Czytając literaturę tradycjonalistyczną zetknąłem się z poglądem, że Novus Ordo Missae miał być taką liturgią, pod którą ze spokojnym sumieniem mogliby się podpisać protestanci. Próba czasu i praktyka pokazały jednak, że na skutek wielu interwencji konserwatywnej hierarchii nowy ryt Mszy Świętej okazał się bardziej katolicki niż przewidywali to najbardziej radykalni deformatorzy. Co prawda utracił on wiele piękna i głębokiej symboliki, ale dalej sprawia to co oznacza, czyli jest prawdziwym sakramentem. Z tego też względu chociaż duchowieństwo protestanckie przychylniej spogląda na katolickie obrzędy, to jednak w dalszym stopniu nie zamierza ich aprobować.

Okazuje się, że Novus Ordo Missae  staje się powoli jedynie etapem do dalszej ewolucji, czy raczej dewolucji katolickiego kultu. Po kilkudziesięciu latach funkcjonowania NOM-u i wymarciu większości pokoleń wychowanych na starych obrzędach odzywają się reformatorskie demony i w różnych miejscach pojawiają się sugestie, że należy uczynić dalsze kroki na drodze budowania "jedności". 

Najpoważniejszą przeszkodą obecnie wydaje się wspólna celebracja sakramentów, zwłaszcza Eucharystii. We Mszy Świętej i święceniach ujawniają się bowiem największe różnice pomiędzy Kościołem, a protestantyzmem. Czy należy doniesienia o nowych propozycjach liturgicznych traktować poważnie? Jak najbardziej! Hucznie obchodzone 500-lecie reformacji jest znakomitą okazją aby "urbi et orbi" ogłosić, że kolejny bastion niezgody pomiędzy "bratnimi religiami" upadł. Być może powstanie jakiś nowy dokument o wspólnej nauce na temat obecności Pana Jezusa w Eucharystii, gdzie podobnie jak we wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu zostanie wyartykułowany protestancki punkt widzenia, natomiast katolicki dogmat będzie przemilczany. Trzeba być bardzo czujnym, ponieważ nowa propozycja zostanie zapewne zatwierdzona jako fakultatywna ad experimentam w bardzo szczególnych wypadkach, które jednak będą się rozszerzać i ani się obejrzymy jak nowinka stanie się obowiązującym status quo, a my stracimy największy skarb depozytu łaski jakim jest Najświętsza Ofiara.

Wyraźnie stwierdzam niezależnie od tego jaki kształt przybierze ów obrzęd iż będzie on nieważny, jeśli tylko duchowieństwo protestanckie zechce go celebrować. Będzie to wyraźny znak iż to co będzie się nazywało Mszą Świętą w rzeczy samej już nią nie będzie. I nastąpi czas prześladowań, bo obrzęd ten trafi w pierwszej kolejności do nowych seminariów. Każdy wierzący kleryk, każdy wierzący katolik będzie musiał odrzucić ów obrzęd jeśli zechce pozostać w Kościele. Trzeba być wiernym temu co zawsze i wszędzie było katolickie. Papież Pius XI w encyklice Mortalium Animos naucza: "Jasną rzeczą więc jest, Czcigodni Bracia, dlaczego Stolica Apostolska swym wiernym nigdy nie pozwalała, by brali udział w zjazdach niekatolickich. Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli." Nie wolno nam uczestniczyć w spotkaniach heretyckich, nawet wtedy gdy zostaną nam one dla zmylenia podane pod nazwą katolicką. Msza Święta to serce naszej wiary, źródło i szczyt życia, sprawa najwyższej wagi. Szczególnie w czasach powszechnego zamętu należy zachować czujność. Pierwszy klucznik przestrzega: "Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!" 1 P 5, 8-9.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

P.S.
Polecam w tym temacie interesującą analizę teologiczną ks. Murzińskiego.