Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo kanoniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo kanoniczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2019

Polityka personalna Kościoła

Laudetur Iesus Christus!

Co roku w okresie przed wakacyjnym poszczególne kurie ogłaszają zmiany personalne na terenie swojej diecezji bądź prowincji zakonnej. Te coroczne relokacje kapłańskie bądź jak to niektórzy nazywają swoiste wędrówki ludów są przyczynkiem do wielu spekulacji osądów a nierzadko także grzechu plotki obmowy czy nawet oszczerstwa. Nawet świeckie przedsiębiorstwa prawdy zwane prasą radiem czy telewizją bardzo chętnie komentują decyzje hierarchów.

Warto zatem zastanowić się nad tym czym podyktowane są owe zmiany i dlaczego następują właśnie w tym okresie oraz zrozumieć dlaczego podlegają im kapłani wszystkich stanów niezależnie od tego czy sprawdzali się na swoich obecnych stanowiskach czy też mieli mniej lub bardziej obciążone sumienie nie albo po prostu sobie nie radzili.

Przykro o tym wspinać ale gros zmian jak również ich pora podyktowane są przyczynami świeckimi. Naturalnym i wynikającym z rytmu wiary byłyby relokacje dokonywane na przełomie listopada i grudnia czyli przy okazji zmiany roku liturgicznego. Przeprowadzanie zmian w okresie wakacyjnym suponuje daleko idącą układność wobec ducha tego świata. Oczywiście zmiany dokonane w okresie wakacyjnym są bardziej pragmatyczne nie mniej moja propozycja bardziej podkreśla główne zadanie kapłana jakim jest służba Boża. Sprowadzanie kapłana do jego obowiązków katechetycznych jest niesamowitym redukcjonizmem. Kompletnie niedopuszczalną a niestety częstą praktyką jest ustalanie liczby kapłanów w danej parafii w zależności od ilości godzin katechezy szkolnej. Nie twierdzę że jest to faktor kompletnie nieznaczący ale na pewno nie decydujący. W głównej mierze decydować powinna ilość zamawianych intencji mszalnych oraz potrzeby duszpasterskie parafii czego nie zawsze dobrym miernikiem jest ilość podległych parafii szkół. 

Niestety biskupi zaprzepaszczają ceremonię rozdania dekretów jako moment spotkania i rozmowy ze swoimi kapłanami. Dokumenty soborowe jak również zmiany podziały administracyjnego Kościoła szły w kierunku zmniejszenia diecezji po to aby biskupi byli realnymi arcypasterzami i znali swoich kapłanów. Tymczasem zdarza się że dekretów nie rozdaje nawet sam biskup diecezjalny. Przykre jest także cedowanie obowiązku planowania podziału obowiązków w diecezji wikariuszowi generalnemu - jakkolwiek może i powinien on pomagać to jednak kapłani nie powinni mieć wątpliwości, że to biskup przydziela i zadania. Wielu kapłanów skarży mi się że wobec takiej polityki można by było ograniczyć się w zasadzie do wysłania listu z dekretem zamiast organizowania fasadowej uroczystości w kurii.

Zmiany jakie zachodzą są co roku we wszystkich diecezjach są wyrazem władzy biskupa ordynariusza oraz jego strategii personalnej. Zauważa się niestety kilka niepokojących trendów. Zwłaszcza w diecezjach w których brakuje kapłanów następującą częste zmiany wikariuszy jakby skrócony okres stażu wikarego miał być kompensowany wieloma placówkami i w ten sposób uzupełnić brak doświadczenia. Niestety takie podejście jest ze szkodą zarówno dla kapłana jak i dla wiernych. Optymalny czas posługi wikarego na parafii wynosi 5 lat - może być dłuższy ale nie powinie być krótszy niż 3 lata, wynika to z dynamiki tworzenia więzi, które muszą zaistnieć jeśli relacja duszpasterska ma być owocna. Pewnym przeciwieństwem zdarzającym się już dość rzadko jest utrzymywanie zwłaszcza neoprezbitera wiele lat na tej samej parafii. Zmiany wikarych uczą ich by nie przywiązywali się zbytnio do swoich placówek, by byli otwarci na potrzeby Kościoła. Jednak zmiany nie powinny zachodzić tylko z tego powodu że jakiś kapłan jest już zbyt długo w danym miejscu. Podstawowym dobrem powinno być zbawienie dusz zarówno wiernych jak i kapłana. Niestety działanie w tym paradygmacie wymaga od przełożonego dobrej znajomości swojego prezbiterium. 

Stałość powinna przyświecać wszystkim zmianom w Kościele. Ten oksymoron zasłyszany kiedyś od starszego kapłana powtarzam nauczony już wieloma sytuacjami kiedy pochopna decyzja popsuła więcej niż stan faktyczny. Szczególnym urzędem narażonym negatywnie na zmiany jest proboszcz. Co prawda instytucja proboszczów nieusuwalnych była swoistym rakiem, to jednak dla zmiany proboszcza powinny zaistnieć poważne racje bo zgorszenie jakie przy zmianie może wyniknąć bywa większe niż zło które chce się powstrzymać. Zwłaszcza w atmosferze niedopowiedzeń, zamiatania sprawy pod dywan itp zmiana proboszcza łatwo może wywołać podział w parafii. Niestety wciąż zauważa się brak konsekwencji dyscyplinarnej wobec proboszczów. Łatwą ręką alienuje się tych którzy podpadli ideologicznie, którzy naruszają święty spokój, zostawiają świecznik tym którzy często są skrytymi tyranami jednakże mało medialnymi. Owszem proboszcz ma prawo wymaga posłuchu od wikarych i jest ich przełożonym wbrew romantycznej wizji nakreślonej przez dokumenty soborowe to jednak w sytuacji kiedy każdy kolejny wikary zgodnie prosi po roku posługi o przeniesienie przynajmniej przy trzecim wikarym warto rozważyć zmianę proboszcza - za tymi słowami kryje się szereg tragedii kapłańskich których byłem świadkiem.

Diecezja czy prowincja zakonna to także szereg innych urzędów.  Stanowczo ponad potrzeby zaopatrywane są kadrowo urzędy kurialne. Odciąganie zwłaszcza dobrych kapłanów od duszpasterstwa do pracy urzędniczej ma sens tylko wówczas gdy jest to praca w seminarium. Niestety zauważa się coraz częstszy trend do traktowania funkcji seminaryjnych kadencyjnie podczas gdy zmiany moderatorów zwłaszcza częste wpływają jeszcze bardziej na tak delikatną strukturę jaką jest seminarium niż jak to jest w przypadku parafii. Z wielkim uznaniem patrzę te kilka diecezji które mają stabilną politykę kadrową w seminarium, gdzie rektorzy swoją funkcję pełnią po kilkanaście lat a prefekci co najmniej 10 lat. Oczywiście niesprawdzającego się moderatora trzeba wymienić, jednak pamiętając przy wszelkich wyborach że seminarium to absolutnie najważniejsza komórka każdej diecezji czy prowincji zakonnej. Z żalem obserwuję jak seminarium bywa instrumentalnie taktowane do zdobycia koniecznego życiorysu dla kandydatów do biskupstwa, kiedy kapłan zostaje rektorem na krótki okres czasu tylko po to by zostać biskupem. Takiej polityce kadrowej Pan Bóg na pewno nie pobłogosławi.

Są wreszcie wybór i przeniesienia biskupów. O tych ostatnich wspominałem już osobliwie we wpisie o biskupach. Wspomnę tylko że kryteria doboru jakie realnie się stosuje są tragiczne. Wybierani są kapłani bierni, mierni i wierni. Zwykle są to ludzie bez osobowości, spolegliwi - potem takie też są nauczania biskupów oraz indolencja w podejmowaniu ważnych decyzji. Paradygmat świętego spokoju jaki niewątpliwie przyświeca wielu elekcjom nie służy Kościołowi.

Wreszcie rzecz najbardziej bolesna czyli wciąż utrzymujące się dyscyplinowanie poprzez przeniesienie na karną placówkę. Jak kiedyś już wspominałem takie stawianie kwestii posłania do Kościoła lokalnego jakim jest parafia stanowi klęskę zupełną i osobiście gdybym był w mocy zdjąłbym każdego biskupa który taką metodę stosuje. Nawet jeśli po rozważeniu sprawy przeniesienie jest konieczne to winno się ono odbywać w duchu zatroskania zarówno o wspólnotę z której i do której kapłan będzie posłany jak i jego samego. Owoce takiej polityki mogliśmy niedawno oglądać na ekranie telewizorów gdzie znany film pokazywał że źle przeprowadzone przeniesienie wcale nie rozwiązuje problemu ale rozsiewa go w inne miejsce. 

Moim wpisem nie zamierzam wpływać na decyzje które przełożeni dokonują we własnym sumieniu przed Panem Bogiem, toteż publikuję ten post po sezonie na zmiany. Nie mnie zabierając głos mam nadzieję że rachunek sumienia jaki winien czynić wieczorem każdy katolik zrobią sobie także ci którzy są odpowiedzialni za nieprzemyślaną strategię kadrową. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk




piątek, 31 maja 2019

Problem z pedofilią w Kościele

Laudetur Iesus Christus!

Z wielkim zainteresowaniem obejrzałem film Sekielskich oraz zapoznawałem się z całą otaczającą go kampanią reklamową, wyborczą oraz z wypowiedziami hierarchów modernistycznego kościoła. Stwierdziłem że nadszedł czas by zabrać głoś, w tej jakże głośnej sprawie, szczególnie że spotkałem się z kilkoma osobami które doświadczyły nadużyć seksualnych - sam osobiście nie, natomiast jestem sobie w stanie wyobrazić zarówno skalę problemu jak i jego ciężar.

Przede wszystkim pedofilia nastręcza szereg trudności metodologicznych, bo jako termin nie jest jednoznaczna. W polskim prawie za pedofilię uznaje się realizację pociągu seksualnego do nieletnich przed ukończeniem przez nich 15 roku życia. Sam termin pedofilii odnosi obiekt seksualny do dziecka, a dziecko jest nim aż do pełnoletniości czyli do ukończenia 18 lat. Z drugiej strony kryteria rozwojowe jasno rozgraniczają dzieci oraz młodzież - jednak granica ta znowu jest bardzo niespecyficzna i de facto jest ona zmienna osobniczo. Trudno także mówić o pedofilii w stosunku do osób które zgodnie z prawem mogą zawrzeć ważne małżeństwo, a to w Kościele może zawsze 16 letni mężczyzn i 14 letnia kobieta. Pewnym rozwiązaniem jest wprowadzenie terminu efebofilii a więc pociągu seksualnego do dorastającej młodzieży. Specyfika nadużyć co jest bardzo symptomatyczne w Kościele dotyczy właśnie kategorii efebofilii, również częściej ofiarami padają chłopcy. Ma to ważkie znaczenie w refleksji nad przyczynami tego zjawiska. 

Od strony moralnej czyny pedofilne jawią się jako wielkie zło. Sądzę iż nie będzie przesadą włączenie tegoż grzechu wraz z bestialstwem do czynów sodomskich i potraktowanie go jako grzechu wołającego o pomstę do nieba. Sądzę iż uzasadnienie jest bardzo proste - ciężkość winy jak również bezbronny obiekt tego czynu powoduje niesprawiedliwość sięgającą bram nieba, zresztą w katalogu grzechów wołających o pomstę do nieba znajduje się już uciskanie wdów i sierot, a więc specyficzny grzech którego przedmiotem mogą być dzieci w szczególnej sytuacji. Nauczanie Kościoła jest w tej kwestii jasne i spójne - czyny pedofilne stanowią ciężką materię i jako takie są podstawą dla grzechu śmiertelnego. Nie mniej oczywiście słuszne są postulaty włączenia tego typu czynów nie tylko w traktaty moralne ale także kanoniczne. Szczególny ciężar przewinienia domaga się szczególnego potraktowania. Niestety w nowym prawodawstwie dopuszczono wieloletnich zaniedbań tego tematu. Okazuje się że już w XVI w papież Leon X nakazywał sankcje zarówno karne jak i kanoniczne wobec każdego kto dopuszcza się pedofilii. Potem św. Pius V nakazywał wydanie duchownego uprawiającego pedofilię władzy świeckiej po uprzednim uroczystym zdegradowaniu - można się tylko domyślać że kary wykonywanej przez sąd świecki taki osobnik nie przeżywał. Również w okresie tak zwanego oświecenia Kościół nie zapomniał o problemie i duchowieństwo dopuszczające się grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu nakazywał zsyłać na tak zwane galery oraz degradować bez prawa przywrócenia. Ostatecznie Kodeks Kanoniczny z 1917 r przewidywał suspensę ferendae sententiae za grzechy przeciw VI przykazaniu, a w ciężkich przypadkach do których niewątpliwie zaliczała się pedofilia nakazywał depozycję czyli wydalenie ze stanu duchownego. Znamienitym jest fakt, że po tym jasnych deklaracjach kanonicznych w KPK z 1983 w zasadzie pozostała penalizowana jedynie solicytacja.... . Dopiero Franciszek upomniał się o wydalanie ze stanu duchownego każdego dopuszczającego się pedofilii i to po serii skandali. Ze smutkiem trzeb przyznać iż przez szereg lat norm praktycznie nie było, stosowano jedynie środki karne w postaci przenosin, czy ograniczenia pracy z dziećmi. Trzeba uczciwie przyznać, że środki te nie muszą być podyktowane li tylko paradygmatem świętego spokoju. Jestem w stanie zrozumieć iż może chodzić także o dobro duszy takiego kapłana, który wydalony ze stanu duchownego już totalnie pofolgowałby swoim zboczeniom. Jednak niestety fakty wskazują na pierwszą przyczynę. Gdyby chodziło o  dobro zarówno Kościoła jak i kapłana to przeniesienie byłoby zawsze albo w kierunku zakonu ścisłej obserwancji albo do prac administracyjno-porządkowych np archiwum, gdzie niestety jak wiadomo przeniesienia odbywały się na równorzędne placówki o charakterze stricte duszpasterskim. Nie bronię zatem biskupów, ale jednocześnie nie uważam iż przeniesienie zawsze jest złym rozwiązaniem.

Należy jednak bardziej pochylić się nad przyczynami i paradoksalnie zgadzam się ze słynnym stwierdzeniem Dody, że to pedofile zostają księżmi. Niestety ruchy w kierunku rozwiązania tego problemu idą w kompletnie złym kierunku. Efektem nagonki są postulaty zwiększenia częstotliwości i dogłębności badań psychologicznych dla przyszłych kapłanów oraz wrażliwość na wyłapywanie tego typu zaburzeń już w seminarium. Proceder ten będzie kolejnym polowaniem na czarownice, które okaże się kompletnie nieskuteczne. Nie ma narzędzi które umożliwiałyby zajrzenie do umysłu czy duszy badanej osoby, jednak jeśli założymy że to rzeczywiście Pan Bóg powołuje to kierując się przesłankami nadprzyrodzonymi można rozeznać brak powołania u kleryka. Nie zrobi to jednak ani psycholog, ani seksuolog, ale wierzący kapłan. Trzeba założyć, że Pan Bóg nie chce dla Kościoła źle i nie powoła do stanu kapłańskiego pedofila, zatem zamiast polować na pedofilów wśród kleryków co jest zadaniem a wykonalnym należy mądrze rozeznać ich powołanie. Musiałbym w tym momencie powtórzyć postulaty z wpisów dotyczących formacji seminaryjnej z wakacji 2017 r. Żeby nie dopuścić pedofila do święceń trzeba skupić się szczególnie na dwóch wymiarach mianowicie moralnym i duchowym. Pedofilia sama w sobie podobnie jak homoseksualizm nie zakłada aktualizacji chorej inklinacji. Stan skłonności można porównać do czynnika mutagennego dla choroby nowotworowej. Każdy wie że palenie papierosów zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania na raka płuc, krtani, pęcherza oraz nerki jednak znamy palaczy którzy w dobrym zdrowiu dożyli swoich dni, ponieważ dopiero splot kilku czynników prowadzi do aktywacji choroby. Podobnie jest z zaburzeniami seksualnymi. Osoba cnotliwa może zaburzenia mieć, ale przez wzgląd na dobrze ukształtowany kręgosłup moralny w połączeniu z odpowiednim urobieniem duchowym nie zaktualizuje ich nigdy. Zresztą podobny problem dotyczy nie tylko pedofilii ale także innych form podwójnego życia duchownych i to nie tylko w aspekcie seksualnym ale także np materialnym. Jednak jeśli dziś uczymy młodych kleryków, że Pan Bóg jest nieskończenie miłosierny, a piekło jest puste to nie dziwmy się że pozbawiając ich naturalnego szczepienia jakim jest pamięć o rzeczach ostatecznych dopuszczamy do rozhamowania. I nie pomoże tu żadna tak zwana dojrzałość. Każdego człowieka wprowadzając odpowiednio w błąd można doprowadzić do grzechu, uczy o tym już sama Księga Rodzaju. Należy więc patrzeć na kryteria moralne i duchowe aby ustrzec kleryków przed pedofilią. Oczywiście problem rozciąga się także na dalsze życie kapłańskie. Dobra formacja seminaryjna to pewien zaczyn, ale jeśli ziarno wpadnie na nieurodzajną glebę to obumrze, albo wykiełkuje na karłowatą, rachityczną roślinę. Szczególnie biskup powinien dbać o swoich kapłanów także po święceniach i być prawdziwie ich ojcem oraz duszpasterzem. Formacja stała duchowieństwa jest bardzo fasadowa. Biskupi zamiast przecinać wstęgi i jeść wystawne obiady powinni poświęcać czas swoim kapłanom, dobrze ich poznać zwłaszcza kiedy diecezje są tak małe jak dziś. Niestety to wymaga zmian o charakterze już ponad pokoleniowym bo i biskupów nie mamy dobrze uformowanych. Wielkim problemem są także środowiska z których wywodzą się kapłani. Nierzadko sami oni byli obiektem molestowania. Propaganda seksualizmu od lat najmłodszych sprzyja rozwojowi dewiacji, bo seksualność prawidłowo wzrosnąć może tylko w środowisku pełnym miłości i cnoty rozumianej jako praktyczna zdolność umysłu i woli do czynienia dobra. 

Film który stanowił motor do toczącej się dyskusji pokazał, że nadużyć dokonują źle uformowani kapłani, UB-ecy oraz tak zwana lewica kościelna. Proszę mi pokazać jednego kapłana w Polsce który regularnie odprawia Mszę klasyczną i ma sprawę o pedofilię. Prawda jest taka że przed problemem chroni wiara katolicka w jej ujęciu tradycyjnym. Trzeba uczciwie przyznać iż od strony filmowej dokument jest zrobiony na wysokim poziomie, ale zastanawia dlaczego w całej dyskusji o pedofilii nie podejmuje się tematu pedofilii w innych środowiskach oraz nie pokazuje się że na Dzikim Zachodzie powstają partię (legalnie działające!) których celem jest legalizacja pedofilii pod pozorem rzekomych praw dzieci do miłości oraz dorosłych do realizowania popędu byleby nie przemocowego W wielu krajach środowiska te lobbują na rzecz obniżenia wieku przyzwolenia co tak de facto jest legalizacją pedofilii na raty. Do tego zapomina się zupełnie o prawnie usankcjonowanej pedofilii w islamie, mało tego czyni się wyjątki w prawie nie-szariackim żeby dopuszczać do owych skandalicznych małżeństw, często tak zwanych małżeństw na jedną noc... . To wszystko czytelnicy mogą sobie sprawnie wyszukać. Podczas gdy tylko środowiska katolickie są obciążane za pedofilię - nie mówi się o tejże nawet w innych denominacjach chrześcijańskich oraz sektach. Przecież pastorzy mają żony więc nie molestują nikogo, a wiadomo że za pedofilię odpowiedzialny jest celibat - takie hasła niejednokrotnie można usłyszeć. Wszystko to pokazuje czemu cała ta narracja ma służyć, ostatecznie chodzi do uszczuplenia i tak już wątłego autorytetu machiny modernistycznej Kościoła  oraz pozbawieniu Kościoła zarządu na dobrami doczesnymi. Ciekawe że nikt nie postuluje aby szkoła miała wypłacać odszkodowanie za pedofilię jej pracownika, tak samo nie myśli się o tym wobec lekarza i szpitala. Takich przykładów jest sporo. Należy szczególnie pamiętać i rozważyć pochopne deklaracje biskupów nie wykluczające wypłaty stosownych kontrybucji. A to są nasze pieniądze! One powinny być przeznaczone na kult Boży, na misję Kościoła w świecie.

Wydaje się że środki które próbują wykoncypować zarówno hierarchowie jak i władze świeckie są niewystarczające. W prawie kanonicznym powinna być kara suspensy latae sententiae albo w ogóle tego typu kara ekskomuniki dla każdej osoby dopuszczającej się pedofilii najlepiej z rezerwatem papieskim. Władza świecka do niczego nie dojdzie podwyższając lata odsiadki do 30 czy ilu tam. Pedofile powinni być po prostu kastrowani i tylko w uzasadnionych przypadkach trzymani w więzieniu jeśli mimo wykastrowania zdaniem biegłych zagrażają porządkowi publicznemu. Na pedofilię należy patrzeć jak na chorobę którą należy z przyczyn społecznych leczyć przymusowo podobnie jak to się robi  przypadku niektórych innych chorób.  Do tego zasądzać należy odszkodowania z majątku pedofila lub obciążać go dożywotnim obowiązkiem alimentacyjnym wobec ofiary.  Niestety dzisiaj nie ma możliwości leczenia tej choroby, nawet jeśli pedofil się zgłosi i przez specjalistyczne badania zostanie potwierdzona jego pedofilia to nie ma szans na zabieg kastracji - nie wolno go wykonać nawet odpłatnie. Należy popatrzeć więc także na drugą stronę - poza kastracją chemiczną, która nie zawsze jest skuteczna, pedofil nie ma możliwości by się skutecznie leczyć. 

Ostatecznym przyczynkiem do walki z pedofilią jest oręż wiary. Owo wyśmiewane straszenie piekłem ma tu swoje miejsce i jest środkiem który chronił przed złem wiele pokoleń chrześcijan. Nie chodzi tylko o straszenie ale także a może przede wszystkim o świadomość zła, sądu Bożego i wynikających zeń implikacji soteriologicznych. Obawiam się że problem pedofilii nie zostanie rozwiązanych. Za kilkadziesiąt lat jeśli nie obrzezamy naszych serc na wiarę katolicką pedofilia będzie uznawana jako jedna z kilkudziesięciu orientacji seksualnych i zostanie prawnie zalegalizowana. Grzech ten woła i głośno wołać będzie o pomstę do nieba. Kyrie elejson!


Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 6 - interkomunia

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z moich wykładowców powiedział wprost - celem działań ekumenicznych jest doprowadzenie do interkomunii. Mianem interkomunii nazywa się wzajemne międzywyznaniowe dopuszczenie do wspólnoty eucharystycznej, to zakłada implicite także wspólną naukę o Najświętszym Sakramencie, Mszy Świętej, a zwykle także o kapłaństwie. W praktyce stanowi często fuzję  obydwu wyznań.

Co roku w okresie oktawy jedności i różnorodności internety zalewają informacje dotyczące bezbożeństw pseudoeucharystycznych. Gdyby chodziło o łamanie się opłatkiem, nikt nie śmiałby podnosić rwetesu. Ale rzecz przestawia się zgoła odmiennie - spotkania ekumeniczne żywo mają przypominać wspólną Eucharystię, bo Mszą Świętą takie obrzędy trudno już nazwać. I nawet jeśli Pan Jezus Chrystus nie jest w sposób substancjalny obecny na takowych zebraniach to zastanawia sam wymiar parenetyczny i pedagogiczny owych przedsięwzięć. Bo takie celebracje wychowują wiernych i wpajają im świadomość, że komunikowanie wraz z heretykami i schizmatykami jest w porządku. Kolejne pokolenie może utracić Mszę Świętą. Zresztą temat tak zwanej Eucharystii ekumenicznej wałkowany jest od dawna, a raz na jakiś czas wypływa w postaci newsa tylko po to aby zbadać opinię laikatu na rzeczony temat.

Z teologicznego punktu widzenia istotne są dwa aspekty. Pierwszy to kwestia ważności samego sakramentu. Jest oczywiste, że podczas spotkań opłatkowych wspólnot protestanckich do żadnego przeistoczenia nie dochodzi. Oni sami tego nie ukrywają, choć nie przeszkadza im to wyciągać bezbożnie ręce po największy skarb Kościoła, oczywiście pod warunkiem, że nie muszą przed Nim klękać. Sami zresztą hojnie praktykują gościnność eucharystyczną zwodząc rzesze naszych wiernych, którzy czasem oddają ich opłatkom latreutyczną, bałwochwalczą cześć. Zwiedzenie katolicy uczestniczący w takich obrzędach tracą kompas wiary i stają się materialnymi protestantami.

Drugim aspektem jest eklezjalny wymiar owej interkomunii. I wydawałoby się że wszystko jest w porządku. W końcu dzisiaj wiele się mówi o tym jak przyjmowanie Komunii Świętej jest wyrazem i znakiem jedności z Kościołem. Jakże jednak różnie pojmuje ów eklezjalny wymiar Komunii Świętej modernizm, Kościół oraz cerkiew prawosławna, zwłaszcza Patriarchat Moskwy i Wszechrusi. Moderniści Pragną interkomunii po to by zaprowadzić formalny i materialny paneklezjalizm.  Dla nich interkomunia to znak że żyjemy w prawdziwie pojednanej różnorodności. Kościół zgodnie z teologią Mistycznego Ciała Chrystusa zauważa szeroki kontekst eklezjalny, jednak nie jest on dominujący. Przyjęcie Komunii Świętej to przede wszystkim sakrament, który jednoczy wiernego z Panem Jezusem i dopiero z tej perspektywy z Kościołem. Wreszcie prawosławie które wymiar eklezjalny Komunii Świętej znowu wynosi aż zanadto. Tam bowiem komunikowanie się jest znakiem nie tylko przynależności konfesyjnej ale wręcz liturgicznej. 

Stanowiska modernistyczne i prawosławne są oczywiście błędne i pomniejszają wartość Komunii Świętej jako sakramentu. Ani moderniści, a wraz z nimi protestanci, ani paradoksalnie prawosławie nie zauważa w pełni osobowego Pana Boga kawałku eucharystycznego chleba. Dzieje się tak dlatego, że tylko Kościół wyraził kompletną naukę o Najświętszym Sakramencie.

W praktyce interkomunia jest dopuszczona. Zgodnie z nowym prawem kanonicznym można udzielić Komunii Świętej heretykom i schizmatykom, jeśli wyznają katolicką wiarę w odniesieniu do tego sakramentu. Przy tym wszystkim skandaliczne jest to, że nie wymaga się od nich w pełni katolickiego wyznania wiary, czyli powrotu do Kościoła. To że katolikom pozwala się in articulo mortis przyjmowanie Najświętszego Sakramentu od niekatolików, byleby oczywiście sam sakrament był ważny nie dziwi. Natomiast jest wielce zastanawiające, że prawodawstwo udziela takiej zgody w sytuacji gdy zagrożenia życia nie ma, gdy istnieje przez dłuższy czas niemożliwość otrzymania sakramentu od katolickiego szafarza. Taki zapis w konsekwencji prowadzi do indyferentyzmu.

I jako klamrę niniejszych rozmyślań dodam wypowiedź innego profesora, który porównał ekumenizm do podróży w wagonie restauracyjnym, owszem eleganckim, z suto zastawionym stołem, kapelą i profesjonalną obsługą. Jednak bawiący się w owej salonce restauracyjnej sami nie znają i nie potrafią przewidzieć celu swej podróży. Obserwując ich z zewnątrz wydawać by się mogło, że ich celem jest sama zabawa. A ja dodam, że stacja końcowa jaką będzie niewątpliwie sąd Boży może owych bawiących się bardzo zaskoczyć. Wspólne biesiadowanie na kredyt kończy się nie tylko drobną dyspepsją ale zwykle także surową windykacją. Celem życia człowieka jest zbawienie duszy. Każdy z nas wie, że nie żyje się po to żeby jeść, ale je się po to żeby żyć. Interkomunia pomija cel Komunii Świętej jaką jest uświęcenie poprzez zjednoczenie z Panem Bogiem, składa w ofierze cel ostateczny na rzecz dobrej wspólnej zabawy. "Święte, świętym! Kto święty niech przystąpi, kto nim nie jest, niech czyni pokutę."

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 20 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 4 - mieszane małżeństwa

Laudetur Iesus Christus!

Na wykładach z prawa kanonicznego nasz wykładowca wypowiedział kontrowersyjną dla wielu tezę: "W zasadzie małżeństwa mieszane to dyspensa od 6 przykazania". Podstawą twierdzenia jest kanon 1086 § 2 Kodeksu z 1983 r, który stanowi o możliwości dyspensowania od różności religii. Profesor  mówił co prawda o małżeństwach międzyreligijnych, ale rozważając problem doszedłem do wniosku, że niestety konieczna jest ekstrapolacja na przynajmniej część małżeństw międzywyznaniowych w łonie chrześcijaństwa.

Małżeństwo jak dobrze wiemy jest 7 sakramentem Kościoła ustanowionym przez Chrystusa Pana dla zapewnienia fizycznej płodności Kościoła, rozszerzania w widzialny sposób Królestwa Bożego i dla katolickiego wychowania dziatwy. Małżeństwo w sposób szczególny odzwierciedla relację Chrystusa Pana do Kościoła. Jest więc ważnym znakiem zbawczym nie tylko dla samych małżonków, ale także dla całej społeczności wiernych. Podniesienie małżeństwa do rangi sakramentu to jedna z większych łask jaka mogła spotkać rodzaj ludzki i wypełnienie błogosławieństwa zawartego w Księdze Rodzaju dotyczącego płodności i rozmnażania się. W ten właśnie sakrament herezja protestancka uderzyła najsampierw.

Ale po kolei... . Argumentacja profesora kanonistyki była dość prosta. Skoro jest nauką katolicką iż nupturienci sami dla siebie są szafarzami sakramentu małżeństwa, to jakimże jest szafarzem nieochrzczony? A nawet jeśli uznamy że małżeństwo jest sakramentem z natury rzeczy, co jak wiemy prawdą nie jest to i tak fakt nieuznawania katolickiej nauki o małżeństwie zrywa autentyczność znaku i powoduje że całe ślubowanie jest symulacją. I właśnie to ostatnie stwierdzenie stało się dla mnie asumptem do dalszych dociekań.

Kościół obwarował małżeństwo licznymi przeszkodami. Poza przeszkodami Kościół stwierdza iż niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci którzy nie mają zdolności do wyrażenia zgody na małżeństwo, kanony 1095-1117 Kodeksu z 1983 r. Skoro można stwierdzić nieważność małżeństwa powodu braku zgody małżeńskiej spowodowanej błędną świadomością co do samego małżeństwa czy to zawinioną czy też niezawinioną, to czy tym bardziej jest nieważne małżeństwo zawierane z jednej strony przez katolika, a z drugiej strony kogoś kto publicznie i uparcie odrzuca katolicką naukę o małżeństwie. Logika podpowiada, że takie małżeństwo nie może być ważne.

Warto zastanowić się nad przykładami:
a) małżeństwo katolicko-protestanckie
Jaką materią zgody małżeńskiej dysponuje protestant podchodząc do małżeństwa z katolikiem? Przede wszystkim protestant nie uznaje małżeństwa za sakrament, gdyż sam Luter oraz inni herezjarchowie protestanccy uznawali że małżeństwo to sprawa doczesna podległa władzy świeckiej, a nie duchownej. Skoro protestant odrzuca ten sakrament jako taki, to czy może być jego szafarzem lub przyjąć go? Skoro wymagamy zgodnie z zasadami tradycyjnej sakramentologii od szafarza intencji tego co czyni Kościół to tutaj tej intencji nie ma - szafarz nie chce udzielić ani przyjąć sakramentu małżeństwa. Małżeństwo katolicko-protestanckie z pewnością będzie jedynie kontraktem cywilnym zwartym w pięknym sakralnym otoczeniu z ckliwym kazaniem oraz może nawet kadzielnym dymem. 
b) małżeństwo katolicko-prawosławne
Do ważności takiego małżeństwa istnieją dwie przeszkody. Pierwszą z nich jest szafarz. To czego zabrania Kościół klerykom, na to pozwala cerkiew swojemu duchowieństwu. Szafarzem małżeństwa w prawosławiu jest prezbiter. Jak zatem ma zajść sakrament skoro jeden z szafarzy ceduje swoje szafarstwo na kogoś nieuprawnionego? A nawet jeśli uznamy, że kwestia szafarza jest zupełnie drugorzędna to pozostaje kwestia nierozerwalności małżeństwa. Chociaż cerkiew optuje przeciw rozwodami, to jednak dopuszcza je i praktykuje drugie pokutne małżeństwo. Czy jeśli jeden z nupturientów implicite dopuszcza możliwość zawarcia drugiego małżeństwa to czy wyraża zgodę na sakrament małżeństwa rozumiany po katolicku? Moim zdaniem nie. Małżeństwa mieszane katolicko-prawosławne uznaję zatem za niesakramentalne podobnie jak te katolicko-protestanckie.
c) małżeństwo katolicko-starokatolickie
Specyfika denominacji starokatolickich jest złożona. Chociaż starokatolicyzm co do zasady uznaje sakramenty to jednak cechuje się indywidualizmem doktrynalnym. Wierni nie są obowiązani wierzyć wiarą boską w głoszone przez te wyznania prawdy. Oznacza to, że cała sakramentologia nie jest również dogmatyczna. Wobec tego wszystko to co Kościół o małżeństwie naucza nie zobowiązuje pod rygorem grzechu śmiertelnego. Notabene starokatolicy w większości odrzucają spowiedź lub traktują ją fakultatywnie. To co napisałem odnośnie do małżeństwa katolicka-starokatolickiego suponuje pewne wątpliwości, jednak w porównaniu z poprzednimi wyznaniami są one najmniejsze i  dużej mierze zależą z którą wspólnotą starokatolicką mamy do czynienia.

Wyklęty kleryk nie ma żadnych wątpliwości że klasyczne małżeństwa międzyreligijne są kontraktem niesakramentalnym z powodów przytoczonych we wstępie do niniejszego wpisu. Kościół zawsze przed małżeństwami mieszanymi przestrzegał i surowo je wzbraniał. Dziś tak hojnie udziela w tym względzie dyspens, że wielu proboszczów, w tym mój proboszcz różności wyznania nie uznaje już wcale za przeszkodę i rozkazuje by nie wpisywać tej przeszkody małżeńskiej w kartotekach parafialnych. W praktyce zakaz małżeństw mieszanych został zniesiony. Jest to tragiczna sytuacja - Kościół już kilkadziesiąt lat temu zaczął zezwalać na życie w związkach niesakramentalnych. Po zadekretowaniu niesakramentalnych małżeństw mieszanych, odrzuceniu fundamentalnego celu małżeństwa (a przynajmniej odsunięciu go na bok) przychodzi dzisiaj kolejna fala protestantyzacji małżeństwa, które powoli przestaje być sakramentem. Wierni nauczani przez fałszywych pasterzy tracą zdolność do zawierania tego sakramentu. Dzieje się to na naszych oczach. Trwa depopulacja fizyczna oraz duchowa. One idą ze sobą w parze. Cywilizacja śmierci triumfuje. Jak długo to ma trwać Boże?

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 19 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 3 - gościnność ambony

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj o czymś co bardzo wzburzało moje nerki gdy byłem w seminarium. Gościnność ambony to praktyka dopuszczania heretyków do głoszenia wiary w katolickich świątyniach. Cały absurd sprowadza się nawet nie do samej praktyki ale reakcji wiernych. Większość z nich gdyby nie mandat hierarchiczny na tego typu akcję po prostu wyszłaby ze świątyni oburzona. Tymczasem ci maluczcy gdy tylko usłyszą o jakimś mitycznym przywileju to zamykają oczy wiary, a otwierają ślepe konformistyczne posłuszeństwo. A nawet gdyby przywilej był to czy praktyka stałaby się przez to godziwa? Rozważmy... .

Przez wieki kazanie, czy też homilia były pozaliturgiczną posługą słowa. Po prawie 20 wiekach istnienia Kościół uznał, iż jest to jednak przepowiadanie liturgiczne i podniósł na Soborze Watykańskim II jego rangę. Odnośne teksty na temat homilii znajdują się w 52 i 53 punkcie Konstytucji o Świętej Liturgii. Niestety wraz z podniesieniem rangi tej formy przepowiadania nastąpiła postępująca pauperyzacja. O jej pozostałych formach czytelnicy dowiedzą się z innego wpisu. Skoro homilia lub kazanie jest częścią liturgii to stanowi ona publiczną Służbę Bożą, należy więc do misterium Kościoła, do sposobu jej przeżywania, szczególnie że jest związana przede wszystkim z celebracją mszalną. Wyklęty kleryk wyznaje relatywizm homiletyczno-liturgiczny. Chociaż uznaje on za prawdę postulat soborowy, co potwierdzają homilie wielkich Doktorów Kościoła, które zaiste są Słowem Bożym, to jednak liturgiczność homilii czy też kazania uzależnia od treści i formy. Liturgia bowiem domaga się właściwej treści i godnej formy. Nie są więc homiliami, czy też kazaniami jakieś przedstawienia dla dzieci, wywody społeczno-polityczne a także prywatna dumka modernistycznych pastuchów. Z uczciwością za kazania wyklęty kleryk nie uznaje także swoich wpisów na niniejszym blogu.

A zatem skoro to liturgia domaga się ona także odpowiedniego szafarza. Szafarzem słowa Bożego jest ważnie wyświęcony kleryk w odpowiednim stopniu. I tak wielowiekowa Tradycja Kościoła za kleryka zdatnego głosić kazania w czasie Mszy Świętej uznaje biskupa oraz prezbitera. Diakon może wygłosić taką naukę tylko za pozwoleniem biskupa lub prezbitera. Potwierdza to wyraźnie kanon 767 Kodeksu z 1983 r: "Wśród różnych form przepowiadania szczególne miejsce zajmuje homilia. Stanowi ona część samej liturgii i jest zarezerwowana kapłanowi lub diakonowi. W
ciągu roku liturgicznego należy wykładać w niej na podstawie świętych tekstów tajemnice wiary oraz zasady życia chrześcijańskiego." Nie ma zatem mowy o żadnych minorystach, świeckich, czy wreszcie heretykach. Aby swój nikczemny zamysł przeprowadzić moderniści wykoncypowali przywilej, którego choć długo szukałem znaleźć nie mogłem. Zresztą nawet gdybym znalazł takowy to materialnie kwestia nie wyczerpuje znamiona przywileju. Z kanonu 76 Kodeksu z 1983 r: "Przywilej, czyli łaska udzielona dla pożytku pewnych osób, fizycznych lub prawnych, szczególnym aktem, może być przyznany przez ustawodawcę oraz przez władzę wykonawczą, której prawodawca dał taką władzę." Jakiż tutaj jest pożytek i jaka łaska? Uczono mnie na modernistycznym fakultecie teologicznym że przywilej nie może być sprzeczny z obowiązującym prawem, gdyż wtedy zowie się on indultem. Zatem przywilej nawet gdyby się znalazł nie byłby prawomocny. Jaka jest różnica pomiędzy przywilejem, a indultem? Indult to wyjątek od prawa (contra legem) nadany przez prawodawcę kościelnego dla danej osoby np.: indult sekularyzacyjny pozwalający odejść z zakonu, przywilej zaś to coś będącego obok prawa (iuxta legem) np.: przywilej noszenia racjonału dla arcybiskupa Krakowa. 

Rozważmy sprawę od strony czysto moralnej. Skoro wiadomo, że herezja jest czymś szkodliwym, a heretyk szerzy ową szkodliwą rzecz, to czy godzi się go dopuszczać do miejsca z którego można fałsz rozpowszechniać? Szkodzi to samemu heretykowi, którego utwierdza się w błędzie często tytułując go w sposób nieodpowiedni. W końcu dopuszczenie kogoś w Kościele do tak ważnej czynności oznacza aprobatę dla wygłaszanych poglądów. Wreszcie szkodzi maluczkim, którzy stają bezbronni wobec nawet niefarbowanego wilka. Pasterze dopuszczający do takich bezeceństw grzeszą ciężko. I padnie argument, że przecież  praktyka gościnności ambony nie zna głoszenia treści spornych, że jest refleksją teologiczną, łamaniem się Słowem Bożym itp farmazony. Bardzo proszę stworzyć panel dyskusyjny lub pogadankę poza przestrzenią świętą i poza liturgią. Z chęcią wyklęty kleryk zaproszenie przyjmie. Jednak w duchu i prawdzie. Nie wolno nazywać Słowem Bożym coś co nim być nie może. Nawet jeśli heretyk wygłosi luźną refleksję, to sam klimat w jakim się to dzieje, nazywanie pastora księdzem, a superintendenta biskupem oraz cały entourage tego przedsięwzięcia jest z gruntu przesiąknięty herezją indyferentyzmu religijnego. 

W dobie nazywania ambony stołem Słowa Bożego i wynoszenia ponad zdrowy rozsądek parenetycznego wymiaru liturgii mszalnej dochodzi właśnie do profanacji liturgii Słowa. Dopuszczanie szafarzy niekatolickich do ambony to szczególny przypadek communicatio in sacris. Dotyczy bowiem bardzo wymiaru duszpasterskiego i jest wielkim zgorszeniem dla wiernych. Przeciwko praktyce gościnności ambony należy przedsięwziąć radykalne kroki nie wyłączając fizycznej blokady ambony. Świątynia katolicka, a tym bardziej liturgia nie jest prywatnym folwarkiem celebransów. Niech ci pamiętają, że zdadzą sprawę ze swego urzędowania przed Bogiem samym. Wierni zaś obowiązani są takie nauczanie przynajmniej bojkotować czy to przez porzucenie uczestnictwa w ekumenicznych bezbożeństwach lub też ostentacyjne wyjście w trakcie takiego przepowiadania. Jest aktem wielkiej odwagi rozpoczęcie w grupie różańca czy też fizyczna blokada ambony przed wstępującym nań heretykiem. Należy się przeto organizować, a wilki w owczej skórze oręża różańca i zmysłu wiary prostego ludu wiernego rychło się przestraszą. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 19 lutego 2017

Kultura tymczasowości - emerytury duchowieństwa

Laudetur Iesus Christus!

Gdy w 6 lipca 2013 r papież Franciszek przestrzegał przed kulturą tymczasowości byłem szczerze ucieszony i żywiłem płonne jak się okazało nadzieję co do jej zniesienia w Kościele przynajmniej w wymiarze instytucjonalnym. Oto co powiedział papież: "Nie wiem, czy to prawda, ale powiedziano mi, że pragniecie oddać życie na zawsze Chrystusowi - mówił Ojciec Święty. - Tak, teraz klaszczecie, świętujecie, ale kiedy skończy się miesiąc miodowy, co się stanie? Kiedyś jeden seminarzysta mówił mi, że chce służyć Bogu, ale tylko przez 10 lat. To jest niebezpieczne. Żyjemy pod naciskiem kultury tymczasowości. Wszystko jest na jakiś czas: małżeństwo, kapłaństwo, życie zakonne. To jest groźne. Musicie o tym pamiętać".

A ja zadaję dziś publicznie pytanie - czym się różni oddanie się Bogu na "wyłączną" służbę w perspektywie 10 od oddania się na rzeczoną służbę przez okres dajmy na to 50 lat? Tyle mniej więcej mija pomiędzy święceniami prezbiteratu, a wiekiem emerytalnym duchownych ustalonym na 75 lat. Zgodnie z przepisami prawa kanonicznego (por. kan 401 § 1 i kan 538 § 3). Czy sprawowanie urzędu ministerialnego - związanego z przyjętymi święceniami może w ogóle podlegać czasowości w perspektywie nauki o znamieniu sakramentalnym? Chociaż osoby z którymi dyskutuję na ten temat wskazują, mi że przecież ksiądz na emeryturze może spowiadać, czy sprawować Mszę Świętą, to jednak w praktyce emerytura kapłana oznacza odsunięcie go od duszpasterstwa i ograniczenie możliwości wykonywania przez niego urzędu. Jeśli popatrzymy na kapłaństwo jako na powołanie dane przez Boga, to jasne staje się że odwołania ze względu na ubywające siły może dokonać tylko Bóg poprzez chorobę lub śmierć. Oczywiście biskup, czy wobec biskupa Stolica Apostolska może podjąć decyzję o przeniesieniu podległego duchownego ze względu na dobro Kościoła, moje zastrzeżenia budzi jednak fakt zinstytucjonalizowania takiej decyzji. Przez 19,5 wieku chrześcijaństwa nikt nawet nie pomyślał o emeryturach duchowieństwa. Dla wszystkich było jasne, że charakter posługi zmieniał się wraz z wiekiem, jednak starszych wiekiem kapłanów nie odsuwana, wręcz przeciwnie korzystano obficie z ich mądrości życiowej. 

Jako kleryk miałem okazję kilka razy widzieć dramat kapłanów skazanych na suspensę związaną z wiekiem. Szczególnie rozmowa z pewnym kapłanem archidiecezji krakowskiej dała mi wiele do myślenia. Oto 70-letni kapłan będący jeszcze w pełni sił, chodzący po górach i zastępujący dyrektora pewnego ośrodka rekolekcyjnego w Beskidzie Wyspowym przeżywał smutek w związku z pozbawieniem go urzędu proboszcza. Po dłuższej rozmowie wyznał mi, że jedyną jego winą jest wiek, niczym nie podpadł - po prostu zgodnie z przepisami prawa musiał poprosić o zwolnienie go z urzędu. Teraz jest kapłanem tułaczem żebrzącym o możliwość sprawowania właściwych sobie funkcji. Ta sama rzecz dzieje się z biskupami - nikt już dziś nie zauważa potencjału, jaki może mieć człowiek starszy. A wystarczy choćby przykład proboszcza mińskiej katedry - ks. Kazimierza Świątka, który w wieku 77 lat przyjął sakrę biskupią i został arcypasterzem dwóch diecezji, a trzy lata później otrzymał kapelusz kardynalski. Pytam się jakim prawem ex definitione pozbawiono go udziału w konklawe w 2005 r? Miałem okazję osobiście poznać tego purpurata, będącego zresztą jednym z największych moich autorytetów. I znów wiek emerytalny dla kardynałów... A priori zakłada się niezdolność udziału w konklawe kardynałów przekraczających wiek 80 lat. Nigdy w historii Kościół nie dokonała się tak rażąca laicyzacja urzędów. Wprowadzenie do systemu kanonicznego wieku emerytalnego zrównuje posługę duchowną do pospolitego zawodu.

W jaki sposób kleryk, który formuje się do przyjęcia święceń, ma w klimacie tych przepisów i sposobu ich praktykowania podjąć decyzję o wyłącznym i wieczystym poświęceniu siebie na służbę Chrystusowi? Jak Wasza Świątobliwość zawalczyła o rzeczywiste zniesienie kultury tymczasowości w Kościele? Wszystkich kapłanów skazanych na emerytalną banicję serdecznie pozdrawiam. Przede wszystkim mojego spowiednika, który też jest objęty tą przykrą, bo światową, normą prawną. A ja przed Bogiem i Kościołem obiecuję, że trwać będę na urzędzie nie tylko do śmierci własnej, ale i po wsze czasy, jeśli spodoba się Bogu odpuścić mi moje nieprawości. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk