środa, 31 października 2018

Żywym na opamiętanie, zmarłym na pomoc - czyli słów kilka o kaznodziejskich produkcjach zadusznych i pogrzebowych

Laudetur Iesus Christus!

Jak co roku wkraczamy w czas kiedy intensywniej niż kiedykolwiek wspominamy zmarłych którzy odeszli ze znakiem wiary lub wprost przeciwnie i zwykle wcale nie śpią w pokoju... . Dlaczego? Otóż dlatego, że prosto do nieba trafia nieliczna rzesza tych którzy nie tylko przejęli się własnym zbawieniem, ale także podjęli trud naprawy zła jakie popełnili w ciągu własnego życia... . Tylko kto dziś ma odwagę jeszcze powiedzieć, że wąska i trudna droga wiedzie do nieba i niewiele ją wybiera. Większość ludzi dziś niestety idzie drogą potępienia.

Właśnie wróciłem z parady Wszystkich Świętych, o ile jestem zwolennikiem takich paraliturgicznych nabożeństw/inscenizacji zamiast szatańskiego Halloween, to jednak nie potrafię zrozumieć kazania które zostało podczas tego wydarzenia powiedziane. Łagodnym, nastrojowym głosem kaznodzieja rozpoczął swoje wywody, najpierw podając przykład z zupełnie świeckiego filmu, a potem przeszedł do opowiadania ckliwej historii ze swojej posługi. Napotkał był kiedyś młodą kobietę, która umierała na guza mózgu mając 28 lat. Opisywał w jakiej świętości schodziła z tego świata i jak uzgadniała kolejne szczegóły swego pogrzebu, zmieniając oczywiście liturgię słowa, kolor szat etc. Niestety kolejny przykład kaznodziejski pozostał bez puenty. I tak uczestnicy zgromadzenia posłuchali wzruszającej historii ale nie zostali w ogóle pouczeni na czym tak de facto polegała dobra śmierć tej kobiety. Nie pojawił się temat otrzymania rozgrzeszenia, przyjęcia swego cierpienia jako ekspiacji za swoje grzechy... . Ów kapłan wysunął nawet tezę, że kobieta umarła jako święta.

Ile razy mamy do czynienia z podobnymi bublami kaznodziejskimi? Dziś na prawie każdym pogrzebie mówione jest nie tyle kazanie czy homilia, ale laudacja ku czci zmarłego, swoista beatyfikacja za życia. Łamie się ducha liturgii używając coraz powszechniej białych szat na pogrzebie zamiast czarnych lub ewentualnie fioletowych. Szczególnie powszechne jest to przy pogrzebach dzieci. Powszechne mniemanie że o zmarłych należy mówić tylko dobrze sprawiło że przepowiadanie funeralne w Kościele zostało wykastrowane. Nie można teraz powiedzieć na pogrzebie pijaka, że człowiek mógłby pożyć gdyby nie nałóg, nie można nawet wezwać do serdecznej modlitwy za zmarłego jawnogrzesznika. Trzeba za to powiedzieć kilka miłych słów tak by nie urazić rodziny, ani przyjaciół oraz znajomych.

Tymczasem zasada przepowiadania Słowa Bożego w Kościele pozostaje niezmienna. Św. Paweł uczy: "Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.  Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli.  Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom." (2 Tm 1-4) I ja zaklinam was drodzy kapłani, diakoni, minorzyści, katecheci - nastawajcie w porę i nie w porę. Nawet przedszkolakowi można powiedzieć o śmierci i o piekle w taki sposób by miał do tego odpowiedni stosunek, by nie miał nieuzasadnionych lęków, lecz też aby nie myślał że wszyscy idąc do nieba, wreszcie by temat śmierci oraz konsekwencji swoich wyborów przyjął jako coś oczywistego. Zaklinam was na sąd szczegółowy i ostateczny - nie pomijajcie ważkich tematów eschatologicznych i nie banalizujcie ich. Przepowiadanie eschatologiczne ma bowiem żywych opamiętać a zmarłym przynieść wytchnienie poprzez większe zaangażowanie Kościoła walczącego w pomoc duszom czyśćcowym. Miejcie odwagę! Od tego zależy nie tylko zbawienie dusz wam Wam powierzonych, ale osobliwie z racji powołania także Wasze zbawienie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 25 października 2018

Przebierantyzm czyli o tych co ulegli pokusie fioletów

Laudetur Iesus Christus!

Dziś temat może lżejszy, dla niektórych pewnie zabawny, jednak dotyczy on kwestii fundamentalnych moralnie i liturgicznie. Szaty liturgiczne to odzienie które wkładają święci szafarze i niżsi klerycy oraz ministranci w trakcie służby Bożej. Jedną z podstawowych funkcji szat liturgicznych jest wskazywanie na stopień/funkcję odzianego w ten święty ubiór. I właśnie tej kwestii dotyczy ten wpis. Uzurpacja urzędów w Kościele jak również nadużycia władzy to problem do osobnego opracowania, jednak znaczącym przejawem tych ostatnich jest wdziewanie szat wskazujących na wyższą godność niż tą którą się posiada. Ojcowie duchowni w seminarium mówili o trzech podstawowych pokusach kapłańskich: kobiety, monety, fiolety. Zwykle następują one stopniowo, jednak bywa, że już młodzież katolicka ulega fioletom w pierwszej kolejność.

Problem przebierantyzmu nie jest związany z modernizmem jako takim. Jest to chyba najbardziej egalitarna pokusa ludzi Kościoła. Trzeba jednak stwierdzić że jej oblicza w tradycjonalizmie i w modernizmie są różne, stąd też muszą być rozpatrywane oddzielnie. 

W modernizmie przebierantyzm  objawia się w dwóch formach. Pierwszą z nich jest tworzenie nowych szat liturgicznych - niejako nawiązujących do starych, jednak będących zupełnym pomieszaniem porządków. Należą tutaj dalmatyki lektorskie, pektorały ministranckie, czy specjalne szkaplerze w kolorze dnia dla asystentów pastoralnych. Pomysłowość jest przeogromna. Krój zwykle jest mało wyszukany, prosty, ale jednak nawiązujący do tradycyjnych szat na tyle, że lektora można pomylić z diakonem, a asystenta pastoralnego z kapłanem, zwłaszcza jeśli nie ma go na nabożeństwie. Tego typu działalność to głównie chciwość projektantów mody liturgicznej związanych między innymi z przeklętym sacroexpo i innymi tego typu wystawami o bardzo świeckiej naturze... Drugą formą jest klasyczna realizacja fioletowej pokusy poprzez przemożną chęć dekorowania swojej rewerendy kolejnymi kolorowymi dodatkami. Rozbudowana hierarchia prałatów, protonotariuszy i innych wydłużających czerwone bądź fioletowe filakterie duchownych jest ukrócana od czasów św. Piusa X. Kolejne reformy wprowadzały obostrzenia, które jednak pyszałkowaci skutecznie obchodzili. Wreszcie Franciszek pozostawił już tylko jeden stopień prałacki. Jak się okazało i ten zabieg skutecznie da się obejść. Tworzy się zatem fikcyjne kapituły kanonickie, które faktycznie nimi nie są, bo kanonicy zrzeszeni przy kolegiacie czy katedrze nie prowadzą ani życia wspólnego ani tym bardziej nie modlą się wspólnie na brewiarzu. Jedynym celem tworzenia owych jest chęć obejścia prawa i docenianie tych najbardziej czcigodnych spośród wszystkich przewielebnych... . Są więc rozmaici kanonicy EC, rokiety i mantoletu, honorowi itd. Każdy z nich odróżnia się jakimś detalem, bądź to kolorem pasa u sutanny, bądź też pomponem na birecie. W czasie Mszy Świętej ubierają mucety, mantolety, rokiety i bywa że swym fatałaszkowym dostojeństwem przewyższają samych biskupów, którzy często w przypływie nadmiernej skromności zadowalają się garniturem, krzyżykiem w klapie, bądź też dyndającym na ornacie pektorałem, który faktycznie powinien spoczywać pod dalmatyką - jednak założenie owej to już przecież zakrawa o lefebryzm... . I tylko czekać aż będą kanonicy mitry i pastorału - bo przecież każdy biskup w swojej diecezji jest papieżem... . Szkoda tylko że owi modernistyczni pomponiarze w życiu codziennym nie chcą nosić nawet prostej czarnej sutanny.

Niestety przebierantyzm dotyka także szeregi utożsamiających się z tradycją katolicką. Tutaj nadużycia wynikają z wnikliwej analizy rubryk, podręczników liturgiki oraz zbiorów partykularnych przywilejów wydawanych w czasach karolińskich (lub im podobnych) przez Stolicę Apostolską dla danego regionu. Oczywiście przynależność do owego przywileju może już być dowolna - dla jednych wymagana jest fizyczna obecność, dla innych urodzenie, jeszcze inni wystarczy że wykażą się gallikańskim pochodzeniem lub faktem iż kiedyś tam byli, aby przywilej skutecznie zaszczepić na ziemi o której istnieniu papież wydając dany dokument nie miał nawet pojęcia.  W ten sposób tworzą się fioletowi sutanniarze, którzy nawet porządnej tonsury nie otrzymali, że o jakichkolwiek święceniach nie wspomnę. Zresztą znajdą się pewnie i tacy którzy postrzyżyny mieli bądź to w czasie rozbudowanej liturgii święceń ministranckich we własnej parafii, bądź uważających wielokrotną wizytę u fryzjera oraz faktyczne utrzymywanie korony na głowie za niezbity dowód przynależności do stanu duchownego. Zresztą niejednokrotnie komże ministranckie nie do odróżnienia są od biskupich rokiet. Znaczniejszym problemem jest moim posługa fałszywych subdiakonów. Nie twierdzę, że w historii liturgii nie było takiej praktyki, jednak pomimo szeregu argumentów odwołujących się w gruncie rzeczy do majestatu liturgii uważam, że zastępowanie funkcji wyższych kleryków przez kler niższy bądź zupełnie świeckich ministrantów jest niewłaściwe. Z jakiegoś powodu Kościół postanowił aby wydzielić subdiakonat i wynieść go ponad niższe święcenia. Symulowanie sprawowania jego urzędu tylko po to by "zrobić" uroczystą liturgię i by było bardziej kolorowo jest nieporozumieniem, zwłaszcza że w wielu środowiskach są kapłani, których wystarczy odpowiednio przyuczyć. do tej służby. Absolutnym absurdem jest sytuacja kiedy w chórze siedzą kapłani, a do Mszy służy fałszywy subdiakon. I ja rozumiem że noże kiedyś gdzie ktoś na to zezwolił, jednak wystarczy zdrowa dedukcja by dojść do wniosku iż takie postępowanie jest z sprzeczne z naturą liturgii. Kolejną patologią są namnożone Msze pontyfikalne. Aby zadość uczynić pomponiarskim zapędom wielu sprowadza się jakichś opatów czy pseudo-infułatów  aby pontyfikowali.  Jest oczywiste że opat pontyfikuje tylko na terenie własnego opactwa, a protonatariusze już dawno utracili prawo sprawowania Mszy pontyfikalnej i używania pontyfikaliów w ogóle. Nawet jeśli w 1962 r to prawo posiadali, to czyż ci którzy otrzymali przywilej po 1962 r nie otrzymali go już bez prawa pontyfikowania? Albo, albo... nie możemy wlewać nowego wina do starych bukłaków. Te wszystkie pontyfikalne Msze Święte z udziałem pseudo-subdiakonów, świeckich ceremoniarzy biskupich i często prałatów nie mających prawa pontyfikować są po prostu celebrowaniem własnej pychy! 

Temat który poruszyłem z pewnością ściągnie na mnie falę nienawiści z obu stron barykady. Jednak widzę to jako wyklęty kleryk którego powołaniem jest wskazywanie błędów. Zauważam, że Panu Bogu taki stan rzeczy się nie podoba, bo to sprowadza służbę Bożą do ludzkich zachcianek i niespełnionych ambicji. Nawet moderniści uczą, że pontyfikowana Msza Święta jest wyrazem jedności Kościoła lokalnego zgromadzonego wobec swojego ordynariusza i że ukazuje wielość stopni kapłaństwa służebnego. Jest to więc ukazanie splendoru Kościoła. A ja się pytam czy w dzisiejszym Kościele, który jest poturbowany przez liczne herezje, niezadeklarowane choć istniejące schizmy, apostazję wielu w tym także hierarchię, czy w takim Kościele Msza Święta pontyfikalna cokolwiek ukazuje? Czy te fioletowe emblematy pośród zeświecczonych kapłanów cokolwiek oznaczają. Wreszcie czy fałszywa promocja laikatu dokonująca się w obu tradycjach liturgicznych przekłada się choćby na moralną kondycję tych świeckich? Niestety na wszystkie pytania odpowiedź jest przecząca, i to nawet nie dlatego, że taki jest stan faktyczny, ale także z  teologicznych powodów, bowiem z nasienia pychy nigdy nie wyrośnie prawdziwa katolicka pobożność. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 7 października 2018

100-lecie niepodległości i deklaracja polityczna wyklętego kleryka

Laudetur Iesus Christus!

Dziś mija setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. To zdanie padło z ust wielu osobistości świata prawicowej polityki, ale także osób związanych z Kościołem. Być może wielu moich czytelników jest zdziwionych tematem, jednak jest on ważny nie tylko politycznie, ale także teologicznie. 

Może najpierw kilka faktów. 11 listopada 1918 r Polska nie odzyskała żadnej niepodległości, jedyne co się wtedy wydarzyło to koniec pierwszej wojny światowej oraz przejęcie władzy przez uzurpatora, masona i wiarołomcę Józefa Piłsudskiego. Dla każdego myślącego czytelnika jasny jest związek przyczynowo-skutkowy zachodzący pomiędzy utratą niepodległości przez dany kraj i odzyskaniem tego prawa. Otóż pomimo haniebnej Konstytucji 3 maja i próby uczynienia z Polski oświeceniowej republiki, kraj nasz stracił niepodległość jako królestwo. Tak więc już w 1916 r ukonstytuowała się Rada Regencyjna, której zadaniem było sprawowanie rządów do czasu ustalenia regenta bądź króla. Tymczasem polskie podręczniki historii pobożnie milczą o Radzie Regencyjnej i wskazują na Piłsudskiego, jako odrodziciela Polski, często nie wspominając nawet iż była to już Polska republikańska... . Deklarację niepodległości Królestwo Polskie ogłosiło właśnie 7 października 1918 r. Data nie została wybrana przypadkowo - jest to rocznica zwycięstwa Matki Boskiej w bitwie pod Lepanto, kiedy to nasza Hetmanka dla dobra Polski i całej Europy wspomogła katolickie wojska w walce z ciemnościami mahometanizmu. Świadomość, że odzyskanie niepodległości nastąpiło 11 listopada istnieje w narodzie polskim dopiero po przewrocie majowym, wskutek agresywnej propagandy piłsudczyków. Pytam się w czym data zakończenia pierwszej wojny światowej jest lepsza od rocznicy zwycięstwa Matki Boskiej pod Lepanto? Zresztą 11 listopada w Polsce nic związanego z niepodległością nie miało miejsca - jedynie uzurpator Józef Piłsudski przejął misternie budowane struktury Królestwa Polskiego i w wyniku swoich działań uczynił zeń mizerną republikę, która za 20 lat pogrążyła się na kolejne dziesięciolecia w niewoli. Niektórzy twierdzą, że faktycznej niepodległości nie odzyskaliśmy po 1939 r już nigdy... . 

Jako katolik integralny i konserwatysta wyjaśniam zatem moją orientację polityczną. Nie wierzę w demokrację, za Arystotelesem, który w dziele "Polityka" przedstawił teorię ustrojów politycznych uważam iż demokracja jest systemem fałszywym. Wyznaję wraz za owym mistrzem myśli antycznej iż systemami godziwymi są monarchia, arystokracja oraz politea. Wszystkie one za cel mają bowiem dobro wspólne, a nie dobro suwerena. Jako Polski patriota i nacjonalista uważam iż zgodnie z tradycją Polski powinien być wprowadzony model arystokratyczno-monarchiczny. Powinniśmy mieć zatem jako głowę państwa króla, zaś ciałem prawodawczym powinien być sejm złożony wyłącznie z arystokracji, czyli osób legitymizujących się stosowną wiedzą, majątkiem i doświadczeniem. 

Być może po tym wpisie wielu czytelników porzuci mojego bloga. Dla wielu bowiem mieszanie się Kościoła do polityki jest niedopuszczalne. Nie zauważają oni, że polityka ciągle miesza się do Kościoła. Sama zaś teza o rozdziale Kościoła od państwa została potępiona jako herezja przez Syllabus Errorum bł Piusa IX. Faktycznie powinien istnieć rozdział tronu i ołtarza, a więc rozdział władzy świeckiej i duchownej. Należy jednak pamiętać iż władza duchowna ze swej natury jest wyższa od władzy świeckiej o ile oczywiście posiada stosowną legitymizacje i faktycznie rozsądza rzeczy zgodnie z Bożym objawieniem. W żadnym jednak razie władza duchowna nie może wtrącać się w czysto administracyjny ład świecki i ingerować w autorytet władzy świeckiej dopóki ta ostatnia nie sprzeniewierza się prawu Bożemu, tzn nie ustanawia takich praw i nie sprawuje władzy w takich sposób który jest sprzeczny z Bożym porządkiem rzeczy. Najwyższym bowiem prawem i dobrem jest zbawienie dusz.

Rolą zatem Kościoła jest także wtrącanie się do polityki. Owa polityczność Kościoła nie może być jednak dążeniem do przejęcia władzy doczesnej, ale ma być roztropną troską o dobro wspólne. Wobec tego jako wyklęty kleryk i minorzysta moje poglądy ujawniam. Stwierdzam także że rewolucje republikańskie, które wstrząsają już od ponad 300 lat Europą i całym światem nie są zgodne z porządkiem Bożym. Nad prawdą oraz nad tym co słuszne nie wolno głosować. Boże prawo nie może stanowić przedmiotu wyboru gawiedzi jak miało to miejsce prawie dwa tysiące lat temu w pretorium pod sądami Poncjusza Piłata... . Kwestia wyboru prawdziwej religii, słusznego prawodawstwa nie jest sprawą do rozważań i wolnego wyboru. Tylko system monarchiczny lub monarchiczno-arystokratyczny jest w stanie zapewnić trwałość Bożego porządku w państwie i to przy założeniu, że suweren jest dobrym katolikiem, Kościół pełni dobrze swoją funkcję, a poddany lud słucha się bardziej Pana Boga niż ludzi... . 

Módlmy się przeto o powrót króla do Polski. Módlmy się za Europę i za cały świat, aby nastąpiła wreszcie kontrrewolucja i żeby wróciły katolickie państwa i Boże prawo. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 30 września 2018

Brać kursowa

Laudetur Iesus Christus!

Nie ma bardziej formujących ludzi w seminarium jak współbracia. Owa brać kursowa, czy też rocznikowa, jak mawiają w niektórych seminariach jest przyczyną wielu problemów formacyjnych. Jak wspomniałem we wcześniejszych wpisach zwykle rzeczone problemy spowodowane są przez system, który ma zakodowane pewne wady, które prędzej czy później ujawniają się w różnoraki sposób. Jednak dzisiaj będę się raczej skupiał na tym jak sama grupa rocznika seminaryjnego może pewne problemy indukować ale także je naprawiać.

Dynamika grupy jest bezwzględna i jej prawa pomimo specyfiki miejsca jakim jest seminarium szybko się ujawniają, a przez system skoszarowania ulegają wzmocnieniu. Jak to jest, że na początku mamy ludzi pobożnych, pełnych pasji, rozmodlonych etc. a po 6 latach wychodzą ludzie często niewiele lepsi od duchowieństwa zaprezentowanego w pewnym skandalicznym filmie emitowanym  obecnie na ekranach polskich kin? Otóż poza wadliwym systemem wychowawczym winę ponosi sama grupa. Wiadomo jest iż zbiorowe wychowanie powoduje szereg problemów. Jednym z podstawowych jest równanie w dół... . Zjawisko to widać dobrze w szkole, czy podczas wycieczki górskiej. Słabsi uczniowie, tudzież wycieczkowicze narzucają w praktyce tempo innym. I jeśli w grupie alumnów-neofitów trafi się kilku którzy pomylili miejsce, to jeśli nie zostaną szybko wydaleni to bardzo szybko uruchomią ów mechanizm. Działa on zwykle w seminarium dość dyskretnie. Takie osoby nie tylko pokazują, że można iść po najmniejszej linii oporu - modlić się tylko wtedy gdy moderatorzy patrzą, fasadowo traktować obowiązki seminaryjne, oszukiwać na kolokwiach i egzaminach, ale wręcz zmuszają do tego innych pod pozorem obrony solidarności wewnątrz kursowej tworzą antywartość którą jest wspólnictwo. Szukają tedy oni haków na tych którzy nie chcą się poddać ich dyktatowi i przemocą próbują pozyskać sobie ich wspólnictwo... . 

Gdy taka grupka urośnie w siłę to kurs jest praktycznie stracony. Rozsiane mniejsze grupki, lub co gorsza pojedynczy alumni nie są w stanie skutecznie obronić się przed partią wilków, którzy w oczach moderatorów uchodzą za bardzo dobrych seminarzystów - zgranych, pobożnych, wesołych; być może w wielu kwestiach miernych, ale przynajmniej wiernych założonej przez się fasadzie. Niestety szatan skutecznie obdarza liderów grupy wilków swoistą charyzmą tak, że jednostki słabsze zaczynają być prześladowane i inwigilowane. W niektórych sytuacjach dochodzi do tego że grupa wilków zagryza owcę albo poprzez uprzykrzenie jej życia na tyle że odchodzi, albo przez podkładanie różnych przeszkód i/lub donoszenie do przełożonych. 

Wobec tego należy pilnie uważać zwłaszcza na początku formacji. Owce muszą bardzo szybko zawiązać koalicję aby skutecznie obronić się przed wilkami i przetrwać do czasu kiedy zostaną one rozbite - a to przychodzi zwykle po 3-4 latach. Najagresywniejsze wilki muszą zostać stanowczo pokonane przez owce. W walce o dobrą sprawę wolno jednak używać tylko sprawiedliwych środków, nie wyłączając odwołania się do moderatorów zewnętrznych. 

Jeśli nie udało się stworzyć koalicji o której mowa powyżej, to pojedynczy alumn, zwłaszcza jeśli jest tradycjonalistą musi poważnie rozważyć zmianę seminarium. Jego poglądy prędzej czy później zostaną odkryte - zwykle dzieje się to przy okazji pełnienia funkcji liturgiczny w okresie przyjmowania i wypełnienia posług. Niestety tradycjonalizm pojedynczego seminarzysty jeśli zostanie ujawniony nie ma szans na przetrwanie. 

Innym problemem grupy jest nierównomierne wzrastanie duchowe i intelektualne. Nawet jeśli udaje się utrzymać koalicję owiec, to jednak grupowe przygotowanie do kapłaństwa powoduje szereg napięć zwłaszcza pomiędzy tymi którzy są bardziej zaawansowani i wyrobienie duchowo oraz intelektualnie, a tymi którzy nie dostają... . Bo też jakim partnerem do rozmowy dla 35 letniego mężczyzny ma być wyrostek świeżo po maturze? Mnóstwo wspólnotowych praktyk: studia, osobne modlitwy mocznikowe, konferencje ascetyczne, wyjazdy formacyjne i wycieczki mogą powodować przesyt wspólnotą i pewne znużenie, zwłaszcza jeśli poszczególne kursy wychowuje się w wyobcowaniu od całej wspólnoty seminaryjnej. Sztuczne układy między kursowe - np opiekun-pupil stosowane w niektórych seminariach nie sprawdzają się. Znajomości i przyjaźnie rodzą się spontanicznie a nie wskutek tak czy innego zadziałania moderatorów zewnętrznych. 

Zdarzają się też kursy "zbyt dobrze zgrane", gdzie sztama powoduje swoistą walkę z moderatorami. Ci ostatni nie mają w niej oczywiście szans, a alumni poprzez zawiązane wspólnictwo sprowadzają się do coraz większego zła. Jak bowiem odmówić przysługi koledze, który jeszcze wczoraj czatował na korytarzu czy nikt nie idzie podczas robienia popcornu w pokoju, albo gotowanie parówek w czajniku elektrycznym... . Być może w rocznikach tych nie ma swoistego kozła ofiarnego, nie mniej brakuje także wspólnotowej formacji. Kurs wystawia tarczę przeciw zasadom panującym w seminarium i tak próbuje dojść do święceń, co miewa potem katastrofalne skutki. 

Wreszcie correctio fraterna - temat o którym można by napisać oddzielny wpis. Poza przypadkami występków kwalifikowanych należy zawsze zachować ewangeliczną kolejność, a więc najpierw upomnieć w cztery oczy, później przy świadkach i dopiero na końcu donieść Kościołowi, a więc przełożonym. Łamanie tej kolejności skutecznie niszczy wspólnotę kursu, jednak jeszcze częściej zdarza się pospolite tchórzostwo wyrażające się w tym, że nie na kursie nie ma żadnego upomnienia braterskiego, a panuje tylko złowroga zmowa milczenia. 

Każdy kurs wypracowuje własne metody radzenia sobie z problemami. Tam gdzie roczniki są podporządkowane poszczególnym ojcom duchownym należy ową współpracę wykorzystać jak najlepiej. Nawet jeśli trafił się wam delikatnie rzecz ujmując mało zaradny ojciec duchowny, to zawsze możecie go wykorzystać jako swoistego mediatora w toczących się na kursie sporach. Bardzo dobrym pomysłem jest ustalenie zasad już na początku wspólnej drogi po pierwszych doświadczonych niepowodzeniach. Regularne spotkania tylko w gronie kursowym, ale poświęcone nie na plotkowanie i obmawianie, a na modlitwę, szczerą rozmowę i rozwiązywanie problemów z pewnością przyniosą dobre owoce. Czasami wspólna rekreacja jest w porządku, ale nie należy z tego czynić bożka, nikogo w żadnym razie do tego nie zmuszać i zachować roztropny umiar pamiętając o higienie społecznej, aby czasem spotykać się także z innymi klerykami. 

I chciałoby się zawsze zaśpiewać z Królem Dawidem: "Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem" (Ps 133, 1b). A jednak rzeczywistość bywa bardzo gorzka. Receptą na problemy wspólnotowe jest rzetelna praca duchowa i zachowanie higieny psychicznej. Spędzenie pewnego czasu tylko ze sobą pozwala nabrać dystansu do pewnych spraw i osób. Wspólnota kursowa w żadnym razie nie może być traktowana jako rodzina, a tym bardziej jako erzatz małżeństwa. Takie stawianie sprawy jest pospolitym oszukiwaniem kleryków. Zawarcia małżeństwa i posiadania rodziny nie jest w stanie wyrównać żadna ziemska relacja. Dopiero właściwe odniesienie do Pana Boga i danego przezeń powołania pozwala na konstruktywne przeżycie celibatu.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 18 września 2018

Socjusz, czyli o kimś kto bywa kołem betonowym niejednego powołania

Laudetur Iesus Christus!

Przede wszystkim należy przemyśleć sensowność rozwiązania jakim jest socjusz. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam iż w żargonie kościelnym jest współlokator. W moim seminarium funkcjonowało jeszcze pojęcie segmentariusza, bowiem mieszkaliśmy w pokojach typu studio to znaczy dwie dwójki ze wspólną łazienką, toaletą, składzikiem i przedpokojem. Konieczność mieszkania aż do święceń w pokojach z socjuszami argumentowano postulatami (de)formacji ludzkiej. Jak jednak wiadomo tradycyjne seminaria na świecie nie praktykują już tego modelu wychowawczego, również większość zakonów swoim postulantom, nowicjuszom czy juniorystom oferuje cele jednoosobowe. Starsi księża opowiadali nam, że sami formowali się w wielkich pokojach o często dziwacznych nazwach typu: syberia, trupiarnia, tramwaj itp. Po latach doceniają ten typ skoszarowania. W sytuacji braku możliwości zapewnienia pojedynczych pokoi (co wbrew pozorom nie jest tak trudno zrobić - wystarczy podzielić już istniejące na małe przedzielone choćby gipsowymi ścianami) taki typ rozkwaterowania seminarzystów eliminował wiele patologicznych zachowań. Silne jednostki nie były w stanie totalizować słabszych, ponieważ w starciu z rzeszą kilku, czy kilkunastu kleryków nie mogły sobie pozwolić na dominację i musiały się podporządkować. Nie było również problemu karania czy nagradzania poprzez przyporządkowanie kogoś do konkretnego socjusza. Wiadomo było że w jednym semestrze będzie się mieszkać z jedną połową rocznika, a w drugim semestrze z drugą i tak na zmianę aż do święceń... . 

Tymczasem w wielu seminariach - w tym także w moim stosuje się dopasowywanie socjuszy jako metodę wychowawczą. Nie jest to zabieg dobry. Owszem można przez jakiś czas połączyć ze sobą dwie lub kilka trudnych osób, jednak zawsze taka decyzja musi być dobrze przemyślana i także transparentna dla samych seminarzystów. Do tego wymaga wsparcia ze strony przełożonych, aby osiągnięty efekt wychowawczy nie był sprzeczny z zamierzonym. W ogóle ukrywanie przez przełożonych celów pewnych ćwiczeń czy decyzji jest swego rodzaju manipulacją i powinno być ukrócane. Kleryk nie jest małym dzieckiem i powinien świadomie brać udział w swojej formacji. Skoro przełożeni żądają od swoich podopiecznych szczerości, to również sami powinni się do niej stosować.

Wprowadzenie modelu dwuosobowych pokojów tak w formacji zakonnej jak i kleryckiej jest bardzo niebezpieczne. Już lepiej powinno się stosować cele czy pokoje wieloosobowe. Jest to ni mniej ni więcej jak wystawianie alumnów na różnego rodzaju pokusy. Pierwszą z nich jest notoryczne nieprzestrzeganie ćwiczeń duchownych, zwłaszcza silentium sacrum. Zagrożone rozmowami są również rekolekcje, dni skupienia, czytanie duchowne czy studium. Wiadomo, że gdzie jest kolegium, czyli przynajmniej trzy osoby tam trudniej utrzymać jest tajemnicę. W tym przypadku chodzi o zmowę milczenia w złej sprawie, a mianowicie w nieprzestrzeganiu regulaminu. Gdy kleryków jest kilku, to łatwiej jest się któremuś poskarżyć na niestosowne zachowanie kolegów. Nie jest to donosicielstwo tylko dbałość o własną i ich formację. Nie chodzi o to by podawać nazwiska, ale o to by przełożony przez odpowiednie kontrole zagwarantował takiemu klerykowi zachowanie koniecznego dlań spokoju. Istnieje jeszcze drugie daleko bardziej poważne zagrożenie, a mianowicie rozwinięcie się niezdrowych relacji. Więcej na ten temat pisałem we wpisie o homoseksualizmie w seminarium. Codzienne oglądanie roznegliżowanego ciała socjusza, możliwość prowadzenia nocnych rozmów i przebywanie na małej przestrzeni przy braku dostępu do płci przeciwnej może wykształcić zachowania zastępcze i mimo woli samych seminarzystów sprowadzić ich na złe drogi.

Niestety wielu z Was jest już w takim modelu i być może okoliczności Waszej (de)formacji są takie że nie bardzo możecie zmienić seminarium. Wobec tego należy przedsięwziąć kilka ważnych postanowień, aby życie z socjuszem nie przeszkadzało w formacji:
1. Na początku pomodlić się i w szczerej rozmowie próbować ustalić warunki kohabitacji.
2. Bezwzględnie przestrzegać nakazanej przez regulamin ciszy - w razie potrzeby narzucić sobie dodatkowy okres ciszy.
3. Jeśli to możliwe ustawić meble w pokoju tak aby każdy miał swój kąt i by siedzieć do siebie tyłem.
4. Usystematyzować kwestie związane z toaletą poranną i wieczorną, czyli zaprowadzić porządek korzystania z urządzeń sanitarnych zachowywać się intymnie, skromnie, unikać nagości.
5. Wprowadzić dyżury dotyczące sprzątania, wywiesić je w widocznym miejscu. Dla szczególnie opornych wprowadzić regulamin sprzątania czy co konkretnie i jak ma zostać wykonane.
6. Unikać kończenia dnia nierozwiązanym sporem - rozmów jednak nie prowadzić w czasie silentium sacrum. W razie potrzeby korzystać z mediacji seniora rocznikowego bądź ojca duchownego.
7. Bezwzględnie stosować ewangeliczne zasady correctio fraterna, chyba że chodzi o występek kwalifikowany. 
8. Do przełożonych zewnętrznych odnosić się w ostateczności, po zebraniu odpowiednich dowodów i świadków.
9. Gości i to nawet innych kleryków i nawet w czasie rekreacji podejmować tylko po uzgodnieniu z socjuszem. Ustalić grafik takich odwiedzin i zapewnić sobie także poza rekolekcjami i dniami skupienia jakieś wolne dni od odwiedzin np.: środy i piątki.
10. Muzyki, wykładów słuchać tylko na słuchawkach.
11. Nie umawiać się z własnym socjuszem na rekreację - zachować umiar we wspólnym przebywaniu.
12. Unikać obmawiania i plotkowania na temat własnego socjusza i to nawet wtedy kiedy jest uciążliwy. 

Pod pojęciem socjusza w wielu seminariach rozumie się także narzucony przez regulamin obowiązek wychodzenia w towarzystwie przynajmniej jednego współbrata. Otóż może w okresie komunizmu niniejszy środek był stosowny, ale dziś jest już zdecydowanie anachroniczny. Niektórzy widzą w tym funkcję swego rodzaju przyzwoitki. Jeśli ma to odnieść jakiś skutek, to tylko taki, że odwlecze tragedię na czas po święceniach. Lepiej niech się taki kleryk zakocha w trakcie formacji i odejdzie niż potem już jako ksiądz próbuje oszukiwać. Pozostawienie pewnej roztropnej swobody seminarzystom w rozporządzaniu ich czasem wolnym stanowi ważny faktor weryfikacyjny. W końcu nie chodzi o to by doszła wielka liczba byle jakich kapłanów dopuszczonych w paradygmacie: "wielu jest powołanych, wszyscy są wybrani" ale chodzi o to by doszli ci co rzeczywiście mają powołanie, aby oni sami mogli się zbawić i dopomogli w tym innym. 

Socjusz to często trudna próba. W niektórych seminariach stosowana bez umiaru i z zamiarem konsekwentnego niszczenia określonej osoby. Szczere rozmowy pomiędzy seminarzystami jak również z ojcami duchownymi; próba dania szansy każdemu, umawianie się ze wszystkimi z rocznika na wspólną rekreację, a nie tylko trzymanie się wąskiej grupy lub co gorsza jednego kleryka to środki które na pewno będą sprzyjać Waszej formacji. Na kolejny być może trudny rok (de)formacji niech Wam dobry Pan Bóg błogosławi.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 10 września 2018

O samorządzie kleryckim

Laudetur Iesus Christus!

Pewien mądry kapłan u progu mojej (de)formacji seminaryjnej powiedział mi: "Nie daj się nigdy zrobić seniorem, ani dziekanem alumnów". W słowach tych jest sporo prawdy. Dziś więc nieco ku przestrodze dla braci którzy w październiku dopiero zaczynają lub tych w latach posuniętych co nie mają na tyle rozumu, aby samodzielnie dojść do pewnych wniosków.

Może zabrzmi to banalnie, ale celem formacji seminaryjnej jest ważne i godziwe przyjęcie święceń prezbiteratu - tyle i aż tyle. Seminarium jest tylko drogą, którą trzeba przejść. Wszystkie siły należy bezwzględnie skupić nie na tym, aby się tam dobrze ustawić, być popularnym czy cokolwiek innego, ale właśnie trzeba tak pracować by w przyszłości zostać świętym kapłanem, a więc zbawić duszę własną i dopomóc w tym swoim braciom i siostrom. Otóż stawiam tezę iż angażowanie się we wszelkie formy samorządu kleryckiego nie tylko w tym nie pomagają, ale wręcz szkodzą. 

Już sam pomysł tworzenia jakiegoś samorządu kleryckiego jest dziwnym monteskiuszowskim wytworem, a raczej nowotworem, który w Kościele nigdy miejsca nie miał i powinien zostać jak najszybciej zlikwidowany. Co bowiem powoduje takie ciało pośredniczące? Po pierwsze wprowadza w naturalny sposób nierówność między klerykami danego rocznika, a po drugie zwiększa dystans pomiędzy przełożonym a poszczególnym seminarzystą. Owszem powinien być jakiś skarbnik, można go też nazwać starostą - ale na pewno nie dziekanem. Raz że jest to jednak tytuł zarezerwowany dla archiprezbitera, a nie minorzysty (lub wręcz zwykłego alumna) a dwa że suponuje istnienie jakiejś władzy związanej z tym oficjum. Tymczasem relacja przełożeństwa w układzie formacji na tym samym poziomie jest po prostu szkodliwa i to tak dla samego funkcyjnego jak i jego "podwładnych". Na szczęście w moim seminarium funkcja seniora czy dziekana była raczej honorowa, ale dobiegają mnie słuchy iż nie we wszystkich seminariach tak jest. Do tego funkcje reprezentacyjne tego pseudo urzędu często wykolejają na zawsze przyszłego kapłana. W końcu to właśnie senior czy też dziekan są zwykle głównymi celebransami lub w wypadku wielkiej fety koncelebransami (wespół z rektorem) liturgii uścisków... . Tak! - chodzi mi właśnie o te wszystkie prezenty i kwiatki dawane często zupełnie bez okazji, tylko dla samej zasady, za posługę która seminarzystom należy się jak psu kość... . Chodzi mi o kazania, dni skupienia, rekolekcje, odwiedziny biskupa czy udzielanie święceń lub posług. Nikt nie myśli aby księdzu po każdym kazaniu, odprawionej Mszy Świętej, czy spowiedzi klaskać lub dawać kwiaty, tymczasem w seminarium robi się to nagminnie. Przez to kandydaci do kapłaństwa uczą się antropocentryzmu liturgicznego... .

Nawet jeśli funkcja starosty rocznikowego lub też dziekana alumnatu jest przez sam system potraktowana właściwie, to jednak nakłada na pełniącego tą funkcję dodatkowe obowiązki które skutkują mniejszą ilością czasu na ćwiczenia duchowne, studium i rekreację - czyli trzy podstawowe elementy na których powinno się wspierać życie kleryckie. Pierwsze po to by był Bożym kapłanem, drugie by był mądrym, a trzecie by był zdrowym. Tymczasem bardzo często senior tudzież dziekan nie tylko pełnią swoją funkcję ale zajmują się mnóstwem kółek, wychodzeniem co chwila z seminarium, często ze szczerych acz jednak humanistycznych pobudek i w ten sposób taki kleryk rozmienia się na drobne. O iluż takich słyszałem jak porzucali kapłaństwo, nieraz w atmosferze skandalu nawet nie osiągnąwszy "wieku gwarancyjnego" - u nas przyjmowano 5 lat po zakończeniu (de)formacji (jeśli ktoś odszedł po tym czasie nie dopatrywano się szczególnych przyczyn w deformacji seminaryjnej). Nie należy też ulegać ułudzie asystencji Ducha Świętego - wybory samorządu kleryckiego to nie konklawe, choć bywa że przebiega w podobnej atmosferze... . A nawet na konklawe protokół nie przewiduje by wahającego się kandydata przekonywać. Tym bardziej nie powinni więc tego czynić przełożeni czy seminaryjna brać. 

Pomyślcie zresztą na ile niepotrzebnych zupełnie konfliktów w tej funkcji się wystawiacie. Przychylność kleryckiej gawiedzi szybko zgaśnie wobec obietnic, czy też oczekiwań których nie spełnicie, a i przełożeni nie po to ustanawiają samorząd, by się z nim użerać, lecz po to by sprawniej zarządzać seminarium - patrząc zresztą często zupełnie utylitarnie... . Zostawmy zatem tę pseudo władzę, ów oświeceniowy zarząd modernistom i głupcom, sami zaś zajmijmy się tym co istotne i ważkie dla sprawy o którą walczymy - salus animarum!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 31 sierpnia 2018

Kulawi którzy prowadzą ślepych czyli o ojcach duchownych w neoseminariach

Laudetur Iesus Christus!

Nawet posoborowe dokumenty dotyczące (de)formacji kleryckiej zauważają, że najważniejsza jest właśnie formacja duchowa. Za prowadzenie owej w seminarium są odpowiedzialni głównie ojcowie duchowni. Oczywiście odpowiedzialność spoczywa także na moderatorach zewnętrznych, nie mniej to właśnie na forum wewnętrznym odbywa się zasadnicze kształtowanie sumień przyszłych kapłanów.

Zadania ojców duchownych są wielorakie. Głoszą oni kazania, konferencje ascetyczne, dni skupienia, rekolekcje, ale przede wszystkim spowiadają i prowadzą kierownictwo duchowne. Zwłaszcza te dwa ostatnie wymiary działalności ojców duchownych nadają ich posłudze niepowtarzalny rys. Odnoszą się bowiem do indywidualnej pracy z każdym z alumnów. Stąd bardzo istotne jest, aby biskup lub wyższy przełożony zakonny kierował do tej pracy odpowiednich kapłanów. Powinni to być raczej księża starsi wiekiem, doświadczeni i znani ze swojej świętości oraz mądrości. W żadnym razie nie należy wybierać tych którzy z jakichkolwiek względów nie radzili sobie w duszpasterstwie. Kryterium wyboru nie powinny też być kwestie intelektualne. Jakkolwiek wygodnie jest wybrać moderatorów spośród wykładowców, to jednak nie zawsze posiadają oni stosowne kompetencje. Złą praktyką jest ustanawianie byłego prefekta czy rektora ojcem duchownym oraz na odwrót i to nawet w sytuacji kiedy minie pełnych 6 lat przerwy w pełnieniu funkcji moderatora seminaryjnego - niestety bywa to częste w polskich realiach. Poświęcenie kilku najlepszych kapłanów w służbie ojców duchownych to inwestycja w przyszłość diecezji i wyraz nadprzyrodzonego zmysłu biskupa miejsca.

Niestety patologie zaczynają się już przy samych kwestiach formalnych związanych z formacją duchową kleryków. Pierwszym problemem jest wyznaczanie zbyt małej liczby kapłanów. Patologią i pogwałceniem dobrego obyczaju jest wyznaczenie tylko jednego kapłana. Kanon 239 § 2 wyraźnie zastrzega, że seminarzysta ma swobodę wyboru kierownika duchownego. Zatem może wybrać także spośród kapłanów znajdujących się w regularnej sytuacji nie wyznaczonych przez biskupa. Jednak troską ordynariusza powinno być wyznaczenie takiej ilości kapłanów, wyposażonych w takie kompetencje i autorytet materialny aby seminarzyści nie musieli uciekać poza mury seminarium z wyborem kierownika duchownego. Niestety wielu przełożonych woli obsadzać prezbiterami różne często dziwne urzędy w kurii, a na seminarium przeznaczyć minimalną ilość wymaganą przez prawo. Takie postępowanie to oczywisty wyraz braku wiary i patrzenia tylko pod kątem doczesnym na zarząd diecezją czy prowincją zakonną. W przypadku braku odpowiedniej liczby kapłanów zawsze można odpowiednich przenieść do parafii w pobliżu seminarium, chociaż jest bardzo wskazane by chociaż część z nich była domownikami seminarium. Drugim problemem jest zapis kanonu 985, który dozwala przyjmowanie spowiedzi przez moderatorów zewnętrznych od swoich podwładnych, jeśli ci dobrowolnie o to proszą. Sytuacja taka poza sytuacjami zagrożenia życia i długotrwałej niemożności skorzystania z posługi innego kapłana jest z oczywistych względów niedopuszczalna. Jak potem ów moderator zewnętrzny ma dobrze wypełnić swoje zadanie nie naruszając tajemnicy spowiedzi? Drugą stroną medalu jest szczerość takiej spowiedzi. Kościół rozdzielił funkcję formatorów na tych działających zewnętrznie i wewnętrznie także ze względu na dobro dusz formowanych kleryków. Sytuacja zatajenia grzechu w trakcie spowiedzi bywa większym zagrożeniem duchowym niż sam zatajony grzech. Nie ma bowiem nic gorszego niż objaw zatajony przed lekarzem i konsekwentne stosowanie złej terapii. Należy także dobrze przypatrzeć się modelowi formacyjnemu stosowanemu w niektórych zakonach. Magister nowicjatu nigdy nie może łączyć także funkcji kierownika duchowego. Również praktyka kapituły win jest niewątpliwie ślepą uliczką w jaką niegdyś zabrnął Kościół. Owszem wotacja i plenarna dyskusja nowicjatu na temat każdego ze współbraci może przynieść dobre owoce, ale tylko wtedy gdy jest mądrze prowadzona i nie zmusza do samooskarżania się tak jak na spowiedzi. Trzecim problemem formalnym są sprawozdania do jakich są obowiązani ojcowie duchowni niektórych seminariów przez regulaminy i statuty tychże, bądź też przez niejawne zarządzenie ordynariusza w tej kwestii. Rozeznawanie sytuacji jaka panuje w seminarium duchownym jest niewątpliwym obowiązkiem każdego biskupa diecezjalnego czy wyższego przełożonego zakonnego nie mniej musi się ona odbywać zgodnie z prawem. Sprawozdanie sporządzane przez ojców duchownych jest oczywistym naruszaniem tajemnicy spowiedzi i tajemnicy kierownictwa duchownego. Takie zapisy w regulaminach i statuach seminariów bezwzględnie podlegają zaskarżeniu w Kurii Rzymskiej - dziwi zresztą że bywają z takimi zapisami zatwierdzane. Ojcowie duchowni naciskanie przez swojego przełożonego na takie sprawozdanie mają obowiązek odmówić pod karą ekskomuniki, a dalej zmuszani posłuszeństwem niech chętnie składają swój urząd i odwołują się do Stolicy Apostolskiej.

Niestety problemem jest także słabe wykształcenie ojców duchownych. Szczególny nacisk w wyborze odpowiednich kapłanów powinno się kłaść na ich właściwą znajomość teologii duchowości i teologii moralnej. Nie chodzi o to by wybierać doktorów tychże dziedzin (chyba że odznaczają się świętością życia, doświadczeniem i mądrością) ale z pewnością muszą być w tym zakresie biegli. Można zresztą urządzać specjalne kursy oraz egzaminy przed dopuszczeniem do tego urzędu. Sam wiele razy próbowałem z moim ojcem duchownym (notabene moralistą) rozstrzygnąć pod kątem stricte naukowym pewne problemy mojego życia i natrafiałem na porady o charakterze ogólnym lub kierowanie na drogę epikei i tym podobnych wybiegów ostatecznie wcale nie pomagających zbawieniu duszy. Może ktoś nazwie mnie rygorystą i skrupulantem, ale mam takie wrażenie że w dziedzinie sumienia i grzechu lepiej potraktować sprawę nazbyt surowo niż zbyt pobłażliwie. Będąc już po seminarium natrafiłem na spowiednika, który zwrócił mi uwagę, że oskarżenie się z grzechów to nie ma być poezja tylko konkretne wypunktowanie grzechów z jak najbardziej szczegółowym określeniem co do nazwy i znaczących okoliczności. Kto jak kto, ale ojciec duchowny musi umieć rozróżnić obmowę od oszczerstwa czy nierząd od cudzołóstwa - zresztą kiedyś nie zaliczono by egzaminu spowiedniczego kapłanowi który nie potrafi rozróżnić tych grzechów. Nie wspominając już o analizie casusów, której dziś w wielu seminariach na wykładach z penitencji już nie ma.  Zatem kierownictwo duchowe nie może opierać się tylko na intuicji. Kwestia odpowiedniego wykształcenia ojców duchownych jest tym bardziej nagląca, że to właśnie w seminarium przez własną praktykę spowiedzi i rozmów duchownych seminarzyści uczą się "spowiedniczego fachu" od swoich ojców duchownych i to bardziej niż na wykładach... .

Ojcowie duchowni powinni zachęcać alumnów do tego aby wybierali sobie spowiednika i kierownika duchownego w tej samej osobie. Oczywiście można te funkcje rozdzielić, ale w praktyce nie jest to pożyteczne. Co bowiem wykracza poza ramy oskarżenia się w konfesjonale i zwięzłego pouczenia, należy rozszerzyć i omówić podczas rozmowy duchownej. Ojcowie duchowni powinni wdrażać swoich seminarzystów do regularnej pracy duchowej. Dopiero po seminarium zrozumiałem jak ważne jest przygotowanie do każdej rozmowy duchownej - wypunktowanie zagadnień do poruszenia, pytań oraz dokonania sprawozdania z pracy nad sobą wykonanej od ostatniej rozmowy duchownej. Rozmowy duchowne nie mogą być nazbyt ogólne - od ogólnej formacji są kazania i konferencje ascetyczne. Ojciec duchowny powinien na tyle znać swojego seminarzystę aby utworzyć jakiś program jego formacji i samemu także przygotować sobie odpowiedni zestaw zagadnień oraz pytań. Są takie tematy które muszą zostać poruszone z każdy seminarzystą, a mianowicie: motywacja, celibat, posłuszeństwo, ubóstwo, praktyki duchowe, samodyscyplina. Niestety kierownictwo duchowe zmienia się dziś często w sesje psychoterapeutyczne... . I tutaj dochodzimy do tezy tytułowej - bowiem kulawi na psychologię kierownicy duchowi prowadzą ślepych jeszcze w dziedzinie duchowości alumnów. Często złe kierownictwo duchowne gorsze jest od żadnego, toteż nie dziwi że w modernistycznych seminariach są klerycy którzy albo szukają kierowników poza seminarium albo co gorsza zupełnie porzucają kierownictwo nie widząc szans w propozycjach jakie przedstawia seminarium... . Zdarzają się księża którzy zrażeni do ojców duchownych w seminarium całymi latami się nie spowiadają! Dość przypomnieć przypadek pewnego ex kapłana diecezji płockiej i jego relację dotyczącą eksperymentu psychologicznemu jakiemu został poddany. Jest to grzech wołający pomstę do nieba traktować w ten sposób formację duchową w seminarium. Poziom moralny wykonawców tych eksperymentów można swobodnie porównać do poczynań  pseudolekarzy w obozach koncentracyjnych zarówno nazistowskich i faszystowskich jak i komunistycznych. Należy się trzymać tego co pewne - dać się prowadzić Kościołowi który uformował znanymi sobie metodami wielu świętych kapłanów.

Działalność ojców duchownych to także programowanie formacji duchowej ogólno-seminaryjnej. To oni mają dbać o jakość prowadzonych ćwiczeń duchowych. Powinni zachęcać  także do różnego typu umartwień nie wyłączając postu cielesnego, który poza tradycyjnymi wspólnotami monastycznymi został już niemal całkowicie wyrugowany. Kazania, a zwłaszcza konferencje ascetyczne powinny stanowić jakiś usystematyzowany program formacyjny a nie zdawać się na spontaniczną inwencję głoszących. Również ojcowie duchowni powinni mieć przydzielone poszczególne roczniki i prowadzić z nimi ćwiczenia duchowne dostosowane  do poziomu który osiągają klerycy. Należy zachować zwyczaj prowadzenia oddzielnych zamkniętych rekolekcji przed każdymi święceniami - także tymi mniejszymi. Muszą być one dostosowane tematycznie do przyjmowanego urzędu. Całe seminarium powinno odbywać rekolekcje adwentowe i wielkopostne. Dobrą praktyką są także rekolekcje rozpoczynające i wieńczące rok akademicki. Każdego miesiąca powinien odbywać się całodniowy dzień skupienia. Niedopuszczalne jest wykonywanie prac fizycznych oraz nauka w czasie rekolekcji czy dni skupienia. Zapraszanie zewnętrznych rekolekcjonistów powinno być poprzedzone solidnym namysłem i analizą. Nie należy wybierać tych najbardziej popularnych - tak zwanych katocelebrytów, ale prawdziwych mistrzów wiary. Zakres rekolekcji i prowadzone podczas nich ćwiczenia muszą być przedmiotem dyskusji ojców duchownych z prowadzącym rekolekcje. Ktoś powie że nie pozostawiam miejsca dla Ducha Świętego? Właśnie solidne przygotowanie do rekolekcji, kazań, konferencji jest objawem otwarcia się na działanie Ducha Świętego, który działa przede wszystkim przez naturę zgodnie z zasadą gratiam supponit naturam.

Z pewnością postulatów na temat posługi ojców duchownych mogłoby być więcej. To co trzeba zrobić na cito to z pewnością zabezpieczyć tajemnicę spowiedzi i rozmów duchownych. W dalszej perspektywie warto przemyśleć kwestię odpowiedniego przygotowania do tego urzędu. Niestety sprawa kierownictwa duchowego w neoseminariach nie wygląda dobrze. Również systematycznie obniża się jakoś ćwiczeń duchowych. Włączanie w nich elementów protestancko-charyzmatycznych czy psychologii nie sprzyja rozwojowi duchowemu przyszłego kapłana. Trzeba jasno rozdzielić treści które wykłada się na psychologii (która zresztą powinna być dostosowana do profilu studiów kościelnych) od duchowości. Niestety oba porządki bardzo często się mieszają co ma katastrofalne skutki. Niezależnie od poziomu formacji duchowej we własnym seminarium bracia klerycy muszą pamiętać że podjęcie stałego kierownictwa duchowego i posiadania stałego spowiednika, najlepiej w jednej osobie to bezwzględny obowiązek każdego seminarzysty. I bez tego nie da się godziwie przyjąć święceń w jakimkolwiek stopniu. Niech kapłani którzy nawet nie zostali poproszeni przez biskupa o spowiadanie kleryków chętnie przyjmują kierownictwo duchowe. Być może drogi bracie uznajesz iż nie jesteś wystarczająco dobry, ale jeśli seminarzysta ma do Ciebie zaufanie, jeśli masz świadomość wielkiej odpowiedzialności to już spełniasz wiele predyspozycji do tego zadania. Sam fakt że poszukujesz informacji aby pogłębić swoją wiedzę i doświadczenie, że czytasz strony i blogi tradycjonalistyczne sprawia że jesteś raczej po właściwej stronie mocy. Wielu kleryków skarży mi się na to że nie potrafią znaleźć dobrego kierownika duchowego, bo dobrzy kapłani im odmawiają. Przeto módlmy się o odwagę dla nich. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 16 sierpnia 2018

Prokurator, czyli moderator który zwykle abdykuje z funkcji wychowawczej

Laudetur Iesus Christus!

Dziś mowa o prokuratorze - ostatnim z moderatorów zewnętrznych w seminarium. Dla niewtajemniczonych czytelników wyjaśniam iż prokurator w seminarium znacząco różni się od prokuratora w potocznym rozumieniu. Otóż łaciński czasownik procuro, -are znaczy dosłownie opiekować się (zajmować) dobrami. Chodzi o dobra materialne, tak więc prokurator bywa także nazywany dyrektorem administracyjno-gospodarczym seminarium. Do jego podstawowych obowiązków należy troska o dobrostan w seminarium - o to by budynek i urządzenia znajdujące się w nim były sprawne, aby rachunki były opłacone, a domownicy mieli co zjeść.

Niestety wielu prokuratorów seminaryjnych abdykuje z funkcji wychowawcy i chociaż prawo wyraźnie nakłada na nich obowiązek bycia moderatorem seminaryjnym to jednak praktyka pokazuje że zwykle się od tego uchylają. Oczywiście że znajdą się pewnie wyjątki, nie mniej własne doświadczenie, jak również brak wzmianek o prokuratorach seminaryjnych w licznej korespondencji wyklętego kleryka świadczy dobitnie o tym, że w odczuciu wielu seminarzystów prokurator jest swoistym "panem nikt". 

Tymczasem funkcja wychowawcza prokuratora jest znacząca... . Większość duchowieństwa przynajmniej część życia będzie sprawowała jakieś funkcje kierownicze, a nawet jeśli nie to i tak wychowanie do szacunku dla dóbr materialnych i cudzej oraz własnej pracy jest niebagatelne. Nie jestem w stanie wyliczyć ile zakonnic, osób świeckich czy nawet współbraci żaliło mi się na brak szacunku dla ich pracy ze strony prezbiterów. Problem wychowania w tej materii zatem istnieje i jest poważny... . 

W jaki sposób powinien działać prokurator, aby swoje zadania wychowawcze spełnić jak najlepiej? Przede wszystkim powinien dać dobry przykład poprzez właściwe traktowanie pracy personelu seminaryjnego oraz pracy samych kleryków. Jest bowiem starą i dobrą tradycją iż seminarzyści przynajmniej pewne prace wykonują sami. Również prokurator powinien być odpowiedzialny jako formalny opiekun przynajmniej  części oficjów (stałych prac wykonywanych przez alumnów na okres semestru lub roku). I nie chodzi tutaj tylko nadzór czysto techniczny, ale o wsparcie wychowawcze, szczególnie że wiele seminariów wciąż stosuje politykę rozdzielania oficjów na zasadzie: "im bardziej się nadajesz tym lepiej abyś ćwiczył". Takie postępowanie formacyjne może przynieść owoce tylko wówczas jeśli klerycy nie będą panicznie bali się swoich zadań z obawy przed wydaleniem z seminarium. Prokurator przyjmując wykonaną pracę czy oficjum powinien bardziej patrzeć na zaangażowanie wykonującego aniżeli na rzeczywistą wartość wykonanej pracy. Z tym niestety bywa różnie. Również prokurator powinien wychowywać do właściwego używania dóbr materialnych i w tej kwestii powinien oddziaływać. A zatem to prokurator powinien jako pierwszy egzekwować wstrzemięźliwość od używania pewnych rzeczy nałożoną przez regulamin seminaryjny oraz obserwować jak klerycy szanują własność wspólną i wyciągać z tych obserwacji konsekwencje. Niestety sami prokuratorzy często przez swoje zaniedbania powodują zgorszenie wśród swoich wychowanków. Mnie na przykład denerwowało notoryczne marnowanie się zapasów żywności. Przyjmowaliśmy jej chyba zbyt dużo, potem obserwowanie wegetacji kilku ton ziemniaków, a także usuwanie ich gnijących - to nie jest miłe doświadczenie. Jest oczywistym, że przy takiej ilości gęb do wyżywienia trudno aby nic się nie zmarnowało, ale należy to zjawisko niwelować. Zawsze można nadmiar żywności przeznaczyć dla sierocińców, Caritasu itp miejsc. Niestety błędy w tej materii rozsiewają się potem na całe diecezjalne duchowieństwo. 

Praca powinna człowieka rozwijać a nie upadlać... . Niestety w wielu seminariach stosowany jest model w którym klerycy pracują głównie dla zabicia czasu, albo kształtowania charakteru. Otóż wykonywanie pracy niepotrzebnej, dla zdrowia szkodliwej, czasem jako kara nie tylko nie buduje charakteru, ale wręcz deformuje osobowość. Przypomina to obrazki z systemów słusznie minionych, choć gdzieniegdzie na świecie także i dzisiaj chrześcijan upadla się przymusową i bezsensowną pracą. Wyklęty kleryk ma bogate doświadczenia pracy bezsensownej zarówno w seminarium, jak i poza nim. Zadawana praca musi być potrzebna i nie może być ponad siły tych którzy ją wykonują. Pamiętam jak niejednokrotnie w największe upały kazano nam zawiasami od drzwi wycinać plewy z kostki brukowej. Na słuszną uwagę pewnej świeckiej osoby, że od tego jest Randup - nasz prokurator odparł iż nie ma sensu kupować tego środka skoro ma on do dyspozycji ponad 100 par Randupu ręcznego... . Pamiętam również przenoszenie różnych ciężkich rzeczy tam i z powrotem - często zupełnie bez sensu. Widziałem seminarzystów drobnej postury słaniających się z wyczerpania podczas letnich prac, gdzie kazano im dźwigać gabaryty, których normalny pracownik fizyczny ze względów BHP nigdy bez odpowiedniego sprzętu by nie ruszył. Ilu z tych kleryków zapadło na przepukliny brzuszne, pachwinowe to tylko jeden sam Pan Bóg wie - większość z tych chorób ujawni się dopiero za kilka lub kilkanaście lat. O pracach szkodliwych i bezsensownych mógłbym solidną książkę napisać. Myślę że czytelnicy mają w tej kwestii wyczucie... . 

Bywa też tak, że w seminariach pracy fizycznej praktycznie nie ma. Wszystko robi personel pomocniczy. O ile jestem przeciwnikiem ciężkiej pracy fizycznej, o tyle uważam, że w seminarium nie powinno się zatrudniać na przykład sprzątaczek. W przypadku kuchni personel powinien ograniczać się tylko do przygotowywania posiłków. Wszystkie prace o charakterze porządkowym, a więc sprzątanie, zamiatanie, grabienie, prace w ogrodzie itp powinni wykonywać seminarzyści. U nas panował system mieszany - dużo prac lekkich wykonywał personel, ale były też prace zbyt ciężkie, które były niesłusznie wykonywane przez kleryków.

Poza kwestiami wychowawczymi prokurator jest odpowiedzialny za dobrostan fizyczny seminarzystów. Niestety higiena w wielu seminariach pozostawia wiele do życzenia. I nie chodzi mi o kwestie czystości - chociaż i tu bywa różnie, ale o zdrowy styl życia. Już sam rozkład dnia, a może lepiej notoryczne jego nieprzestrzeganie sprawia, że seminarzyści bywają po prostu przemęczeni. Na spoczynek nocny trzeba przeznaczyć 8 h - i od tego nie ma wyjątku. Jeśli wstanie jest o 5:30 to gaszenie świateł musi być o 21:30. Trzeba zwrócić uwagę, że godzina gaszenia świateł nie oznacza automatycznego zaśnięcia alumnów. Również czas przeznaczony na odpoczynek. Powinno go być przynajmniej 3 h - w praktyce wielu seminariów jest mniej. Przy tym odpoczynkiem nie jest załatwianie spraw na mieście, czy wizyta u lekarza. Wobec czego konieczne jest rozdzielenie czasu do własnego zagospodarowania na czas bezwzględnie przeznaczony na odpoczynek. Na szczęście regulaminy przynajmniej kilku seminariów duchownych w Polsce obligują alumnów do tego by przynajmniej część rekreacji spędzali we właściwy sposób. Niedopuszczalne jest wyznaczanie czasu na wykonanie oficjów w czasie odpoczynku. Dochodzi do tego, że niektórzy klerycy w praktyce są w ogóle pozbawiani czasu wolnego. Jest to nie tylko sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale także niehumanitarne. Nie twierdzę, że czasami nawet zabranie rekreacji jest niewychowawcze, choćby dla pewnych zadań interwencyjnych. Ale na pewno nie powinno się z tego robić zasady. Nie wychowuje to do żadnej ofiarności jak twierdzą niektórzy deformatorzy ale powoduje przewlekłe przemęczenie i powoduje że w przyszłości już jako księża owi alumni nie będą szanować zdrowia i życia innych. Seminarium nie może być czasem który bierze się na przetrwanie. Niestety oddziaływanie niektórych deformatorów i atmosfera jaka panuje w wielu seminariach powodują, że klerycy przetrzymują czas formacji, co praktycznie wyklucza zakładane przez formację cele. 

Jest jeszcze kwestia o której mi moi czytelnicy nie piszą z pewnej ascetycznej powściągliwości, nie mniej problem odpowiedniego wyżywienia też istnieje. W seminarium przeżyłem trzech prokuratorów. Muszę przyznać, że w czasie mojej (de)formacji jedzenie znacząco się poprawiło z poziomu moim zdaniem nieakceptowalnego (spleśniały chleb, dania typu przegląd tygodnia) do poziomu który uważam za nazbyt wystawny i przy tym także niezdrowy. Największym absurdem było jak za pewnego prokuratora w dzień jego urodzin dostaliśmy lody, a następnego dnia przeterminowany jogurt. Ktoś chyba źle rozstawił akcenty... . Trzeba jasno określić, że jedzenie w seminarium musi być przede wszystkim zdrowe. Jeśli seminarium nie stać na dwudaniowy obiad, to lepiej zrobić jedno danie, ale zdrowe i pożywne niż byle jakie dwa dania. Lepiej zrezygnować z wystawnych uczt dla gości seminaryjnych i to kimkolwiek by oni nie byli niż narażać seminarzystów na utratę zdrowia. Wystarczy pomyśleć! Księża przeżywają w seminarium 6 lat życia - to wystarczająco dużo aby przez niezdrowe jedzenie nabawić się otyłości, zespołu metabolicznego, wrzodów w przewodzie pokarmowym i wielu innych chorób. Kościół jest potem obciążony tymi chorobami, bo księża którzy chorują kosztują więcej, a do tego trzeba ich zastępować. Nie twierdzę że chory kapłan jest mniej warty, zwłaszcza jeśli chorobę przeżywa ofiarując ją za Kościół ale chyba każdy rozumie, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

Perspektywa posługi prokuratora w seminarium którą zarysowałem z pewnością zdaniem wielu czytelników wykracza w zakres zadań prefekta oraz rektora. Nie twierdzę że w każdym seminarium możliwe jest przyjęcie wszystkich tych postulatów. Nie mnie należy przemyśleć przekazanie realnych kompetencji wychowawczych prokuratorowi. Nie powinno się też dobierać do tej funkcji kapłana który jest tylko po ludzku obrotny i zaradny w kwestiach majątkowych. Tu chodzi o coś więcej. Śmiem twierdzić, że misja wychowawcza i zadania prokuratora są dużo trudniejsze niż prefektów. Jednak większość prokuratorów ogranicza swoje zadania jako moderatora seminaryjnego jedynie do biernego uczestniczenia w sesjach profesorskich i bieżących apelach do kleryków o poszanowanie własności seminaryjnej. Nie tędy droga... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 10 sierpnia 2018

Grzechy prefektów seminaryjnych

Laudetur Iesus Christus!

Wpis o prefektach w seminarium nie jest łatwy i to niezależnie od tego czy pisze je wyświęcony kapłan, kleryk, czy wyklęty kleryk. Okazuje się bowiem że to właśnie prefekci są najbardziej znienawidzoną grupą moderatorów seminaryjnych - wiem to z autopsji jak również z korespondencji. Uwaga - czasami zdarza się seminarium bez prefekta, wtedy jego funkcję przejmuje wicerektor, zresztą i w seminariach z większą liczbą moderatorów wicerektor pełni przynajmniej po części tytułową funkcję. Zadaniem prefektów jest czuwanie nad dyscypliną seminaryjną. Należy przez to rozumieć karność alumnów w wykonywaniu swoich obowiązków duchowych, intelektualnych jak również stricte moralnych.

Niestety z mojej korespondencji, a po części i doświadczenia wynika, że wielu prefektów traktuje swój urząd jednostronnie, tzn dbają oni tylko i wyłącznie o zewnętrzną stronę przestrzegania regulaminu, przez co stają się zwykłymi dozorcami. Nie tędy droga...! Prefekt, który przecież nie musi dbać o doczesne sprawy seminarium, ani reprezentować go na zewnątrz, może poświęcić się w całości pracy wychowawczej. Weryfikacja drodzy prefekci oczywiście należy do waszych zadań, ale ani nie jest zadaniem głównym (bo od tego jest rektor) ani najważniejszym. Zapominacie bardzo często, że seminarium to miejsce wzrastania, miejsce w którym człowieka trzeba wychować, a nie tylko sprawdzić czy po zewnętrznej stronie kielicha pasuje do kapłaństwa. 

Nie jest dobrym wychowawcą ten, kto tylko egzekwuje. Prefekt powinien mieć czas na rozmowy z klerykami (i nie chodzi o takie urzędowe, tylko zwykłe) oraz spędzanie z nimi czasu, dobrze gdy wykłada jakieś przedmioty, chociaż nie jest to konieczne. Ograniczanie wykonywania tego urzędu do przejścia przez pokoje kleryckie w czasie studium, czytania duchownego czy silentium jest głębokim nieporozumieniem. Również cedowanie wyjaśniania regulaminu klerykom na ojców duchownych. Prefekci problemem formacji winni się zająć kompleksowo, będąc także duchowym wzorem dla swoich wychowanków, a to oznacza ponoszenie także trudów regulaminowego życia takich jak chociażby zachowanie ciszy. Nie wypada w czasie silentium przyjmować prefektowi kolegów - zwłaszcza gdy owi zachowują się głośno... . 

Problemem wielu seminariów jest brak personalistycznego podejścia wychowawczego. Wielu kleryków zwyczajnie nudzi się w seminarium. Wiadomo, że musi być czas na naukę, ale jeśli kleryk w czasie studium się nie uczy to niekoniecznie dlatego że nie jest zdyscyplinowany. Być może warto zbadać jego sytuację. Może opanowanie materiału zajmuje mu mniej czasu, może warto nawet w trakcie formacji wysłać go na dodatkowe wykłady lub nawet studia - albo po prostu zorganizować koło naukowe czy zainspirować interesującą lekturę żeby wychowanek nie popadł w lenistwo, a Kościół miał z tego pożytek. Rozeznawaniem takich sytuacji powinni się zająć właśnie prefekci. Oni powinni przedkładać rektorowi propozycję radzenia sobie z takimi problemami. Ale oczywiście łatwiej jest robić codzienny lub cotygodniowy niezapowiedziany nalot i sprawdzać czy klerycy siedzą przy biurkach i czy mają zamknięte laptopy.

Rzeczą bardzo poważną jest naruszanie prywatności. Jest to bardzo nagminne i zdarzało się także w moim seminarium. Sprawę traktuję w kategorii ciężkiego grzechu. Niedopuszczalne jest przeglądanie korespondencji alumna, wertowanie jego osobistych notatek, rewizja (chyba że dla najpoważniejszej przyczyny i zawsze w obecności zainteresowanego), podsłuchiwanie itp rzeczy, które można zostawić dla systemu słusznie minionego. W XXI wieku, kiedy każdy kleryk ma konto na fb, działa w sieci, wypowiada się naprawdę nie jest trudno wybadać jakie ma intencje idąc do kapłaństwa i czy posiada stosowne kwalifikacje duchowe i moralne. Dzisiaj kiedy seminaria świecą pustkami można i trzeba postawić na weryfikację opartą na przebywaniu i ludzkim poznawaniu alumnów. Jeszcze poważniejszym deliktem jest tworzenie siatki wywiadowców - sam byłem przez jednego z prefektów podczas urzędowej (sic!) rozmowy nakłaniany do takiej współpracy. Skutecznie niszczy to wspólnotę seminaryjną i (de)formuje przyszłego prezbiterium, wspiera kolesiostwo i cwaniactwo. Być może dla was wygodniej jest w ten sposób sprawować powierzony wam urząd, ale ten sposób gorszy seminarzystów.

Prefekt jest praktycznie jedynym moderatorem zdolnym obiektywnie ocenić kompetencje moralne przyszłych kandydatów od strony zewnętrznej. Ten aspekt posługi prefekta jest zupełnie pomijany. Pozostawia się z boku zagadnienia moralne w formacji. Praktycznie tylko za występek kwalifikowany kleryk może wylecieć. Ponad połowa przypadków wydaleń to bliżej nieokreślone kwestie osobowościowe. Przechodzą więc kandydaci złośliwi, obłudni, kłamiący, pyszni, skąpi, leniwi... . Jeśli jakiś alumn pada ofiarą nagonki ze strony kolegów - często okrutnej i niesprawiedliwej to prefekt przedstawia radzie seminaryjnej że taki kandydat ma zbyt słabą osobowość. A seminarium ani w małej części nie odzwierciedla życia w duszpasterstwie poza murami. Przecież żaden kapłan we współczesnych warunkach nie dzieli ze współbraćmi całego życia - posiada chociażby oddzielny pokój i łazienkę. Zaszczuć dobrego człowieka łatwo, wyrzucić też. A potem dziwimy się że wśród duchowieństwa tyle buców i chamów... . 

Niestety większość alumnów odczuwa lęk przed moderatorami zewnętrznymi. W takim układzie nie można mówić o formacji, a raczej o zabawie w kotka i myszkę. Nie może być tak, że alumn widząc prefekta analizuje z jego wyrazu twarzy czy może w czymś nie podpadł. Oczywiście bywa i przeciwieństwo prefekta-cerbera.... . Prefekt-kumpel też nie jest dobrym modelem wychowawczym. Ostatecznie prefekt musi posiadać autorytet. Jeśli jest tylko dobrym kompanem do gry piłkę, wycieczek rocznikowych, czy podwieczorków - to można mówić o utracie tego autorytetu, także w jego formalnym aspekcie, czymś w rodzaju abdykacji z urzędu. 

Z pewnością urząd prefekta nie jest łatwy... . Przyjmujący go niech dobrze zbadają sprawę w sumieniu zanim się zgodzą, szczególnie, że godzić się nie muszą. Jeśli kandydat na prefekta ma złe doświadczenia z własnej formacji niech lepiej z pokorą odmówi biskupowi niż podejmie się zadania którego nie jest w stanie właściwie wypełnić. Złych wzorców i modeli formacyjnych nie można przenosić z pokolenia na pokolenie. Biskupi i rektorzy niech pilnie zważają kogo wybierają do roli prefekta. Kapłan piastujący ten urząd powinien być doświadczony, zrównoważony, dojrzały i posiadać wybitne kwalifikacje moralne. Raczej należy wybierać najlepszych i zdecydowanie nie traktować tego urzędu jako dobrego zapisu w CV dla przyszłego biskupa... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 31 lipca 2018

Rektor seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Dziś wpis o osobie, która po Panu Jezusie Chrystusie i po biskupie jest najważniejsza w seminarium. Rektor swoją władzę w seminarium sprawuje w imieniu ordynariusza i w zgodzie z przepisami Kościoła. Przede wszystkim sam biskup powinien uważać kogo mianuje na te urząd. Po wtóre biskup powinien często kontaktować się z rektorem swojego seminarium i na bieżąco omawiać istotne sprawy związane z seminarzystami.

Rektor seminarium zwykle jest pierwszą osobą, z która powołany ma kontakt w seminarium. Rozmowa wstępna nie jest tylko formalnością, ale powinna być także spotkaniem o charakterze duszpasterskim, wszak rektor podejmując decyzję o przyjęciu kandydata do seminarium przejmuje też za niego duszpasterską odpowiedzialność. Jest moim zdaniem poważnym zaniedbaniem, jeśli rektor pozwala takie rozmowy odbywać prefektom. Niestety sam pukając do wielu seminariów tego doświadczyłem. Jeśli czas nie nagli to lepiej rozmowę wstępną przełożyć niż odbywać ją z kimś innym niż rektor, chyba że jest to sam biskup.

Rektor powinien mieć czas... . Brzmi to może banalnie, ale mojemu rektorowi można było zarzucić to, że w seminarium był bardziej gościem niż domownikiem. Pełnił jednocześnie trzy funkcje i to jeszcze w różnych miastach. Winą za to obarczyć trzeba przede wszystkim biskupa. Ale sam rektor też nie jest bez winy. W Kościele istnieje zasada, że można odmówić awansu. Nie ma tutaj przymusu posłuszeństwa. Jeśli ktoś nie jest zdolny do przyjęcia urzędu, lub okoliczności go przerastają to powinien zdecydowanie odmówić. Tak samo ów rektor powinien się nie zgodzić na pełnienie tych trzech funkcji jednocześnie. Nie przyjęcie urzędu w Kościele nie jest oznaką lęku i ucieczki ale zwykle właśnie odwagi. Oczywiście rektor może być jednocześnie także wykładowcą, jest to nawet w pewnym sensie wskazane. Jednak patologią jest gdy przebywa tylko 3-4 dni w seminarium.... .

Rektor jest szefem całego seminarium - to on powinien wysuwać kandydatury na prefektów, wicerektora czy prokuratora. Oczywiście biskup ma pełną swobodę w mianowaniu moderatorów seminaryjnych, ale sytuacja w której rektor i wicerektor nie są w podstawowych kwestiach jednomyślni jest patologiczna - a i taką rzecz widział wyklęty kleryk w czasie swojej (de)formacji seminaryjnej.

Rektor powinien osobiście wysłuchiwać kleryków przed wszystkimi ważnymi wydarzeniami w ich formacji, a więc przeprowadzać skrutynia - on i biskup, a nie prefekci... . Niestety wielu rektorów nie rozmawia ze swymi podopiecznymi. Nasz rektor przyznał się kiedyś, że z powodu nawału obowiązków słabo nas zna... . A jednak musi podejmować decyzje i to często bardzo ważkie.

Ostatecznie bowiem to rektor prezentuje biskupowi kandydatów do święceń. I nie jest to tylko wyreżyserowana formułka podczas obrzędu święceń, ale stosy dokumentów jakie musi wypełnić. Niestety wielu rektorów zasłania się jakimiś radami seminaryjnymi i innymi ciałami kolegialnymi. Sam się dowiedziałem, że zostałem usunięty podczas takie rady. Tymczasem rada powinna tylko radzić, a decyzję podejmuje rektor i zawsze powinien ją przedstawić biskupowi. 

Również sposób traktowania kleryków kierowanych na dziekankę czy wydalanych z seminarium zasługuje w wielu przypadkach na naganę. Niestety większość exklerkyów skarży mi się na sposób przeprowadzenia tych czynności. Otóż drodzy rektorzy - miejcie świadomość że i w tej sytuacji winna wam przyświecać troska o zbawienie duszy. Rozmowa na temat usunięcia kleryka z seminarium powinna się odbyć zawsze w rektoracie i powinno się na nią zarezerwować tak dużo czasu jak to tylko możliwe. Wydalany kleryk powinien być poinformowany jak najdokładniej o przyczynach wydalenia, o możliwościach odwołania się od tej decyzji, możliwości lub braku kontynuacji formacji po spełnieniu określonych wymogów. Wreszcie decyzja o wydaleniu powinna być przekazana w formie dekretu - na piśmie z krótkim uzasadnieniem. Wymaga tego prawo do dobrego imienia kleryka, zwłaszcza gdy jest wydalany z powodów innych niż występek kwalifikowany przeciw obyczajności. Sprawa powołań kapłańskich jest sprawą publiczną. Jeśli zainteresowany chce poinformować o przyczynach wydalenia swojego proboszcza, parafię i znajomych ma prawo do tego by dać mu uzasadnienie na piśmie. To nie jest wymóg kanoniczny, ale z pewnością wymóg moralny... . 

Sytuacje trudne rektorzy nie powinni zamiatać pod dywan. Lepsza jest szczera rozmowa z klerykami na temat przyczyn powzięcia pewnych decyzji niż chowanie głowy w piasek. W dużej mierze od takich sytuacji zależy czy rektor uzyska wśród seminarzystów autorytet materialny, czy też nie. A to właśnie ten rodzaj autorytetu jest konieczny do tego aby proces wychowawczy w seminarium przebiegał prawidłowo.

Pewnym problemem jest także styl wychowania jaki przyjmuje rektor. Z jednej strony zbyt surowy i apodyktyczny powoduje że klerycy zamykają się w sobie, z drugiej strony rektor-kolega-ojciec duchowny itd też powoduje poważne braki formacyjne. Stąd tak istotne jest aby rektorem zostawali ci którzy się do tego nadają, a nie kapłani którym trzeba wpisać do CV że był rektorem w seminarium, bo chcemy by został biskupem. W tym temacie zauważa się też niepokojący trend kadencyjności rektorów. 5-letnia kadencja rektora to nawet nie jeden dobrze doprowadzony do ołtarza rocznik. Musi być dobry rektor na lata - najlepiej kilkanaście lat. Jest to taki urząd który z pewnością wymaga doświadczenia, zarówno duszpasterskiego jak i urzędniczego. Nie jest to więc funkcja dla młodych i karierowiczowsko nastawionych księży. Jest mądrością wielu diecezji, że rektorem seminarium można zostać tylko po piastowaniu wcześniej jakiegoś innego urzędu w seminarium.

I na koniec coś co zawsze wszystkich bardzo bulwersuje. Rektor jest tylko człowiekiem - posiada sympatie i antypatie. Nie daj Panie Boże, aby któryś z rektorów miał swoich pupili i tych których z powodów czysto ludzkich gnębi! Taki grzech jest jednym z największych jakie może popełnić sprawując swój urząd. 

Tak więc biskupi niech dobrze przemyślą kogo do tej posługi wybierają, sami rektorzy niech robią dokładny rachunek sumienia - bo po biskupie są najbardziej odpowiedzialni za losy diecezji, a klerycy niech chętnie modlą się za swych rektorów i wspierają ich pracę.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 25 lipca 2018

Biskup w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Każdy blogger ma wiedzę na temat swych czytelników. Ja również wiem, że czyta mnie kilku biskupów. Większość z nich pewnie zgrzyta zębami ze zgryzoty, ale może są i przychylniej nastawieni, wszak jakiś czas temu rozniosła się fałszywa pogłoska iż sam jestem biskupem. Niniejszy wpis dedykuję moim purpurowym czytelnikom, ale nie tylko. Być może czyta mnie jakiś biskupi spowiednik, lub mniszy odpowiednik biskupa czyli opat lub prowincjał. Dziś będzie o Waszej roli w seminarium. Roli niepośledniej, gdyż każdy dobrze wychowywany seminarzysta widzi w swoim biskupie prawdziwego zastępcę Chrystusa Pana i już na etapie formacji czuje silny związek z biskupem, jako tym który przekaże mu upragnioną łaskę święceń.

Niestety większość seminarium duchownych jest zaniedbana przez swoich ordynariuszy. Troska o seminarium to bowiem nie tylko nadanie statutu oraz mianowanie kadry. Wydaje się że pewnym minimum obecności biskupa w seminarium jest rozpoczynanie i kończenie roku akademickiego, osobiste udzielanie święceń i posług, prowadzenie skrutyniów i obecność na wszystkich sesjach profesorskich w sprawie dopuszczenia seminarzystów na kolejne etapy formacji. Biskup który od tych zadań się uchyla sądzę iż grzeszy ciężko zaniedbując seminarium. 

"Biskupa obowiązkiem jest sądzić, tłumaczyć, konsekrować, święcić (duchownych), ofiarować, chrzcić i bierzmować." jak uczy pouczenie dawnych święceń biskupich. Niestety współcześnie biskup stał się przede wszystkim kurialnym urzędnikiem, z drugiej zaś strony nierzadko diecezjalną maskotką. I w tym co piszę nie ma przesady. Bo jak ocenić biskupa, który jedzie na poświęcenie szkoły, a sufragana posyła aby udzielił akolitatu swoim seminarzystom, albo zleca to zadanie rektorowi? Trzeba drodzy biskupi jasno Wam przypomnieć - jesteś duszpasterzami duszpasterzy. Przyszłość każdej diecezji leży w jej seminarium. Wobec tego pasterska troska o seminarium jest jednym z najważniejszych Waszych obowiązków. Nie konferencje naukowe,  nie przecinanie wstęg, wernisaże, wywiady, nawet nie wyjazdy na posiedzenia konferencji episkopatu... . Chrystus Pan zapyta Was o władanie własną diecezją, a nie o zarząd demokratyczny, którego nie ustanowił. 

Jeszcze w niektórych diecezjach bywało, że jeśli seminarium duchowne mieściło się w mieście biskupim, to biskup diecezjalny mieszkał w seminarium. Do niedawna była diecezja w Polsce, która miała za rektora biskupa pomocniczego - taka praktyka przed soborem nie należała do rzadkości. Oczywiście nie nawołuję do tego, by biskupi przejęli funkcję rektorów. Jednak troska biskupa o seminarium powinna być daleko bardziej posunięta niż w zakresie innych urzędów diecezjalnych. Biskup, który byłby domownikiem seminarium miałby okazję osobiście poznać swoich alumnów  i nie tylko realnie wpływać na ich formację, ale także brać aktywny udział w ich selekcji. 

Dobrą praktyką wielu diecezji jest, że biskup, lub biskupi mają wykłady w seminarium duchownym. Większość biskupów posiada dzisiaj przynajmniej doktorat - nic nie stoi na przeszkodzie, aby przynajmniej cześć przedmiotów wykładali klerykom, a przez to lepiej ich poznali. Niestety biskupi-naukowcy często zamiast przyczyniać się do formacji kleryków wolą konferencje, sympozja i karierę naukową od swoich głównych biskupich zadań. 

Jest w Polsce przynajmniej jedna diecezja, która wymaga od kandydata przeprowadzenia rozmowy wstępnej nie tylko z rektorem, ale także własnym biskupem. Uważam, że to bardzo dobra praktyka. Również przed każdym dopuszczeniem do kolejnych posług czy święceń powinna być taka rozmowa alumna z biskupem. Statuty wszystkich seminariów powinny mieć zapis, że każdy seminarzysta może w ważnej sprawie bezpośrednio zwrócić się do swojego ordynariusza. Biskupi uzasadnione skargi seminarzystów pilnie badać i w razie potrzeby interweniować. Być może gdybym miał innego biskupa diecezjalnego odwoływałbym się od decyzji wydalenia mnie z seminarium, ale ponieważ wiedziałem, że mojego biskupa seminarium mało obchodzi toteż nie zawracałem mu głowy. 

Niestety muszę to napisać... Biskup nie może też gorszyć kleryków. Zgorszenie dokonane przez biskupa woła o pomstę do nieba głośniej niż jakiegokolwiek kapłana! Mieliśmy w diecezji takiego pomocniczego biskupa, który był bardzo dowcipny, niestety humor miał rubaszny i już na początku (de)formacji zasiał kąkol wulgaryzmu. Biskup zgorszyć może także na inne sposoby. Jest oczywistym, że klerycy winni biskupowi cześć posłuszeństwo. Jednak także w korespondencji bracia skarżą mi się na bucowatość co poniektórych purpuratów. Miałem okazję poznać w swoim życiu wielu biskupów, nawet kardynała i to poznać dość dobrze. Wielkość następcy apostoła nie mierzy się po tym z jaką pogardą daje odczuć swoją wyższość podwładnym, ale jak zachowując zdrowy dystans potrafi w praktyce uszanować godność drugiego człowieka. Na szczęście spotkałem na swojej drodze trochę nie zbiskupiałych purpuratów, więc wierzę że nie całe środowisko episkopatu przesiąknęło pychą, nie mniej przestrzegam! Buta i arogancja kapłanów po święceniach wiąże się często z analogicznym doświadczeniem przełożonych w seminarium. Tych wzorców nie wynosi się raczej z domu.

Podsumowując.... Drogi Ojcze diecezji czy prowincji zakonnej. Jeśli chcesz mieć dobre prezbiterium to zadbaj o własne seminarium. Poświęć mu więcej czasu niż kolegom z episkopatu, podróżom do Rzymu (chyba że wzywa autentyczna potrzeba Kościoła) czy też jakimkolwiek innym zajęciom, choćby miały dobry posmak ale nie wynikały z Waszej biskupiej służby. Czas, post i modlitwa ofiarowane za seminarium wydadzą dobre owoce, a mitra która zdobi Wasze skronie rzeczywiście oznaczać będzie wieniec chwały za dobre pasterskie władanie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 7 lipca 2018

Ludzie w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Nadeszły wakacje, a wraz z nimi przerwa seminarzystów w nauce bądź bezpośrednie przygotowanie do (de)formacji nowego narybku. Wobec tego tematy na blogu znów będą bardziej seminaryjne - w tym roku zamierzam scharakteryzować osoby i urzędy związane z seminarium duchownym. Dla całkowitych ignorantów przedstawię co dane osoby mają do wypełnienia, a samym omawianym może przypomnę po co są w seminarium i jak często zaniedbują swoje obowiązki lub wręcz sprzeniewierzają się podjętym urzędom.

Z mojego doświadczenia wynika iż to właśnie ludzie stanowią największy problem w seminarium. Z jednej strony alumni którzy pochodzą z często niereligijnych środowisk i mający za sobą doświadczenia rozbitych rodzin, czasem nieudanych związków etc a z drugiej strony przełożeni, którzy wyszli z niewiele lepszych środowisk, obarczeni brzemieniem ludzkich ułomności, zawiedzeni własnym kapłaństwem, często sami źle uformowani. Sytuacja bardzo często przypomina tą z bajki Ignacego Krasickiego gdy ślepy prowadzi kulawego.

Problemy związane z ludźmi w formacji seminaryjnej można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą są przyczyny natury osobowościowej. Myliłby się ten, kto by twierdził iż jest to wina tylko rodzin i środowisk z których wywodzą się seminarzyści. Mało kto zwraca uwagę że wychowuje także sama posługa duszpasterska, a zwłaszcza pierwsza parafia. Mamy więc wielu duchownych zakompleksionych, stetryczałych, nieempatycznych i słowo wytrych: niedojrzałych. Niestety zwłaszcza to ostatnie słowo jest zwykle źle zrozumiane i stanowi coś w rodzaju pałki do okładania tych, którzy są niemile widziani przez system deformacyjny. Drugą przyczyną są błędy formacyjne już to na poziomie rodzinnym czy szkolnym, albo seminaryjnym jeśli chodzi o samych (de)formatorów. Chodzi mi głównie o to, że wiele wspólnot seminaryjnych boryka się z brakiem spójności w celach... . Zabrzmi to może zbyt surowo, ale zadam to pytanie parafrazując Ewangelię: "Czy Syn Człowieczy gdy przyjdzie (przychodzi) do seminarium, to czy znajdzie wiarę?" Takiego stopnia praktykowania niewiary jak właśnie w seminarium nigdzie indziej nie widziałem. (De)formatorzy mówią o właściwej intencji, tymczasem oni sami często ją zagubili. Bo można mieć naprawdę gorące i pobożne serce w dniu święceń, a potem przez pokusy życia, różnego rodzaju rozczarowania po prostu popaść w tragiczny koniunkturalizm i stracić wszelką wiarę, wykonując tylko zawód duchownego.

Za murami seminariów dochodzi więc do wielu ludzkich tragedii. "Ludzie ludziom zgotowali ten los..." Dochodzi do wielkich krzywd i zranień. Struktura zamknięcia powoduje że często jedni szczują się na drugich, że szuka się kozła ofiarnego. Nie zawsze jest on znajdowany wśród kleryków. Byłem świadkiem kiedy takim kozłem był...ojciec duchowny. Do tego okrutne zachowania spotykały go także ze strony "współbraci" kapłanów. Nie jest tajemnicą, że w seminarium zdarzają się samobójstwa - dochodzi do nich relatywnie rzadko, raz na kilka lat, jednak mają one miejsce. I oczywiście można wszystko cedować na chorobę psychiczną, ale ta nie powstaje w próżni, a nawet jeśli zrodziła się poza środowiskiem seminaryjnym, to właśnie za murami seminaryjnymi uległa wzmocnieniu prowadząc do aktu samobójstwa.

Największym bólem napawały mnie nawet nie ludzkie przywary, ale zwykła moralna niekompetentność niektórych seminarzystów czy nawet przełożonych. Hasło, że trzeba być najpierw człowiekiem, a potem kapłanem nie może odnosić się do konieczności uświatowienia kandydata do kapłaństwa Tymczasem w nowych seminariach wymiar ludzki spełnia się nie poprzez ludzką prawość, cnotliwość, ortopraksję lecz poprzez "wyjście do ludzi" w takim entourage'u w jakim świat sobie tego życzy. W praktyce ludzkimi są ci klerycy którzy kopią piłkę, prowadzą bujne życie towarzyskie, odstawiają liturgiczny teatr. Nikt nie sprawdza rzetelnie ich kwalifikacji moralnych. To niszczy prawdziwe powołania, a promuje duchowną tandetę... .

Wobec w kolejnych wpisach przedstawię rolę biskupa, rektora, prefekta, prokuratora, ojcach duchownego, dziekana alumnów oraz seniorów, wreszcie także socjusza i braci kursowej. Wpisy będę dokonywał w oparciu o własne doświadczenie oraz Waszą korespondencję i rozmowy na komunikatorach z zachowaniem jednak koniecznej jak zawsze dyskrecji.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 28 czerwca 2018

"Parafia przyjazna człowiekowi"

Laudetur Iesus Christus!

Jakiś czas temu odbyłem z pewnym kapłanem rozmowę na temat trudnej sytuacji w jego praktyce duszpasterskiej. W trakcie rozmowy dyscyplinującej z proboszczem, ów przełożony zarzucił wikaremu że niszczy obraz "parafii przyjaznej człowiekowi".

Samo takie stwierdzenie stawia parafię w kontrze do petenta i jest niezrozumieniem istoty lokalnego Kościoła. W końcu kto jak kto, ale właśnie moderniści tłoczą bardzo mocno pogląd, że Kościół tworzą ludzie. zatem takie stwierdzenie samo w sobie sprzeczne jest nawet z posoborową eklezjologią. Oczywiście rzecz dotyczyła osoby będącej katolikiem ochrzczonym i publicznie nie ekskomunikowanym.

Druga kwestia to sprawa właśnie owej przyjazności. Należy sobie zadać pytanie po co Chrystus Pan założył Kościół? Celem założenie Kościoła jest kontynuacja misji zbawczej Chrystusa Pana. A więc Kościół to wspólnota postanowiona dla zbawienia duszy człowieka. Jeśli ktoś przychodzi aby otrzymać sakrament i Kościół rozeznaje iż kandydat nie jest do tego odpowiednio dysponowany, że przyjmie sakrament świętokradzko, to właśnie dla dobra tej osoby powinien wstrzymać udzielenie sakramentu.  Kiedy bowiem ktoś popełnia świętokradztwo to nie tylko nie otrzymuje łaski płynącej z sakramentu (zostaje ona zawieszona) ale jeszcze pomnaża swoje grzechy. Podobnie więc jak w przypadku deklarowania schizmy czy ekskomuniki Kościół występuje jako surowy ale kochający rodzic, który w ostateczności sięga i po takie środki.

Czym jest parafia przyjazna człowiekowi? Patrząc przez pryzmat celu Kościoła oraz życia każdego człowieka, to parafia przyjazna człowiekowi będzie taką która stwarza okazję to przyjmowania łaski Bożej. Parafia przyjazna będzie godziwie sprawować kult Boży, a jej duszpasterze będą posługiwać słowem prawdy, co nie zawsze oznacza słów pełnych łagodności. 

Z perspektywy doczesnej oczywiście dobrze jest jeśli parafia przyjmuje prośby wszystkich wiernych. Jednak parafia nie jest przedsiębiorstwem usługowym, a duszpasterze nie są od tego by dawać każdemu to co chce, ale to co mu się słusznie należy. W perspektywie wiecznej lepiej jeśli parafia odstręczy potencjalnego grzesznika, który być może za jakiś czas wróci skruszony niż utrzyma armię miernych wiernych, którzy idą na zatracenie bez słowa ostrzeżenia.

Wobec tego wszystkiego należy strzec się takiego postępowania obliczonego bardziej na ilość niż na jakość. Choćby zasmucała mała ilość wiernych, to lepiej niegodziwemu odmówić dostępu do sakramentu niż pozostawiać fasadę katolicyzmu, za którą rozwiera się przeraźliwa otchłań  wiecznego zatracenia.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 22 czerwca 2018

Nieważne bierzmowania

Laudetur Iesus Christus!

Gdy w zeszłym roku pisałem o nieważnych rozgrzeszeniach, nie sądziłem iż problem nieważnych sakramentów rozszerza się także na wyciskające charakter. Sprawa nieważnie udzielanych sakramentów jest o tyle istotna, że są one w zasadzie moim jedynym łącznikiem z obecną strukturą kościelną. Realistycznie rzecz ujmując, na współczesnym nauczaniu się już nie wspieram i jedynym sensem mojego trwania w Kościele, jest jego zbawcze posłannictwo zapośredniczone w łaskach udzielanych przez sakramenty. Wobec niszczenia owych skutecznych znaków łaski, którymi są sakramenty staje poważny znak zapytania nad autentycznością Kościoła rządzonego przez Franciszka. Pytanie o to gdzie jest prawdziwy Kościół pozostawmy jednak na inny wpis, kiedy sytuacja odpowiednio dojrzeje do tego by ją właściwie zdiagnozować i powziąć odpowiednie kroki.

Skąd moje przekonanie o nieważnych bierzmowaniach? Zrodziło się ono po tym jak świadkowałem na pewnym bierzmowaniu sprawowanym co prawda w katolickim obrządku, ale przez indultystów. Efektem nieznajomości rubryk przez szafarza jest poważna wątpliwość co do ważności tego bierzmowania, a dalsze dochodzenie i badanie doprowadziło mnie do przerażającej w skutkach konstatacji iż wiele, jeśli nie większość bierzmowań jest dziś sprawowanych nieważnie.

Jak dobrze wiemy z nauczania soboru trydenckiego sakrament jest skutecznym znakiem łaski. Aby łaska została przekazana musi być znak sakramentalny, czyli materia i forma oraz właściwy szafarz z odpowiednią intencją oraz dysponowany wierny.  Podczas gdy w przypadku nieważnych rozgrzeszeń mój zarzut dotyczył formy, chociaż trzeba stwierdzić że więcej spowiedzi jest nieważnych z powodu niedbalstwa w aktach penitenta, to w przypadku bierzmowania  nieważność jest spowodowana brakiem aplikowania właściwej materii. Zgodnie z katolicką nauką wyrażoną w wielu katechizmach, jak również w Rituale Romanum sakramentu bierzmowania udziela się przez włożenie ręki z namaszczeniem krzyżmem świętym czoła oraz wypowiedzenie zatwierdzonej w księgach formuły. Materia każdego sakramentu jest ściśle określona w Piśmie Świętym. W przypadku bierzmowania oba teksty Dziejów Apostolskich które wskazują na ten sakrament mówią o włożeniu ręki:
a) "Kiedy Apostołowie w Jerozolimie dowiedzieli się, że Samaria przyjęła słowo Boże, wysłali do niej Piotra i Jana, którzy przyszli i modlili się za nich, aby mogli otrzymać Ducha Świętego. Bo na żadnego z nich jeszcze nie zstąpił. Byli jedynie ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy więc wkładali (Apostołowie) na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego." (Dz 8, 14-17)
b) "Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa. A kiedy Paweł włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali." (Dz 19, 5-6)
Praktyka apostolska zawsze wskazywała na włożenie ręki jako sposób udzielania bierzmowania.

Odnośnie do bierzmowania którego byłem świadkiem wydaje się, że zabrakło włożenia ręki - nikt bowiem z obecnych nie zauważył tego, a szafarz pytany o włożenie ręki w ogóle nie wykazywał świadomości iż jest ono konieczne dla zaistnienia sakramentu. Konstytucja Apostolska Pawła VI promulgująca nowe obrzędy bierzmowania wymienia iż namaszczenie krzyżmem zastępuje włożenie ręki. Jest to wyrażenie moim zdaniem nielogiczne i niespójne - zasługuje co najmniej na poważne powątpiewanie. Jeśli jest tradycją apostolską poświadczoną w Dziejach Apostolskich, że bierzmowania udziela się przez włożenie ręki, to kim jest Paweł VI by to zmieniać? Wbrew obiegowym opiniom władza kluczy kolejnych namiestników Chrystusowych nie jest absolutna. Dla wszystkich wydaj się logiczne, że papież nie może znieść Ducha Świętego. Czemuż więc nie jest dla tych samych ludzi do przyjęcia iż święte znaki, które oznaczają i udzielają łaski, a które ustanowił sam Pan Jezus Chrystus, że te znaki też ograniczają ową władzę kluczy, przynajmniej tam gdzie Pismo Święte uczy o innym znaku niż ten który jest proponowany dzisiaj. 

Nawet jeśli zdaniem teologów przy nowym bierzmowaniu włożenie ręki zastępuje namaszczenie krzyżmem, to na pewno nie jest tak w starym obrządku bierzmowania. Wobec tego bierzmowanie to należy uznać co najmniej za wątpliwe. Przyczyną nieważności tego i zapewne wielu innych bierzmowań celebrowanych w starym rycie jest indultyzm i wynikająca zeń niedbałość i nie znajomość obrzędu. Oto bowiem zaprasza się kapłana, który na co dzień nie sprawuje starej liturgii i ów bez odpowiedniego przygotowania (przeczytania wcześniej liturgii obrzędu, który ma sprawować) przystępuje do jego celebrowania zachowując się tak jak w czasie nowej liturgii. Ponieważ ów kapłan jest indultystą, a to oznacza że przypadłościowo celebruje Vetus Ordo, jest wychowany przez nową liturgię i teologię, nie rozumie więc konieczności dochowania obrzędu. To wszystko składa się na tragiczną sytuację indultystycznych celebracji.

Jakie więc należy przedsięwziąć środki? W dobie pomieszania powszechnego zwłaszcza przebieg sakramentów wyciskających charakter, a więc chrztu, bierzmowania i święceń musimy utrwalać przez filmowanie, nagrywanie, fotografowanie, a to po to by móc potem dochodzić swoich praw. Owe sakramenty ze znamieniem sakramentalnym powinniśmy przyjmować poza indultem, a więc od szafarzy wychowywanych przez starą liturgię i niecudzołożących z nową liturgią. Nowe bierzmowania są bardzo niepewne - przejrzałem szereg relacji fotograficznych oraz filmów i stwierdziłem iż nałożenie ręki występuje praktycznie tylko przypadłościowo. Rezygnacja z gestu który wykonywali apostołowie w naszej ocenie znosi ważność sakramentu. 

Fakt masowego poniechania bierzmowania bardzo tłumaczy obecną kondycję Kościoła. Większość episkopatu światowego została najprawdopodobniej wybierzmowana nieważnie. Skąd ci pasterze mają brać konieczną mądrość czy męstwo? Jak tacy biskupi mają strzec wiary, skoro wcześniej nie stali się żołnierzami Chrystusowymi? I oto mamy pasterzy, którzy może czasem i mają dobrą wolę, ale widać jak bardzo są ułomni. Pamiętajmy, że bierzmowanie nie jest wymagane do ważności święceń - może więc być biskup, który nie został bierzmowany... . Czy konsekracja biskupia uzupełni braki z bierzmowania - niech wypowiedzą się światli doktorowie, w moim mniemaniu jest to mało prawdopodobne, zwłaszcza, że i ta ceremonia została mocno okaleczona. Zdaniem sedewakantystów episkopalnych do tego stopnia iż znosi ważność całego święcenia. 

Bierzmowanie nie jest sakramentem koniecznym do zbawienia. Jednak nie przyjmowanie tego sakramentu pozbawia wielu łask, które ułatwiają osiągnięcie zbawienia. Bierzmowanie uzdalnia bowiem do podjęcia duchowej walki. Sakrament ten ma bardzo ważny wymiar eklezjologiczny, ponieważ pomaga w budowaniu Kościoła, jego obrony i apostolskiej gorliwości do sprowadzania tych którzy pogubili się na drodze życia. W konsekwencji brak bierzmowań uderza Kościół w jego misjonarskim oddziaływaniu oraz pozbawia go armii strzegącej wiary katolickiej.  Zniszczenie bierzmowania powoduje że wiele dusz pozbawionych właściwej ochrony przez łaskę oraz wsparcie innych wierzących schodzi z tego świata bez koniecznej do zbawienia łaski uświęcającej. Przeto dopominajmy się o bierzmowanie, a jeśli mamy uzasadnione wątpliwości prośmy o bierzmowanie sub conditione. Zwracam się do kapłanów Bractwa św. Pius X, jak również kapłanów zrzeszonych w innych stowarzyszeniach i instytutach integralnie katolickich, aby umożliwiali wiernym przyjęcie tego sakramentu, aby nie uzależniali udzielania tegoż od wpisanego w metryce chrztu nowego bierzmowania. Uświadamiajmy też szafarzy indultowych oraz novusowych o konieczności zachowania gestów apostolskich, usankcjonowanych przez Pismo Święte i Tradycję, aby jak najbardziej zachować łaskę płynącą z bierzmowania. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk