wtorek, 21 listopada 2017

Fasadowe prawo kościelne

Laudetur Iesus Christus!

Posoborowy kryzys Kościoła dotknął także wymiaru dyscyplinarnego. Jego najbardziej widocznym efektem jest nowy Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. Deregulacja prawna Kościoła moim zdaniem przebiegała w dwóch etapach. Pierwszym z nich było dostosowanie istniejących norm do rzeczywistości posoborowia. Wbrew pozorom wdrażanie złośliwych reform zakończyło się dopiero promulgowaniem nowego kodeksu, w którym przepisano najbardziej wątpliwe teologicznie fragmenty nauczania Vaticanum II. Drugi etap trwa do dzisiaj i polega na doprowadzeniu do totalnej anomii życia kościelnego. Głównym wykonawcą rewolucji antyprawnej w Kościele jest sam Franciszek i jego poplecznicy.

Dla każdego wierzącego prawnika sens istnienia prawa jest jasny. W sytuacji po grzechu pierworodnym natura ludzka skażona jest złem i jako taka potrzebuje pewnych zewnętrznych regulacji zwanych prawem po to aby wspomóc naturalną władzę wolitywną, jaką jest sumienie w podejmowaniu słusznych wyborów. Prawo dzielimy na Boże i ludzkie, naturalne i pozytywne. Prawo Boże naturalne streszcza się w złotej normie: "czyń dobro, a zła unikaj", zaś prawo Boże pozytywne to wszystkie przykazania jakie przekazuje nam Objawienie, co w dużym uproszczeniu sprowadza się do dekalogu. Z kolei prawo ludzkie naturalne sprowadza się do zasady: "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe i czyń innym tak jak chcesz by tobie czyniono", z kolei prawo ludzkie pozytywne to wszelkie kodeksy, konstytucje, regulaminy itp rzeczy stanowione zwykle przez określony organ władzy prawodawczej zwanej u idealisty oświeceniowego Monteskiusza władzą ustawodawczą.

Po co ludzie tworzą prawo? Otóż tam gdzie prawo naturalne nie wystarcza potrzeba stworzenia jednolitego systemu normatywnego, który ureguluje problematyczne strefy życia. Trzeba jasno stwierdzić, że prawo naturalne jest zawsze przed pozytywnym. Tej zasady przestrzegał także Pan Bóg, jednak w sytuacji kiedy ludzie zbłądzili nie zdał ich jedynie na wewnętrzne poruszenia sumienia, ale nadał kodeks postępowania, czyli prawo pozytywne. Prawo kościelne jest specyficznym rodzajem prawa, gdyż jako prawo pozytywne łączy w sobie elementy prawa Bożego i ludzkiego - tak przynajmniej winno być w założeniu. Również państwa, które niegdyś określały się jako katolickie powinny przyjąć taki model, aby określenie "katolicki" nie było zwykłym pustosłowiem.

Kościół apostolski kierował się w swym postępowaniu jedynie duchem Ewangelii i było to w większości przypadków skuteczne. Jednakże już spór pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem dotyczący przestrzegania przepisów starozakonnych oraz ewangelizacji gojów doprowadził do konieczności regulacji na Soborze Jerozolimskim. Tak zaczęła się historia tworzenia pozytywnego prawa kościelnego. Śledząc kolejne sobory dostrzegamy jak kolejne problemy implikowały tworzenie się kolejnych regulacji spisywanych zwykle w tak zwanych kanonach. Już pierwsze sobory poza warstwą dogmatyczną, zawierały także zbiór przepisów. Stan taki trwał aż do soboru trydenckiego, kiedy ostatni raz sobór uchwalał prawo dla całego Kościoła. Sobór watykański I żadnych przepisów zatwierdzić nie zdążył, natomiast sobór watykański II miał "inny charakter" wobec czego na nim także nie uchwalono żadnego prawa. Niejako logicznym uzupełnieniem Vaticanum II stał się więc Kodeks Prawa Kanonicznego (KPK) z 1983 r.

Czytając różne przepisy prawa pozytywnego wchodzimy w specyficzny język prawniczy. Zdania z których złożone są normy tworzone są w trybie orzekającym, do tego w większości przypadków istnieje klauzula nie-wykonywalności danej normy, czyli tak zwana sankcja. I tak na przykład norma z Konstytucji RP która chroni życie ludzkie obarczona jest sankcją zawartą  w kodeksie karnym: "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności." Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie istnieje sankcja. Czym w tym przypadku jest norma o ochronie życia ludzkiego? Przestaje być normą prawną, a staje się jedynie normą moralną. Ponieważ jednak morderstwa się zdarzają konieczne jest prawo, które ureguluje kwestię morderstw.

Do 1983 r w podobny sposób funkcjonowało prawo kościelne. Kodeks z 1917 r zawierał ściśle sprecyzowane normy prawne i wyliczał kary za ich nieprzestrzeganie. Nowy kodeks w dużej mierze jest zbiorem pobożnych życzeń, a sformułowania: "należy", "zaleca się", "powinno się" itp zdecydowanie dominują nad: "jest", "są", "będą" itd. Czytelnicy rozumieją chyba dobrze co mam na myśli... . Warto zresztą zajrzeć do udostępnionych w sieci kaonów tego "prawa". Na przykład:

Kan. 1184 - § 1. Jeśli przed śmiercią nie dali żadnych oznak pokuty, pogrzebu
kościelnego powinni być pozbawieni:
 1 notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy;
 2 osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze
chrześcijańskiej;
 3 inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego
zgorszenia wiernych.
 § 2. Gdy powstaje jakaś wątpliwość, należy się zwrócić do miejscowego
ordynariusza, do którego decyzji należy się dostosować. 
Powinni być pozbawieni, co wcale nie oznacza, że muszą być, a w praktyce i tak chowa się wszystkich jak leci... . 

Albo pobożne życzenie w stylu:
Kan. 254 - § 1. Wykładowcy winni się stale troszczyć w nauczaniu przedmiotów o
wewnętrzną jedność i harmonię całej nauki wiary, by alumni doświadczali, że zdobywają
jedną wiedzę. Aby łatwiej to osiągnąć, powinien ktoś w seminarium kierować całym
porządkiem studiów. 
I nic się nie dzieje gdy się nie troszczą oraz gdy nie ma prefekta studiów, albo ten nie wywiązuje się właściwie ze swoich obowiązków. 

Dużo powszechniej zdarza się sytuacja kiedy norma jest określona ale brakuje sankcji, np.:
Kan. 1167 - § 1. Tylko Stolica Apostolska może ustanawiać nowe sakramentalia,
autentycznie tłumaczyć już istniejące, znosić niektóre z nich albo zmieniać. 
Aż prosi się by wprowadzić sankcję na biskupów i prezbiterów, którzy zmieniają liturgię sakramentaliów w sposób sprzeczny z księgami, zaniechają odprawiania niektórych, albo tworzą własne. Z tą rzeczywistością mamy często do czynienia. A norma powyższa jest tak skonstruowana, że w zasadzie trudno jest napisać skargę, nie wiadomo też kto miałby być jej adresatem, kto sędzią w sprawie itd. Oczywiście sprawni interpretatorzy prawa kanonicznego zaraz wykoncypują, że sakramentalia podpadają pod liturgię, a więc do kongregacji kultu Bożego i dyscypliny sakramentów, jednak praktyka pokazuje, że poszczególne urzędy Kurii Rzymskiej chętnie śmierdzące sprawy lubią odsyłać i dykasteria liturgiczna może próbować zbyć problem w kongregacji do spraw duchowieństwa, biskupów, czy nawet nauki i wiary... . Ostatecznie prawo kościelne chociaż dotyka większości spraw życia Kościoła to jednak jest na tyle nieokreślone, że niezmiernie trudne w aplikowaniu. Stąd też jeden z wykładowców prawa kanonicznego stwierdził: "Nowy kodeks to prawo piękne do studiowania, lecz bardzo niepraktyczne do stosowania". I ja się pod słowami tego profesora podpisuję.

W ostateczności prawo kościelne czasem definiuje sankcję, zwykle podając górną granicę kary, jednak prawie nigdy nie określa dolnej. Patologia tego typu wkradła się także do kodeksów cywilnych. Powoduje ona, że mamy do czynienia z szeregiem martwych przepisów za złamanie których nie obowiązuje żadna sankcja lub jest ona symboliczna na przykład pozbawienie wolności w zawieszeniu. Przykładem takiej normy może być poniższy kanon 1366:  "Rodzice lub ich zastępujący, którzy oddają dzieci do chrztu lub na wychowanie w religii niekatolickiej, powinni być ukarani cenzurą lub inną sprawiedliwą karą." Dla kodeksu z 1917 r jedyną karą byłaby tutaj ekskomunika. Trzeba byłoby oczywiście dodać: "dobrowolnie oddają". Dlaczego ekskomunika? Ponieważ jest to praktyczna apostazja - są takie uczynki które stanowią wyznanie niewiary, oddanie własnych dzieci heretykom na wychowanie religijne to przykład takiego aktu. A co oznacza sprawiedliwa kara? Może to być równie dobrze upomnienie... . Ranga problemu i sposób w jaki sprawę rozsądza nowy kodeks budzi daleko idące wątpliwości.

W praktyce kary stosowane są rzadko. Chociaż kodeks przewiduje środki karne, to jednak zwykle nie są one stosowane. Duchownego karze się zwykle upomnieniem, przeniesieniem lub suspensą. Czasami wystarczyłoby zastosować na przykład zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w postaci nakazu zdeponowania prawa jazdy u biskupa, aby np problem wyjazdów do kochanki/kochanka wykluczyć. Ewentualnie przeniesienie na drugi koniec diecezji, ale przenoszenie do innej zwykle jest tylko spychaniem problemu pod dywan i sygnałem dal karanego: "rób co chcesz ale tak by nie było o tobie słychać". Również duchownego, który źle używa dóbr niekoniecznie należy przenosić na karną placówkę, ale obłożyć zakazem posiadania lub poważnym ograniczeniem w tym zakresie. Przenoszenie na karne placówki jest bardzo nieewangeliczne, a ci którzy stosują takie środki zapominają, że nawet w takim Ars znajdują się ludzie, którzy mają prawo do duchownego, który nie idzie tam za karę... . Kary zwłaszcza te kościelne powinny być nakładane zgodnie z troską o zbawienie duszy, przede wszystkim dokonującego występku, a nie tylko dobrego imienia parafii, diecezji czy prowincji kościelnej. Często zresztą dobre imię Kościoła utożsamiane jest błędnie z tak zwanym świętym spokojem. Biskup personalnie odpowiada za zbawienie swoich kapłanów, podobnie jak papież za zbawienie swoich biskupów. W aplikowaniu prawa nie powinni oni nigdy o tym zapomnieć.

Czytając "święte kanony" można odnieść wrażenie, że nowy kodeks stanowi prawo fasadowe. Normy prawne znajdują się jedynie w normach ogólnych, prawie karnym i małżeńskim. Cała reszta to jak stwierdził jeden z moich wykładowców "pobożne bajkopisarstwo, na którym się nie znam i którym nie warto się zajmować". Ów wykładowca był jednym z lepszych jakiego miałem okazję słuchać podczas tak zwanych studiów teologicznych. Niestety część wykładów z prawa miałem z innym księdzem, który bardziej niż samych norm uczył jak skutecznie je omijać i tutaj docieramy do drugiego etapu deregulacji prawnej Kościoła. Faktyczna anomia dotyka bowiem całej rzeczywistości Kościoła. Wszelkie dyskusje na temat przepisów ucinane są zwykle argumentami ad personem i ad hominem - oskarżeniem o faryzeizm, lub w najlepszym wypadku próbą wykazania nieznajomości "ducha prawa". Takie argumentowanie to faktyczne niszczenie wszelkiej praworządności. Używa się przy tym przewrotnie fragmentów z Pisma Świętego, cytując Słowo Boże w sposób iście szatański. Dla wprawnego obserwatora jasne jest, że KPK z 1983 r to tylko etap w postępującej rewolucji neoheretyckiej. Współczesnych modernistów uwiera już nawet ich własne dzieło. Domagają się oni całkowitej wolności. Rezultatem takich działań jest fakt, że poszczególne Kościoły partykularne różnią się od siebie nieraz tak znacznie iż zaczyna budzić to powszechne zgorszenie wiernych. Choćby słynna sprawa dyspensy w Warszawie i kpiarskie artykuły dotyczące postanowień postnych. Biskupi w Warszawie podzieleni są jak widać nie tylko Wisłą, ale także spojrzeniem na dyscyplinę pokutną w Kościele. 

Wierność prawu kościelnemu jest probierzem prawdziwego posłuszeństwa. Chrystus Pan naucza: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie." Łk 16,10. Ta wierność jest poważnie wystawiana na próbę już w trakcie deformacji w nowych seminariach. Kapłani często skarżą mi się, że są przez swoich przełożonych zmuszani do działania w sposób sprzeczny z przepisami, które ci przełożeni nie wydali i często nie mają prawa do dyspensowania od nich. Należy pamiętać, że Pan Jezus nie wymaga posłuszeństwa totalitarnego, a władzę zwłaszcza w Kościele należy traktować jako służbę. Defraudacja własnych uprawnień, dokonywana zwykle przez pospolitą uzurpację to jedno z najczęstszych przestępstw jakiego dopuszcza się duchowieństwo w Kościele poczynając od proboszcza, a kończąc na kardynałach. Z tymi zjawiskami mamy prawo i obowiązek walczyć. Przede wszystkim nie kroczmy drogą kompromisów - nie nalegajmy na łagodzenie prawa - dyspensy i indulty są czymś wyjątkowym i tak je traktujmy. Uwrażliwiajmy innych wiernych na ów problem. Przełożeni defraudują władzę głównie wskutek nacisku właśnie szeregowych wiernych. Paradygmat świętego spokoju wyznawany w większości kurii tak diecezjalnych jak i zakonnych prowadzi do łamania sumień niejednego kapłana.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 9 listopada 2017

Czy nowe świątynie są poświęcane?

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj przeżywamy święto poświęcenia bazyliki lateraneńskiej. Z tego powodu proponuję zastanowić się nad obrzędem jednego z kluczowych dla naszego życia chrześcijańskiego sakramentaliów. Zadaję więc pytanie, czy miejsca do których uczęszczamy są rzeczywiście poświęcone, czy są prawdziwymi świątyniami?

Gdy przygotowywałem się do uczestnictwa w obrzędzie poświęcenia pewnej świątyni, użyłem wyrażenia: "konsekracja świątyni". Mój zmysł wiary mówił mi, że rzeczy i osoby poświęcone Panu Bogu w sposób szczególny się konsekruje. Dlatego mówi się o sakrze biskupiej, życiu konsekrowanym, czy właśnie konsekracji ołtarza, świątyni lub olejów. Kapłan wobec którego się w ten sposób wypowiedziałem wyraźnie dał mi do zrozumienia, że się mylę. I faktycznie dzisiaj dokumenty kościelne sformułowania "konsekracja" używają już tylko w odniesieniu do obrzędu ślubów dziewicy. Wobec sakramentu święceń używa się już wyłącznie w oficjalnych dokumentach słowa ordynacja lub święcenie i to nawet jeśli mowa jest o sakrze biskupiej. W odniesieniu do olejów odpowiednio błogosławieństwo lub poświęcenie. Natomiast świątynie, czy ołtarze się już nawet nie poświęca, ale dedykuje, chociaż w tłumaczeniach można znaleźć "obrzędy poświęcenia świątyni i ołtarza".

Obrzęd konsekracji miejsca przeznaczonego do kultu Bożego ma swoje bogate podstawy biblijne. Już w księdze Rodzaju znajdziemy następujący opis: "A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: «Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem». I zdjęty trwogą rzekł: «O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama nieba!» Wstawszy więc rano, wziął ów kamień, który podłożył sobie pod głowę, postawił go jako stelę i rozlał na jego wierzchu oliwę. I dał temu miejscu nazwę Betel. Natomiast pierwotna nazwa tego miejsca była Luz. Po czym złożył taki ślub: «Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem. Ten zaś kamień, który postawiłem jako stelę, będzie domem Boga. Z wszystkiego, co mi dasz, będę Ci składał w ofierze dziesięcinę»." (Rdz 28,16-22) Także liczne opisy znajdują się w kolejnych księgach mojżeszowych oraz historycznych.

Należy zadać pytanie, czemu służy akt poświęcenia? Poświęcenie jest to nic innego jak przekazanie osoby lub dobra doczesnego na wyłączną służbę Panu Bogu. Akt ten różni się istotnie od błogosławieństwa, które jest prośbą skierowaną do Pana Boga o zesłanie za pośrednictwem określonej rzeczy lub działania konkretnej osoby swojej łaski. Jest oczywistym, że akt poświęcenia będzie w sobie zawierał błogosławieństwo, dlatego w obrzędach święceń przy litanii do wszystkich świętych zachowuje się formułę: "Abyś tych wybranych (do święceń) pobłogosławić, poświęcić i konsekrować raczył". Jednak samo błogosławieństwo nie jest poświęceniem! Swoja drogą znamienne jest, że tak chętnie poświęca się szkoły, przedsiębiorstwa, pojazdy itp świeckie rzeczy, a w odniesieniu do rzeczy ewidentnie służących do kultu Bożego z tak rażąco przykrą konsekwencją stosuje się jedynie formuły błogosławieństwa... . Jak dla mnie jest to przejaw celowej desakralizacji sakramentaliów.

Sakramentalia na podobieństwo sakramentów posiadają strukturę znaku, a więc do ich ważności konieczna jest odpowiednia materia i forma. Materią w przypadku konsekracji świątyni jest odpowiednio wzniesiona i wyposażona świątynia. Na temat organizacji przestrzeni liturgicznej będzie w przyszłości oddzielny wpis. Zakładamy, że ołtarz jest ołtarzem, a nie stołem, że są przygotowane odpowiednie relikwie. Do istoty należy także forma, którą jest modlitwa poświęcenia. Niestety nowa modlitwa poświęcenia nie zawiera formuły wskazującej na akt którego ma dokonać. Kluczowe słowa brzmią: "Dlatego pokornie prosimy Cię, Panie, ześlij pełnię błogosławieństwa na ten kościół i ołtarz, aby zawsze były miejscem świętym i stołem przygotowanym do składania Chrystusowej Ofiary." Formuła zawiera dwa błędy. Pierwszym jest porównanie ołtarza do stołu i pomieszanie porządku składania ofiary z pojęciem posiłku. "Przystępować do stołu Pańskiego" to wyrażenie odpowiednie jeśli są balaski nakryte obrusem. Dziś kiedy nie ma balasek, wierni co prawda przyjmują Komunię Świętą, ale nie przystępują do owego Pańskiego stołu. Drugi błąd, o wiele poważniejszy to użycie prośby o błogosławieństwo, zamiast prośby o uświęcenie. Chociaż modlitwa wyraża przeznaczenie owego miejsca dla Pana Boga na wieczne czasy, to jednak brak prośby: "uświęć", "poświęć", "konsekruj" napawa pewnymi wątpliwościami. Nie mi oceniać, czy wspomniany defekt niweluje sam akt. Wskazuję tylko iż budzi on poważne wątpliwości. Znamienitszych teologów proszę o opinię - tylko bez argumentów w stylu: Stolica Apostolska zaaprobowała więc jest dobrze...

Wątpliwości z poprzedniego akapitu potwierdzają poniższe paragrafy prenotandy do obrzędów poświęcenia świątyni i ołtarza:
"21. Najważniejszym i jedynie koniecznym obrzędem przy poświęceniu ołtarza jest sprawowanie Eucharystii. Zgodnie jednak z powszechną tradycją zarówno Wschodniego jak Zachodniego Kościoła, odmawia się również specjalną modlitwę poświęcenia, która wyraża wolę poświęcenia ołtarza Panu na stałe i prośbę o Jego błogosławieństwo.
22. Obrzędy namaszczenia, okadzenia, nakrycia i oświetlenia ołtarza są widocznymi znakami ukazującymi niewidzialne dzieła, których Pan dokonuje za pośrednictwem Kościoła sprawującego Boże misteria, a zwłaszcza Eucharystię.
23. Na przygotowanym ołtarzu biskup sprawuje Eucharystię, która jest główną i najstarszą częścią całego obrzędu. Sprawowanie Eucharystii jak najściślej wiąże się z obrzędem poświęcenia ołtarza:
- przez sprawowanie eucharystycznej Ofiary osiąga się i jasno ukazuje najważniejszy cel, dla którego ołtarz zbudowano;
- Eucharystia, która uświęca serca przyjmujących ją, w pewien sposób uświęca też ołtarz, jak to niejednokrotnie twierdzili starożytni Ojcowie Kościoła: "Godny podziwu jest ten ołtarz, bo chociaż z natury swej jest kamieniem, staje się święty, gdy tylko przyjmie Ciało Chrystusa";
- ścisły związek poświęcenia ołtarza ze sprawowaniem Eucharystii ukazuje się także przez to, że Msza na poświęcenie ołtarza posiada własną prefację głęboko wnikającą w znaczenie obrzędu."

Sama prenotanda pomniejsza więc wagę modlitwy poświęcenia, na rzecz sprawowania bliżej nieokreślonego obrzędu Eucharystii. Trzeba wiedzieć, że Msza Święta i Eucharystia to nie są synonimy, jakby chcieli moderniści. To temat na inny wpis, w skrócie mogę napisać, że Eucharystia oznacza sakrament, a Msza Święta to cały obrzęd związany z tym sakramentem. Tezy zawarte w tym wprowadzeniu idą w poprzek wielowiekowemu rozumieniu nie tylko obrzędów konsekracji świątyni, ale także innych sakramentów, na przykład chrztu. Ks. Edward Górski w opracowaniu pt.: "Konsekracja i poświęcenie dzwonów" Sandomierz 1957 r zauważa: "Konsekracja kościoła i ołtarza ma pewne podobieństwo z ceremoniałem chrztu św. Jest też pewien symbolizm. Świątynia materialna jest obrazem świątyni duchowej, duszy ludzkiej, w której przez łaskę mieszka Bóg w Trójcy Jedyny. Podobnie jak dusza przez chrzest oczyszcza się i staje się godną świątynią Boga, tak również przez ceremonie konsekracyjne budynek staje się świątynią pańską." Przez wieki rozumiano więc obrzędy konsekracji jako przygotowanie do sprawowanie Najświętszej Ofiary. Obrzędy koncentrowały się wokół dwóch istotnych kwestii. Pierwszą była walka ze złymi duchami i wypędzenie ich mocą Bożą - temu miały służyć rozbudowane egzorcyzmy, drugą zaś było napełnienie miejsca łaską Bożą i symboliczne przekazanie miejsca pod opiekę Pana Boga, co ostatecznie dokonywało się w modlitwie konsekracyjnej. Podobieństwo do chrztu było uderzające - tam również najpierw egzorcyzmowano katechumena, by potem przez obmycie przekazać go Bogu i dalej namaszczeniem wypełnić Bożą łaską. Moderniści zniszczyli oba obrzędy. Co prawda chrzest w swojej istocie został zachowany, jednak pozbawiono go istotnych obrzędów przygotowujących. Dużo gorsza rzecz stała się z poświęceniem świątyni, które w istocie nie wiadomo czy w ogóle zachodzi. Gdyby sprawowanie Mszy Świętej było czynnością konsekrującą ołtarz, to każda Msza polowa poświęcałaby stół czy kamień na którym była dokonywana. Dobrze jednak wiemy, że tak nie jest. Teza prenotandy jest fałszywa, wobec tego wątpliwa staje się także intencja szafarza, który sam akt poświęcenia/błogosławieństwa w konsekwencji może uznać za drugorzędny i nieistotny.

W naszej ocenie nowy obrzęd poświęcenia kościoła jest tyle wart co benedykcja opata. Co prawda zachowane zostały obrzędy tak zwane wyjaśniające. Notabene takie nazewnictwo jest poważnym redukcjonizmem, bo namaszczenie prawidłowo poświęconym olejem, nie wyjaśnia niczego, za to zsyła konkretne łaski. Jednak w istocie obrzęd ten jest bardziej błogosławieństwem. Nie przeznacza więc budynku i ołtarza na wyłączną służbę Bożą. Wraz z nową teologią świątyni i ołtarza przyszła moda na desakralizację świątyń co ma miejsce na zachodzie i jest grzechem wołającym o pomstę do nieba. Taka profanacja wobec tak ważnej rzeczy porównywalna jest z porzuceniem urzędu przez duchownego. Dzieje się to niestety za aprobatą najwyższej władzy kościelnej Opracowywane są nawet obrzędy desakralizacji - ohyda spustoszenia woła o pomstę do nieba!

Zniszczenia dokonane w obrzędach poświęcenia świątyni i ołtarza dobrze obrazują ruinę wiary jaka dokonuje się we współczesnym Kościele. Św. Paweł przestrzega: "Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście." (Rz 1 Kor 3,16-17) Doceniajmy więc stare świątynie i szanujmy je. W ich mieszka bowiem Bóg. Kto wie, czy liczne profanacje i nieuszanowanie świętości nie doprowadziły do sytuacji którą mamy dziś? Może Pan Bóg przez dopust Boży w postaci takiego spustoszenia wiary i moralności chce nas nawrócić? Módlmy się przeto aby Pan Bóg wyciągnął swoją potężną prawicę i przywrócił ład w Kościele i w świecie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


czwartek, 2 listopada 2017

Piekło istnieje, nie jest i nigdy nie będzie puste!

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj obchodzimy w Kościele wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych czyli potocznie pisząc dzień zaduszny. Kościół przywdziewa się w szaty fioletowe, jednak wielu kapłanów głosi fałszywe tezy dotyczące ostatecznego losu człowieka. Eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych jest tą dyscypliną teologii dogmatycznej, która z racji naszej przyszłości jest nam najbliższa. Niestety właśnie w tej dziedzinie szerzą się poważne błędy zagrażające zbawieniu wiernych.

Niejaki o. Hryniewicz podnosi postulat, że można mieć nadzieję iż piekło będzie puste. Wielu twierdzi, że taka nadzieja nie jest wiarołomna, ale niestety przeczy temu Pismo Święte i Tradycja. Chrystus Pan naucza:
"Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!" 
(Mt 13, 40-43)
"Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie." (Mk 9, 42-49)

"Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle." (M7 10,28)

"Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."
Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego»." (Mt 25, 42-44)

Z kolei święta Tradycja głosi:
Symbol Quicumque: "Którzy źle czynili, pójdą w ogień wieczny"
Konstytucja Apostolska Benedictus Deus Benedykta XII:  "Ponadto orzekamy, że według powszechnego rozporządzenia Bożego dusze umierających w uczynkowym grzechu śmiertelnym zaraz po swej śmierci zstępują do piekła, gdzie doznają kar piekielnych."

Również uznane objawienia prywatne m.in św. Katarzyny Sieneńskiej, św. Teresy od Jezusa czy naszej polskiej siostry św. Faustyny Kowalskiej opisują prawdę o realności i wieczności piekła. Zacytuję właśnie tą ostatnią, ponieważ dobrze systematyzuje problem męczarni piekielnych:

"Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam:
pierwszą męką, którą stanowi piekło, jest utrata Boga;
drugie – ustawiczny wyrzut sumienia;
trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni;
czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym;
piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje;
szósta męka jest ustawiczne towarzystwo szatana;
siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa.
Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to nie jest koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą, piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jak tam jest. Ja, siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego musieli mi być posłuszni. To, com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam: że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło." Dzienniczek 741

Wiemy już, że piekło jest wieczne, ponieważ sam Pan Jezus o tym powiedział. Że piekło nie jest puste wiemy stąd, że na pewno znajdują się tam różne duchy złe - aniołowie którzy zbuntowali się przeciwko Bogu i nie mogą się już poprawić. Zatem wszelka nadzieja, że piekło będzie puste sama w sobie jest herezją i na potępienie zasługuje. To że są tam różne dusze ludzkie wiemy z wielu prywatnych objawień aprobowanych przez Kościół. Dziwi więc fakt, że osoby które głoszą jawne błędy o nadziei dotyczącej pustego piekła są w środowiskach kościelnych pochwalane i nagradzane, a osoby które mówiące prawdę o piekle są cenzurowane. To co robią katoliccy duchowni mówiąc o piekle nie jest żadnym straszeniem, a jedynie rzetelną informacją. Kto tego głoszenia zaniedbuje będzie winien śmierci wiecznej wielu wiernych i na siebie samego ściągnie potępienie. Chrystus Pan przestrzega: "Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza." (Mt 18, 6) Szczególne zobowiązanie ciąży tu nad tymi którzy z urzędu obowiązani są głosić wiarę, a więc na duchowieństwie. Przemilczanie pewnych prawd jest także powodem grzechu. Wiara musi być głoszona integralnie i całościowo.

Księża starej daty pamiętają zapewne z apologetyki, że pamięć o rzeczach ostatecznych jest najlepszą motywacją do nawrócenia. Wiedzieli o tym głoszący rekolekcje parafialne i misje ludowe Dziś z piekła i grzechu się kpi. Ci którzy tak czynią zasilą pierwsze kręgi piekielne. Wystarczy zresztą uczynić zakład podobny do zakładu Pascala. Otóż jeśli Słowo Boże nas nie przekonuje to uczyńmy prosty bilans. Co tracimy jeśli piekła nie ma? Żyjąc dobrze zyskujemy chwałę ludzi i dobrą pamięć, tracimy za to trochę dóbr, których na drugą stronę i tak nie zabierzemy. Jeśli piekło zaś istnieje to dóbr jakie możemy bezprawnie zyskać przez złe postępowanie i tak nie zabierzemy a utracimy coś nieskończenie wielkiego, mianowicie przebywaniem z Panem Bogiem i na wieki będziemy cierpieć różne straszne kary. Nawet więc agnostyk, ale rozumny dojść może łatwo do wniosku, że lepiej postępować tak jakby piekło istniało, bo to co możemy stracić idąc tam niewspółmiernie przewyższa tą marność jaką zyskamy żyjąc w grzechach. Rozmyślajmy więc nad rzeczami ostatecznymi, odważnie głośmy prawdę o istnieniu piekła tak swoim życiem, jak i słowem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 31 października 2017

Świętowanie wystąpienia Marcina Lutra to apostazja

Laudetur Iesus Christus!

Dziś miało miejsce 500 lecie tak zwanej reformacji. Wydaje się, że rocznica jak każda inna W końcu co roku jest jakiś jubileusz wojny, przewrotu politycznego itp tragicznych wydarzeń historycznych. Jednak ta rocznica jest szczególna, bowiem ofiary tego wydarzenia udają się w różne miejsca aby świętować . I chyba w dziejach świata nie zdarzyło się, aby jakiś przewrót polityczny był świętowany przez tych którzy ucierpieli w jego wyniku. Zaprawdę każdy katolik jest uszczuplony przez rewolucję heretycką, bo choć Kościół nie został wbrew obiegowym opiniom podzielony, to jednak utracił rzesze wiernych z różnych pokoleń - ludzi którzy mogliby się przyczynić do wzrostu duchowego skarbca Kościoła przez swoje cnotliwe życie i wkład w działalność ewangelizacyjną. 

Wielu pasterzy udało się dziś, aby "świętować" i choć oficjalnie to się tak  w wielu miejscach nie nazywało, to jednak wszędzie tam gdzie pomijano aspekt modlitwy o nawrócenie błądzących podkreślano duchowe wartości płynące z tak zwanej reformacji. W ten nurt wpisał się niestety również Franciszek, który w Deklaracji Wspólnej na upamiętnienie 500-lecia "reformacji" podpisał się pod tragicznym zdaniem: "Chociaż jesteśmy głęboko wdzięczni za dary duchowe i teologiczne otrzymane za pośrednictwem Reformacji, to wyznajemy także i opłakujemy przed Chrystusem to, że luteranie i katolicy zranili widzialną jedność Kościoła." Zdając sobie sprawę, że moje tupanie nogami nie nawróci Franciszka to jednak powagą swojego urzędu i misji jaka została mi powierzona wraz z rzeszami prawdziwych wiernych wyrażam wobec takiej tezy stanowcze non possumus! Nie wiem o jakich darach duchowych wspomina Bergolio, nie wiem jakie korzyści teologiczne z faktu buntu Lutra wypłynęły. Nawet jeśli uznamy sobór trydencki za owoc tak zwanej kontrreformacji, to jednak po 500 latach zauważamy, że Kościół stopniowo ulega błędom protestantyzmu, a nie zwalcza je. Nie rozumiem i nie potrafię rozdzielić widzialnej od niewidzialnej jedności Kościoła. Kościół jest jeden, zarówno jego wymiar wojujący, triumfujący, jak i cierpiący jest niepodzielny - stanowi jeden Kościół, z jedną Głową. Nie jestem w stanie uznać, że katolicy jedność Kościoła zranili, powiem więcej luteranie nawet tego nie uczynili - oni po prostu od tej jedności katolickiej na własne nieszczęście odpadli.

Dlaczego świętowanie wystąpienia Marcina Lutra jest formą apostazji? Otóż dlatego, że Marcin Luter zanegował samego Pana Boga, którego nazwał szatanem. Z tego powodu popierając herezjarchę protestantyzmu odpadamy od wiary. Kwestię tą dobitnie tłumaczy ks. Tadeusz Guz. Oczywiście część z tych którzy świętują to tragiczne wydarzenie postępuje w pewnej niewiedzy i tych nie należy całkowicie odsądzać od czci i wiary. Ale hierarchia - zwłaszcza arcypasterze są w pełni winni temu, że dzisiaj protestantyzm jest nie tylko bagatelizowany ale także rozpowszechniany w Winnicy Pańskiej. 

Jak zatem obchodzić rocznicę rewolucji protestanckiej? Należy przywdziać szaty fioletowe, głowę posypać popiołem, w poście i w płaczu, i w żalu wzywać miłosiernego Boga o nawrócenie heretyków, tak samo dla ich dobra jak i naszego, ponieważ ich błędy rozsiewają się jako szatański kąkol po Bożym polu... . Można tedy albo skorzystać z formularzy już gotowych np.: o zakończenie schizmy. Warto byłoby jednak napisać nowy formularz odnoszący się do pamiątki rewolucji heretyckiej. Oczywiście piszę o katolickim formularzu - kolor fioletowy ma wyrażać nie czołobitność katolików w duchu "przepraszam że żyję", a żal, tęsknotę i obawę o zbawienie dusz odszczepieńców. Niech taki obchód zawita do kalendarza liturgicznego, niech to będzie dzień postu i modlitwy. "Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem" (Mt 17,21).

Na szczęście nie doszło do deklaracji inter-komunii. Jednak należy trzymać rękę na pulsie. Tu i ówdzie faktycznie takie zjawiska mają miejsca, a temat dopuszczania heretyków do Najświętszego Sakramentu oraz tzw Mszy ekumenicznej wciąż jest aktualny. Jak widać ciemna strona mocy nie odpuszcza. Znamienne jest iż pogańskie święto Halloween przypada akurat w dniu w którym Marcin Luter wystąpił ze swymi tezami. Pamiętajmy, że w historii zbawienia przypadki występują jedynie w językach odmieniających rzeczowniki... . 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


środa, 25 października 2017

Czy możliwa jest "Msza ekumeniczna"?

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z modernistycznych wykładowców, którego bełkotu musiałem słuchać stwierdził iż Eucharystia jest sakramentem jedności (Komunia Święta) w którym ujawnia się skandal rozłamu i że od lat trwają prace nad przygotowaniem interkomunii zwłaszcza dla protestantów. Wtedy traktowałem te słowa jako marzenie ściętej głowy starego modernisty, dziś jednak coraz bardziej zauważam iż przygotowania o których mówił nasz profesor nie tylko faktycznie miały miejsce ale nieuchronnie zmierzają do konkluzji, bo oto w mediach coraz częściej słyszy się o tzw Mszy ekumenicznej. 

Czytając literaturę tradycjonalistyczną zetknąłem się z poglądem, że Novus Ordo Missae miał być taką liturgią, pod którą ze spokojnym sumieniem mogliby się podpisać protestanci. Próba czasu i praktyka pokazały jednak, że na skutek wielu interwencji konserwatywnej hierarchii nowy ryt Mszy Świętej okazał się bardziej katolicki niż przewidywali to najbardziej radykalni deformatorzy. Co prawda utracił on wiele piękna i głębokiej symboliki, ale dalej sprawia to co oznacza, czyli jest prawdziwym sakramentem. Z tego też względu chociaż duchowieństwo protestanckie przychylniej spogląda na katolickie obrzędy, to jednak w dalszym stopniu nie zamierza ich aprobować.

Okazuje się, że Novus Ordo Missae  staje się powoli jedynie etapem do dalszej ewolucji, czy raczej dewolucji katolickiego kultu. Po kilkudziesięciu latach funkcjonowania NOM-u i wymarciu większości pokoleń wychowanych na starych obrzędach odzywają się reformatorskie demony i w różnych miejscach pojawiają się sugestie, że należy uczynić dalsze kroki na drodze budowania "jedności". 

Najpoważniejszą przeszkodą obecnie wydaje się wspólna celebracja sakramentów, zwłaszcza Eucharystii. We Mszy Świętej i święceniach ujawniają się bowiem największe różnice pomiędzy Kościołem, a protestantyzmem. Czy należy doniesienia o nowych propozycjach liturgicznych traktować poważnie? Jak najbardziej! Hucznie obchodzone 500-lecie reformacji jest znakomitą okazją aby "urbi et orbi" ogłosić, że kolejny bastion niezgody pomiędzy "bratnimi religiami" upadł. Być może powstanie jakiś nowy dokument o wspólnej nauce na temat obecności Pana Jezusa w Eucharystii, gdzie podobnie jak we wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu zostanie wyartykułowany protestancki punkt widzenia, natomiast katolicki dogmat będzie przemilczany. Trzeba być bardzo czujnym, ponieważ nowa propozycja zostanie zapewne zatwierdzona jako fakultatywna ad experimentam w bardzo szczególnych wypadkach, które jednak będą się rozszerzać i ani się obejrzymy jak nowinka stanie się obowiązującym status quo, a my stracimy największy skarb depozytu łaski jakim jest Najświętsza Ofiara.

Wyraźnie stwierdzam niezależnie od tego jaki kształt przybierze ów obrzęd iż będzie on nieważny, jeśli tylko duchowieństwo protestanckie zechce go celebrować. Będzie to wyraźny znak iż to co będzie się nazywało Mszą Świętą w rzeczy samej już nią nie będzie. I nastąpi czas prześladowań, bo obrzęd ten trafi w pierwszej kolejności do nowych seminariów. Każdy wierzący kleryk, każdy wierzący katolik będzie musiał odrzucić ów obrzęd jeśli zechce pozostać w Kościele. Trzeba być wiernym temu co zawsze i wszędzie było katolickie. Papież Pius XI w encyklice Mortalium Animos naucza: "Jasną rzeczą więc jest, Czcigodni Bracia, dlaczego Stolica Apostolska swym wiernym nigdy nie pozwalała, by brali udział w zjazdach niekatolickich. Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli." Nie wolno nam uczestniczyć w spotkaniach heretyckich, nawet wtedy gdy zostaną nam one dla zmylenia podane pod nazwą katolicką. Msza Święta to serce naszej wiary, źródło i szczyt życia, sprawa najwyższej wagi. Szczególnie w czasach powszechnego zamętu należy zachować czujność. Pierwszy klucznik przestrzega: "Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!" 1 P 5, 8-9.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

P.S.
Polecam w tym temacie interesującą analizę teologiczną ks. Murzińskiego.

piątek, 20 października 2017

Reformacja - czy na pewno właściwe pojęcie?

Laudetur Iesus Christus!

W czasie gdy wielu modernistów świętuje na różne sposoby 500-lecie reformacji polecam pochylić się nad samym pojęciem reformacji. Jak dobrze wiadomo słowa są nośnikiem nie tylko informacji, ale także poglądów i tak określony desygnat może być opisany słowem neutralnym emocjonalnie, pejoratywnym lub pozytywnym. Na przykład prezbitera możemy określić słowem: kapłan, ksiądz lub klecha. Pierwsze sformułowanie ma charakter pozytywny, jest wręcz majestatyczne, drugie ma charakter neutralny, trzecie wyjątkowo negatywny. 

Reformacja jest urobiona od słowa reforma, które przeszło do języka polskiego z łaciny reformare znaczy po prostu przekształcać. Mamy więc reformę, która jest zmianą formy, a forma kojarzy się nam  z czymś zewnętrznym. Jest ona oczywiście istotna, ale ma zwykle mniejsze odniesienie do kwintesencji danej rzeczywistości aniżeli materia. Bo jeśli mamy wodę to istotniejsze jest dla nas jej tworzywo czyli związek wodoru i tlenu niźli jej stan skupienia. Jeśli zmienimy stan skupienia wody to pozostanie ona wodą, ale jeśli podmienimy pod atomy wodoru jakieś inne choćby żelazo, to zamiast wody otrzymamy rdzę... . Zatem termin reformacja oznaczałby proces zmiany rzeczywistości otaczającej istotę rzeczy. Do takiego wniosku próbują nas przekonać ci którzy tego pojęcia używają.

Zastanówmy się czy proces, którego desygnatem ma być reformacja w istocie rzeczy odpowiada pojęciu jakim jest ona opisywana. Za początek ruchu reformacyjnego czyli tak zwaną prereformację uznaje się wystąpienie Jana Wiklifa w XIV w. Jego dogmatyczne postulaty podważały urząd hierarchiczny Kościoła oraz naukę o transsubstancjacji. Czy reformy polegające na zniesieniu urzędów kościelnych przewidzianych dla ustroju Kościoła przez Pana Jezusa Chrystusa oraz próba podważenia substancjalnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie są czymś zewnętrznym w stosunku do wiary katolickiej? Czy była to w istocie próba reformy?  A Jan Hus, który poza rzeczywistymi postulatami reform liturgicznych czyż może być nazwany reformatorem kościelnym jeśli głosił predestynację, mistycyzm eklezjologiczny czy odrzucał obecność substancjalną Pana Jezusa Chrystusa w sakramencie ołtarza? Dalej Waldensi, którzy głosili solibiblicyzm odrzucając Tradycję, wyznając powszechne kapłaństwo bez uznania urzędu hierarchicznego oraz odrzucając wszystkie sakramenty poza chrztem czyż mogą być uznawani za reformatorów? Czy reformą nazwiemy postulat Lutra, że władza doczesna jest ważniejsza niż duchowa, a małżeństwo wbrew temu co powiedział Pan Jezus Chrystus nie jest nierozerwalne? I tak można przejść przez kolejnych "reformatorów" Zwinglego, Kalwina czy Henryka VIII, który w ramach reformy założył własny "kościół" i ogłosił się jego głową. Co więc wyznacza ramy reformy? Czy jest to zaledwie zmiana obrzędowości, czy też dogmaty i prawdy wiary mogą być podciągnięte pod ową zewnętrzną zmianę jakiejś religii. Praktyka pokazuje, że zawsze zmiana doktryny pociąga zmianę religii, a nawet często zmiana obrzędowości powoduje ten sam skutek, gdyż w większości religii kult, czyli służba Boża jest centralnym aspektem religijności. Tak również jest w katolicyzmie. "Reformacja" nie uczyniła więc żadnej zmiany w katolicyzmie, stworzyła za to nową religię - protestantyzm, a ściślej rzecz ujmując grupę różnych fałszywych religii, bo każda denominacja ma własną doktrynę i własną obrzędowość.

Skoro więc doszliśmy do stwierdzenia, że reformacja nie odpowiada desygnatowi jakim był ruch społeczno-religijny trwający w łonie chrześcijaństwa od XIV w po dzień dzisiejszy to należy zaproponować jakiś zamiennik. Tym prawdziwym pojęciem okazuje się rewolucja heretycka. Rewolucja oznacza bowiem nagłą zmianę, z łaciny revolutio znaczy przewrót, postawienie czegoś do góry nogami. W ten sposób przebiegały zmiany zaprowadzane przez rewolucjonistów herezji protestanckiej. Początkowe fazy rewolucji nie trafiły na żyzny grunt. Epoka średniowiecza uniwersyteckiego dobrze przygotowała się intelektualnie na odparcie głoszonych w późniejszym czasie błędów. Niestety okres tak zwanego odrodzenia stworzył warunki politycznego wykorzystania postulatów kolejnych herezjarchów. I tak podaje się jako datę rewolucji heretyckiej błędnie określanej mianem reformacji rok 1517 chociaż był to już raczej punkt kulminacyjny, a nie początek. 

Nie trzeba chyba wskazywać w jakim środowisku ukuło się pojęcie reformacji. Z punktu widzenia sekt protestanckich ruch ten faktycznie jest reformacją, jednak patrząc integralnie na dzieje Kościoła była to rewolucja. Niestety pojęcie reformacji weszło do podręczników oświaty systemu kołłątajowsko-stalinowskiego i jako takie jest podawane naszej katolickiej dziatwie. Również młodzież katolicka w modernistycznych podręcznikach spotyka się z pojęciem reformacji. Stanowiska wyrażone w tej rzekomo katolickiej makulaturze są jak wiele osób twierdzi wyważone, czyli politycznie poprawne. W końcu sposób wyrażania rzeczywistości wychowuje i reformacja brzmi na pewno lepiej niż rewolucja heretycka. W rzeczywistości tam gdzie spotykamy się z "reformacją" postępuje protestantyzacja poglądów nie tylko na samą historię, ale także na doktrynę. Przeto protestujmy przed reformacją i nazywajmy ją konsekwentnie rewolucją heretycką. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


niedziela, 8 października 2017

Ipsissima verba Iesu - czyli o uczonych w Piśmie, którzy lepiej wiedzą co mówił Pan Jezus

Laudetur Iesus Christus!

Z okazji niebawem przypadającej rocznicy rewolucji heretyckiej, zamieszczam dziś wpis o pewnym bardzo szkodliwym zjawisku w biblistyce, które zawdzięczamy "braciom odłączonym", czyli heretykom. Problem tzw "ipsissima verba Iesu", czyli dociekania słów których rzeczywiście użył podczas swego ziemskiego żywota Pan Jezus zawdzięczamy właśnie protestantom. I gdyby katolicka hierarchia działała poprawnie, to problemu by nie było - zostałby autorytatywnie zduszony w zarodku. Świętej pamięci biskup Franciszek Jop zapytany przez swojego kapłana, czy może się udać na konferencję naukową dotyczącą problemu zmartwychwstania odparł: "Nigdzie ksiądz nie pojedzie, żadnego problemu nie ma - zmartwychwstał i już!" W ten sposób katolicka egzegeza powinna rozwiązać ów problem i tak się działo aż do wiosny Kościoła lat 50-tych i i 60-tych ubiegłego wieku kiedy zaczęto uprawiać biblijny dialogizm.

Jako pierwszy pytanie o słowa których rzeczywiście użył Pan Jezus zadał Richard Simon - katolicki kapłan i biblista. Zauważył, studiując konkordancję, że różni ewangeliści w różny sposób przekazali nauczanie Pana Jezusa. Na tym etapie badania miały jeszcze charakter egzegezy katolickiej, chociaż dzieło Simona spotkało się z krytyką i nawet oskarżeniem o herezję. Dopiero oświeceniowi uczeni: Reimanus i Lesing zaczęli negować historyczność Jezusa Chrystusa wskutek czego nastąpiła reakcja środowisk protestanckich. Pozorna obrona w rzeczywistości pogłębiła problem. Pojawiają się znane nazwiska adwersarzy, takie jak Gunkel, Harnack czy Reanan. Który z czytających mnie teologów nie zetknął się z nimi w czasie swoich studiów? Rozwinęli oni tak zwaną analizę krytyczną form co sprowadziło badanie Biblii do poziomu badania zwykłego dzieła literackiego. To abstrahowanie od natchnienia Pisma Świętego w konsekwencji doprowadziło do tego, że kolejny znany wichrzyciel biblijny Bultman  sprowadził Pana Jezusa do wytworu wiary swoich uczniów, czyli z wydarzenia zbawczego uczynił mit. Zaczęto więc oddzielać Jezusa od Chrystusa lub w złagodzonej wersji mówić o Chrystusie wiary i Chrystusie historii.

Z poglądami tych i im podobnych heretyków spotkałem się wiele razy podczas moich studiów teologicznych. Byli wykładowcy którzy bronili prawa do takich dociekań, do profanowania biblistyki poprzez stosowanie niekatolickich, świeckich metod badań. Trzeba przestrzec przed tymi nazwiskami jak również przed metodami jakie oni stosowali i stosują - bowiem ich teorie ciągle są rozwijane. Jedyną katolicką metodą egzegetyczną jest tak zwana metoda kanoniczna, polegająca na poddaniu analizie wszystkich miejsc paralelnych i wyciąganiu wniosków po dokładnym studium wszystkich miejsc w których Słowo Boże mówi o danym zagadnieniu. Za najbardziej szkodliwą należy uznać najbardziej popularną metodę historyczno-krytyczną. Pismo Święte traktowane jest w niej jak każde inne dzieło - wskazuje się jedynie na ludzkiego autora, jego kontekst kulturowy i społeczny zupełnie pomijając rolę Ducha Świętego. Poprzez krytykę tekstu wynajdywanie i porównywanie różnych kodeksów odziera się Pismo Święte z jego sakralnego charakteru zapominając, że dla Kościoła tekstem natchnionym pozostaje Wulgata, co orzeczono na soborze trydenckim. Tak więc nie papirusy z Qumran zawierające różne fragmenty Słowa Bożego, nie żydowska Septuaginta, ale katolicka Wulgata, która jest tłumaczeniem, ale pozostaje tekstem oficjalnym Pisma Świętego!

Zanim więc zapytamy która wersja słów Pana Jezusa Chrystusa była bardziej prawdopodobna - czy ta z Ewangelii św. Mateusza czy ta z Ewangelii św. Łukasza zauważmy iż istnieje jedna Ewangelia i problem jakich dokładnie słów użył Pan Jezus wcale nie jest problemem teologicznym. Podobnie jak nie jest problemem teologicznym autorstwo listu do żydów... . Nas wierzących interesuje bowiem treść wiary oraz wierność naszych zatwierdzonych przekładów z Wulgatą. Myli się jednak ten który uważa, że problem ipsissima verba Iesu jest wydumany i mało szkodliwy dla wiary. Niestety współcześni egzegeci posuwają się do dalszych interpretacji, roszczą sobie oni bowiem prawo do określenia, które fragmenty tekstów natchnionych są rzeczywiście Słowem Bożym, a które prywatną opinią autorów ludzkich. Czyli już nie tylko krytyka tekstu, analiza retoryczna paralelnych miejsc ale swoista cenzura Słowa Bożego. Zaprawdę biada temu kto przykłada do tego rękę! Owi faryzeusze wycinają w praktyce niewygodne fragmenty Pisma Świętego albo poprzez ignorowanie ich w badaniach i cytowaniach, albo poprzez atakowanie ich wprost określając iż nie są to prawdziwe słowa Pana Jezusa, a jedynie dumka autora ludzkiego. Opinie tych szkodników przedostają się do podręczników teologii, do katedr egzegezy i dalej do wykładów z teologii systematycznej. Trucizna, która przez wiele lat sączona była w środowiskach akademickich pseudo-katolickich przekazywana jest dalej wiernym poprzez zafałszowane katechezy i kazania. I nie ma się co dziwić że mamy wykastrowany przekaz wiary, skoro z seminariów przychodzą do nas eunuchy Słowa Bożego... . Wraz ze zmianą lekcjonarza, o czym napiszę kiedy indziej i "obfitszym zastawieniem Stołu Słowa Bożego" nastąpiła faktyczna neutralizacja liturgiczna i pastoralna Biblii. Proces ten chociaż dalej trwa dobiega już powoli do końca.  I co z tego, że śpiewamy psalmy skoro głusi jesteśmy na napomnienie króla Dawida:
"Czemu mają mówić poganie:
<A gdzież jest ich Bóg?>
Nasz Bóg jest w niebie;
czyni wszystko, co zechce.
Ich bożki to srebro i złoto, 
robota rąk ludzkich. 
Mają usta, ale nie mówią; 
oczy mają, ale nie widzą.
Mają uszy, ale nie słyszą;
nozdrza mają, ale nie czują zapachu.
Mają ręce, lecz nie dotykają;
nogi mają, ale nie chodzą;
gardłem swoim nie wydają głosu.
Do nich są podobni ci, którzy je robią, 
i każdy, który im ufa." (Ps 115,2-8)

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 2 października 2017

Skrzydlata herezja, czyli opary ikonoklazmu katechetycznego

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji wspomnienia świętych aniołów stróżów trochę lżejszy temat, bo z pozoru wydawać by się mogło, że śmieszny. Jednak konsekwencje zjawiska, które poniżej opiszę mają doniosłe znaczenie dla całego przekazu wiary.

Katechetyka zwykła być przez alumnów traktowana jako część tak zwanej teologii rozrywkowej. Nauki było niewiele, wykładowca opowiadał zwykle różne casusy katechetyczne. Kiedyś wypłynął jednak na szersze wody refleksji teologicznej i wspomniał stary dobry katechizm używany w naszej diecezji. Również ja się na tym katechizmie wychowałem. Ów nauczyciel akademicki stwierdził iż tej pozycji niewolno już używać, bowiem wpaja dzieciom zły obraz anioła, bowiem wizerunki aniołów w tej książce miały skrzydła.

Na początku myślałem że zarzut katechetyka jest żartem, ale im dłużej słuchałem wywodu, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu że jednak nie. Dyskusja niewiele wnosiła. Przywołanie zasady poglądowości w katechezie i dostosowania poziomu przekazywanych treści do odbiorcy również. W końcu nasz nauczyciel stwierdził, że właśnie dlatego że katecheci mają takie podejście ludzie wierzą wiarą infantylną.

Więc wizerunki anioła ze skrzydłami pokazują nierealny obraz anioła? A definicja aniołów podana przez heterodoksyjnych teologów i przekazana nam na traktacie o Bogu stworzycielu oddaje ową rzeczywistość? Uczono nas bowiem, że anioł to immanentna siła, przez którą ujawnia się Boża opatrzność. Oczywiście przyciśnięty do muru wykładowca uznał że anioły to jednak są osoby, ale jak się ma pojęcie siły (mocy) do pojęcia osoby? Szczerze wolę upersonifikowany obrazek anioła ze skrzydłami niż definicje modernistów obracające w perzynę katolicką angelologię.

Zjawisko o którym piszę nazywam ikonoklazmem katechetycznym - polega ono na usuwaniu z przepowiadania wszystkiego co ukazuje konkret podawanych treści. Pod pozorem odmitologizowania prawd wiary dokonuje się ich zniekształcenia. W wielu przypadkach współczesna katecheza goni za trendami z dzikiego Zachodu odwraca się od tradycyjnych form, na których wyrosły pokolenia wiernych katolików, a podąża za ową słynną już "wiosną Kościoła". Powody takiego postępowania mogą być dwojakie. Albo jest to intencjonalne niszczenie depozytu wiary, albo zwykła pycha działająca na zasadzie: "a ja to zrobię lepiej". Doświadczenia ostatnich dekad pokazują, że taki pogląd jest fałszywy i nowe metody zupełnie się nie sprawdzają.

Czy aniołowie mają skrzydła? Wyklęty kleryk jednoznacznie odpowiada, że nie. Przyczyną infantylizacji życia religijnego nie jest styl katechezy dzieci wczesnoszkolnych, a zatrzymanie tego poziomu w czasie. Dobry katecheta w stosownym czasie "odetnie" aniołom skrzydła. Jeśliby wycisnąć treści katechezy szkoły średniej i szkoły podstawowej to są one w dużej mierze podobne. O ile w innych przedmiotach następuje wyraźny progres, o tyle katecheza ma być przyjemną lekcją o byciu dobrym człowiekiem. Taki stan rzeczy powoduje znudzenie wiarą przez młodych ludzi, którzy właśnie w wierze mogliby znaleźć oparcie i spełnienie swych młodzieńczych ambicji, także i przeżywanego buntu. Ta szansa jest jednak zmarnowana. I można pisać sążniste opracowania, ale jeśli nie wróci się do tego co było, a nowych form przepowiadania nie wywiedzie się w sposób organiczny ze starych, to pogaństwo będzie się rozwijać w jeszcze większym tempie niż dotąd.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwościom wszelkiej herezji. Oby Bóg je poskromić raczył. A ty wodzu zastępów anielskich szatana i jego wszelkie błędy mocą Bożą strąć w otchłań. Oddal od nas ciemności modernistycznego ikonoklazmu i daj jasne i dobre rozeznanie tym którzy uczą naszą dziatwę wiary. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 29 września 2017

Homo-lobby w Kościele i homoseksualizm w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Zdaję sobie sprawę, że ruszając ten temat poderwę w powietrze wiele much, ale nie zamierzam unikać niczyjej krytyki, a jedynie pobudzać do refleksji i dyskusji nad pewnymi problemami Kościoła. To co tutaj napiszę w głównej mierze opierać się będzie na moich własnych doświadczeniach związanych z tym tematem. Sądzę, że czytelnicy nauczanie Pisma Świętego i Tradycji na temat homoseksualizmu znają zamierzam się podzielić moją refleksją nad rzeczonymi tematami mając świadomość że podpadnę zarówno rygorystom (do których bywam zaliczany) jak i laksystom.

Wstępując do seminarium oczywiście o żadnym homo-lobby nie miałem pojęcia, kwestię homoseksualizmu znałem właściwie wyłącznie z mediów, a moje doświadczenia w tym względzie obejmowały mniej lub bardziej sprośne żarty kolegów z liceum. Pech chciał, że mój pierwszy socjusz był gejem, chociaż przez cały okres mieszkania z nim nie miałem takiej świadomości. Najpewniej nie byłem w jego typie - cóż może to i lepiej bo boję się pomyśleć jakby ta przygoda w innym wypadku mogła się skończyć. Faktem jest, że ów współlokator tak uprzykrzył mi życie, że już po 3 miesiącach miałem ochotę wyskoczyć oknem. O tym że coś jest nie tak dowiedziałem się dopiero na początku drugiego roku gdy zaczął się jego intensywny romans z innym kolegą kursowym. Oboje wylecieli z seminarium tuż przed świętami Bożego narodzenia. Oczywiście tradycyjnie ogłoszono, że to ich własna decyzja. Jak się potoczyły ich losy nie wiem. Z moich obserwacji wynikało, że pierwszy chłopak homoseksualistą stał się już przed seminarium, natomiast drugi został przezeń uwiedziony. W seminarium były podobne przypadki i nie wszystkie kończyły się wydaleniem. Tak jak w wielu innych tego typu sytuacjach można odnieść wrażenie, że przełożeni przymykali oko dopóty sprawy nie zaszły za daleko, a para nie przestała się dostatecznie dobrze maskować. Najbardziej żal było mi drugiego kolegi, poszedłem nawet go upomnieć ale nie przyniosło  to oczekiwanych rezultatów. Sądzę, że jest to przykład na źle przeżywane braterstwo a przyczyn tego stanu rzeczy należy upatrywać nie tylko w samych alumnach którzy ulegli pokusie. Współczesny system seminaryjny nie przygotowuje do celibatu. Wspólnota często traktowana jest jako ersatz małżeństwa. Ojcowie duchowni mówią by energię seksualną przetransponować na miłość do wspólnoty. Tymczasem wspólnota jakakolwiek by nie była, a seminarium jest bardzo niedoskonałą wspólnotą, nie potrafi wypełnić pustki braku intymnego związku z kobietą. Wobec tego, że wspólnotowość jest wszechobecna zaczynają się między alumnami tworzyć niezdrowe więzi. Często na początku nie mają one charakteru erotycznego, jednak w środowisku tak hermetycznym jak seminarium łatwo może dojść do szkodliwej przemiany relacji. Wystarczy stres, czy przygnębienie wobec trudów seminaryjnego życia by w ramionach kolegi ukoić swoje żale. W młodym wieku o poruszenie seksualne nietrudno, łatwo może więc dojść do inicjacji grzechu. Droga odwrotu w takiej sytuacji jest bardzo trudna... .

Drugi przykład znam częściowo z opowiadań częściowo z własnej obserwacji. Była to kolejna para, która trzymała się razem od pierwszego roku. Już na trzecim roku wiadomo było iż najprawdopodobniej więź między nimi była niezdrowa. Długo ukrywali się ze swoimi tendencjami. Ostatecznie zostali wyrzuceni tuż przed święceniami diakonatu. Z tego co wiem kontynuują formację w dwóch różnych seminariach niemieckich i chyba przyjęli już diakonat. To przykład homoseksualistów perwersyjnych, czyli takich którzy wiedząc o swoich skłonnościach celowo przychodzą do seminarium by w bezpiecznym środowisku ukryć swoje preferencje. Zwykle ich działalność tworzy tak zwane homo-lobby, o którym szerzej nieco dalej. Obecność takiego kąkolu skutecznie psuje pszeniczny zasiew kapłańskiego powołania. Tacy ludzie nie tylko skłonni są uwieść innych alumnów, ale przede wszystkim wspierają kulturę tego świata szerząc modernizm podczas dyskusji na zajęciach uniwersyteckich. Zwykle osoby takie nie są w porę właściwie rozpoznawane i nawet wydalenie ich w końcowej fazie formacji nie przynosi Kościołowi oczekiwanych korzyści - co bowiem zdążyli napsuć to już należy do samego szatana.

Dobrym remedium na problem pojawiającego się w murach seminaryjnych homoseksualizmu jest właściwe wychowanie do celibatu. Należy uczyć alumnów przeżywać swoją samotność już w seminarium. Proste środki, jak chociażby podzielenie rekreacji na tą przeżywaną samotnie jak i oddzielny czas na wypoczynek wspólnotowy mogą przynieść dobre owoce. Należy także uczyć otwartości wobec innych ludzi, tak aby nie zdołały się wyzwolić niezdrowe relacje.  Przyjaźnie należy pielęgnować, ale jeśli jakiś alumn spędza więcej niż trzy rekreacje w tygodniu z tym samym kolegą to uważam, że zaczyna to już być niewłaściwe. Na te sprawy powinni uwrażliwiać przede wszystkim ojcowie duchowni kierując się zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Trzeba też porzucić nierealny pogląd na celibat. Przyjęcie celibatu jako daru z ochotnym sercem nie oznacza, że hurraoptymizmem zdoła się przykryć niedogodności związane z jego praktykowaniem. Ostatecznie celibat ma przede wszystkim wymiar ascetyczny i aby go móc właściwie przeżyć potrzebne jest wyrobienie wielu cnót. O tym się dzisiaj zapomina oszukując kleryków, że jeśli tylko zaufają Panu Bogu to problem sam się rozwiąże.

Osobiście uważam, że homoseksualizm jest chorobą o charakterze społecznym. Za ten pogląd zostałem zrugany przez pewnego wysoko postawionego w hierarchii akademickiej moralistę. Już po zakończeniu deformacji na ćwiczeniach z tak zwanej katolickiej etyki seksualnej podniosłem tą jak się okazało kontrowersyjną tezę. Dyskusja z owym wykładowcą wyglądała mnie więcej tak:
A: Pan uważa, że homoseksualizm to choroba? Przecież WHO wykreśliło homoseksualizm z listy chorób!
B: O ile wiem WHO nie jest żadnym loci teologici, w końcu nasz przedmiot nazywa się katolicka etyka seksualna, a nie świecka etyka seksualna.
A: Nie możemy być obojętni na badania naukowców!
B: Czy jeśli owi naukowcy wykreślą cholerę z listy chorób to stanie się ona mniej zaraźliwa? Czy jeśli alkoholizm  zostałby wykreślony z listy chorób WHO to jego szkodliwe oddziaływanie będzie mniejsze?
A: Pan głosząc tezę że oni są chorzy deprecjonuje ich godność...
B: (śmiech) Od kiedy choroba deprecjonuje czyjąś godność? Czy fakt że cierpię na kamicę nerkową deprecjonuje moją godność? Czy godność osoby ludzkiej zależna jest od jej zdrowia? Były już takie systemy które takie tezy głosiły. Skończyło się to w komorach gazowych, a w wersji współczesnej aborcją eugeniczną i eutanazją. (oklaski na sali)
Tak o to "pokonałem" wielkiego moralistę. W rzeczywistości odniosłem pyrrusowe zwycięstwo. Ów intelektualny zwyrodnialec dalej bowiem psuje umysły młodzieży katolickiej.... .

Ostatni przykład to właśnie typ owego słynnego homo-lobby. Osobiście uważam, że nie istnieje ono samodzielnie. Jest to bowiem część większego planu depopulacji i zniszczenia Kościoła konsekwentnie prowadzona przez masonerię rytu szkockiego. Ów wykładowca - najpewniej sam będąc homoseksualistą dostał się na intratną posadę uniwersytecką i tam rozsiewa swoje błędy. Wątpię by on sam był świadomy zła które czyni i by był członkiem jakiejś organizacji przeciwnej Kościołowi. Najprawdopodobniej jest to efekt działania masonów - jedna z ich ofiar, która teraz jako swoiste zombie rozsiewa zarazę. Laksyzm głoszony przez tego modernistę jest bardzo znamienny i wytłumaczyć go można osobistym zaangażowaniem w słabość której sam doświadcza. Czy ów kapłan praktykuje homoseksualizm, tego ocenić się nie da, ale sposób w jaki podjął się obrony środowiska LGBT dobitnie wskazuje na osobisty jego związek z dyskutowanym tematem. Co ciekawe jeśli popatrzymy na propagatorów środowisk homoseksualnych w Kościele, to znajdziemy w ich wypowiedział mnóstwo innych tez liberalnych jak chociażby ordynacja kobiet, zniesienie celibatu, czy jeszcze większa swoboda w sprawowaniu liturgii.

A jaki jest stosunek wyklętego kleryka do homoseksualizmu? Osobiście uważam, że jest to nabyta dewiacja. Należy rozróżnić jej stopnie, bo chociaż do badań profesora Kinsey'a należy się odnosić z bardzo dużą rezerwą to jednak nie każdy homoseksualista w 100 % preferuje osoby tej samej płci. Bardzo modny stał się dziś biseksualizm, który jest chyba najpoważniejszą plagą. Sam fakt odkrycia, że zjawisko homoseksualizmu jest niejednorodne i istnieje możliwość przesuwania się poszczególnych osób po osławionej skali Kinsey'a dobitnie wskazuje iż nie mamy do czynienia z czymś stałym i wrodzonym, ale jak najbardziej zmiennym, a jeśli tak się sprawy mają to na pewno istnieje możliwość wyjścia z tej dewiacji. I nawet jeśli współczesne terapie pomogą co drugiej chorej osobie albo nawet co dziesiątej to jest to wielkie zwycięstwo. Seksualność człowieka jest bowiem potężną siłą, a homoseksualizm prowadzi do niemożności realizowania tego popędu w sposób zgodny z Bożym zamysłem co niewątpliwie przysparza dewiantom wiele cierpień. Jako lektor, którego obowiązkiem jest pomagać w głoszeniu wiary sprzeciwiam się nowomowie jak wkradała się do dyskursu teologii moralnej. Czyny homoseksualne, czy jakikolwiek inne zło nie jest czymś "wewnętrznie nieuporządkowanym" jak chce współczesny Katechizm Kościoła Katolickiego, ale po prostu grzechem. Zgadzam się natomiast, że należy unikać wszelkiej dyskryminacji takich osób, jednak zdrowe społeczeństwo ma prawo bronić się godziwymi środkami przed gwałtem zadawanym mu przez dyktaturę mniejszości. Homoseksualiści zachowujący czystość są osobami cnotliwymi i zasługują na duży szacunek ze strony innych wiernych, jak również duszpasterzy. 

Dość dużym problemem jest wyświęcanie osób homoseksualnych i przyjmowanie przez nich profesji zakonnej. Dyrektywy wydane za czasów Benedykta XVI chociaż wydają się roztropne, to jednak w rezultacie utwierdzają homoseksualistów do ukrywania się. Osobiście uważam, że osoba homoseksualna może zostać godziwie wyświęcona lub przyjąć profesję zakonną. Spowiednik oraz kierownik duchowy musi się jednak upewnić, że taka osoba jest zdolna do wierności podjętym ślubom czystości lub celibatowi i że nie kieruje się błędną motywacją wstępując do seminarium duchownego czy nowicjatu. Nie może być tak, że ktoś próbuje uciec od świata i schronić się w środowisku, które może tylko spotęgować jego chorobę. Należy oczywiście zawczasu podejmować próbę leczenia. Unikałbym jednak ujawniania problemu przełożonym zewnętrznym chyba że zachodzi realna obawa, że zostanie wyświęcona lub konsekrowana niegodziwa osoba. Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że zachwieje to dalszym formowaniem, a może przyczynić się do świętokradczych spowiedzi. W ogóle sprawy moralne o ile są tajne należy pozostawić w obrębie tak zwanego forum internum. Alumni i profesi czasowi muszą mieć świadomość, że aby godziwie przyjąć święcenia lub profesję zakonną muszą mieć szczerą relację ze spowiednikiem i kierownikiem duchowym oraz posiadać ich aprobatę wobec podejmowania kolejnych kroków na drodze powołania. Dokonana przez kandydata lub kandydatkę przerwa w formacji z powodów osobistych w żadnym razie nie może być przez przełożonych zewnętrznych źle traktowana jeśli ma być zagwarantowana pełna swoboda korzystania z kierownictwa duchowego. Niestety dochodzą mnie słuchy, że zdarzają się przełożeni, którzy osoby przerywające formację aby przemyśleć czy przerobić pewne sprawy traktują jak cenzurowanych, gdy tymczasem właśnie tacy kandydaci do służby Bożej wydają się najbardziej dojrzale podchodzić do powołania, które rozeznają lub realizują. Uwagi na temat forum internum oraz kierownictwa duchowego proszę potraktować ogólnie i jako dodatek do omawianego zagadnienia, w dużej mierze dotykają one bowiem heteroseksualnych kandydatów i kandydatek i rzadko kiedy dotyczą stricte kwestii czystości, aczkolwiek problem ujawnia się szczególnie wyraźnie właśnie w temacie, który dziś omawiam.

Zło jakie może wyrządzić potencjalny ksiądz homoseksualista jest dwojakiego rodzaju. Po pierwsze jego skłonność zwiększa ryzyko wystąpienia zachowań pedofilnych, co potwierdziły badania. Po drugie istnieje duże niebezpieczeństwo wywołania zgorszenia i paradoksalnie nie chodzi mi o pierwszy przypadek, ponieważ on nie psuje tak bardzo morale wiernych jak sympatyczny ksiądz, który jest laksystą. Więcej na temat zgorszenia i uzasadnienie tej tezy znajdą czytelnicy w osobnym wpisie na temat zgorszenia - zlekceważonego grzechu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że kapłan który sam doświadcza grzechu i nie potrafi z niego wyjść zracjonalizuje swoją słabość i będzie także według własnej błędnej oceny źle prowadził inne dusze choćby w pouczeniach dawanych przy okazji sakramentu pokuty.

Wielu grzeszników uważa homoseksualizm za grzech prywatny. Tymczasem po pierwsze nie istnieje grzech prywatny - każde bowiem zło uszczupla duchowy skarbiec Kościoła, a po wtóre zwłaszcza grzech obyczajowy, a takim jest czyn homoseksualny oddziałuje choćby na tą osobę, z którą dokonuje się sodomii. Zło homoseksualizmu ujawnia się głównie w jego skutkach społecznych. Kolejni dewianci uwodzą często heteroseksualne osoby sprowadzając je na drogę grzechu. To powoduje, że coraz mniej zawieranych jest małżeństw i następuje naturalna depopulacja. Sprzeciwia się to pierwszemu przykazaniu jakie Pan Bóg dał ludziom po wygnaniu z raju: "Bądźcie płodni i mnóżcie się" Rdz 1,28. Jest to więc prawdziwie grzech przeciw naturze. Niezależnie jednak od przesłanek medycznych, społecznych czy psychologicznych istotne jest samo posłuszeństwo Słowu Bożemu. Działajmy zatem mądrze przeciw rozprzestrzenianiu się homoseksualizmu - z jednej strony bądźmy miłosierni (we właściwym tego słowa znaczeniu) dla samych dewiantów, którzy sporo cierpią, ale nie dozwalajmy by rościli sobie oni prawa których nie mają. Kategorycznie należy sprzeciwiać się wszelkim próbom zrównania ich związków z małżeństwem oraz różnorakim formom deprawacji seksualnej młodzieży. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk




środa, 20 września 2017

"Ty masz Boga Starego Testamentu!"

Laudetur Iesus Christus!

Tym wpisem poniekąd w pewnej grupie moich czytelników ujawniam moją tożsamość  - i tak wiem że domyślacie się kim jestem. Piszę o tak zwanych braciach kursowych, którzy często stawiali mi ten zarzut. Dziś pragnę publicznie nań odpowiedzieć. Mniemam iż prawowierni czytelnicy w różnych wariantach mogli się z tym atakiem zetknąć, lub spotkają się z nim w przyszłości. Podanie obrony dla tego argumentu przyda się bardzo seminarzystom, bowiem z różnych stron słyszę, że nie tylko w moim seminarium stosowano tą sztuczkę.

Najpierw może od strony formalnej - zarzut przytoczony jednym zdaniem w tytule posta to typowy przykład argumentum ad hominem, czyli niemerytorycznego dowodzenia mającego na celu zbić z tropu adwersarza. Natura tego typu argumentacji opiera się na skierowaniu do dysputanta stwierdzenia odwołującego się do jego własnych odczuć, opinii czy poglądów luźno związanych z przedmiotem rozmowy. Ponieważ materia takiego ataku jest nieweryfikowalna, zarzut taki staje się właściwie niemożliwy do racjonalnego odparowania. Z metodologicznego punktu widzenia nie jest to argument teologiczny, bo to co jest nieweryfikowalne (niefalsyfikowalne) nie jest naukowe. Nie należy więc próbować na tego typu zaczepki odpowiadać jak na zwykły argument. Wystarczy sprowadzić rozmówcę  do istoty rzeczy i wskazać, że argument jest niemerytoryczny. Czytelników zainteresowanych zagadnieniami dotyczącymi prowadzenia sporów odsyłam do studium erystyki. Z pewnością skorzystają na tym szczególnie Ci, których szczególnym powołaniem jest obrona wiary za pomocą słowa. Wielu jałowych dyskusji można uniknąć, jeśli ma się wiedzę w tym zakresie. Oczywiście można zastosować metody okrężne i one w tym konkretnym przypadku okażą się skuteczne, jednak nie są owocne dla każdego argumentum ad hominem. Pamiętajcie że umiejętność odpowiedniego prowadzenia dyskusji to także oszczędność czasu, który mamy ograniczony, więc winniśmy go szanować.

Teraz spróbuję na ten argument odpowiedzieć w sposób merytoryczny. Sądzę, że wielu czytelników ma w tym względzie katolicką intuicję. Wystarczy odwołać się do tez z traktatu o Bogu jedynym. Piękne teksty o niezmienności istoty Boga zawarł w swych "Wyznaniach" św. Augusty z Hippony, np.: "Nie było więc takiego czasu, w którym byłbyś bezczynny. Bo i sam czas Ty stworzyłeś." Prawdę o niezmienności Boga potwierdza także św. Tomasz z Akwinu w swojej Sumie Teologicznej, a także wszystkich katolickie podręczniki dogmatyki. Niezmienność Boga to dogmat z nauczania Pisma Świętego (por. Ps 102,28 czy Hbr 6:17-18), który nie został formalnie przez sobór ogłoszony, aczkolwiek, same wyznania wiary zawierają tezy, które są sprzeczne z poglądem o zmienności Boga. Stwierdzenie: "Zrodzony, a nie stworzony" wskazuje na odwieczność a zatem nie podleganie czasowości, która to czasowość jest podstawową miarą zmienności. Zmienność można stwierdzić jedynie odnosząc się do kryterium czasu stwierdzając, że zaszła w jakimś bycie różnica w stosunku do tego co było wcześniej. Ponieważ Bóg jest względem czasu transcendentny ergo jest niezmienny.

Jednak i na taką argumentację moderniści znajdą obronę. Z tego samego Pisma Świętego wynajdą około mnóstwa różnych cytatów wskazujących, że jednak Bóg zmienny jest. W końcu zdarzało się, że Pan Bóg "zmieniał swoje decyzje" choćby w historii składania przez Abrahama ofiary ze swojego syna, czy karania Niniwy. Czytając Biblię po protestancku i stosując niekatolickie metody hermeneutyczne można rzeczywiście dojść do wniosku, że Słowo Boże jest niekonsekwentne. Trzeba jednak ująć księgę Objawienia integralnie, czyli w sposób kanoniczny, a to oznacza trud przebadania możliwie wszystkich tekstów odnoszących się do badanego zagadnienia z ujęciem właściwych marginesów, czyli kontekstu. Przy takiej lekturze odkrywamy iż autor ludzki Pisma Świętego dla ujęcia niewysłowionych prawd o Bogu dokonał redukcji koniecznej dla nas byśmy cokolwiek z istoty Boga mogli pojąć. Kiedy więc Pismo Święte mówi o tym że Bóg jest miłością opisuje to w sposób najbardziej bliski doświadczeniu człowieka. Każdy ortodoksyjny teolog ma świadomość, że tego typu wypowiedzi nie należy brać wprost i że są one w pewnym stopniu zniekształcone naszymi możliwościami poznawczymi. Kiedy więc porównuje się miłość Boga do człowieka jak miłość matki do dziecka to nie znaczy, że Pan Bóg jest kobietą i nie uprawnia do tego by redukować Jego sposób kochania do tego jak czynią to ludzie. Trzeba więc w lekturze Pisma Świętego nauczyć się oddzielać warstwę środków stylistycznych użytych dla przybliżenia określonych prawd, od samej istoty rzeczy, czyli Prawdy, która chce się przez to objawić. Antropomorfizacje Boga zawarte w Biblii nie uprawniają więc do postawienia tezy, że Bóg jest immanentny, że podlega czasowości, czy ma zmienny humor... Od strony ludzkiej patrząc Bóg jest ten sam kiedy zsyła fale potopu i ten sam kiedy posyła  swojego Syna, aby nas zbawił. To człowiek i jego zmienność sprawiają, że Bóg objawia się nam raz jako czuły Ojciec, innym razem jako surowy Mściciel. Również pozorna zmiana nastawienia Pana Boga względem rodzaju ludzkiego w historii zbawienia nie wynika stąd, że Bóg jest zmienny, ponieważ już przy wygnaniu z raju obiecuje ludziom zbawienie (tzw protoewangelia). W rzeczywistości zmianie podlega ludzka mentalność, a metody na podźwignięcie rodzaju ludzkiego tylko utwierdzają w przekonaniu, że Pan Bóg żadnym zmianom nie podlega. 

Niestety właściwie od początku XX wieku nie brakuje "katolickich" teologów podważających tą prawdę naszej wiary. Ich metody dowodzenia to typowy przykład teologii oddolnej. Obalenie tej prawdy wiary obraca w perzynę całą wiarę katolicką. Bóg zmienny, nie jest bowiem ani wiekuisty, ani wszechwiedzący, ani wszechpotężny. Taki Bóg nie może też być czystym istnieniem jak powiedzą scholastycy, czy miłością, jak powie św. Jan apostoł... . Taki "Bóg" to bożek pychy pseudo-teologów, którzy własne ego postawili ponad misję którą mieli do spełniania. Nawet od strony ludzkiej oparcie się na takim bożku jest niepewne - w końcu jaką mam pewność, że bożek zmienności nie będzie kaprysił przy sądzie i nie zmieni praw które ustanowił? Walczmy przeto ze wszelkimi błędami modernistów. Zmienność Boga to teza pojawiająca się jak hydra w różnych odmianach alotropowych - raz jako ewolucja prawdy, kiedy indziej jako Bóg który jednych chce zbawić, a innych potępić... . Znamy przecież te błędy... . Bierzmowany katolik czystą wiarę katolicką nie tylko wyznaje, ale także jej broni. Niech Pan Bóg, który jest, który był i który przychodzi wspomaga nas w tej walce, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 17 września 2017

Mass media w służbie wiary oraz integryzm katolicki w sieci

Laudetur Iesus Christus!

Długo wzbraniałem się przed rozpoczęciem działalności w świecie wirtualnym, jednak zachęcony przez wielu ludzi i mam nadzieję prawdziwe natchnienie Ducha Świętego zaczynam wchodzić w tą rzeczywistość coraz bardziej. Pierwszym tego wyrazem jest założony przeze mnie blog. Z czasem jednak zacząłem zauważać, że nieocenioną funkcję pełnia także portale społecznościowe w tym najbardziej popularny Facebook. W związku z tym założyłem na Facebook'u stronę Wyklętego kleryka, którą polecam moim czytelnikom polubić i obserwować, gdyż będę tam wrzucał różne ciekawe rzeczy znalezione w odmętach sieci jak również informacje o najnowszych wpisach. Właściwa moja działalność pozostanie jednak póki co na tym blogu.

Dlaczego mass media i nasza obecność w nich jest tak ważna? Internet jest wielkim śmietnikiem, jednak ludzie coraz częściej wszelkiej wiedzy, a także możliwości formacji szuka właśnie w tym miejscu. Otwiera się coraz bardziej nowy areopag, w który wierzący i bierzmowany katolik nie tylko może, ale i ma obowiązek wejść. Rzeczywistość wirtualna - jak zwykliśmy ją nazwać - zaczyna być coraz bardziej realna i coraz częściej oddziałuje na otaczającą nas rzeczywistość. Zatem zachęcam wszystkich, aby swoje profile na portalach społecznościowych poświęcili na rozkrzewianie wiary. Spójrzmy ile w sieci jest treści obrazoburczych, ateistycznych, lewackich... . I my jesteśmy częścią społeczeństwa, mamy więc prawo i obowiązek rozszerzać wszędzie gdzie jesteśmy naszą wiarę katolicką. 

Wielu wiernych katolików postulat ewangelizowania w sieci podjęło. Trzeba zwrócić uwagę na to iż moderniści także mają swoje witryny i sieją fałsz w ludzkie serca rozpowszechniając już to heretyckie teksty lub też nauczania. Takim herezjom znalezionym w sieci trzeba stawić czoła i słusznie czynią to różnej maści integryści. Również ten blog poprzez wskazywanie powszechnie panujących błędów do tego się przyczynia. Należy zatem wszelkie demaskatorskie informacje na swoich profilach rozpowszechniać i nie zniechęcać się tym że ktoś już to wrzucił - stosujmy zasadę, że lepiej powielić czyjś post niż ryzykować by ktoś z naszych znajomych, przez nasze zaniedbanie na prawdę nie natrafił.

Z przykrością zauważam, że integryści w Internecie nie potrafią współpracować. Jakiś duch niezgody między nas wchodzi i psuje fasadę katolickiej ortodoksji którą stanowimy. Owszem zdaję sobie sprawę, że wiele nas różni. Część integrystów uznaje papieża Franciszka, część nie; niektórzy chodzą tylko na klasyczną Mszę rzymską, niektórzy uczęszczają także na NOM. Trzeba jednak stwierdzić iż chociaż te różnice są istotne, czego najlepszym dowodem są nasze dyskusje, to jednak nie są one najważniejsze. Unikajmy zatem przynajmniej  w dyskusjach publicznych rzucania na siebie nawzajem anatem, które do niczego nie dążą. Sam w spisie polecanych blogów mam takie, z którymi nie do końca się ideologicznie zgadzam, ale wolę, by ktoś czytał blog ultrakatolicki niż np Deon, czy Tygodnik Powszechny... . I jasne jest, że każdy z nas chciałby, aby Kościół z impasu modernistycznego wyszedł sposobem jego sercu najbliższym, jednak póki co najważniejsze jest podnoszenie w ogóle pojęcia modernizmu i jego szkodliwości, tak by ogół katolików zwiedzionych przez fałszywych pasterzy nawrócił się, a potem można z pomocą łaski Bożej uściślić plan ostatecznego wyjścia z tego kryzysu który nieszczęśliwie dotknął nasze czasy.

Żywię więc nadzieję, że tym krótkim protreptykiem zachęciłem czytelników do osobistego zaangażowania w misję Kościoła, w demaskowanie błędów i w rozszerzanie prawdy jedynej, prawdy katolickiej. Niechaj Najświętsza Ofiara i umiłowanie Matki naszej - Kościoła katolickiego bardziej nas jednoczy niż dzieli. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


piątek, 8 września 2017

Tytulatura kościelna i problem godności honorowych

Laudetur Iesus Christus!

O pokusach duchowieństwach mówi się często w następującej triadzie: kobiety, monety, fiolety. Następstwo tychże nie jest przypadkowe. Młody kapłan będący jeszcze w pełni sił fizycznych, nierzadko atrakcyjny łatwo może ulec uwiedzeniu przez kobietę. Gdy czas bycia przystojnym przemija nadchodzi pragnienie usytuowania materialnego, w końcu na starość potrzeba bycia uznanym. Owe fiolety to właśnie pogoń za tytułami, głównie honorowymi, bo na rzeczywiste starość już zwykle nie pozwala. Zatem ktoś kto bardzo chciał zostać biskupem ucieszy się z każdego fioletowego dodatku do sutanny i tak pełno mamy różnej maści radców duchownych, kanoników takich czy owakich oraz prałatów różnych stopni i w końcu tak zwanych infułatów, chociaż ci ostatni przestali właściwie istnieć niedługo po Vaticanum II. Co ciekawe triada pokus nie zawsze występuje w tej kolejności, chociaż zwykle tak jest. Niestety obserwuję i młodych karierowiczów. Jeden z naszych wykładowców został prałatem w dość młodym wieku - wielu kleryków żartowało że powodem było doprowadzenie naszej seminaryjnej drużyny piłkarskiej do mistrzostwa. W rzeczywistości wyniki naukowe ma mierne, dydaktykiem jest słabym, ale za to przynosi diecezji duże dochody właśnie dzięki sportowi. I tutaj zasadza się rzeczywistość nadawania tytułów honorowych w Polsce. Bardzo często są one po prostu kupowane - kanonikiem, prałatem czy infułatem zostaje się ze względu na to że wyremontuje się zabytkowy kościół czy klasztor, wzniesie się jakąś intratną placówkę lub założy dochodowe dzieło. A w pierwotnych założeniach tytuły honorowe miały być zarezerwowane dla szczególnie zasłużonych kapłanów. Są diecezje w których tytulatura osiąga szczyty hipokryzji. Rzadko wytykam palcem, ale w tym momencie nie sposób nie wskazać diecezji świdnickiej - aż 2/3 kleru jest obdarzona jakimś fioletem do sutanny. Dochodzi do tego, że brak takiego elementu przy ponad 10-letniej posłudze w tej diecezji uchodzi za rodzaj napiętnowania. Należy wreszcie skończyć z tym wyróżnianiem na podstawie zasług czysto fiskalnych. Wobec tego popieram decyzję Franciszka o pozostawieniu tylko jednego stopnia prałackiego dostępnego dla zasłużonych kapłanów po 60-roku życia. Niestety przekora duchowieństwa radzi sobie i w takiej sytuacji - zawsze pozostają tytuły radcy duchownego, kapituły kanoników itp. Biskupi zresztą potrafią tworzyć własny system wyróżnień. 

Problem fioletowej pokusy zaczyna się już w seminarium. Dysproporcja pomiędzy traktowaniem alumna na jego parafii, a w seminarium często jest tak duża że prowadzi to do poważnego uszczerbku na jego duchowości, a czasem i psychice. Na parafiach klerycy całowani są czasem dosłownie po rękach, a w seminarium traktowani jak podludzie. Jak wobec tego ma nie dochodzić do wypaczeń? Wielu seminarzystów okres formacji próbuję więc przetrwać łudząc się niedoszłym prestiżem. Tymczasem po święceniach zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Lud wierny często bywa niewdzięczny, a pojawiające się głosy krytyki, nierzadko bardziej krytykanckie niż konstruktywne są cierniami na duszpasterskiej drodze kapłana. Przy tych doświadczeniach młody kapłan często albo rzuca sutanną, albo staje się gburem, albo otacza szańcem swoich wyznawców tworząc swoiste getto. 

Wystarczy zastanowić się jak zwracamy się do owych kandydatów do kapłaństwa. Tytuł "czcigodny kleryk" jest farsą. Po pierwsze godny czci jest tylko Bóg, a jeśli już używamy tego zwrotu to róbmy to we właściwym odniesieniu, a więc do prałatów, biskupów i kardynałów. Nawet zwykłemu księdzu tytuł ten nie przystoi. Mamy w naszym polskim języku piękne słowo wielebny, jeśli już koniecznie coś chcemy do owego kleryka czy kapłana dodawać. Nie nazywajmy też seminarzysty księdzem i to nawet jeśli jest diakonem. Zwrot: "proszę kleryka", czy "proszę diakona" jest także grzecznościowy, w ostateczności można użyć: "wielebny kleryku" lub "wielebny diakonie" chociaż i to zatrąca sztuczną pompatycznością. Innym problem jest stosowanie już w seminarium przedrostka do nazwiska. Podpisują się więc ci nasi seminarzyści al. czyli alumn albo kl. czyli kleryk - z tym należy walczyć. W przyszłości będzie ks. kapelan jego Świątobliwości dr hab XYZ prof. KUL - a spróbuj pominąć cokolwiek z tego sznura pychy! W ten sposób wychowujemy próżnych kapłanów - zwracajmy więc na to uwagę mając kontakt już z alumnami. 

Z drugiej strony wierni często nie wiedzą jak się właściwie odezwać zwłaszcza w odniesieniu do wyższej hierarchii. O ile w mniej formalnych sytuacjach sformułowanie: "księże proboszczu" może jeszcze ujść, o tyle w odniesieniu do biskupa czy kardynała jest już nieodpowiednie. W najlepszym tonie jest więc: "proszę księdza proboszcza" oraz stosowanie 3 osoby liczby pojedynczej np.: "Czy mógłby ksiądz proboszcz..." itd. Jeśli chodzi o prałatów, opatów, biskupów i kardynałów to jeśli zwracamy się w piśmie oficjalnym  lub mówimy do nich gdy są ubrani w strój chórowy (sutanna z pasem, komża lub rokieta, mucet) zawsze wystarczy "Czcigodny księże prałacie/biskupie/kardynale". Dodatkowo uroczysty sposób zwracania się w przypadku opatów, biskupów i kardynałów obowiązuje gdy odziani są w szaty pontyfikalne, a więc mitrę i pastorał. W odniesieniu do biskupa zamiast sformułowania: "Czcigodny księże biskupie" można użyć bardziej pasującego "Wasza ekscelencjo", natomiast w odniesieniu do kardynała "Wasza eminencjo" - wtedy tytuł "czcigodny" nie jest już konieczny, a nawet jest zbędny. "Jego ekscelencja" lub "Jego eminencja" jest też lepszym utytułowaniem niż "Czcigodny biskup" lub "Czcigodny kardynał" w przypadku wszelkich form pisanych. Pewnym problemem może być tytułowanie księży rektorów. Uroczysta forma: "Wasza magnificencjo" zastosować można tylko wtedy kiedy mówimy do rektora seminarium bądź uczelni katolickiej. W przypadku rektora jakiejś świątyni takie utytułowani narazi nas na śmieszność. Trzeba pamiętać, że ks. rektor nie zawsze oznacza rektora seminarium. Ten akapit napisałem głównie z myślą o słabo zorientowanych w temacie. Nie roszczę sobie miana znawcy kościelnego savoir-vivre - to tylko taka podstawówka. Zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury, ale jednocześnie ostrzegam, bo w wielu popularnych podręcznikach można się natknąć na błędy związane z nieznajomością kościelnego środowiska. 

Problem tytułowania duchowieństwa może wydawać się błahy, jednak po gruntownym przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że chyba nigdzie w rzeczywistości kościelnej aż tak wyraźnie nie zderza się przesyt z niedomiarem. Z jednej strony bardzo pompatyczne i wyszukane tytuły ubogacające długą liturgię uścisków i utrzymujące pysznych w swojej wadzie, z drugiej strony rzesze świeckich nie potrafiących poradzić sobie w elementarnych kontaktach z klerem. Mam nadzieję że ten wpis pysznym da asumpt do przemyśleń, a nieumiejętnych choć trochę poduczy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 sierpnia 2017

Dlaczego mamy takich duszpasterzy? - deformacja pastoralna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na omówienie czwartego i ostatniego wedle współczesnych dokumentów wymiaru formacji kandydatów do kapłaństwa. Nie bez przesady można powiedzieć, że właśnie w tym aspekcie kumulują się błędy wszystkich wcześniej omówionych. Mówi się, że współczesny kleryk zakonny po to odbywa nowicjat aby zniszczona została w nim pobożność, studia filozoficzne by zdegradować rozumność, a nauka teologii by unicestwić wiarę. W ten sposób wychowuje się kapłana niepobożnego, bezmyślnego i w dodatku niewierzącego. Jeśli na to nałożymy mówiąc językiem współczesnych dokumentów tak zwaną syntezę pastoralną to otrzymamy typowego najemnika w Winnicy Pańskiej. 

Podstawowym problemem w tak zwanej formacji pastoralnej kleryków jest zmiana paradygmatu duszpasterskiego. Przez wieki duszpasterstwo rozumiano dosłownie, jako pasterzowanie duszami - prowadzenie ich ku zbawieniu. A więc istniał paradygmat: salus animarum. Od kilkudziesięciu lat sytuacja ulega zmianie. Dzisiaj duszpasterstwo pojmuje się humanistycznie, a polega ono na takim oddziaływaniu na wiernych, aby byli dobrymi ludźmi. Mamy więc obecnie paradygmat humanistyczny. Cel duszpasterstwa zaczyna być tożsamy z tym jak funkcję wiary w społeczeństwie pojmowała religiologia, zwana przez prawowiernych katolików czerwoną refleksją o Bogu - nauka ta powstała na gruncie marksistowskim i jest dziś wykładana w każdym nowym seminarium. Paradygmat "dobrego człowieka" jest rezultatem zamiany formacji moralnej na ludzką oraz odrzucenia w formacji intelektualnej rzetelnego studium klasycznej teologii i pozbawienia formacji duchowej nadprzyrodzonej motywacji wynikającej z misyjnego nakazu Pana Jezusa Chrystusa. 

Zanik formacji moralnej i wprowadzenie w jej miejsce formacji ludzkiej spowodowało humanizację całego procesu urabiania kleryków. Teraz już nie wierność Panu Bogu, ale ideałowi człowieka staje się w praktyce naczelną zasadą pracy nad sobą. Więcej się mówi zatem o tym, że kleryk ma być dojrzałym człowiekiem niż cnotliwym i świętym chrześcijaninem.  Naturalnie 6 lat deformacji w tym względzie odciska swoje piętno, a rezultatem są kazania mówiące więcej o psychologii niż o duchowości. Dzisiejsze nauczanie bardziej odpowiada na pytanie jak żyć docześnie, aniżeli jak wzrastać do doskonałości dla życia wiecznego. Przy tym często współcześni duszpasterze bawią się w psychologów, czym szkodzą podwójnie - raz dlatego że zaniedbują właściwą dla siebie misję, a dwa że nie mają ku temu kompetencji. 

Studium klasycznej teologii daje odtrutkę na instrumentalne traktowanie religii przez różne systemy filozoficzno-polityczne. Kapłan który zna dobrze Objawienie Boże, wie że do zbawienia potrzebna jest zarówno wiara, jak i uczynki. Jeśli został ukształtowany przez rzetelne studium teologii moralnej to umie właściwie zrównoważyć w swoim życiu oba te faktory zbawienia. W konsekwencji nie wpada ani w fanatyczny fideizm, który zwykle kończy się faryzejską obłudą, ani w praktykowanie niewiary. Ten drugi błąd zdarza się dużo częściej. Ile mamy kapłanów, którzy prowadzą piękne dzieła charytatywne poświęcając im tyle czasu, że brakuje im na życie duchowe? Ten błąd aktywizmu jest przez dzisiejszy świat pochwalany zgodnie z instrumentalnym traktowaniem Kościoła i wiary jako narzędzia charytatywnego. Bardzo często kapłani aktywiści z niezrozumiałych dla pospołu przyczyn porzucają kapłaństwo. W końcu aby prowadzić takie dzieła nie potrzeba święceń, wyrzeczeń, ślubów, celibatu... . Brak wiedzy lub fałszywa wiedza prowadzi do błędnego działania. Wielu dzisiejszych kapłanów nie potrafi powiedzieć dlaczego dali się wyświęcić. Po 6 latach z gardeł wielu młodych kapłanów wydobywa się anty-świadectwo. Wchodząc do seminarium i pisząc w podaniu że chcą służyć Bogu i Kościołowi wyrazili więcej niż w okrągłych zdaniach wypowiadanych w kazaniach-świadectwach, czy wywiadach do lokalnych gazet... . Jak ksiądz który nie wie po co nim jest, ma właściwie prowadzić duszpasterstwo?

Wreszcie jeśli w formacji duchowej kleryk nie przylgnie w sposób nadprzyrodzony do swojej misji to nie odda się jej w całości. Złamana konwencja czynu-nagrody powoduje że poświęcenie się dla czegokolwiek traci sens. W tradycyjnym seminarium kleryk rozumie, że jeśli ma powołanie, to jego obowiązkiem jest wiernie je wypełnić, a nagrodą jest zbawienie wieczne. Dzisiaj aspekt powołania ubiera się w bliżej nieokreśloną relację z Bogiem, opartą na dobrowolności, notabene takiej samej jak wybór religii. Wobec tego celem duszpasterstwa przestaje być zbawienie dusz - w końcu zbawić się można zdaniem modernistów w każdej religii. Duszpasterstwo prowadzi się po to by zjednoczyć ludzi z Bogiem czy uczynić ich lepszymi - podobnych farmazonów słyszałem zresztą wiele. 

Skoro celem kapłana wobec Kościoła nie jest już zbawienie dusz to wszelka akcja prawdziwie duszpasterska z definicji traci sens. Czasem w swojej szczerości deformatorzy seminaryjni wyznawali, że wszelka działalność mająca kogoś nawrócić jest wyrazem prozelityzmu, a to słowo jest dziś w Kościele postrzegane bardzo negatywnie. Zatem mamy duszpasterstwo humanistyczne - zorientowane na cel doczesny, a nie wieczny. Tyle w kwestii podstaw teoretycznych tak zwanej formacji pastoralnej.

Sięgnięcie do samej praktyki formowania pastoralnego kleryków odsłania kolejne Himalaje problemów. Przede wszystkim system seminaryjny podaje swoim uczniom niereprezentatywne przykłady duszpasterstwa. Dlaczego tak jest - nie umiem odpowiedzieć... . Efektem tych działań jest wyrobienie w kleryku nierealnego projektu swojego przyszłego kapłaństwa, a co za tym idzie często bardzo szybkie wykolejenie. Alumnom pokazuje się głównie tak zwane duszpasterstwa specjalistyczne, w których pracują nieliczni kapłani i do tego zwykle nie od początku swojej posługi. Życie w seminarium i życie na parafii to dwie różne rzeczywistości, także doświadczenia wyniesione z własnej parafii często nie są właściwe dla przyszłego życia, zwłaszcza, że seminarzysta poznaje rzeczywistość z niewłaściwej strony ołtarza. Jeśli więc klerykom od pierwszego roku pokazuje się szpitale, hospicja, więzienia, ośrodki opiekuńcze, mass media itd to wyrabia się w nich fikcyjny pogląd przyszłości. Dzieje się to zwłaszcza jeśli zaniedbuje się prawdziwą praktykę pastoralną polegającą na podjęciu części obowiązków zgodnych z przyjętymi posługami/święceniami na zwykłej parafii. Niewiele seminariów przed święceniami diakonatu oferuje taką możliwość, a jeśli tak jest to zwykle nie po to aby dać samemu klerykowi możliwość weryfikacji powołania, ale aby go przetestować. Seminaria chwalą się na swoich witrynach systemem różnorodnych praktyk pastoralnych - są to zwykle duszpasterstwa specjalistyczne, w których klerycy realizują krótkie akcje duszpasterskie w ramach swoich wakacji. Często w trakcie tych "praktyk" obligowani są do wypełniania zadań do których nie są przygotowani już to z tytułu braku wiedzy lub też nie posiadając odpowiednich charyzmatów urzędowych. Jak można alumnowi, który ukończył pierwszy rok zlecać prowadzenie katechez, konferencji czy animowania grup apostolskich, skoro nie zaczął on nawet na dobre studiów teologicznych? Albo czemu zleca się alumnom pod pozorem świadectw głoszenie kazań do których nie mają prawa lub rozdawania Komunii Świętej skoro nie są nawet akolitami? To wszystko nie tylko uczy relatywizmu względem prawa kościelnego, ale także wyciska złe piętno na przyszłych kapłanach, często bowiem nie są oni duchowo przygotowani do podjęcia tych obowiązków. Trzeba jasno powiedzieć, że pierwsze praktyki pastoralne sens mają dopiero po zakończeniu III roku i przyjęciu stroju duchownego oraz lektoratu. W ogóle należałoby zamiast tworzyć huraoptymistyczne projekty praktyk pastoralnych zaufać Kościołowi i dać klerykom możliwość w pełni realizować otrzymane posługi/święcenia. Po to Kościół zachował je na przestrzeni wieków, aby kandydaci do świętej służby stopniowo nabywali cnót do podejmowania coraz bardziej odpowiedzialnych zadań. 

Klerycy w ramach rozeznawania swojego powołania jeszcze przed przyjęciem diakonatu powinni mieć wpisaną w studia dłuższą praktykę pastoralną uwzględnioną w rytmie życia seminaryjnego, tak aby przynajmniej przez kwartał móc poznać rzeczywistość życia na plebanii i podejmowania trudów kapłańskiego życia. W ten sposób można byłoby uniknąć wielu rozczarowań po święceniach. Trzeba stwierdzić, że praktyki takie byłyby bardziej dla samych kleryków niż przełożonych. Duszpasterstwo od strony technicznej nie jest trudne i da się do niego przyuczyć nawet niezbyt rozgarniętego kleryka - nie znam księdza, który zupełnie nie radziłby sobie ze sprawowaniem liturgii czy nauczaniem, w ostateczności kazanie czyta z kartki. Problemem jest za to własna projekcja życia kandydata do kapłaństwa i zderzenie z rzeczywistością. Podczas takiej posługi kleryk musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy po tych 3-4 latach jego postrzeganie służby kapłańskiej odpowiada rzeczywistości i czy chce się temu poświęcić na całe życie. W końcu głównym sensem życia kapłana jest poświęcenie się Panu Bogu i składanie Mu Najświętszej Ofiary.

Mój ojciec często nazywał seminarium do którego chodziłem wyższym technikum duszpasterskim. W tej satyrze tkwi niestety ziarno prawdy. Przegląd podstawowych wymiarów formacji pokazuje, że celem nowego seminarium jest wyprodukowanie zunifikowanego kapłana posiadającego wykształcenie formalne, znającego i potrafiącego zastosować techniki duszpasterskie oraz nie myślącego zbyt wiele. Jeśli na swojej drodze spotykacie kapłanów niepasujących do nieszczęsnego schematu BMW (bierny, mierny, wierny) to dziękujcie za to Panu Bogu  i samym tym duszpasterzom. Podjęli oni bowiem trud formacji równoległej, a uczynili to dla swojego i waszego zbawienia. Niestety obraz współczesnego kleru jest przykry. Seminaria tworzą armię bezwolnych konformistów niezdolnych do jakiejkolwiek walki z duchem tego świata. Być może ci młodzi ludzie wstępując do nowych seminariów chcieli razem z Panem Jezusem zbawiać świat, ale kąkol modernizmu zasiany w proces ich formacji skutecznie zagłuszył ich szlachetne pragnienia. Módlmy się przeto aby Stolica Apostolska przywróciła sprawdzone metody formacji, a rodzice i kapłani chłopców raczyli posyłać do prawdziwych seminariów. Niech one powstają w wielu krajach, aby każda dusza zaznała prawdziwego duszpasterstwa, zgodnego z paradygmatem salus animarum. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk