wtorek, 18 września 2018

Socjusz, czyli o kimś kto bywa kołem betonowym niejednego powołania

Laudetur Iesus Christus!

Przede wszystkim należy przemyśleć sensowność rozwiązania jakim jest socjusz. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam iż w żargonie kościelnym jest współlokator. W moim seminarium funkcjonowało jeszcze pojęcie segmentariusza, bowiem mieszkaliśmy w pokojach typu studio to znaczy dwie dwójki ze wspólną łazienką, toaletą, składzikiem i przedpokojem. Konieczność mieszkania aż do święceń w pokojach z socjuszami argumentowano postulatami (de)formacji ludzkiej. Jak jednak wiadomo tradycyjne seminaria na świecie nie praktykują już tego modelu wychowawczego, również większość zakonów swoim postulantom, nowicjuszom czy juniorystom oferuje cele jednoosobowe. Starsi księża opowiadali nam, że sami formowali się w wielkich pokojach o często dziwacznych nazwach typu: syberia, trupiarnia, tramwaj itp. Po latach doceniają ten typ skoszarowania. W sytuacji braku możliwości zapewnienia pojedynczych pokoi (co wbrew pozorom nie jest tak trudno zrobić - wystarczy podzielić już istniejące na małe przedzielone choćby gipsowymi ścianami) taki typ rozkwaterowania seminarzystów eliminował wiele patologicznych zachowań. Silne jednostki nie były w stanie totalizować słabszych, ponieważ w starciu z rzeszą kilku, czy kilkunastu kleryków nie mogły sobie pozwolić na dominację i musiały się podporządkować. Nie było również problemu karania czy nagradzania poprzez przyporządkowanie kogoś do konkretnego socjusza. Wiadomo było że w jednym semestrze będzie się mieszkać z jedną połową rocznika, a w drugim semestrze z drugą i tak na zmianę aż do święceń... . 

Tymczasem w wielu seminariach - w tym także w moim stosuje się dopasowywanie socjuszy jako metodę wychowawczą. Nie jest to zabieg dobry. Owszem można przez jakiś czas połączyć ze sobą dwie lub kilka trudnych osób, jednak zawsze taka decyzja musi być dobrze przemyślana i także transparentna dla samych seminarzystów. Do tego wymaga wsparcia ze strony przełożonych, aby osiągnięty efekt wychowawczy nie był sprzeczny z zamierzonym. W ogóle ukrywanie przez przełożonych celów pewnych ćwiczeń czy decyzji jest swego rodzaju manipulacją i powinno być ukrócane. Kleryk nie jest małym dzieckiem i powinien świadomie brać udział w swojej formacji. Skoro przełożeni żądają od swoich podopiecznych szczerości, to również sami powinni się do niej stosować.

Wprowadzenie modelu dwuosobowych pokojów tak w formacji zakonnej jak i kleryckiej jest bardzo niebezpieczne. Już lepiej powinno się stosować cele czy pokoje wieloosobowe. Jest to ni mniej ni więcej jak wystawianie alumnów na różnego rodzaju pokusy. Pierwszą z nich jest notoryczne nieprzestrzeganie ćwiczeń duchownych, zwłaszcza silentium sacrum. Zagrożone rozmowami są również rekolekcje, dni skupienia, czytanie duchowne czy studium. Wiadomo, że gdzie jest kolegium, czyli przynajmniej trzy osoby tam trudniej utrzymać jest tajemnicę. W tym przypadku chodzi o zmowę milczenia w złej sprawie, a mianowicie w nieprzestrzeganiu regulaminu. Gdy kleryków jest kilku, to łatwiej jest się któremuś poskarżyć na niestosowne zachowanie kolegów. Nie jest to donosicielstwo tylko dbałość o własną i ich formację. Nie chodzi o to by podawać nazwiska, ale o to by przełożony przez odpowiednie kontrole zagwarantował takiemu klerykowi zachowanie koniecznego dlań spokoju. Istnieje jeszcze drugie daleko bardziej poważne zagrożenie, a mianowicie rozwinięcie się niezdrowych relacji. Więcej na ten temat pisałem we wpisie o homoseksualizmie w seminarium. Codzienne oglądanie roznegliżowanego ciała socjusza, możliwość prowadzenia nocnych rozmów i przebywanie na małej przestrzeni przy braku dostępu do płci przeciwnej może wykształcić zachowania zastępcze i mimo woli samych seminarzystów sprowadzić ich na złe drogi.

Niestety wielu z Was jest już w takim modelu i być może okoliczności Waszej (de)formacji są takie że nie bardzo możecie zmienić seminarium. Wobec tego należy przedsięwziąć kilka ważnych postanowień, aby życie z socjuszem nie przeszkadzało w formacji:
1. Na początku pomodlić się i w szczerej rozmowie próbować ustalić warunki kohabitacji.
2. Bezwzględnie przestrzegać nakazanej przez regulamin ciszy - w razie potrzeby narzucić sobie dodatkowy okres ciszy.
3. Jeśli to możliwe ustawić meble w pokoju tak aby każdy miał swój kąt i by siedzieć do siebie tyłem.
4. Usystematyzować kwestie związane z toaletą poranną i wieczorną, czyli zaprowadzić porządek korzystania z urządzeń sanitarnych zachowywać się intymnie, skromnie, unikać nagości.
5. Wprowadzić dyżury dotyczące sprzątania, wywiesić je w widocznym miejscu. Dla szczególnie opornych wprowadzić regulamin sprzątania czy co konkretnie i jak ma zostać wykonane.
6. Unikać kończenia dnia nierozwiązanym sporem - rozmów jednak nie prowadzić w czasie silentium sacrum. W razie potrzeby korzystać z mediacji seniora rocznikowego bądź ojca duchownego.
7. Bezwzględnie stosować ewangeliczne zasady correctio fraterna, chyba że chodzi o występek kwalifikowany. 
8. Do przełożonych zewnętrznych odnosić się w ostateczności, po zebraniu odpowiednich dowodów i świadków.
9. Gości i to nawet innych kleryków i nawet w czasie rekreacji podejmować tylko po uzgodnieniu z socjuszem. Ustalić grafik takich odwiedzin i zapewnić sobie także poza rekolekcjami i dniami skupienia jakieś wolne dni od odwiedzin np.: środy i piątki.
10. Muzyki, wykładów słuchać tylko na słuchawkach.
11. Nie umawiać się z własnym socjuszem na rekreację - zachować umiar we wspólnym przebywaniu.
12. Unikać obmawiania i plotkowania na temat własnego socjusza i to nawet wtedy kiedy jest uciążliwy. 

Pod pojęciem socjusza w wielu seminariach rozumie się także narzucony przez regulamin obowiązek wychodzenia w towarzystwie przynajmniej jednego współbrata. Otóż może w okresie komunizmu niniejszy środek był stosowny, ale dziś jest już zdecydowanie anachroniczny. Niektórzy widzą w tym funkcję swego rodzaju przyzwoitki. Jeśli ma to odnieść jakiś skutek, to tylko taki, że odwlecze tragedię na czas po święceniach. Lepiej niech się taki kleryk zakocha w trakcie formacji i odejdzie niż potem już jako ksiądz próbuje oszukiwać. Pozostawienie pewnej roztropnej swobody seminarzystom w rozporządzaniu ich czasem wolnym stanowi ważny faktor weryfikacyjny. W końcu nie chodzi o to by doszła wielka liczba byle jakich kapłanów dopuszczonych w paradygmacie: "wielu jest powołanych, wszyscy są wybrani" ale chodzi o to by doszli ci co rzeczywiście mają powołanie, aby oni sami mogli się zbawić i dopomogli w tym innym. 

Socjusz to często trudna próba. W niektórych seminariach stosowana bez umiaru i z zamiarem konsekwentnego niszczenia określonej osoby. Szczere rozmowy pomiędzy seminarzystami jak również z ojcami duchownymi; próba dania szansy każdemu, umawianie się ze wszystkimi z rocznika na wspólną rekreację, a nie tylko trzymanie się wąskiej grupy lub co gorsza jednego kleryka to środki które na pewno będą sprzyjać Waszej formacji. Na kolejny być może trudny rok (de)formacji niech Wam dobry Pan Bóg błogosławi.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 10 września 2018

O samorządzie kleryckim

Laudetur Iesus Christus!

Pewien mądry kapłan u progu mojej (de)formacji seminaryjnej powiedział mi: "Nie daj się nigdy zrobić seniorem, ani dziekanem alumnów". W słowach tych jest sporo prawdy. Dziś więc nieco ku przestrodze dla braci którzy w październiku dopiero zaczynają lub tych w latach posuniętych co nie mają na tyle rozumu, aby samodzielnie dojść do pewnych wniosków.

Może zabrzmi to banalnie, ale celem formacji seminaryjnej jest ważne i godziwe przyjęcie święceń prezbiteratu - tyle i aż tyle. Seminarium jest tylko drogą, którą trzeba przejść. Wszystkie siły należy bezwzględnie skupić nie na tym, aby się tam dobrze ustawić, być popularnym czy cokolwiek innego, ale właśnie trzeba tak pracować by w przyszłości zostać świętym kapłanem, a więc zbawić duszę własną i dopomóc w tym swoim braciom i siostrom. Otóż stawiam tezę iż angażowanie się we wszelkie formy samorządu kleryckiego nie tylko w tym nie pomagają, ale wręcz szkodzą. 

Już sam pomysł tworzenia jakiegoś samorządu kleryckiego jest dziwnym monteskiuszowskim wytworem, a raczej nowotworem, który w Kościele nigdy miejsca nie miał i powinien zostać jak najszybciej zlikwidowany. Co bowiem powoduje takie ciało pośredniczące? Po pierwsze wprowadza w naturalny sposób nierówność między klerykami danego rocznika, a po drugie zwiększa dystans pomiędzy przełożonym a poszczególnym seminarzystą. Owszem powinien być jakiś skarbnik, można go też nazwać starostą - ale na pewno nie dziekanem. Raz że jest to jednak tytuł zarezerwowany dla archiprezbitera, a nie minorzysty (lub wręcz zwykłego alumna) a dwa że suponuje istnienie jakiejś władzy związanej z tym oficjum. Tymczasem relacja przełożeństwa w układzie formacji na tym samym poziomie jest po prostu szkodliwa i to tak dla samego funkcyjnego jak i jego "podwładnych". Na szczęście w moim seminarium funkcja seniora czy dziekana była raczej honorowa, ale dobiegają mnie słuchy iż nie we wszystkich seminariach tak jest. Do tego funkcje reprezentacyjne tego pseudo urzędu często wykolejają na zawsze przyszłego kapłana. W końcu to właśnie senior czy też dziekan są zwykle głównymi celebransami lub w wypadku wielkiej fety koncelebransami (wespół z rektorem) liturgii uścisków... . Tak! - chodzi mi właśnie o te wszystkie prezenty i kwiatki dawane często zupełnie bez okazji, tylko dla samej zasady, za posługę która seminarzystom należy się jak psu kość... . Chodzi mi o kazania, dni skupienia, rekolekcje, odwiedziny biskupa czy udzielanie święceń lub posług. Nikt nie myśli aby księdzu po każdym kazaniu, odprawionej Mszy Świętej, czy spowiedzi klaskać lub dawać kwiaty, tymczasem w seminarium robi się to nagminnie. Przez to kandydaci do kapłaństwa uczą się antropocentryzmu liturgicznego... .

Nawet jeśli funkcja starosty rocznikowego lub też dziekana alumnatu jest przez sam system potraktowana właściwie, to jednak nakłada na pełniącego tą funkcję dodatkowe obowiązki które skutkują mniejszą ilością czasu na ćwiczenia duchowne, studium i rekreację - czyli trzy podstawowe elementy na których powinno się wspierać życie kleryckie. Pierwsze po to by był Bożym kapłanem, drugie by był mądrym, a trzecie by był zdrowym. Tymczasem bardzo często senior tudzież dziekan nie tylko pełnią swoją funkcję ale zajmują się mnóstwem kółek, wychodzeniem co chwila z seminarium, często ze szczerych acz jednak humanistycznych pobudek i w ten sposób taki kleryk rozmienia się na drobne. O iluż takich słyszałem jak porzucali kapłaństwo, nieraz w atmosferze skandalu nawet nie osiągnąwszy "wieku gwarancyjnego" - u nas przyjmowano 5 lat po zakończeniu (de)formacji (jeśli ktoś odszedł po tym czasie nie dopatrywano się szczególnych przyczyn w deformacji seminaryjnej). Nie należy też ulegać ułudzie asystencji Ducha Świętego - wybory samorządu kleryckiego to nie konklawe, choć bywa że przebiega w podobnej atmosferze... . A nawet na konklawe protokół nie przewiduje by wahającego się kandydata przekonywać. Tym bardziej nie powinni więc tego czynić przełożeni czy seminaryjna brać. 

Pomyślcie zresztą na ile niepotrzebnych zupełnie konfliktów w tej funkcji się wystawiacie. Przychylność kleryckiej gawiedzi szybko zgaśnie wobec obietnic, czy też oczekiwań których nie spełnicie, a i przełożeni nie po to ustanawiają samorząd, by się z nim użerać, lecz po to by sprawniej zarządzać seminarium - patrząc zresztą często zupełnie utylitarnie... . Zostawmy zatem tę pseudo władzę, ów oświeceniowy zarząd modernistom i głupcom, sami zaś zajmijmy się tym co istotne i ważkie dla sprawy o którą walczymy - salus animarum!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 31 sierpnia 2018

Kulawi którzy prowadzą ślepych czyli o ojcach duchownych w neoseminariach

Laudetur Iesus Christus!

Nawet posoborowe dokumenty dotyczące (de)formacji kleryckiej zauważają, że najważniejsza jest właśnie formacja duchowa. Za prowadzenie owej w seminarium są odpowiedzialni głównie ojcowie duchowni. Oczywiście odpowiedzialność spoczywa także na moderatorach zewnętrznych, nie mniej to właśnie na forum wewnętrznym odbywa się zasadnicze kształtowanie sumień przyszłych kapłanów.

Zadania ojców duchownych są wielorakie. Głoszą oni kazania, konferencje ascetyczne, dni skupienia, rekolekcje, ale przede wszystkim spowiadają i prowadzą kierownictwo duchowne. Zwłaszcza te dwa ostatnie wymiary działalności ojców duchownych nadają ich posłudze niepowtarzalny rys. Odnoszą się bowiem do indywidualnej pracy z każdym z alumnów. Stąd bardzo istotne jest, aby biskup lub wyższy przełożony zakonny kierował do tej pracy odpowiednich kapłanów. Powinni to być raczej księża starsi wiekiem, doświadczeni i znani ze swojej świętości oraz mądrości. W żadnym razie nie należy wybierać tych którzy z jakichkolwiek względów nie radzili sobie w duszpasterstwie. Kryterium wyboru nie powinny też być kwestie intelektualne. Jakkolwiek wygodnie jest wybrać moderatorów spośród wykładowców, to jednak nie zawsze posiadają oni stosowne kompetencje. Złą praktyką jest ustanawianie byłego prefekta czy rektora ojcem duchownym oraz na odwrót i to nawet w sytuacji kiedy minie pełnych 6 lat przerwy w pełnieniu funkcji moderatora seminaryjnego - niestety bywa to częste w polskich realiach. Poświęcenie kilku najlepszych kapłanów w służbie ojców duchownych to inwestycja w przyszłość diecezji i wyraz nadprzyrodzonego zmysłu biskupa miejsca.

Niestety patologie zaczynają się już przy samych kwestiach formalnych związanych z formacją duchową kleryków. Pierwszym problemem jest wyznaczanie zbyt małej liczby kapłanów. Patologią i pogwałceniem dobrego obyczaju jest wyznaczenie tylko jednego kapłana. Kanon 239 § 2 wyraźnie zastrzega, że seminarzysta ma swobodę wyboru kierownika duchownego. Zatem może wybrać także spośród kapłanów znajdujących się w regularnej sytuacji nie wyznaczonych przez biskupa. Jednak troską ordynariusza powinno być wyznaczenie takiej ilości kapłanów, wyposażonych w takie kompetencje i autorytet materialny aby seminarzyści nie musieli uciekać poza mury seminarium z wyborem kierownika duchownego. Niestety wielu przełożonych woli obsadzać prezbiterami różne często dziwne urzędy w kurii, a na seminarium przeznaczyć minimalną ilość wymaganą przez prawo. Takie postępowanie to oczywisty wyraz braku wiary i patrzenia tylko pod kątem doczesnym na zarząd diecezją czy prowincją zakonną. W przypadku braku odpowiedniej liczby kapłanów zawsze można odpowiednich przenieść do parafii w pobliżu seminarium, chociaż jest bardzo wskazane by chociaż część z nich była domownikami seminarium. Drugim problemem jest zapis kanonu 985, który dozwala przyjmowanie spowiedzi przez moderatorów zewnętrznych od swoich podwładnych, jeśli ci dobrowolnie o to proszą. Sytuacja taka poza sytuacjami zagrożenia życia i długotrwałej niemożności skorzystania z posługi innego kapłana jest z oczywistych względów niedopuszczalna. Jak potem ów moderator zewnętrzny ma dobrze wypełnić swoje zadanie nie naruszając tajemnicy spowiedzi? Drugą stroną medalu jest szczerość takiej spowiedzi. Kościół rozdzielił funkcję formatorów na tych działających zewnętrznie i wewnętrznie także ze względu na dobro dusz formowanych kleryków. Sytuacja zatajenia grzechu w trakcie spowiedzi bywa większym zagrożeniem duchowym niż sam zatajony grzech. Nie ma bowiem nic gorszego niż objaw zatajony przed lekarzem i konsekwentne stosowanie złej terapii. Należy także dobrze przypatrzeć się modelowi formacyjnemu stosowanemu w niektórych zakonach. Magister nowicjatu nigdy nie może łączyć także funkcji kierownika duchowego. Również praktyka kapituły win jest niewątpliwie ślepą uliczką w jaką niegdyś zabrnął Kościół. Owszem wotacja i plenarna dyskusja nowicjatu na temat każdego ze współbraci może przynieść dobre owoce, ale tylko wtedy gdy jest mądrze prowadzona i nie zmusza do samooskarżania się tak jak na spowiedzi. Trzecim problemem formalnym są sprawozdania do jakich są obowiązani ojcowie duchowni niektórych seminariów przez regulaminy i statuty tychże, bądź też przez niejawne zarządzenie ordynariusza w tej kwestii. Rozeznawanie sytuacji jaka panuje w seminarium duchownym jest niewątpliwym obowiązkiem każdego biskupa diecezjalnego czy wyższego przełożonego zakonnego nie mniej musi się ona odbywać zgodnie z prawem. Sprawozdanie sporządzane przez ojców duchownych jest oczywistym naruszaniem tajemnicy spowiedzi i tajemnicy kierownictwa duchownego. Takie zapisy w regulaminach i statuach seminariów bezwzględnie podlegają zaskarżeniu w Kurii Rzymskiej - dziwi zresztą że bywają z takimi zapisami zatwierdzane. Ojcowie duchowni naciskanie przez swojego przełożonego na takie sprawozdanie mają obowiązek odmówić pod karą ekskomuniki, a dalej zmuszani posłuszeństwem niech chętnie składają swój urząd i odwołują się do Stolicy Apostolskiej.

Niestety problemem jest także słabe wykształcenie ojców duchownych. Szczególny nacisk w wyborze odpowiednich kapłanów powinno się kłaść na ich właściwą znajomość teologii duchowości i teologii moralnej. Nie chodzi o to by wybierać doktorów tychże dziedzin (chyba że odznaczają się świętością życia, doświadczeniem i mądrością) ale z pewnością muszą być w tym zakresie biegli. Można zresztą urządzać specjalne kursy oraz egzaminy przed dopuszczeniem do tego urzędu. Sam wiele razy próbowałem z moim ojcem duchownym (notabene moralistą) rozstrzygnąć pod kątem stricte naukowym pewne problemy mojego życia i natrafiałem na porady o charakterze ogólnym lub kierowanie na drogę epikei i tym podobnych wybiegów ostatecznie wcale nie pomagających zbawieniu duszy. Może ktoś nazwie mnie rygorystą i skrupulantem, ale mam takie wrażenie że w dziedzinie sumienia i grzechu lepiej potraktować sprawę nazbyt surowo niż zbyt pobłażliwie. Będąc już po seminarium natrafiłem na spowiednika, który zwrócił mi uwagę, że oskarżenie się z grzechów to nie ma być poezja tylko konkretne wypunktowanie grzechów z jak najbardziej szczegółowym określeniem co do nazwy i znaczących okoliczności. Kto jak kto, ale ojciec duchowny musi umieć rozróżnić obmowę od oszczerstwa czy nierząd od cudzołóstwa - zresztą kiedyś nie zaliczono by egzaminu spowiedniczego kapłanowi który nie potrafi rozróżnić tych grzechów. Nie wspominając już o analizie casusów, której dziś w wielu seminariach na wykładach z penitencji już nie ma.  Zatem kierownictwo duchowe nie może opierać się tylko na intuicji. Kwestia odpowiedniego wykształcenia ojców duchownych jest tym bardziej nagląca, że to właśnie w seminarium przez własną praktykę spowiedzi i rozmów duchownych seminarzyści uczą się "spowiedniczego fachu" od swoich ojców duchownych i to bardziej niż na wykładach... .

Ojcowie duchowni powinni zachęcać alumnów do tego aby wybierali sobie spowiednika i kierownika duchownego w tej samej osobie. Oczywiście można te funkcje rozdzielić, ale w praktyce nie jest to pożyteczne. Co bowiem wykracza poza ramy oskarżenia się w konfesjonale i zwięzłego pouczenia, należy rozszerzyć i omówić podczas rozmowy duchownej. Ojcowie duchowni powinni wdrażać swoich seminarzystów do regularnej pracy duchowej. Dopiero po seminarium zrozumiałem jak ważne jest przygotowanie do każdej rozmowy duchownej - wypunktowanie zagadnień do poruszenia, pytań oraz dokonania sprawozdania z pracy nad sobą wykonanej od ostatniej rozmowy duchownej. Rozmowy duchowne nie mogą być nazbyt ogólne - od ogólnej formacji są kazania i konferencje ascetyczne. Ojciec duchowny powinien na tyle znać swojego seminarzystę aby utworzyć jakiś program jego formacji i samemu także przygotować sobie odpowiedni zestaw zagadnień oraz pytań. Są takie tematy które muszą zostać poruszone z każdy seminarzystą, a mianowicie: motywacja, celibat, posłuszeństwo, ubóstwo, praktyki duchowe, samodyscyplina. Niestety kierownictwo duchowe zmienia się dziś często w sesje psychoterapeutyczne... . I tutaj dochodzimy do tezy tytułowej - bowiem kulawi na psychologię kierownicy duchowi prowadzą ślepych jeszcze w dziedzinie duchowości alumnów. Często złe kierownictwo duchowne gorsze jest od żadnego, toteż nie dziwi że w modernistycznych seminariach są klerycy którzy albo szukają kierowników poza seminarium albo co gorsza zupełnie porzucają kierownictwo nie widząc szans w propozycjach jakie przedstawia seminarium... . Zdarzają się księża którzy zrażeni do ojców duchownych w seminarium całymi latami się nie spowiadają! Dość przypomnieć przypadek pewnego ex kapłana diecezji płockiej i jego relację dotyczącą eksperymentu psychologicznemu jakiemu został poddany. Jest to grzech wołający pomstę do nieba traktować w ten sposób formację duchową w seminarium. Poziom moralny wykonawców tych eksperymentów można swobodnie porównać do poczynań  pseudolekarzy w obozach koncentracyjnych zarówno nazistowskich i faszystowskich jak i komunistycznych. Należy się trzymać tego co pewne - dać się prowadzić Kościołowi który uformował znanymi sobie metodami wielu świętych kapłanów.

Działalność ojców duchownych to także programowanie formacji duchowej ogólno-seminaryjnej. To oni mają dbać o jakość prowadzonych ćwiczeń duchowych. Powinni zachęcać  także do różnego typu umartwień nie wyłączając postu cielesnego, który poza tradycyjnymi wspólnotami monastycznymi został już niemal całkowicie wyrugowany. Kazania, a zwłaszcza konferencje ascetyczne powinny stanowić jakiś usystematyzowany program formacyjny a nie zdawać się na spontaniczną inwencję głoszących. Również ojcowie duchowni powinni mieć przydzielone poszczególne roczniki i prowadzić z nimi ćwiczenia duchowne dostosowane  do poziomu który osiągają klerycy. Należy zachować zwyczaj prowadzenia oddzielnych zamkniętych rekolekcji przed każdymi święceniami - także tymi mniejszymi. Muszą być one dostosowane tematycznie do przyjmowanego urzędu. Całe seminarium powinno odbywać rekolekcje adwentowe i wielkopostne. Dobrą praktyką są także rekolekcje rozpoczynające i wieńczące rok akademicki. Każdego miesiąca powinien odbywać się całodniowy dzień skupienia. Niedopuszczalne jest wykonywanie prac fizycznych oraz nauka w czasie rekolekcji czy dni skupienia. Zapraszanie zewnętrznych rekolekcjonistów powinno być poprzedzone solidnym namysłem i analizą. Nie należy wybierać tych najbardziej popularnych - tak zwanych katocelebrytów, ale prawdziwych mistrzów wiary. Zakres rekolekcji i prowadzone podczas nich ćwiczenia muszą być przedmiotem dyskusji ojców duchownych z prowadzącym rekolekcje. Ktoś powie że nie pozostawiam miejsca dla Ducha Świętego? Właśnie solidne przygotowanie do rekolekcji, kazań, konferencji jest objawem otwarcia się na działanie Ducha Świętego, który działa przede wszystkim przez naturę zgodnie z zasadą gratiam supponit naturam.

Z pewnością postulatów na temat posługi ojców duchownych mogłoby być więcej. To co trzeba zrobić na cito to z pewnością zabezpieczyć tajemnicę spowiedzi i rozmów duchownych. W dalszej perspektywie warto przemyśleć kwestię odpowiedniego przygotowania do tego urzędu. Niestety sprawa kierownictwa duchowego w neoseminariach nie wygląda dobrze. Również systematycznie obniża się jakoś ćwiczeń duchowych. Włączanie w nich elementów protestancko-charyzmatycznych czy psychologii nie sprzyja rozwojowi duchowemu przyszłego kapłana. Trzeba jasno rozdzielić treści które wykłada się na psychologii (która zresztą powinna być dostosowana do profilu studiów kościelnych) od duchowości. Niestety oba porządki bardzo często się mieszają co ma katastrofalne skutki. Niezależnie od poziomu formacji duchowej we własnym seminarium bracia klerycy muszą pamiętać że podjęcie stałego kierownictwa duchowego i posiadania stałego spowiednika, najlepiej w jednej osobie to bezwzględny obowiązek każdego seminarzysty. I bez tego nie da się godziwie przyjąć święceń w jakimkolwiek stopniu. Niech kapłani którzy nawet nie zostali poproszeni przez biskupa o spowiadanie kleryków chętnie przyjmują kierownictwo duchowe. Być może drogi bracie uznajesz iż nie jesteś wystarczająco dobry, ale jeśli seminarzysta ma do Ciebie zaufanie, jeśli masz świadomość wielkiej odpowiedzialności to już spełniasz wiele predyspozycji do tego zadania. Sam fakt że poszukujesz informacji aby pogłębić swoją wiedzę i doświadczenie, że czytasz strony i blogi tradycjonalistyczne sprawia że jesteś raczej po właściwej stronie mocy. Wielu kleryków skarży mi się na to że nie potrafią znaleźć dobrego kierownika duchowego, bo dobrzy kapłani im odmawiają. Przeto módlmy się o odwagę dla nich. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 16 sierpnia 2018

Prokurator, czyli moderator który zwykle abdykuje z funkcji wychowawczej

Laudetur Iesus Christus!

Dziś mowa o prokuratorze - ostatnim z moderatorów zewnętrznych w seminarium. Dla niewtajemniczonych czytelników wyjaśniam iż prokurator w seminarium znacząco różni się od prokuratora w potocznym rozumieniu. Otóż łaciński czasownik procuro, -are znaczy dosłownie opiekować się (zajmować) dobrami. Chodzi o dobra materialne, tak więc prokurator bywa także nazywany dyrektorem administracyjno-gospodarczym seminarium. Do jego podstawowych obowiązków należy troska o dobrostan w seminarium - o to by budynek i urządzenia znajdujące się w nim były sprawne, aby rachunki były opłacone, a domownicy mieli co zjeść.

Niestety wielu prokuratorów seminaryjnych abdykuje z funkcji wychowawcy i chociaż prawo wyraźnie nakłada na nich obowiązek bycia moderatorem seminaryjnym to jednak praktyka pokazuje że zwykle się od tego uchylają. Oczywiście że znajdą się pewnie wyjątki, nie mniej własne doświadczenie, jak również brak wzmianek o prokuratorach seminaryjnych w licznej korespondencji wyklętego kleryka świadczy dobitnie o tym, że w odczuciu wielu seminarzystów prokurator jest swoistym "panem nikt". 

Tymczasem funkcja wychowawcza prokuratora jest znacząca... . Większość duchowieństwa przynajmniej część życia będzie sprawowała jakieś funkcje kierownicze, a nawet jeśli nie to i tak wychowanie do szacunku dla dóbr materialnych i cudzej oraz własnej pracy jest niebagatelne. Nie jestem w stanie wyliczyć ile zakonnic, osób świeckich czy nawet współbraci żaliło mi się na brak szacunku dla ich pracy ze strony prezbiterów. Problem wychowania w tej materii zatem istnieje i jest poważny... . 

W jaki sposób powinien działać prokurator, aby swoje zadania wychowawcze spełnić jak najlepiej? Przede wszystkim powinien dać dobry przykład poprzez właściwe traktowanie pracy personelu seminaryjnego oraz pracy samych kleryków. Jest bowiem starą i dobrą tradycją iż seminarzyści przynajmniej pewne prace wykonują sami. Również prokurator powinien być odpowiedzialny jako formalny opiekun przynajmniej  części oficjów (stałych prac wykonywanych przez alumnów na okres semestru lub roku). I nie chodzi tutaj tylko nadzór czysto techniczny, ale o wsparcie wychowawcze, szczególnie że wiele seminariów wciąż stosuje politykę rozdzielania oficjów na zasadzie: "im bardziej się nadajesz tym lepiej abyś ćwiczył". Takie postępowanie formacyjne może przynieść owoce tylko wówczas jeśli klerycy nie będą panicznie bali się swoich zadań z obawy przed wydaleniem z seminarium. Prokurator przyjmując wykonaną pracę czy oficjum powinien bardziej patrzeć na zaangażowanie wykonującego aniżeli na rzeczywistą wartość wykonanej pracy. Z tym niestety bywa różnie. Również prokurator powinien wychowywać do właściwego używania dóbr materialnych i w tej kwestii powinien oddziaływać. A zatem to prokurator powinien jako pierwszy egzekwować wstrzemięźliwość od używania pewnych rzeczy nałożoną przez regulamin seminaryjny oraz obserwować jak klerycy szanują własność wspólną i wyciągać z tych obserwacji konsekwencje. Niestety sami prokuratorzy często przez swoje zaniedbania powodują zgorszenie wśród swoich wychowanków. Mnie na przykład denerwowało notoryczne marnowanie się zapasów żywności. Przyjmowaliśmy jej chyba zbyt dużo, potem obserwowanie wegetacji kilku ton ziemniaków, a także usuwanie ich gnijących - to nie jest miłe doświadczenie. Jest oczywistym, że przy takiej ilości gęb do wyżywienia trudno aby nic się nie zmarnowało, ale należy to zjawisko niwelować. Zawsze można nadmiar żywności przeznaczyć dla sierocińców, Caritasu itp miejsc. Niestety błędy w tej materii rozsiewają się potem na całe diecezjalne duchowieństwo. 

Praca powinna człowieka rozwijać a nie upadlać... . Niestety w wielu seminariach stosowany jest model w którym klerycy pracują głównie dla zabicia czasu, albo kształtowania charakteru. Otóż wykonywanie pracy niepotrzebnej, dla zdrowia szkodliwej, czasem jako kara nie tylko nie buduje charakteru, ale wręcz deformuje osobowość. Przypomina to obrazki z systemów słusznie minionych, choć gdzieniegdzie na świecie także i dzisiaj chrześcijan upadla się przymusową i bezsensowną pracą. Wyklęty kleryk ma bogate doświadczenia pracy bezsensownej zarówno w seminarium, jak i poza nim. Zadawana praca musi być potrzebna i nie może być ponad siły tych którzy ją wykonują. Pamiętam jak niejednokrotnie w największe upały kazano nam zawiasami od drzwi wycinać plewy z kostki brukowej. Na słuszną uwagę pewnej świeckiej osoby, że od tego jest Randup - nasz prokurator odparł iż nie ma sensu kupować tego środka skoro ma on do dyspozycji ponad 100 par Randupu ręcznego... . Pamiętam również przenoszenie różnych ciężkich rzeczy tam i z powrotem - często zupełnie bez sensu. Widziałem seminarzystów drobnej postury słaniających się z wyczerpania podczas letnich prac, gdzie kazano im dźwigać gabaryty, których normalny pracownik fizyczny ze względów BHP nigdy bez odpowiedniego sprzętu by nie ruszył. Ilu z tych kleryków zapadło na przepukliny brzuszne, pachwinowe to tylko jeden sam Pan Bóg wie - większość z tych chorób ujawni się dopiero za kilka lub kilkanaście lat. O pracach szkodliwych i bezsensownych mógłbym solidną książkę napisać. Myślę że czytelnicy mają w tej kwestii wyczucie... . 

Bywa też tak, że w seminariach pracy fizycznej praktycznie nie ma. Wszystko robi personel pomocniczy. O ile jestem przeciwnikiem ciężkiej pracy fizycznej, o tyle uważam, że w seminarium nie powinno się zatrudniać na przykład sprzątaczek. W przypadku kuchni personel powinien ograniczać się tylko do przygotowywania posiłków. Wszystkie prace o charakterze porządkowym, a więc sprzątanie, zamiatanie, grabienie, prace w ogrodzie itp powinni wykonywać seminarzyści. U nas panował system mieszany - dużo prac lekkich wykonywał personel, ale były też prace zbyt ciężkie, które były niesłusznie wykonywane przez kleryków.

Poza kwestiami wychowawczymi prokurator jest odpowiedzialny za dobrostan fizyczny seminarzystów. Niestety higiena w wielu seminariach pozostawia wiele do życzenia. I nie chodzi mi o kwestie czystości - chociaż i tu bywa różnie, ale o zdrowy styl życia. Już sam rozkład dnia, a może lepiej notoryczne jego nieprzestrzeganie sprawia, że seminarzyści bywają po prostu przemęczeni. Na spoczynek nocny trzeba przeznaczyć 8 h - i od tego nie ma wyjątku. Jeśli wstanie jest o 5:30 to gaszenie świateł musi być o 21:30. Trzeba zwrócić uwagę, że godzina gaszenia świateł nie oznacza automatycznego zaśnięcia alumnów. Również czas przeznaczony na odpoczynek. Powinno go być przynajmniej 3 h - w praktyce wielu seminariów jest mniej. Przy tym odpoczynkiem nie jest załatwianie spraw na mieście, czy wizyta u lekarza. Wobec czego konieczne jest rozdzielenie czasu do własnego zagospodarowania na czas bezwzględnie przeznaczony na odpoczynek. Na szczęście regulaminy przynajmniej kilku seminariów duchownych w Polsce obligują alumnów do tego by przynajmniej część rekreacji spędzali we właściwy sposób. Niedopuszczalne jest wyznaczanie czasu na wykonanie oficjów w czasie odpoczynku. Dochodzi do tego, że niektórzy klerycy w praktyce są w ogóle pozbawiani czasu wolnego. Jest to nie tylko sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale także niehumanitarne. Nie twierdzę, że czasami nawet zabranie rekreacji jest niewychowawcze, choćby dla pewnych zadań interwencyjnych. Ale na pewno nie powinno się z tego robić zasady. Nie wychowuje to do żadnej ofiarności jak twierdzą niektórzy deformatorzy ale powoduje przewlekłe przemęczenie i powoduje że w przyszłości już jako księża owi alumni nie będą szanować zdrowia i życia innych. Seminarium nie może być czasem który bierze się na przetrwanie. Niestety oddziaływanie niektórych deformatorów i atmosfera jaka panuje w wielu seminariach powodują, że klerycy przetrzymują czas formacji, co praktycznie wyklucza zakładane przez formację cele. 

Jest jeszcze kwestia o której mi moi czytelnicy nie piszą z pewnej ascetycznej powściągliwości, nie mniej problem odpowiedniego wyżywienia też istnieje. W seminarium przeżyłem trzech prokuratorów. Muszę przyznać, że w czasie mojej (de)formacji jedzenie znacząco się poprawiło z poziomu moim zdaniem nieakceptowalnego (spleśniały chleb, dania typu przegląd tygodnia) do poziomu który uważam za nazbyt wystawny i przy tym także niezdrowy. Największym absurdem było jak za pewnego prokuratora w dzień jego urodzin dostaliśmy lody, a następnego dnia przeterminowany jogurt. Ktoś chyba źle rozstawił akcenty... . Trzeba jasno określić, że jedzenie w seminarium musi być przede wszystkim zdrowe. Jeśli seminarium nie stać na dwudaniowy obiad, to lepiej zrobić jedno danie, ale zdrowe i pożywne niż byle jakie dwa dania. Lepiej zrezygnować z wystawnych uczt dla gości seminaryjnych i to kimkolwiek by oni nie byli niż narażać seminarzystów na utratę zdrowia. Wystarczy pomyśleć! Księża przeżywają w seminarium 6 lat życia - to wystarczająco dużo aby przez niezdrowe jedzenie nabawić się otyłości, zespołu metabolicznego, wrzodów w przewodzie pokarmowym i wielu innych chorób. Kościół jest potem obciążony tymi chorobami, bo księża którzy chorują kosztują więcej, a do tego trzeba ich zastępować. Nie twierdzę że chory kapłan jest mniej warty, zwłaszcza jeśli chorobę przeżywa ofiarując ją za Kościół ale chyba każdy rozumie, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

Perspektywa posługi prokuratora w seminarium którą zarysowałem z pewnością zdaniem wielu czytelników wykracza w zakres zadań prefekta oraz rektora. Nie twierdzę że w każdym seminarium możliwe jest przyjęcie wszystkich tych postulatów. Nie mnie należy przemyśleć przekazanie realnych kompetencji wychowawczych prokuratorowi. Nie powinno się też dobierać do tej funkcji kapłana który jest tylko po ludzku obrotny i zaradny w kwestiach majątkowych. Tu chodzi o coś więcej. Śmiem twierdzić, że misja wychowawcza i zadania prokuratora są dużo trudniejsze niż prefektów. Jednak większość prokuratorów ogranicza swoje zadania jako moderatora seminaryjnego jedynie do biernego uczestniczenia w sesjach profesorskich i bieżących apelach do kleryków o poszanowanie własności seminaryjnej. Nie tędy droga... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 10 sierpnia 2018

Grzechy prefektów seminaryjnych

Laudetur Iesus Christus!

Wpis o prefektach w seminarium nie jest łatwy i to niezależnie od tego czy pisze je wyświęcony kapłan, kleryk, czy wyklęty kleryk. Okazuje się bowiem że to właśnie prefekci są najbardziej znienawidzoną grupą moderatorów seminaryjnych - wiem to z autopsji jak również z korespondencji. Uwaga - czasami zdarza się seminarium bez prefekta, wtedy jego funkcję przejmuje wicerektor, zresztą i w seminariach z większą liczbą moderatorów wicerektor pełni przynajmniej po części tytułową funkcję. Zadaniem prefektów jest czuwanie nad dyscypliną seminaryjną. Należy przez to rozumieć karność alumnów w wykonywaniu swoich obowiązków duchowych, intelektualnych jak również stricte moralnych.

Niestety z mojej korespondencji, a po części i doświadczenia wynika, że wielu prefektów traktuje swój urząd jednostronnie, tzn dbają oni tylko i wyłącznie o zewnętrzną stronę przestrzegania regulaminu, przez co stają się zwykłymi dozorcami. Nie tędy droga...! Prefekt, który przecież nie musi dbać o doczesne sprawy seminarium, ani reprezentować go na zewnątrz, może poświęcić się w całości pracy wychowawczej. Weryfikacja drodzy prefekci oczywiście należy do waszych zadań, ale ani nie jest zadaniem głównym (bo od tego jest rektor) ani najważniejszym. Zapominacie bardzo często, że seminarium to miejsce wzrastania, miejsce w którym człowieka trzeba wychować, a nie tylko sprawdzić czy po zewnętrznej stronie kielicha pasuje do kapłaństwa. 

Nie jest dobrym wychowawcą ten, kto tylko egzekwuje. Prefekt powinien mieć czas na rozmowy z klerykami (i nie chodzi o takie urzędowe, tylko zwykłe) oraz spędzanie z nimi czasu, dobrze gdy wykłada jakieś przedmioty, chociaż nie jest to konieczne. Ograniczanie wykonywania tego urzędu do przejścia przez pokoje kleryckie w czasie studium, czytania duchownego czy silentium jest głębokim nieporozumieniem. Również cedowanie wyjaśniania regulaminu klerykom na ojców duchownych. Prefekci problemem formacji winni się zająć kompleksowo, będąc także duchowym wzorem dla swoich wychowanków, a to oznacza ponoszenie także trudów regulaminowego życia takich jak chociażby zachowanie ciszy. Nie wypada w czasie silentium przyjmować prefektowi kolegów - zwłaszcza gdy owi zachowują się głośno... . 

Problemem wielu seminariów jest brak personalistycznego podejścia wychowawczego. Wielu kleryków zwyczajnie nudzi się w seminarium. Wiadomo, że musi być czas na naukę, ale jeśli kleryk w czasie studium się nie uczy to niekoniecznie dlatego że nie jest zdyscyplinowany. Być może warto zbadać jego sytuację. Może opanowanie materiału zajmuje mu mniej czasu, może warto nawet w trakcie formacji wysłać go na dodatkowe wykłady lub nawet studia - albo po prostu zorganizować koło naukowe czy zainspirować interesującą lekturę żeby wychowanek nie popadł w lenistwo, a Kościół miał z tego pożytek. Rozeznawaniem takich sytuacji powinni się zająć właśnie prefekci. Oni powinni przedkładać rektorowi propozycję radzenia sobie z takimi problemami. Ale oczywiście łatwiej jest robić codzienny lub cotygodniowy niezapowiedziany nalot i sprawdzać czy klerycy siedzą przy biurkach i czy mają zamknięte laptopy.

Rzeczą bardzo poważną jest naruszanie prywatności. Jest to bardzo nagminne i zdarzało się także w moim seminarium. Sprawę traktuję w kategorii ciężkiego grzechu. Niedopuszczalne jest przeglądanie korespondencji alumna, wertowanie jego osobistych notatek, rewizja (chyba że dla najpoważniejszej przyczyny i zawsze w obecności zainteresowanego), podsłuchiwanie itp rzeczy, które można zostawić dla systemu słusznie minionego. W XXI wieku, kiedy każdy kleryk ma konto na fb, działa w sieci, wypowiada się naprawdę nie jest trudno wybadać jakie ma intencje idąc do kapłaństwa i czy posiada stosowne kwalifikacje duchowe i moralne. Dzisiaj kiedy seminaria świecą pustkami można i trzeba postawić na weryfikację opartą na przebywaniu i ludzkim poznawaniu alumnów. Jeszcze poważniejszym deliktem jest tworzenie siatki wywiadowców - sam byłem przez jednego z prefektów podczas urzędowej (sic!) rozmowy nakłaniany do takiej współpracy. Skutecznie niszczy to wspólnotę seminaryjną i (de)formuje przyszłego prezbiterium, wspiera kolesiostwo i cwaniactwo. Być może dla was wygodniej jest w ten sposób sprawować powierzony wam urząd, ale ten sposób gorszy seminarzystów.

Prefekt jest praktycznie jedynym moderatorem zdolnym obiektywnie ocenić kompetencje moralne przyszłych kandydatów od strony zewnętrznej. Ten aspekt posługi prefekta jest zupełnie pomijany. Pozostawia się z boku zagadnienia moralne w formacji. Praktycznie tylko za występek kwalifikowany kleryk może wylecieć. Ponad połowa przypadków wydaleń to bliżej nieokreślone kwestie osobowościowe. Przechodzą więc kandydaci złośliwi, obłudni, kłamiący, pyszni, skąpi, leniwi... . Jeśli jakiś alumn pada ofiarą nagonki ze strony kolegów - często okrutnej i niesprawiedliwej to prefekt przedstawia radzie seminaryjnej że taki kandydat ma zbyt słabą osobowość. A seminarium ani w małej części nie odzwierciedla życia w duszpasterstwie poza murami. Przecież żaden kapłan we współczesnych warunkach nie dzieli ze współbraćmi całego życia - posiada chociażby oddzielny pokój i łazienkę. Zaszczuć dobrego człowieka łatwo, wyrzucić też. A potem dziwimy się że wśród duchowieństwa tyle buców i chamów... . 

Niestety większość alumnów odczuwa lęk przed moderatorami zewnętrznymi. W takim układzie nie można mówić o formacji, a raczej o zabawie w kotka i myszkę. Nie może być tak, że alumn widząc prefekta analizuje z jego wyrazu twarzy czy może w czymś nie podpadł. Oczywiście bywa i przeciwieństwo prefekta-cerbera.... . Prefekt-kumpel też nie jest dobrym modelem wychowawczym. Ostatecznie prefekt musi posiadać autorytet. Jeśli jest tylko dobrym kompanem do gry piłkę, wycieczek rocznikowych, czy podwieczorków - to można mówić o utracie tego autorytetu, także w jego formalnym aspekcie, czymś w rodzaju abdykacji z urzędu. 

Z pewnością urząd prefekta nie jest łatwy... . Przyjmujący go niech dobrze zbadają sprawę w sumieniu zanim się zgodzą, szczególnie, że godzić się nie muszą. Jeśli kandydat na prefekta ma złe doświadczenia z własnej formacji niech lepiej z pokorą odmówi biskupowi niż podejmie się zadania którego nie jest w stanie właściwie wypełnić. Złych wzorców i modeli formacyjnych nie można przenosić z pokolenia na pokolenie. Biskupi i rektorzy niech pilnie zważają kogo wybierają do roli prefekta. Kapłan piastujący ten urząd powinien być doświadczony, zrównoważony, dojrzały i posiadać wybitne kwalifikacje moralne. Raczej należy wybierać najlepszych i zdecydowanie nie traktować tego urzędu jako dobrego zapisu w CV dla przyszłego biskupa... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 31 lipca 2018

Rektor seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Dziś wpis o osobie, która po Panu Jezusie Chrystusie i po biskupie jest najważniejsza w seminarium. Rektor swoją władzę w seminarium sprawuje w imieniu ordynariusza i w zgodzie z przepisami Kościoła. Przede wszystkim sam biskup powinien uważać kogo mianuje na te urząd. Po wtóre biskup powinien często kontaktować się z rektorem swojego seminarium i na bieżąco omawiać istotne sprawy związane z seminarzystami.

Rektor seminarium zwykle jest pierwszą osobą, z która powołany ma kontakt w seminarium. Rozmowa wstępna nie jest tylko formalnością, ale powinna być także spotkaniem o charakterze duszpasterskim, wszak rektor podejmując decyzję o przyjęciu kandydata do seminarium przejmuje też za niego duszpasterską odpowiedzialność. Jest moim zdaniem poważnym zaniedbaniem, jeśli rektor pozwala takie rozmowy odbywać prefektom. Niestety sam pukając do wielu seminariów tego doświadczyłem. Jeśli czas nie nagli to lepiej rozmowę wstępną przełożyć niż odbywać ją z kimś innym niż rektor, chyba że jest to sam biskup.

Rektor powinien mieć czas... . Brzmi to może banalnie, ale mojemu rektorowi można było zarzucić to, że w seminarium był bardziej gościem niż domownikiem. Pełnił jednocześnie trzy funkcje i to jeszcze w różnych miastach. Winą za to obarczyć trzeba przede wszystkim biskupa. Ale sam rektor też nie jest bez winy. W Kościele istnieje zasada, że można odmówić awansu. Nie ma tutaj przymusu posłuszeństwa. Jeśli ktoś nie jest zdolny do przyjęcia urzędu, lub okoliczności go przerastają to powinien zdecydowanie odmówić. Tak samo ów rektor powinien się nie zgodzić na pełnienie tych trzech funkcji jednocześnie. Nie przyjęcie urzędu w Kościele nie jest oznaką lęku i ucieczki ale zwykle właśnie odwagi. Oczywiście rektor może być jednocześnie także wykładowcą, jest to nawet w pewnym sensie wskazane. Jednak patologią jest gdy przebywa tylko 3-4 dni w seminarium.... .

Rektor jest szefem całego seminarium - to on powinien wysuwać kandydatury na prefektów, wicerektora czy prokuratora. Oczywiście biskup ma pełną swobodę w mianowaniu moderatorów seminaryjnych, ale sytuacja w której rektor i wicerektor nie są w podstawowych kwestiach jednomyślni jest patologiczna - a i taką rzecz widział wyklęty kleryk w czasie swojej (de)formacji seminaryjnej.

Rektor powinien osobiście wysłuchiwać kleryków przed wszystkimi ważnymi wydarzeniami w ich formacji, a więc przeprowadzać skrutynia - on i biskup, a nie prefekci... . Niestety wielu rektorów nie rozmawia ze swymi podopiecznymi. Nasz rektor przyznał się kiedyś, że z powodu nawału obowiązków słabo nas zna... . A jednak musi podejmować decyzje i to często bardzo ważkie.

Ostatecznie bowiem to rektor prezentuje biskupowi kandydatów do święceń. I nie jest to tylko wyreżyserowana formułka podczas obrzędu święceń, ale stosy dokumentów jakie musi wypełnić. Niestety wielu rektorów zasłania się jakimiś radami seminaryjnymi i innymi ciałami kolegialnymi. Sam się dowiedziałem, że zostałem usunięty podczas takie rady. Tymczasem rada powinna tylko radzić, a decyzję podejmuje rektor i zawsze powinien ją przedstawić biskupowi. 

Również sposób traktowania kleryków kierowanych na dziekankę czy wydalanych z seminarium zasługuje w wielu przypadkach na naganę. Niestety większość exklerkyów skarży mi się na sposób przeprowadzenia tych czynności. Otóż drodzy rektorzy - miejcie świadomość że i w tej sytuacji winna wam przyświecać troska o zbawienie duszy. Rozmowa na temat usunięcia kleryka z seminarium powinna się odbyć zawsze w rektoracie i powinno się na nią zarezerwować tak dużo czasu jak to tylko możliwe. Wydalany kleryk powinien być poinformowany jak najdokładniej o przyczynach wydalenia, o możliwościach odwołania się od tej decyzji, możliwości lub braku kontynuacji formacji po spełnieniu określonych wymogów. Wreszcie decyzja o wydaleniu powinna być przekazana w formie dekretu - na piśmie z krótkim uzasadnieniem. Wymaga tego prawo do dobrego imienia kleryka, zwłaszcza gdy jest wydalany z powodów innych niż występek kwalifikowany przeciw obyczajności. Sprawa powołań kapłańskich jest sprawą publiczną. Jeśli zainteresowany chce poinformować o przyczynach wydalenia swojego proboszcza, parafię i znajomych ma prawo do tego by dać mu uzasadnienie na piśmie. To nie jest wymóg kanoniczny, ale z pewnością wymóg moralny... . 

Sytuacje trudne rektorzy nie powinni zamiatać pod dywan. Lepsza jest szczera rozmowa z klerykami na temat przyczyn powzięcia pewnych decyzji niż chowanie głowy w piasek. W dużej mierze od takich sytuacji zależy czy rektor uzyska wśród seminarzystów autorytet materialny, czy też nie. A to właśnie ten rodzaj autorytetu jest konieczny do tego aby proces wychowawczy w seminarium przebiegał prawidłowo.

Pewnym problemem jest także styl wychowania jaki przyjmuje rektor. Z jednej strony zbyt surowy i apodyktyczny powoduje że klerycy zamykają się w sobie, z drugiej strony rektor-kolega-ojciec duchowny itd też powoduje poważne braki formacyjne. Stąd tak istotne jest aby rektorem zostawali ci którzy się do tego nadają, a nie kapłani którym trzeba wpisać do CV że był rektorem w seminarium, bo chcemy by został biskupem. W tym temacie zauważa się też niepokojący trend kadencyjności rektorów. 5-letnia kadencja rektora to nawet nie jeden dobrze doprowadzony do ołtarza rocznik. Musi być dobry rektor na lata - najlepiej kilkanaście lat. Jest to taki urząd który z pewnością wymaga doświadczenia, zarówno duszpasterskiego jak i urzędniczego. Nie jest to więc funkcja dla młodych i karierowiczowsko nastawionych księży. Jest mądrością wielu diecezji, że rektorem seminarium można zostać tylko po piastowaniu wcześniej jakiegoś innego urzędu w seminarium.

I na koniec coś co zawsze wszystkich bardzo bulwersuje. Rektor jest tylko człowiekiem - posiada sympatie i antypatie. Nie daj Panie Boże, aby któryś z rektorów miał swoich pupili i tych których z powodów czysto ludzkich gnębi! Taki grzech jest jednym z największych jakie może popełnić sprawując swój urząd. 

Tak więc biskupi niech dobrze przemyślą kogo do tej posługi wybierają, sami rektorzy niech robią dokładny rachunek sumienia - bo po biskupie są najbardziej odpowiedzialni za losy diecezji, a klerycy niech chętnie modlą się za swych rektorów i wspierają ich pracę.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 25 lipca 2018

Biskup w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Każdy blogger ma wiedzę na temat swych czytelników. Ja również wiem, że czyta mnie kilku biskupów. Większość z nich pewnie zgrzyta zębami ze zgryzoty, ale może są i przychylniej nastawieni, wszak jakiś czas temu rozniosła się fałszywa pogłoska iż sam jestem biskupem. Niniejszy wpis dedykuję moim purpurowym czytelnikom, ale nie tylko. Być może czyta mnie jakiś biskupi spowiednik, lub mniszy odpowiednik biskupa czyli opat lub prowincjał. Dziś będzie o Waszej roli w seminarium. Roli niepośledniej, gdyż każdy dobrze wychowywany seminarzysta widzi w swoim biskupie prawdziwego zastępcę Chrystusa Pana i już na etapie formacji czuje silny związek z biskupem, jako tym który przekaże mu upragnioną łaskę święceń.

Niestety większość seminarium duchownych jest zaniedbana przez swoich ordynariuszy. Troska o seminarium to bowiem nie tylko nadanie statutu oraz mianowanie kadry. Wydaje się że pewnym minimum obecności biskupa w seminarium jest rozpoczynanie i kończenie roku akademickiego, osobiste udzielanie święceń i posług, prowadzenie skrutyniów i obecność na wszystkich sesjach profesorskich w sprawie dopuszczenia seminarzystów na kolejne etapy formacji. Biskup który od tych zadań się uchyla sądzę iż grzeszy ciężko zaniedbując seminarium. 

"Biskupa obowiązkiem jest sądzić, tłumaczyć, konsekrować, święcić (duchownych), ofiarować, chrzcić i bierzmować." jak uczy pouczenie dawnych święceń biskupich. Niestety współcześnie biskup stał się przede wszystkim kurialnym urzędnikiem, z drugiej zaś strony nierzadko diecezjalną maskotką. I w tym co piszę nie ma przesady. Bo jak ocenić biskupa, który jedzie na poświęcenie szkoły, a sufragana posyła aby udzielił akolitatu swoim seminarzystom, albo zleca to zadanie rektorowi? Trzeba drodzy biskupi jasno Wam przypomnieć - jesteś duszpasterzami duszpasterzy. Przyszłość każdej diecezji leży w jej seminarium. Wobec tego pasterska troska o seminarium jest jednym z najważniejszych Waszych obowiązków. Nie konferencje naukowe,  nie przecinanie wstęg, wernisaże, wywiady, nawet nie wyjazdy na posiedzenia konferencji episkopatu... . Chrystus Pan zapyta Was o władanie własną diecezją, a nie o zarząd demokratyczny, którego nie ustanowił. 

Jeszcze w niektórych diecezjach bywało, że jeśli seminarium duchowne mieściło się w mieście biskupim, to biskup diecezjalny mieszkał w seminarium. Do niedawna była diecezja w Polsce, która miała za rektora biskupa pomocniczego - taka praktyka przed soborem nie należała do rzadkości. Oczywiście nie nawołuję do tego, by biskupi przejęli funkcję rektorów. Jednak troska biskupa o seminarium powinna być daleko bardziej posunięta niż w zakresie innych urzędów diecezjalnych. Biskup, który byłby domownikiem seminarium miałby okazję osobiście poznać swoich alumnów  i nie tylko realnie wpływać na ich formację, ale także brać aktywny udział w ich selekcji. 

Dobrą praktyką wielu diecezji jest, że biskup, lub biskupi mają wykłady w seminarium duchownym. Większość biskupów posiada dzisiaj przynajmniej doktorat - nic nie stoi na przeszkodzie, aby przynajmniej cześć przedmiotów wykładali klerykom, a przez to lepiej ich poznali. Niestety biskupi-naukowcy często zamiast przyczyniać się do formacji kleryków wolą konferencje, sympozja i karierę naukową od swoich głównych biskupich zadań. 

Jest w Polsce przynajmniej jedna diecezja, która wymaga od kandydata przeprowadzenia rozmowy wstępnej nie tylko z rektorem, ale także własnym biskupem. Uważam, że to bardzo dobra praktyka. Również przed każdym dopuszczeniem do kolejnych posług czy święceń powinna być taka rozmowa alumna z biskupem. Statuty wszystkich seminariów powinny mieć zapis, że każdy seminarzysta może w ważnej sprawie bezpośrednio zwrócić się do swojego ordynariusza. Biskupi uzasadnione skargi seminarzystów pilnie badać i w razie potrzeby interweniować. Być może gdybym miał innego biskupa diecezjalnego odwoływałbym się od decyzji wydalenia mnie z seminarium, ale ponieważ wiedziałem, że mojego biskupa seminarium mało obchodzi toteż nie zawracałem mu głowy. 

Niestety muszę to napisać... Biskup nie może też gorszyć kleryków. Zgorszenie dokonane przez biskupa woła o pomstę do nieba głośniej niż jakiegokolwiek kapłana! Mieliśmy w diecezji takiego pomocniczego biskupa, który był bardzo dowcipny, niestety humor miał rubaszny i już na początku (de)formacji zasiał kąkol wulgaryzmu. Biskup zgorszyć może także na inne sposoby. Jest oczywistym, że klerycy winni biskupowi cześć posłuszeństwo. Jednak także w korespondencji bracia skarżą mi się na bucowatość co poniektórych purpuratów. Miałem okazję poznać w swoim życiu wielu biskupów, nawet kardynała i to poznać dość dobrze. Wielkość następcy apostoła nie mierzy się po tym z jaką pogardą daje odczuć swoją wyższość podwładnym, ale jak zachowując zdrowy dystans potrafi w praktyce uszanować godność drugiego człowieka. Na szczęście spotkałem na swojej drodze trochę nie zbiskupiałych purpuratów, więc wierzę że nie całe środowisko episkopatu przesiąknęło pychą, nie mniej przestrzegam! Buta i arogancja kapłanów po święceniach wiąże się często z analogicznym doświadczeniem przełożonych w seminarium. Tych wzorców nie wynosi się raczej z domu.

Podsumowując.... Drogi Ojcze diecezji czy prowincji zakonnej. Jeśli chcesz mieć dobre prezbiterium to zadbaj o własne seminarium. Poświęć mu więcej czasu niż kolegom z episkopatu, podróżom do Rzymu (chyba że wzywa autentyczna potrzeba Kościoła) czy też jakimkolwiek innym zajęciom, choćby miały dobry posmak ale nie wynikały z Waszej biskupiej służby. Czas, post i modlitwa ofiarowane za seminarium wydadzą dobre owoce, a mitra która zdobi Wasze skronie rzeczywiście oznaczać będzie wieniec chwały za dobre pasterskie władanie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 7 lipca 2018

Ludzie w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Nadeszły wakacje, a wraz z nimi przerwa seminarzystów w nauce bądź bezpośrednie przygotowanie do (de)formacji nowego narybku. Wobec tego tematy na blogu znów będą bardziej seminaryjne - w tym roku zamierzam scharakteryzować osoby i urzędy związane z seminarium duchownym. Dla całkowitych ignorantów przedstawię co dane osoby mają do wypełnienia, a samym omawianym może przypomnę po co są w seminarium i jak często zaniedbują swoje obowiązki lub wręcz sprzeniewierzają się podjętym urzędom.

Z mojego doświadczenia wynika iż to właśnie ludzie stanowią największy problem w seminarium. Z jednej strony alumni którzy pochodzą z często niereligijnych środowisk i mający za sobą doświadczenia rozbitych rodzin, czasem nieudanych związków etc a z drugiej strony przełożeni, którzy wyszli z niewiele lepszych środowisk, obarczeni brzemieniem ludzkich ułomności, zawiedzeni własnym kapłaństwem, często sami źle uformowani. Sytuacja bardzo często przypomina tą z bajki Ignacego Krasickiego gdy ślepy prowadzi kulawego.

Problemy związane z ludźmi w formacji seminaryjnej można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą są przyczyny natury osobowościowej. Myliłby się ten, kto by twierdził iż jest to wina tylko rodzin i środowisk z których wywodzą się seminarzyści. Mało kto zwraca uwagę że wychowuje także sama posługa duszpasterska, a zwłaszcza pierwsza parafia. Mamy więc wielu duchownych zakompleksionych, stetryczałych, nieempatycznych i słowo wytrych: niedojrzałych. Niestety zwłaszcza to ostatnie słowo jest zwykle źle zrozumiane i stanowi coś w rodzaju pałki do okładania tych, którzy są niemile widziani przez system deformacyjny. Drugą przyczyną są błędy formacyjne już to na poziomie rodzinnym czy szkolnym, albo seminaryjnym jeśli chodzi o samych (de)formatorów. Chodzi mi głównie o to, że wiele wspólnot seminaryjnych boryka się z brakiem spójności w celach... . Zabrzmi to może zbyt surowo, ale zadam to pytanie parafrazując Ewangelię: "Czy Syn Człowieczy gdy przyjdzie (przychodzi) do seminarium, to czy znajdzie wiarę?" Takiego stopnia praktykowania niewiary jak właśnie w seminarium nigdzie indziej nie widziałem. (De)formatorzy mówią o właściwej intencji, tymczasem oni sami często ją zagubili. Bo można mieć naprawdę gorące i pobożne serce w dniu święceń, a potem przez pokusy życia, różnego rodzaju rozczarowania po prostu popaść w tragiczny koniunkturalizm i stracić wszelką wiarę, wykonując tylko zawód duchownego.

Za murami seminariów dochodzi więc do wielu ludzkich tragedii. "Ludzie ludziom zgotowali ten los..." Dochodzi do wielkich krzywd i zranień. Struktura zamknięcia powoduje że często jedni szczują się na drugich, że szuka się kozła ofiarnego. Nie zawsze jest on znajdowany wśród kleryków. Byłem świadkiem kiedy takim kozłem był...ojciec duchowny. Do tego okrutne zachowania spotykały go także ze strony "współbraci" kapłanów. Nie jest tajemnicą, że w seminarium zdarzają się samobójstwa - dochodzi do nich relatywnie rzadko, raz na kilka lat, jednak mają one miejsce. I oczywiście można wszystko cedować na chorobę psychiczną, ale ta nie powstaje w próżni, a nawet jeśli zrodziła się poza środowiskiem seminaryjnym, to właśnie za murami seminaryjnymi uległa wzmocnieniu prowadząc do aktu samobójstwa.

Największym bólem napawały mnie nawet nie ludzkie przywary, ale zwykła moralna niekompetentność niektórych seminarzystów czy nawet przełożonych. Hasło, że trzeba być najpierw człowiekiem, a potem kapłanem nie może odnosić się do konieczności uświatowienia kandydata do kapłaństwa Tymczasem w nowych seminariach wymiar ludzki spełnia się nie poprzez ludzką prawość, cnotliwość, ortopraksję lecz poprzez "wyjście do ludzi" w takim entourage'u w jakim świat sobie tego życzy. W praktyce ludzkimi są ci klerycy którzy kopią piłkę, prowadzą bujne życie towarzyskie, odstawiają liturgiczny teatr. Nikt nie sprawdza rzetelnie ich kwalifikacji moralnych. To niszczy prawdziwe powołania, a promuje duchowną tandetę... .

Wobec w kolejnych wpisach przedstawię rolę biskupa, rektora, prefekta, prokuratora, ojcach duchownego, dziekana alumnów oraz seniorów, wreszcie także socjusza i braci kursowej. Wpisy będę dokonywał w oparciu o własne doświadczenie oraz Waszą korespondencję i rozmowy na komunikatorach z zachowaniem jednak koniecznej jak zawsze dyskrecji.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 28 czerwca 2018

"Parafia przyjazna człowiekowi"

Laudetur Iesus Christus!

Jakiś czas temu odbyłem z pewnym kapłanem rozmowę na temat trudnej sytuacji w jego praktyce duszpasterskiej. W trakcie rozmowy dyscyplinującej z proboszczem, ów przełożony zarzucił wikaremu że niszczy obraz "parafii przyjaznej człowiekowi".

Samo takie stwierdzenie stawia parafię w kontrze do petenta i jest niezrozumieniem istoty lokalnego Kościoła. W końcu kto jak kto, ale właśnie moderniści tłoczą bardzo mocno pogląd, że Kościół tworzą ludzie. zatem takie stwierdzenie samo w sobie sprzeczne jest nawet z posoborową eklezjologią. Oczywiście rzecz dotyczyła osoby będącej katolikiem ochrzczonym i publicznie nie ekskomunikowanym.

Druga kwestia to sprawa właśnie owej przyjazności. Należy sobie zadać pytanie po co Chrystus Pan założył Kościół? Celem założenie Kościoła jest kontynuacja misji zbawczej Chrystusa Pana. A więc Kościół to wspólnota postanowiona dla zbawienia duszy człowieka. Jeśli ktoś przychodzi aby otrzymać sakrament i Kościół rozeznaje iż kandydat nie jest do tego odpowiednio dysponowany, że przyjmie sakrament świętokradzko, to właśnie dla dobra tej osoby powinien wstrzymać udzielenie sakramentu.  Kiedy bowiem ktoś popełnia świętokradztwo to nie tylko nie otrzymuje łaski płynącej z sakramentu (zostaje ona zawieszona) ale jeszcze pomnaża swoje grzechy. Podobnie więc jak w przypadku deklarowania schizmy czy ekskomuniki Kościół występuje jako surowy ale kochający rodzic, który w ostateczności sięga i po takie środki.

Czym jest parafia przyjazna człowiekowi? Patrząc przez pryzmat celu Kościoła oraz życia każdego człowieka, to parafia przyjazna człowiekowi będzie taką która stwarza okazję to przyjmowania łaski Bożej. Parafia przyjazna będzie godziwie sprawować kult Boży, a jej duszpasterze będą posługiwać słowem prawdy, co nie zawsze oznacza słów pełnych łagodności. 

Z perspektywy doczesnej oczywiście dobrze jest jeśli parafia przyjmuje prośby wszystkich wiernych. Jednak parafia nie jest przedsiębiorstwem usługowym, a duszpasterze nie są od tego by dawać każdemu to co chce, ale to co mu się słusznie należy. W perspektywie wiecznej lepiej jeśli parafia odstręczy potencjalnego grzesznika, który być może za jakiś czas wróci skruszony niż utrzyma armię miernych wiernych, którzy idą na zatracenie bez słowa ostrzeżenia.

Wobec tego wszystkiego należy strzec się takiego postępowania obliczonego bardziej na ilość niż na jakość. Choćby zasmucała mała ilość wiernych, to lepiej niegodziwemu odmówić dostępu do sakramentu niż pozostawiać fasadę katolicyzmu, za którą rozwiera się przeraźliwa otchłań  wiecznego zatracenia.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 22 czerwca 2018

Nieważne bierzmowania

Laudetur Iesus Christus!

Gdy w zeszłym roku pisałem o nieważnych rozgrzeszeniach, nie sądziłem iż problem nieważnych sakramentów rozszerza się także na wyciskające charakter. Sprawa nieważnie udzielanych sakramentów jest o tyle istotna, że są one w zasadzie moim jedynym łącznikiem z obecną strukturą kościelną. Realistycznie rzecz ujmując, na współczesnym nauczaniu się już nie wspieram i jedynym sensem mojego trwania w Kościele, jest jego zbawcze posłannictwo zapośredniczone w łaskach udzielanych przez sakramenty. Wobec niszczenia owych skutecznych znaków łaski, którymi są sakramenty staje poważny znak zapytania nad autentycznością Kościoła rządzonego przez Franciszka. Pytanie o to gdzie jest prawdziwy Kościół pozostawmy jednak na inny wpis, kiedy sytuacja odpowiednio dojrzeje do tego by ją właściwie zdiagnozować i powziąć odpowiednie kroki.

Skąd moje przekonanie o nieważnych bierzmowaniach? Zrodziło się ono po tym jak świadkowałem na pewnym bierzmowaniu sprawowanym co prawda w katolickim obrządku, ale przez indultystów. Efektem nieznajomości rubryk przez szafarza jest poważna wątpliwość co do ważności tego bierzmowania, a dalsze dochodzenie i badanie doprowadziło mnie do przerażającej w skutkach konstatacji iż wiele, jeśli nie większość bierzmowań jest dziś sprawowanych nieważnie.

Jak dobrze wiemy z nauczania soboru trydenckiego sakrament jest skutecznym znakiem łaski. Aby łaska została przekazana musi być znak sakramentalny, czyli materia i forma oraz właściwy szafarz z odpowiednią intencją oraz dysponowany wierny.  Podczas gdy w przypadku nieważnych rozgrzeszeń mój zarzut dotyczył formy, chociaż trzeba stwierdzić że więcej spowiedzi jest nieważnych z powodu niedbalstwa w aktach penitenta, to w przypadku bierzmowania  nieważność jest spowodowana brakiem aplikowania właściwej materii. Zgodnie z katolicką nauką wyrażoną w wielu katechizmach, jak również w Rituale Romanum sakramentu bierzmowania udziela się przez włożenie ręki z namaszczeniem krzyżmem świętym czoła oraz wypowiedzenie zatwierdzonej w księgach formuły. Materia każdego sakramentu jest ściśle określona w Piśmie Świętym. W przypadku bierzmowania oba teksty Dziejów Apostolskich które wskazują na ten sakrament mówią o włożeniu ręki:
a) "Kiedy Apostołowie w Jerozolimie dowiedzieli się, że Samaria przyjęła słowo Boże, wysłali do niej Piotra i Jana, którzy przyszli i modlili się za nich, aby mogli otrzymać Ducha Świętego. Bo na żadnego z nich jeszcze nie zstąpił. Byli jedynie ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy więc wkładali (Apostołowie) na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego." (Dz 8, 14-17)
b) "Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa. A kiedy Paweł włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali." (Dz 19, 5-6)
Praktyka apostolska zawsze wskazywała na włożenie ręki jako sposób udzielania bierzmowania.

Odnośnie do bierzmowania którego byłem świadkiem wydaje się, że zabrakło włożenia ręki - nikt bowiem z obecnych nie zauważył tego, a szafarz pytany o włożenie ręki w ogóle nie wykazywał świadomości iż jest ono konieczne dla zaistnienia sakramentu. Konstytucja Apostolska Pawła VI promulgująca nowe obrzędy bierzmowania wymienia iż namaszczenie krzyżmem zastępuje włożenie ręki. Jest to wyrażenie moim zdaniem nielogiczne i niespójne - zasługuje co najmniej na poważne powątpiewanie. Jeśli jest tradycją apostolską poświadczoną w Dziejach Apostolskich, że bierzmowania udziela się przez włożenie ręki, to kim jest Paweł VI by to zmieniać? Wbrew obiegowym opiniom władza kluczy kolejnych namiestników Chrystusowych nie jest absolutna. Dla wszystkich wydaj się logiczne, że papież nie może znieść Ducha Świętego. Czemuż więc nie jest dla tych samych ludzi do przyjęcia iż święte znaki, które oznaczają i udzielają łaski, a które ustanowił sam Pan Jezus Chrystus, że te znaki też ograniczają ową władzę kluczy, przynajmniej tam gdzie Pismo Święte uczy o innym znaku niż ten który jest proponowany dzisiaj. 

Nawet jeśli zdaniem teologów przy nowym bierzmowaniu włożenie ręki zastępuje namaszczenie krzyżmem, to na pewno nie jest tak w starym obrządku bierzmowania. Wobec tego bierzmowanie to należy uznać co najmniej za wątpliwe. Przyczyną nieważności tego i zapewne wielu innych bierzmowań celebrowanych w starym rycie jest indultyzm i wynikająca zeń niedbałość i nie znajomość obrzędu. Oto bowiem zaprasza się kapłana, który na co dzień nie sprawuje starej liturgii i ów bez odpowiedniego przygotowania (przeczytania wcześniej liturgii obrzędu, który ma sprawować) przystępuje do jego celebrowania zachowując się tak jak w czasie nowej liturgii. Ponieważ ów kapłan jest indultystą, a to oznacza że przypadłościowo celebruje Vetus Ordo, jest wychowany przez nową liturgię i teologię, nie rozumie więc konieczności dochowania obrzędu. To wszystko składa się na tragiczną sytuację indultystycznych celebracji.

Jakie więc należy przedsięwziąć środki? W dobie pomieszania powszechnego zwłaszcza przebieg sakramentów wyciskających charakter, a więc chrztu, bierzmowania i święceń musimy utrwalać przez filmowanie, nagrywanie, fotografowanie, a to po to by móc potem dochodzić swoich praw. Owe sakramenty ze znamieniem sakramentalnym powinniśmy przyjmować poza indultem, a więc od szafarzy wychowywanych przez starą liturgię i niecudzołożących z nową liturgią. Nowe bierzmowania są bardzo niepewne - przejrzałem szereg relacji fotograficznych oraz filmów i stwierdziłem iż nałożenie ręki występuje praktycznie tylko przypadłościowo. Rezygnacja z gestu który wykonywali apostołowie w naszej ocenie znosi ważność sakramentu. 

Fakt masowego poniechania bierzmowania bardzo tłumaczy obecną kondycję Kościoła. Większość episkopatu światowego została najprawdopodobniej wybierzmowana nieważnie. Skąd ci pasterze mają brać konieczną mądrość czy męstwo? Jak tacy biskupi mają strzec wiary, skoro wcześniej nie stali się żołnierzami Chrystusowymi? I oto mamy pasterzy, którzy może czasem i mają dobrą wolę, ale widać jak bardzo są ułomni. Pamiętajmy, że bierzmowanie nie jest wymagane do ważności święceń - może więc być biskup, który nie został bierzmowany... . Czy konsekracja biskupia uzupełni braki z bierzmowania - niech wypowiedzą się światli doktorowie, w moim mniemaniu jest to mało prawdopodobne, zwłaszcza, że i ta ceremonia została mocno okaleczona. Zdaniem sedewakantystów episkopalnych do tego stopnia iż znosi ważność całego święcenia. 

Bierzmowanie nie jest sakramentem koniecznym do zbawienia. Jednak nie przyjmowanie tego sakramentu pozbawia wielu łask, które ułatwiają osiągnięcie zbawienia. Bierzmowanie uzdalnia bowiem do podjęcia duchowej walki. Sakrament ten ma bardzo ważny wymiar eklezjologiczny, ponieważ pomaga w budowaniu Kościoła, jego obrony i apostolskiej gorliwości do sprowadzania tych którzy pogubili się na drodze życia. W konsekwencji brak bierzmowań uderza Kościół w jego misjonarskim oddziaływaniu oraz pozbawia go armii strzegącej wiary katolickiej.  Zniszczenie bierzmowania powoduje że wiele dusz pozbawionych właściwej ochrony przez łaskę oraz wsparcie innych wierzących schodzi z tego świata bez koniecznej do zbawienia łaski uświęcającej. Przeto dopominajmy się o bierzmowanie, a jeśli mamy uzasadnione wątpliwości prośmy o bierzmowanie sub conditione. Zwracam się do kapłanów Bractwa św. Pius X, jak również kapłanów zrzeszonych w innych stowarzyszeniach i instytutach integralnie katolickich, aby umożliwiali wiernym przyjęcie tego sakramentu, aby nie uzależniali udzielania tegoż od wpisanego w metryce chrztu nowego bierzmowania. Uświadamiajmy też szafarzy indultowych oraz novusowych o konieczności zachowania gestów apostolskich, usankcjonowanych przez Pismo Święte i Tradycję, aby jak najbardziej zachować łaskę płynącą z bierzmowania. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 7 czerwca 2018

Dlaczego porzuciłem starania o przyjęcie do seminarium? Kilka myśli o powołaniu... .

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji święta Chrystusa Króla Najwyższego i Wiecznego Kapłana trochę bardziej osobisty wpis. Wiosna jest szczególnym czasem, kiedy wiele osób staje przed wyborem drogi życiowej. W mojej blogowej rzeczywistości jest to także czas, w którym pojawiają się komentarze lub dużo częściej korespondencja o tematyce powołaniowej. Jeśli kwestia dotyczy spraw powołaniowych ogólnie, to zwykle odpowiadam bez większej zwłoki nie udzielając jednak poradnictwa duchownego - bowiem to powinno być przede wszystkim dokonywane w spowiedzi. Niestety sporo osób pisze do mnie w mojej sprawie. Część z tych maili jest z pewnością wyrazem troski o moją osobę - na takie zwykle odpisuję, część w mniej lub bardziej złośliwy sposób odnosi się do mojej sytuacji.  Wobec tego piszę ten wpis, aby w mojej sprawie niedomówień żadnych nie było, do tego wpisu będę też wszystkich ciekawskich odnosił. 

Oczywiście jak większość seminarzystów mocno odczułem decyzję przełożonych w sprawie wyrzucenia mnie z seminarium. Powodem były moje poglądy teologiczne, choć oficjalnie przełożeni nigdy tego nie potwierdzili. W bardzo zawoalowany sposób powiedzieli, że nie nadaję się do życia wspólnego. Po latach stwierdzam iż jest to prawda - nie nadaję się to życia we wspólnocie ludzi, którzy nie wyznają tych samych wartości i nie dążą do tych samych celów. Odkrycie tego faktu uwolniło mnie od mirażu kontynuacji realizowania mojego powołani w modernistycznym seminarium. W gruncie rzeczy obraz kapłaństwa jaki mi wpajano nie był tym, który był moim celem i to nawet patrząc przez pryzmat niedojrzałych jeszcze pragnień maturzysty. Przez kilka lat (de)formacji jakie przeszedłem utwierdzałem się w kontrze do rzeczywistości jaką zastałem - pojawiła się lektura tekstów abp Lefebvre'a, Pawła Milcarka, ks. Dariusza Olewińskiego, Pch24, Frondy, następnie blogi tradycjonalistyczne i wreszcie lektura oficjalnych dokumentów Magisterium Kościoła sprzed 1958 r która trwa po dzień dzisiejszy. Ostatecznie kresem mojej bytności w seminarium była abdykacja papieża Benedykta XVI i wybór Franciszka. Myślę, że ktoś kto chce zrozumieć jaki był to wstrząs dla mojego życia powinien przeczytać wpis, który poczyniłem już ponad rok temu. Jednak nawet po wydaleniu mnie z seminarium nie traciłem wiary w to że mogę zrealizować swoje powołanie. Pukałem do kilku seminariów - od jednych się odbiłem, w kilku odbyłem nawet rozmowy. Koniec końców w jednym z seminariów doradzono mi skończenie studiów teologicznych. W dniu egzaminu magisterskiego zadzwoniłem do tego samego rektora który doradzał mi ukończenie studiów. Był wyraźnie zmieszany, udawał że rozmowy nie pamiętał. Poszedłem do kaplicy w moim macierzystym seminarium i wtedy na poważnie zaczęło do mnie docierać, że najprawdopodobniej moja droga do kapłaństwa jest skończona. Pukałem jeszcze kilka razy przez wakacje i gdy przyszedł wrzesień trzeba było stanąć w prawdzie, że nie zostanę nigdzie przyjęty, że trzeba przyjąć wygnanie. Był bardzo trudny i bolesny okres bezrobocia. Pracę na szczęście znalazłem. Przez kolejny rok namyślałem się co zrobić ze swoim powołaniem - miałem kilka pomysłów. jednakże po rozważeniu tych opcji, jak również moich uzdolnień i predyspozycji oraz sytuacji w jakiej znalazł się Kościół uznałem że lepiej będzie jeśli uznam swoje wygnanie i potraktuję je jako mój stan życiowy, w którym będę służył Panu Bogu, Kościołowi i zbawię swoją duszę. 

Jeśli chodzi o opcje jakie rozważałem to było to zebranie opinii na mój temat ze strony znających mnie i wspierających wiernych zarówno duchownych jak i świeckich, szukanie znajomości przez kapłanów którzy mieli koneksje poza diecezją, wreszcie wstąpienie do seminarium tradycyjnego. Stwierdziłem jednak, że sprawa powołania powinna być rozpatrywana przez osoby do tego powołane. Opinie innych osób na mój temat uznałem iż nie są istotne we właściwym rozeznawaniu, ponieważ osoby te nie zostały powołane do tego by te sprawy rozpatrywać. Takie zbieranie listów polecających itp rzeczy uznaję po prostu za zwykłe świeckie staranie się o pracę, a kapłaństwa nigdy tak nie rozumiałem i nigdy w ten sposób nie chciałem osiągnąć. Od strony moralnej byłoby to więc wywieranie nacisku na tych którzy mają decydować. Wyszedłem z założenia, że skoro Pan Bóg powołanie dał, to powinni znaleźć się ludzie decyzyjni, którzy moje powołanie przyjmą i pozwolą mu się rozwinąć. Nepotyzmem zaś brzydziłem się i brzydzę najbardziej. Jeden z kapłanów osobiście mi życzliwych, ale traktujących owo powołanie w zupełnie światowych kategoriach wyszukiwał mi kolejne seminaria gdzie mogliby mnie przyjąć. Skorzystałem z dwóch propozycji, ale ostatecznie sam doszedłem do wniosku iż jest to droga donikąd w momencie w którym pomijając zupełnie moje predyspozycje zaczął prezentować jakieś dziwne wspólnoty zakonne. Wreszcie kwestia wstąpienia do seminarium tradycyjnego, którą to opcję rozważałem jeszcze długi czas po wydaleniu mnie z seminarium i po tym jak stwierdziłem iż ułudą jest staranie się o przyjęcie do seminarium modernistycznego. Dlaczego kontynuowanie (de)formacji w modernistycznym seminarium jest ułudą? Po pierwsze dlatego, że zarząd mojego macierzystego seminarium oraz kuria diecezjalna wie kim jest wyklęty kleryk - tak ja też mam swój kontrwywiad i wiem o was więcej niż sądzicie ;) Żaden zdroworozsądkowy deformator seminaryjny nie zechce przyjąć do swojego nowego seminarium wyklętego kleryka. Po drugie, nawet jeśli coś w owej komunikacji między-seminaryjnej by nie zadziałało to prędzej czy później moje poglądy wyszłyby na jaw i po kolejnym roku, czy latach zmarnowanych na realizację nieosiągalnego celu musiałbym wrócić do stanu atanazjańskiego, z kolejną dziurą w życiorysie i bez perspektyw, a z czegoś żyć muszę, bo żebrać to jednak się wstydzę. 

Wreszcie kwestia seminarium tradycyjnego.... . Niestety talentem językowym Pan Bóg mnie nie obdarzył. I chociaż w trakcie swojej 12 letnie nauki miałem łacinę, grekę, hebrajski, angielski i niemiecki to jednak średnia z tych przedmiotów nie dochodzi do 3,5 chociaż na dyplomie ukończenia teologii modernistycznej mam wpisane 5. Uznaję za nierealne w mojej sytuacji rozpoczynanie nauki języka aby osiągnąć poziom taki by móc studiować w tym języku. Skoro 12 lat nauki doprowadziło mnie do miernej znajomości łaciny (rozumiem tylko co nieco z prawa kanonicznego i rubryk) oraz angielskiego w stopniu umożliwiającym porozumienie się w prostych sytuacjach, to pytanie o dalszą naukę tychże języków staje się po prostu retoryczne. I ktoś kto jest poliglotą i komu łatwo ta umiejętność przychodzi nie zrozumie, że nie wszyscy to posiadają, stąd proszę o powstrzymanie się od kąśliwych komentarzy i uwag w mailach. Mój postulat powstania tradycyjnego seminarium w Polsce nie jest podyktowany moją sytuacją. Jednym z powodów dla którego nie starałem się o przyjęcie do tradycyjnego seminarium jest deformacja jakiej podległem. Zdaję sobie sprawę, że dla części czytelników stałem się jakimś autorytetem - z góry uprzedzam iż szukanie takowych w dzisiejszym świecie wśród żyjących jest błędne samo w sobie... . Doszło nawet do tego że rozniosła się plotka iż mogę być jakimś purpuratem z ułańską fantazją... .  Czuję jednak jakie szkody poniosłem poddając się deformacji w moim macierzystym seminarium. Im więcej czytam, tym bardziej rozumiem, że teologia której się uczyłem nie była teologią katolicką. Nie rozumiem wszystkiego tak jak duchowny katolicki powinien rozumieć. I nawet odbycie studiów kościelnych jeszcze raz mogłoby nie wyplenić wszystkich braków jakie posiadam. Zresztą jestem już w takim wieku, że powinienem myśleć o jakiejś stabilizacji życiowej, a nie o podejmowaniu ryzyka. Dziś nie jestem już nawet pewny tego czy gdyby powstało tradycyjne seminarium w Polsce, to czy byłbym odpowiednim kandydatem.

Pozostaje kwestia samego powołania... . Sporo korespondencji którą czytam dotyczy kwestii obowiązywalności Bożego wezwania w aspekcie moralnym. Z pewnością pozostaje wezwanie refrenu psalmu, które często pobrzmiewa w nowej liturgii: "Słysząc głos Pana serc nie zatwardzajcie". Zostaje także dramatyczna historia proroka Jonasza. Jednak czym innym jest aprioryczne odrzucenie głosu który zachęca do podjęcia jakiegoś dzieła z powodów egoistycznych, a czym innym jest rozeznana przez Kościół niezdolność do podjęcia tego zadania które uroiliśmy sobie w głowie. Ja podejmowałem próby realizacji powołania i zachęcam do tego każdego, kto ten głos czuje. Jednak należy zważyć na to, że powołanie można rozeznać po prostu źle. I pozostaje w mocy przykazanie moralne, że cel nie uświęca środków. Moim zdaniem osiągnięcie kapłaństwa, na drodze nepotyzmu, symonii, podstępu, zatajania prawdy nie przyniesie niczego dobrego. I teraz ważna kwestia! Nie rozsądzam tego czy ktoś ma to powołanie czy nie... . Wszak sam Chrystusa Pan powiedział: "Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych" (Mt 22, 14). Należy ten tekst odnieść do przypowieści o ziarnie. Nie każde ziarno znajduje właściwą glebę aby wzrosnąć. W moim przypadku, albo źle rozeznałem powołanie, albo zostało ono zagłuszone przez ciernie modernizmu. Nie można powiedzieć, że powołania nie było bo komuś kto chciał je zrealizować nie powiodło się. Kwestia powołania człowieka leży tylko i wyłącznie w sercu Pana Boga. My wolę tą odnajdujemy po omacku w sposób mniej lub bardziej udany. Czytałem wiele opracowań by zbadać tą sprawę i większość autorów jest zgodna iż od zrealizowania powołania zbawienie nie zależy. Dzieje się tak dlatego, że powołanie opiera się na rozeznaniu które nigdy nie jest w 100% pewne - nie mamy więc do czynienia z przykazaniem, które jest objawione w sposób pewny, a jedynie z radą, której odczytanie jest bardzo trudne. To jest bardzo ważne twierdzenie, które ostatecznie uwalnia od wyrzutów sumienia w tej materii. 

Tak więc subiektywne odczucie o tym że ma się powołanie do określonego stanu nawet jeśli jest poparte określonymi znakami nie jest jeszcze potwierdzeniem. Potwierdzenie to otrzymujemy w zależności od tego jakie jest to powołanie. Jeśli jest małżeńskie to wystarczającym będzie zgoda małżeńska przyszłego współmałżonka. W kwestii powołania kapłańskiego, czy do życia konsekrowanego konieczna jest aprobata Kościoła - jeśli tej konsekwentnie nie ma to nie należy się łudzić i trzeba tą drogę porzucić. Nawet jeśli powołanie takowe się posiada, a przeszkoda ze strony Kościoła jest czysto koniunkturalna, to pójście na przekór temu co podejmują w swych decyzjach przełożeni powoduje szkodę Kościołowi. Wychodzę bowiem z założenia, że zaistnienie powołania i niemożność jego wypełnienia jest dopustem Bożym. W moim przypadku uważam iż decyzja o niepodejmowaniu deformacji modernistycznej jest właśnie dobra dla Kościoła. Po pierwsze utrzymywanie w dobrostanie tej fasady jaką funduje nam modernizm nie jest w interesie Kościoła, po drugie - co wynika z pierwszego - właśnie dotkliwy brak duchowieństwa może w przyszłości przyczynić się do odrodzenia się Kościoła. Niestety obecnym strukturom kościelnym nie daję żadnych szans i rozeznaję, że należy w spokoju przeczekać ich upadek nie robiąc nic aby go powstrzymać. Osobiście nie zalecam nikomu wstępowania do nowych seminariów, nawet jeśli tradycyjne są nieosiągalne. Nie tylko ze względu na dobro własnej duszy, ale także  na dobro Kościoła, dla którego wszelkie kompromisy są zgubne. Należy więc próbować powołanie kapłańskie i zakonne realizować we wspólnotach tradycjonalistycznych. Również kapłanów i zakonników usilnie zachęcam do masowego przechodzenia do struktur tradycyjnych, niediecezjalnych - choćby do Bractwa św. Piusa X, czy nawet wspólnot sedewakantystycznych - wszystko jest lepsze od utraty wiary i sakramentów... . Jeśli za wami pójdą biskupi i zostanie zwołany sobór anatematyzujący nauczanie od 1958 r, to sztandar Kościoła może uda się jeszcze podnieść bez hekatomby złożonej z rzeszy dusz niekarmionych już Bożym Słowem i nie posilanych już sakramentami Kościoła. Tylko masowy exodus ze struktur obecnie istniejących i przyspieszenie ich upadku może uratować rzesze wiernych, którzy idą na zatracenie.

Sądzę iż wyczerpałem temat. Jako wyklęty kleryk pozostaję minorystą-wygnańcem, a jednak życie toczy się dalej. Na wygnaniu pozostanę nawet jeśli kiedyś przyjąłbym kolejne święcenia. Nie łudzę się iż nastąpi to przed moją śmiercią... . Jedyne co może mnie zwolnić z wygnania to przyjęcie przez kompetentnego katolickiego przełożonego. Nie twierdzę, że posiadam monopol na prawdę, ale jeśli mam poglądy zmienić, to trzeba mi udowodnić iż są one niezgodne z prawdziwą nauką Kościoła.  Muszę więc podejmować trud przekwalifikowywania się aby docześnie się utrzymać, muszę szukać sposobów realizowania woli Bożej w tym czego nie potrafię odczytać jako moje powołanie, aby móc się zbawić. Dotkliwy ból czuję podczas każdej Mszy Świętej i wątpię bym do końca życia przestał czuć wątpliwości. Swoje cierpienie ofiarowuję za Kościół, któremu mimo wszystko chcę być posuszny. Modernistom w zakresie tego, że mnie odrzucili, Kościołowi według jego nauki i sakramentów. Pozostaję i pozostanę celibatariuszem. Jak napisałem w pierwszych wpisach będę wypełniał mój urząd, niezależnie od tego czy mam aprobatę modernistów, sedewakantystów i innych czy też nie. Specjalnego znaku i mandatu do życia w samotności nikt nie potrzebuje. Jest to stan życia który przychodzi z konsekwencją rozeznania braku możliwości do podjęcia innych dróg. Jeśli samotność, czy w moim przypadku wygnanie jest przyjęte jako dopust Boży i ofiarowane w intencji obecnej sytuacji Kościoła to nie jest tak nieznośnym krzyżem, jak wielu by sądziło. Wszystkich czytelników proszę o modlitwę w mojej intencji. Proszę o modlitwę za wyklętego kleryka, aby zawsze pozostał wierny Panu Bogu i swemu wygnaniu, które było jest i zawsze będzie działem każdego proroka. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 maja 2018

Nadzwyczajny szafarzat, czyli o protezie która przynosi więcej szkody niż pożytku

Laudetur Iesus Christus!

Chrystus Pan zakładając Kościół zechciał, wyposażyć go w specjalne łaski potrzebne ludziom do zbawienia. Jak dobrze wiemy łask tych udzielają sakramenty, których jest siedem. Każdy sakrament, aby był ważny musi spełnić kilka warunków: musi zaistnieć znak sakramentalny, czyli właściwa forma i materia, musi być także odpowiedni szafarz, wreszcie przyjmujący musi posiadać odpowiednią dyspozycję. Dziś kilka słów o szafarzach, czyli tych którzy przekazują łaskę sakramentalną. 

Ponieważ sakrament oznacza i udziela niewidzialnej łaski na sposób widzialnego znaku to również przekaziciel musi być widzialny. Zadanie przekazywania łaski, czyli uświęcania Pan nasz Jezus Chrystus powierzył apostołom oraz klerykom bezpośrednio przezeń ustanowionym, a więc prezbiterom oraz diakonom. Przy czym tych ostatnich Pan Jezus nie postanowił dla uświęcania jeno dla posługi, dlatego zadanie uświęcania wykonują oni tylko w wyjątkowych sytuacjach. 

Wobec tego logiczna była praktyka Kościoła, zwanego przez modernistów przedsoborowym, która  diakonów właśnie ustanawiała nadzwyczajnymi szafarzami dla sakramentu chrztu oraz udzielania Komunii Świętej. Oczywiście diakon nie był jedynym szafarzem nadzwyczajnym, ponieważ w czasie prześladowań, albo w innej sytuacji zagrożenia życia Kościół dopuszczał szafowania powyższymi przez minorystów, a nawet zupełnie świeckie osoby. Stąd też wzięła się tradycja związana ze św. Tarsycjuszem, wg której jako akolita miał nieść Najświętszy Sakrament osadzonym w więzieniu chrześcijanom. Trzeba jednak pamiętać iż nie była to praktyka powszechna, a już tym bardziej przypisana stricte do akolitatu. W sytuacji nadzwyczajnej chrztu oraz szafowania Komunią Świętą powierza się najwyższemu stopniem klerykowi tak, że diakon ma pierwszeństwo nad subdiakonem, subdiakon nad akolitą, akolita nad egzorcystą, egzorcysta nad lektorem, lektor nad ostiariuszem, postrzyżony nad niepostrzyżonym, mężczyzna nad niewiastą, chyba że ta ostatnia lepiej zna obrzęd chrztu niż mężczyzna. 

Przypadki chrztu i rozdawania Ciała Pańskiego przez szafarzy nadzwyczajnych zastrzega się zatem dla sytuacji zagrożenia życia oraz wyraźnego zlecenia kompetentnej władzy kościelnej na szczeblu co najmniej diecezjalnym. W żadnym razie nie powinno to stanowić normy - niestety rozdawnictwo Komunii Świętej przez nie-kapłanów jest dziś powszechne, również chrzty dokonywane przez tak zwanych katechistów już nie tylko w krajach stricte misyjnych... .

Owszem szafowanie Ciałem Chrystusa w ścisłym sensie nie jest udzielaniem sakramentu, jednak słusznie jest ono zarezerwowane dla kapłanów. Jeden z księży użył nawet pięknego porównania, że kapłan rozdający Ciało Pańskie wchodzi w intymną relację z Chrystusem Panem podobnie jak mąż ze swoją żoną w czasie aktu małżeńskiego. Z jakiej racji kapłani mają sami siebie pozbawiać tej bliskości? Niektórzy wysuwają argument przedłużającej się celebracji... Jakoś kiedyś komunikujących się wiernych było więcej, szafarzy zwyczajnych zwykle dwóch, w porywach trzech, a Msza Święta trwała i tak krócej niż przy asyście kilku nadzwyczajnych szafarzy. Również dziś kiedy akcentuje się wymiar uczty we Mszy Świętej, co jest oczywistym błędem protestanckim, w rzeczywistości neguje się ten wymiar rezygnując z balasek przykrytych białym obrusem oraz czasowo ograniczając ową "ucztę" wprowadzając nadzwyczajny szafarzat. 

Problem nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej przybrał dziś charakter zinstytucjonalizowany. Są bowiem całe duszpasterstwa i szkoły tychże. Do tego wprowadza się także szkółki dla minorystów. Nie byłoby to jeszcze może niczym złym, gdyby nie uczono ich tam rozdawania Ciała Pańskiego do której to czynności w obecnej sytuacji zwykle owi akolici nie mają żadnego prawa. Nawet przepisy modernistów zaznaczają iż taka posługa jest możliwa w sytuacji gdyby zwyczajny szafarz zaniemógł zdrowotnie, miał przeszkodę duszpasterską przez co rozumie się konieczność sprawowania sakramentów, a nie rozmów duchowych, pielgrzymek, katechez itp rzeczy i wreszcie gdyby celebracja nadmiernie się przedłużała. Z pewnością godzinna Msza Święta w niedzielę oraz półgodzinna w dzień powszedni nie jest taką okolicznością. A może wystarczy po prostu trochę mniej gadać, a bardziej celebrować i nagle okaże się, że liturgia łacińska wcale nie jest taka długa jak wielu modernistom się wydaje. 

Nadzwyczajny szafarzat pojawia się także w aspekcie bierzmowania. Należy podkreślać iż zwyczajnym szafarzem tego sakramentu w łacińskiej tradycji liturgicznej jest biskup. W epoce niesłusznie minionej Kościół zezwalał na bierzmowanie kapłanowi tylko wtedy gdy posiadał specjalną władzę od Stolicy Apostolskiej lub w przypadku zagrożenia życia. Z pewnością biskupi powinni sobie dziś uczynić rachunek sumienia. Otóż zadaniem biskupa jest "chrzcić, nauczać, rządzić, karcić, bierzmować, święcić i konsekrować". Niekoniecznie biskup musi "poświęcać" budynki i dzieła użyteczności świeckiej. Nie powinien zaniedbywać za to święceń swoich podwładnych, bierzmowania swoich diecezjan i sprawowania sakramentaliów jemu zastrzeżonych: poświęcenia świątyni, czy naczyń liturgicznych. Bierzmowanie wcale nie musi oznaczać odprawionej Mszy Świętej oraz sutego obiadu... . Można ograniczyć się do krótkiego kazania i odprawienia bierzmowania poza Mszą Świętą. Można także bierzmować na siedząco. W ostateczności zwłaszcza w czasach niżu demograficznego można zebrać młodzież całego dekanatu w jednej świątyni i w tedy biskup zamiast setki bierzmowań ma zaledwie kilka. Wystarczy odrobina rozumu i dobrej woli... . 

Nadzwyczajny szafarzat dotyka także sakramentaliów, choć póki co jest to problem marginalny. Trzeba stwierdzić iż nadzwyczajne szafowanie sakramentaliami ma tylko miejsce na zasadzie: kapłan  bywa nadzwyczajnym szafarzem poświęceń biskupich. Nigdy rzecz ta nie odnosi się do diakonów, którym z natury rzeczy poświęcać niczego nie wolno, gdyż nie mają władzy rządzenia w Kościele. Również uprawnienie diakona do asystowaniu przy zawieraniu małżeństwa i błogosławieństwa tegoż należy uznać za nadzwyczajne. Jest praktyką godną potępienia gdy parafia posiada diakona i ten obarczany jest wszystkimi chrztami, ślubami i pogrzebami. Nie w tym zasadza się służba diakońska.... . 

Reasumując - istnienie zinstytucjonalizowanego nadzwyczajnego szafarzatu jest oznaką kryzysu Kościoła. Kryzys ten to nie tylko brak duchowieństwa właściwego do określonych zadań, ale także zwyczajne lenistwo i patologiczna promocja laikatu, a właściwie wyręczanie się nim. Podczas gdy wiele funkcji w kuriach związanych z rzeczami świeckimi  sprawuje duchowieństwo  to laikat przejmuje od duchownych funkcje im należne. Tak być nie może! Niezależnie od liczby kapłanów nie możemy godzić się na zinstytucjonalizowanie nadzwyczajnego szafarzatu w jakiejkolwiek formie. Unikajmy zatem jak tylko się da nadzwyczajnych szafarzy kimkolwiek by oni nie byli. Bojkot w tej sprawie spowoduje naturalne wycofanie się tego zjawiska z Kościoła. Wszystkich nadzwyczajnych szafarzy - zwłaszcza Komunii Świętej usilnie proszę o porzucenie funkcji. Gdy przyjdą prześladowania wasza posługa może okazać się konieczna, ale tu i teraz, w warunkach polskich wspieracie pospolite nadużycie liturgiczne i przyczyniacie się do desakralizacji kultu Bożego. Z kolei kapłanów wyznaczonych do bierzmowań w normalnych warunkach również zachęcam do obstrukcji. Niech was nie zwodzi przewrotne mniemanie o waszej wyjątkowości. Biskupi po prostu się wami wyręczają. Dla dobra ich samych, którzy porzucają swoje obowiązki, wy zarzućcie nadzwyczajne szafarstwo bierzmowania. Sobór watykański II z którym przyszedł zły duch neomodernizmu zalecał: "W liturgii każdy powinien czynić to i tylko to co wynika z natury jego posługi". Bądźcie więc zgodni z tymże chociaż zdaniem waszego ukochanego soboru. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklętyk kleryk