Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobór Watykański II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobór Watykański II. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 stycznia 2022

Niech was ręka Boska broni! - tak zwany synod o synodalności

 Laudetur Iesus Christus!

Niech Was ręka Boska broni! Tymi słowami odpowiadam często pobożnym i prawym ale jednak niemądrym katolikom którzy za pomocą tak zwanego Synodu o synodalności roją sobie iż naprawią Kościół. Bynajmniej! Od strony teologicznej to żaden Synod a zwykła demokratyczna rewolta, synod jest bowiem zgromadzeniem katolickich biskupów, a nie ojców rodzin, niewiast, braci zakonnej, minorzystów czy prezbiterów.

Dzieci drogie... .  Nie ujmuję Wam troski o Kościół Święty, ani zapału ewangelizacyjnego ani dobrych chęci. Jednak jak mogliście pomyśleć, że złym narzędziem sprawicie jakieś dobro? Jedna z podstawowych zasad moralnych to ta że cel nie uświęca środków. W istocie nie jest ważne to co tam na tych kacerskich zlotach powiecie, a to co zostanie zapisane i przekazane dalej. Przede wszystkim jednak istotne będzie to że przychodząc zagłosujecie nad bardzo ważną kwestią - mianowicie tą że można nad kwestiami wiary, moralności i duszpasterstwa dyskutować w gronach osób do tego niepowołanych - nie tylko nie-biskupów ale także jawnych heretyków i ateistów. Uczestnicząc w tej hucpie potwierdzamy możliwość współdecydowania o Kościele przez wrogów tegoż... . 

Synod o synodalności jest jawnym wystąpieniem przeciwko ustrojowi Kościoła, który postanowił nasz Pan Jezus Chrystus. Zarząd nad swoją Owczarnią Chrystus Pan powierzył Dwunastu na czele z Piotrem i to oni oraz ich następcy mają decydować. Bardzo znamienna jest ta abdykacja urzędu apostolskiego w dobie kryzysu którego rozmiary zdają się przewyższać kryzys ariański z IV wieku. 

Łódź Piotrowa rzucana jest w fale coraz większych sztormów. Nie ulega wątpliwości że obietnica Pana naszego Jezusa Chrystusa zostanie dochowana. Pamiętajmy jednak że każda fala zmywa z pokładu Matki naszej Kościoła Świętego rzesze wiernych rzucając ich w odmęty piekielnych bałwanów! Pomagając w utrzymaniu kursu sztormowego przykładamy rękę do złego dzieła i stajemy się współodpowiedzialni za zgubę dusz braci. Miast chodzić na spotkania synodalne upadnijmy na kolana, podejmujmy posty a kto wie może Pan się nad nami zlituje i ześle Pasterzy wg swego serca, a nie ducha tego świata. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:

Wyklęty kleryk

poniedziałek, 21 maja 2018

Fałszywy charyzmatyzm

Laudetur Iesus Christus!

Uczono mnie podczas mojej deformacji intelektualnej iż Stary Testamentem był czasem Boga Ojca, Nowy Testament Syna Bożego, zaś w dobie tak zwanej odnowy charyzmatycznej następuje czas Ducha Świętego. Abstrahując od nadawania soborowi watykańskiemu II decydowanie nadmiernej roli w historii zbawienia trzeba stwierdzić iż takie pojmowanie planu zbawienia zatrąca mocno modalizmem - starym błędem związanym z ujmowaniem Trójcy Świętej wg sposobów działania poszczególnych osób. Dzisiejszy błąd mógłby nazywać się temporaryzm. Jest wbrew pozorom dość rozpowszechniony. Oczywiście deformuje obraz Trójcy Świętej która jest jednością, ma tą samą naturą i zawsze działa razem. 

Tak więc Duch Święty jest dzisiaj niezwykle modny. Odnoszę jednak wrażenie, że duch który odnosi się nad dzisiejszymi charyzmatykami z trzecią osobą Bożą ma niewiele wspólnego. Na egzaminie z charytologii i pneumatologii zostałem poproszony o określenie czym jest charyzmat. Być może definicja tradycyjna iż jest to darmo dany człowiekowi dar służący zbudowaniu Kościoła jest zbyt banalna, nie mniej wykładowca nie potrafił mi dostatecznie przekonująco objaśnić charyzmatu w ujęciu współczesnym. Trudno mi się więc nawet do tego odnosić. Wiem jednak, że przez wieki Kościół posiadając i nauczając owej prostej definicji nigdy nie błądził, a nawet wspaniale się rozwijał. Życie charyzmatyczne jak widzę zaczęło zamierać paradoksalnie po soborze watykańskim II.

Być może czytelnicy podniosą teraz rwetes, ale teza z poprzedniego akapitu jest dość łatwa do udowodnienia. Charyzmaty można podzielić na nadzwyczajne i urzędowe. Dziś zwykle goni się za tymi pierwszymi. Istnieją wspólnoty które zajmują się "rozeznawaniem" owych charyzmatów. Oczywiście najczęściej rozpoznawalnymi charyzmatami są dar języków, prorokowanie, czy modlitwa wstawiennicza. Dziwnym jest że wśród innych podawanych przez św. Pawła charyzmatów nie ujawnia się charyzmat uzdrawiania, czy sprawiania cudów. Chociaż pojawiają się grupy nawiedzonych którzy usiłują kogoś uzdrawiać czyniąc to przez internet czy telewizję... . Może więc i pojawią się jacyś ludzie rozeznający takie charyzmaty.  Mamy więc charyzmaty nadzwyczajne, które jak sama nazwa wskazuje nie ujawniają się u każdego i zwykle są rzadkie. Mamy też charyzmaty urzędowe związane z wykonywaniem obowiązków stanu - te są powszechne. Często mówimy że ktoś jest nauczycielem z charyzmą, albo utalentowanym aktorem. Jeśli nasze zdolności zawodowe przynoszą korzyści duchowe pozostałym członkom Kościoła można nazwać je charyzmatami. Takie dary jak najbardziej podlegają rozeznaniu przez Kościół choćby poprzez rozeznawanie powołania i to nie tylko w aspekcie wyboru stanu życia, ale także zawodu. Charyzmaty urzędowe najbardziej strategiczne wiążą się oczywiście z posługą duchowną. Można powiedzieć, że każde święcenie stanowi swego rodzaju charyzmat urzędowy. Jest charyzmat pasterski i nauczycielski właściwy biskupom, kapłański, diakoński. Nawet ostiariusz posiada swego rodzaju charyzmat urzędowy, choć niewątpliwie jest on mniejszej rangi od tych wymienionych na początku. W tym aspekcie nie trudno udowodnić że po soborze watykańskim II kiedy liczba kleryków wyraźnie spadła istnieje raczej charyzmatyczny kryzys niż odnowa. Podobny kryzys dotyczy charyzmatu macierzyństwa, a zwłaszcza ojcostwa, o czym prawią już nawet psychologowie... . Także charyzmaty urzędowe związane z życiem zawodowym członków Kościoła podlegają kryzysowi. Ludzie nie mogą, nie potrafią lub nie chcą odkryć prawdziwego powołania. Po wielokroć męczą się w swojej pracy nie wykorzystując danych sobie charyzmatów przez co nie przyczyniają się w dostatecznym stopniu do budowania Kościoła. A charyzmaty nadzwyczajne? Gdzie są uzdrowienia znane z Pisma Świętego, czasów patrystycznych lub opowiadań hagiograficznych? W końcu Chrystus Pan obiecał, że wierzącym będą towarzyszyć znaki. Tymczasem znaków nie ma, lub jest ich mało bo mało jest wiary!

Zatem zanim zaczniemy wyszukiwać w każdym człowieku charyzmatów i na siłę wtłaczać w każdego zdolności których on nie posiada zadajmy sobie pytanie o ortodoksję i ortopraksję naszego życia. Charyzmaty nie są bowiem dane przez ludzi, ale przez Pana Boga. Tylko On je daje w sposób w jaki uważa za najlepszy dla dobra Jego Owczarni.  Prowadźmy przeto pokorne życie nie goniąc za efektownymi zjawiskami. Prawdziwe charyzmaty ujawniają się w sposób najbardziej nieoczekiwany. Wspólnoty które roszczą sobie prawo do rozeznawania charyzmatów, często poza urzędem kapłańskim i biskupim po prostu błądzą. Wiele razy widziałem bełkotanie ludzi mniemających iż mają dar języków - gdzież byli ci którzy potrafili wyjaśniać? Pytanie czy rzeczywiście Kościół potrzebuje tyle osób mających dar języków? A modlitwy wstawiennicze odprawiane na sposób kapłański, z wkładanie rąk przez osoby do tego nie uprawnione. Czy zaciemnianie różnicy pomiędzy laikatem a duchowieństwem, uzurpacja władzy której się nie posiada jest czymś co buduje Kościół? Można by takie wyliczenia podawać jeszcze długo. Fałszywy charyzmatyzm w najgłębszym sensie tego wyrażania nie buduje bowiem Kościoła, ale buduje pychę tych którzy temu zjawisku ulegli.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 19 kwietnia 2018

Nowomowa seminaryjna i kościelna

Laudetur Iesus Christus!

Dziś temat zadawałoby się lekki i przyjemny. Każdy duchowny czy seminarzysta z pewnością na temat nowomowy seminaryjnej się uśmiechnie. W końcu każde seminarium ma swój kod, który znany jest wtajemniczonym. Poza słowami takimi jak sacelan, refektarz, portator, oficjum - które większości laików nic nie mówią, ale są wspólne dla większości seminariów czy to diecezjalnych, czy to zakonnych. Jest jednak grupa takich wyrażeń które są zastrzeżone dla ściśle określonej wspólnoty. Nie zapomnę nigdy hizopu, czyli kompotu z dyni na occie, albo łazarza, albowiem już 4 dni (lub więcej) leży i cuchnie... . Łazarz był w wersji miłosiernej (mięsnej) i niemiłosiernej (rybnej)... . Choć te wspomnienia wzbudzają mój mimowolny uśmiech trzeba jednak stwierdzić, że w gruncie rzeczy działają one na niekorzyść wspólnoty i jej członków, ponieważ prowadzą do wyobcowania. Do tego wiele z nich często pobudza sarkazm i złośliwość, które to cechy są wadami głównymi duchowieństwa. Jak powiadają wystygł mistyk został cynik... .  I choć trudno życie przeżywać śmiertelnie poważnie, to jednak jest różnica pomiędzy poczuciem humoru i dystansem do rzeczywistości, a rubasznymi żartami, które gorszą wielu. 

Nowomowa powoduje także zniekształcenia w sposobie wypowiadania się duchownych oraz alumnów. Pewne utarte sformułowania tracą swoją ostrość i wyrazistość, a stają się okrągłymi zdaniami, które nie niosą już ze sobą praktycznie żadnej treści. Zawsze denerwowało mnie na przykład porównywanie wspólnoty seminaryjnej do rodziny. Jaka to rodzina z której się odchodzi, z której można wylecieć, którą wreszcie wraz ze święceniami prezbiteratu się opuszcza? Do tego słowa których niegdyś używano dla określenia pewnych kwestii wychodzą z użycia, a często ich stosowanie oznacza wielką obrazę. Piszę na przykład o sformułowaniach typu: herezja, schizma, kacerz, innowierca, dysydent, wiarołomca, nierząd, profanacja czy świętokradztwo. Zastępuje się je eufemizmami. Określenia tego typu wchodzą nawet do tłumaczenia Pisma Świętego czy tekstów liturgicznych. Dlaczego w przypowieści o pannach nie używa się określeń mądre i głupie zamiast stosowanego roztropne i nieroztropne? Ktoś mi zarzuci że to przecież to samo. Ale czyż sam Chrystus Pan mówiąc o kwasie faryzeuszy i porównując ich do grobów pobielanych nie używał języka mało parlamentarnego. Nie chodzi o to żeby być wulgarnym - nie do tego zmierzam. Kwestia dotyczy sprawy dosadności wyrażanych treści. 

Rewolucja soboru watykańskiego II jest najlepszym przykładem szkodliwości owej nowomowy. Moderniści twierdzili wtedy, że należy wyjść do ludzi z łatwiejszym językiem i zrobić sobór pastoralny. Dokumenty tego soboru miały zawierać pewne wskazania natury pastoralnej a nie dogmatycznej. Cała pułapka polegała jednak na tym, że moderniści słowa nie dotrzymali i zaraz po zakończeniu soboru, a nawet w jego trakcie zaczęli dogmatyzować dwuznaczne określenia w nim zawarte. W ten sposób wypaczyli konsensus i doprowadzili do takiej interpretacji dokumentów na jaką większość sygnatariuszy nigdy by się nie zgodziła. Konsekwentne używanie pewnych określeń zaczęło wychowywać kolejne pokolenie. Dziś już nawet katechizm posługuje się eufemizmami, bo jak to inaczej nazwać jeśli czyn który jest obrzydliwością w oczach Bożych określa się wewnętrznie nieuporządkowanym? Konia z rzędem temu kto wykaże iż określenia te do siebie choć w 50 % przystają... . 

Efektem tych zabiegów lingwistycznych jest podważanie autorytetu nauczania Kościoła. Wierni czują, że głoszący Słowo Boże używając takich a nie innych określeń sami nie są do końca zdecydowani co chcą powiedzieć, że są politycznie poprawni, że boją się by kogoś nie urazić. Wobec tego nie czują powagi podawanej nauki, nie są jej posłuszni i wpadają w relatywizm. Skutkiem nowomowy jest złowrogi pluralizm światopoglądowy. Ostatecznie nowomowa kościelna przejawiająca się zwłaszcza w eufemizmach to wyraz braku szacunku wobec prawd wiary i moralności. Głoszący Słowo Boże czy to z racji koniunktury i konformizmu, czy też obawy przed przełożonymi nie przepowiadają w sposób jednoznaczny. Pozostawianie słuchaczom owego wolnego wyboru w interpretacji doprowadza koniec końców do indyferentyzmu. To zjawisko nie zachodzi w ciągu chwili. To efekt długotrwałej deformacji lingwistycznej. 

Wobec tych problemów nie pozostawajmy obojętni. Miejmy odwagę upomnieć naszego kaznodzieję, katechetę, czy dokonać wyboru lepszego spowiednika. Bezpłciowy styl nie jest tylko kwestią tego czy przepowiadania dobrze się słucha czy też źle. Często jest to kwestia czy prawda podawana przez takie głoszenie pozostaje nienaruszona! Sprawa zatem wydaje się błaha, a jednak jest wielkiej wagi. Niech dobry Bóg hojnie udzieli daru męstwa wszystkim odpowiedzialnym za posługę słowa. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 30 listopada 2017

Faktyczna detronizacja Pana Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi Panny

Laudetur Iesus Christus!

Minął ponad rok od głośnego medialnie aktu uznania Jezusa Chrystusa za Pana i zbawiciela w krakowskich Łagiewnikach. Akt ten miał uspokoić rzesze "nawiedzonych" członków ruchów intronizacyjnych. Wydarzenie, które dokonało się ponad rok temu zdaniem wielu teologów, w tym moim bardziej obraziło Pana Boga niż go pochwaliło.

Wróćmy jednak do początków. Po okresie rewolucji heretyckiej, która podzieliła świat chrześcijański na ten katolicki i wiarołomny nic nie było już tak jak wcześniej. Jednak czytelność podziału doprowadziła do względnej normalizacji, czego rezultatem był sobór trydencki. Problem, który trwa do dziś nastał właściwie wraz z oświeceniem. Czas, w którym rozum postawiono przed wiarą i który w konsekwencji Pana Boga sprowadził do zapchajdziury wyjaśniającej nieodkryte niuanse "nauki" doprowadził nie tylko do Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej, ale także do przewartościowania systemu społeczno-politycznego. Oto pokłosiem powstania republiki i demokracji była Wiosna Ludów będąca faktycznie rozszerzeniem Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej na cały Stary Świat. System ten doprowadził do powstania liberalizmu i socjalizmu oraz systemu kolonialnego. Sprawy wiary i moralności w wieku XIX to istne saeculum obscurum. Efektem błędów oświecenia i rewolucji z nim związanych był chaos polityczny XIX w który doprowadził do pierwszego konfliktu na skalę światową. Niestety kolejne narody odwracały się od wiary co doprowadziło do rewolucji bolszewickiej, której skutki tym razem pod niebieskim sztandarem odczuwamy po dziś dzień... .

Kolejni papieże począwszy od Piusa VI w różnych dokumentach potępiali laicyzm, liberalizm, indyferentyzm, a później od św. Piusa X także modernizm, który faktycznie swoje korzenie zapuszcza w XVIII w. Dopiero po I wojnie światowej przychodzi faktyczna diagnoza obecnego stanu rzeczy. Pius XI w encyklice Quas Primas stwierdza: "Jeżeli więc teraz nakazaliśmy, aby cały katolicki świat czcił Chrystusa jako Króla, to przez to chcemy zaradzić potrzebom dzisiejszych czasów i podać szczególne lekarstwo na zarazę, jaka nawiedziła społeczeństwo ludzkie. A tą zarazą jest tzw. laicyzm, czyli zeświecczenie, jego błędy i niecne dążenia: a zbrodnia ta, jak Wam wiadomo, Czcigodni Bracia, nie naraz dojrzała, lecz od dawna już kryła się wśród państw. Zaczęto bowiem od zaprzeczenia panowania Chrystusa nad wszystkimi narodami; odmówiono Kościołowi władzy nauczania ludzi, ustanawiania praw, rządzenia narodami, którą to władzę otrzymał Kościół od samego Chrystusa, by ludzi prowadzić do szczęśliwości wiekuistej. Zaczęto tedy powoli zrównywać religię Chrystusową z innymi fałszywymi i stawiać ją niegodziwie wprost w tym samym rzędzie; a następnie poddano ją władzy świeckiej i wydano ją prawie na samowolę panujących i rządów. (...) Nie brakło też państw, które uważały, że mogą obejść się bez Boga i że ich religia, to bezbożność i lekceważenie Boga." Dziś możemy stwierdzić iż państwami tymi są republiki - nie tylko te mianowane z tak zwanych konstytucji, ale także te które porzuciły trwałe systemy monarsze, a przede wszystkim ustrój katolicki.

Ten krótki rys historiozoficzny jest konieczny by ukazać czytelnikom kontekst. Świat przez 200 lat konsekwentnie porzuca wiarę i gdy wydaje się że głębiej pogrążony być już nie może powstaje wielki prorok - papież Pius XI który ogłasza Urbi et Orbi że Chrystus Pan jest królem każdej rzeczywistości doczesnej i wiecznej. Ogłasza on uroczystość Chrystusa Króla i poleca każdemu człowiekowi i społeczności ludzkiej dobrowolne poddanie się Bożemu panowaniu jako lekarstwo na choroby które toczą świat. Niestety orędzie to zostało odrzucone. Kolejne państwa katolickie zmieniają ustrój, dochodzi do wybuchu II wojny światowej, rozszerzenia się imperium zła w świecie w postaci nazizmu i komunizmu. I gdy wydaje się że po takiej katastrofie ludzkość powinna w końcu uznać swoje miejsce w porządku świata, swoją podległość wobec Chrystusa Króla zostaje zwołany sobór, na którym Chrystusa Króla hierarchia kościelna detronizuje. Dokonuje się to poprzez rezygnację z głoszenia katolickiej nauki społecznej o komunizmie, ale także liberalne tezy dokumentów: Gaudium et spes, Nostra aetate czy Dignitatem humanae. Zwłaszcza lansowana wolność religijna, która faktycznie jest praktycznym indyferentyzmem religijnym, nawet jeśli nie została tak zapisana, to tak jest praktykowana. I wreszcie po rzeczonym soborze wystrzelono Chrystusa Króla w kosmos ogłaszając go bliżej nieokreślonym Królem Wszechświata. 

Ostatnie dziesięciolecia pokazały praktyczną detronizację Chrystusa Króla z przestrzeni Kościoła. Przebudowa świątyń, tak aby centralne miejsce zajmował człowiek, a nie Pan Bóg, rezygnacja z państw katolickich, uznawanie wszystkich religii jako narzędzi Ducha Świętego to tylko niektóre przejawy zgnilizny. Finał tego wszystkiego obserwowaliśmy w trakcie przygotowań do sławetnej intronizacji, którą ostatecznie KEP skutecznie storpedował. Dyskusje pseudoteologiczne jakie wtedy toczono napawały mnie wstrętem i obrażały moje uczucia religijne. I warto wymienić głównego niszczyciela idei poddania się panowaniu Chrystusa Króla w Polsce - bp Andrzeja Czaję. Śmiem twierdzić, że akt którego dokonał był detronizacją nie tylko Chrystusa Króla, ale także Najświętszej Dziewicy. Bo skoro jak stwierdził ów biskup - Chrystus Król nie może być królem Polski, bo panuje nad całym uniwersum i taki akt zawężałby Jego panowanie, to również intronizacja Maryi na Królową Polski byłaby błędem teologicznym. 

Po 200 latach porzucania wiary przez różne społeczności świeckie i obrony tejże wiary przez Kościół przychodzi okres, w którym to Kościół, a przynajmniej Jego część przez czyny i słowa hierarchii tej wiary się wypiera. Szczególnie w czasach zamętu musimy wiarę katolicką zachować i bronić jej. Nie zaniedbujmy więc sprawy intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Domagajmy się jej od władz świeckich i duchownych w dalszym ciągu, a sami liturgicznie i praktycznie intronizujmy Chrystusa w naszych sercach i rodzinach. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 21 listopada 2017

Fasadowe prawo kościelne

Laudetur Iesus Christus!

Posoborowy kryzys Kościoła dotknął także wymiaru dyscyplinarnego. Jego najbardziej widocznym efektem jest nowy Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. Deregulacja prawna Kościoła moim zdaniem przebiegała w dwóch etapach. Pierwszym z nich było dostosowanie istniejących norm do rzeczywistości posoborowia. Wbrew pozorom wdrażanie złośliwych reform zakończyło się dopiero promulgowaniem nowego kodeksu, w którym przepisano najbardziej wątpliwe teologicznie fragmenty nauczania Vaticanum II. Drugi etap trwa do dzisiaj i polega na doprowadzeniu do totalnej anomii życia kościelnego. Głównym wykonawcą rewolucji antyprawnej w Kościele jest sam Franciszek i jego poplecznicy.

Dla każdego wierzącego prawnika sens istnienia prawa jest jasny. W sytuacji po grzechu pierworodnym natura ludzka skażona jest złem i jako taka potrzebuje pewnych zewnętrznych regulacji zwanych prawem po to aby wspomóc naturalną władzę wolitywną, jaką jest sumienie w podejmowaniu słusznych wyborów. Prawo dzielimy na Boże i ludzkie, naturalne i pozytywne. Prawo Boże naturalne streszcza się w złotej normie: "czyń dobro, a zła unikaj", zaś prawo Boże pozytywne to wszystkie przykazania jakie przekazuje nam Objawienie, co w dużym uproszczeniu sprowadza się do dekalogu. Z kolei prawo ludzkie naturalne sprowadza się do zasady: "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe i czyń innym tak jak chcesz by tobie czyniono", z kolei prawo ludzkie pozytywne to wszelkie kodeksy, konstytucje, regulaminy itp rzeczy stanowione zwykle przez określony organ władzy prawodawczej zwanej u idealisty oświeceniowego Monteskiusza władzą ustawodawczą.

Po co ludzie tworzą prawo? Otóż tam gdzie prawo naturalne nie wystarcza potrzeba stworzenia jednolitego systemu normatywnego, który ureguluje problematyczne strefy życia. Trzeba jasno stwierdzić, że prawo naturalne jest zawsze przed pozytywnym. Tej zasady przestrzegał także Pan Bóg, jednak w sytuacji kiedy ludzie zbłądzili nie zdał ich jedynie na wewnętrzne poruszenia sumienia, ale nadał kodeks postępowania, czyli prawo pozytywne. Prawo kościelne jest specyficznym rodzajem prawa, gdyż jako prawo pozytywne łączy w sobie elementy prawa Bożego i ludzkiego - tak przynajmniej winno być w założeniu. Również państwa, które niegdyś określały się jako katolickie powinny przyjąć taki model, aby określenie "katolicki" nie było zwykłym pustosłowiem.

Kościół apostolski kierował się w swym postępowaniu jedynie duchem Ewangelii i było to w większości przypadków skuteczne. Jednakże już spór pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem dotyczący przestrzegania przepisów starozakonnych oraz ewangelizacji gojów doprowadził do konieczności regulacji na Soborze Jerozolimskim. Tak zaczęła się historia tworzenia pozytywnego prawa kościelnego. Śledząc kolejne sobory dostrzegamy jak kolejne problemy implikowały tworzenie się kolejnych regulacji spisywanych zwykle w tak zwanych kanonach. Już pierwsze sobory poza warstwą dogmatyczną, zawierały także zbiór przepisów. Stan taki trwał aż do soboru trydenckiego, kiedy ostatni raz sobór uchwalał prawo dla całego Kościoła. Sobór watykański I żadnych przepisów zatwierdzić nie zdążył, natomiast sobór watykański II miał "inny charakter" wobec czego na nim także nie uchwalono żadnego prawa. Niejako logicznym uzupełnieniem Vaticanum II stał się więc Kodeks Prawa Kanonicznego (KPK) z 1983 r.

Czytając różne przepisy prawa pozytywnego wchodzimy w specyficzny język prawniczy. Zdania z których złożone są normy tworzone są w trybie orzekającym, do tego w większości przypadków istnieje klauzula nie-wykonywalności danej normy, czyli tak zwana sankcja. I tak na przykład norma z Konstytucji RP która chroni życie ludzkie obarczona jest sankcją zawartą  w kodeksie karnym: "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności." Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie istnieje sankcja. Czym w tym przypadku jest norma o ochronie życia ludzkiego? Przestaje być normą prawną, a staje się jedynie normą moralną. Ponieważ jednak morderstwa się zdarzają konieczne jest prawo, które ureguluje kwestię morderstw.

Do 1983 r w podobny sposób funkcjonowało prawo kościelne. Kodeks z 1917 r zawierał ściśle sprecyzowane normy prawne i wyliczał kary za ich nieprzestrzeganie. Nowy kodeks w dużej mierze jest zbiorem pobożnych życzeń, a sformułowania: "należy", "zaleca się", "powinno się" itp zdecydowanie dominują nad: "jest", "są", "będą" itd. Czytelnicy rozumieją chyba dobrze co mam na myśli... . Warto zresztą zajrzeć do udostępnionych w sieci kaonów tego "prawa". Na przykład:

Kan. 1184 - § 1. Jeśli przed śmiercią nie dali żadnych oznak pokuty, pogrzebu
kościelnego powinni być pozbawieni:
 1 notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy;
 2 osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze
chrześcijańskiej;
 3 inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego
zgorszenia wiernych.
 § 2. Gdy powstaje jakaś wątpliwość, należy się zwrócić do miejscowego
ordynariusza, do którego decyzji należy się dostosować. 
Powinni być pozbawieni, co wcale nie oznacza, że muszą być, a w praktyce i tak chowa się wszystkich jak leci... . 

Albo pobożne życzenie w stylu:
Kan. 254 - § 1. Wykładowcy winni się stale troszczyć w nauczaniu przedmiotów o
wewnętrzną jedność i harmonię całej nauki wiary, by alumni doświadczali, że zdobywają
jedną wiedzę. Aby łatwiej to osiągnąć, powinien ktoś w seminarium kierować całym
porządkiem studiów. 
I nic się nie dzieje gdy się nie troszczą oraz gdy nie ma prefekta studiów, albo ten nie wywiązuje się właściwie ze swoich obowiązków. 

Dużo powszechniej zdarza się sytuacja kiedy norma jest określona ale brakuje sankcji, np.:
Kan. 1167 - § 1. Tylko Stolica Apostolska może ustanawiać nowe sakramentalia,
autentycznie tłumaczyć już istniejące, znosić niektóre z nich albo zmieniać. 
Aż prosi się by wprowadzić sankcję na biskupów i prezbiterów, którzy zmieniają liturgię sakramentaliów w sposób sprzeczny z księgami, zaniechają odprawiania niektórych, albo tworzą własne. Z tą rzeczywistością mamy często do czynienia. A norma powyższa jest tak skonstruowana, że w zasadzie trudno jest napisać skargę, nie wiadomo też kto miałby być jej adresatem, kto sędzią w sprawie itd. Oczywiście sprawni interpretatorzy prawa kanonicznego zaraz wykoncypują, że sakramentalia podpadają pod liturgię, a więc do kongregacji kultu Bożego i dyscypliny sakramentów, jednak praktyka pokazuje, że poszczególne urzędy Kurii Rzymskiej chętnie śmierdzące sprawy lubią odsyłać i dykasteria liturgiczna może próbować zbyć problem w kongregacji do spraw duchowieństwa, biskupów, czy nawet nauki i wiary... . Ostatecznie prawo kościelne chociaż dotyka większości spraw życia Kościoła to jednak jest na tyle nieokreślone, że niezmiernie trudne w aplikowaniu. Stąd też jeden z wykładowców prawa kanonicznego stwierdził: "Nowy kodeks to prawo piękne do studiowania, lecz bardzo niepraktyczne do stosowania". I ja się pod słowami tego profesora podpisuję.

W ostateczności prawo kościelne czasem definiuje sankcję, zwykle podając górną granicę kary, jednak prawie nigdy nie określa dolnej. Patologia tego typu wkradła się także do kodeksów cywilnych. Powoduje ona, że mamy do czynienia z szeregiem martwych przepisów za złamanie których nie obowiązuje żadna sankcja lub jest ona symboliczna na przykład pozbawienie wolności w zawieszeniu. Przykładem takiej normy może być poniższy kanon 1366:  "Rodzice lub ich zastępujący, którzy oddają dzieci do chrztu lub na wychowanie w religii niekatolickiej, powinni być ukarani cenzurą lub inną sprawiedliwą karą." Dla kodeksu z 1917 r jedyną karą byłaby tutaj ekskomunika. Trzeba byłoby oczywiście dodać: "dobrowolnie oddają". Dlaczego ekskomunika? Ponieważ jest to praktyczna apostazja - są takie uczynki które stanowią wyznanie niewiary, oddanie własnych dzieci heretykom na wychowanie religijne to przykład takiego aktu. A co oznacza sprawiedliwa kara? Może to być równie dobrze upomnienie... . Ranga problemu i sposób w jaki sprawę rozsądza nowy kodeks budzi daleko idące wątpliwości.

W praktyce kary stosowane są rzadko. Chociaż kodeks przewiduje środki karne, to jednak zwykle nie są one stosowane. Duchownego karze się zwykle upomnieniem, przeniesieniem lub suspensą. Czasami wystarczyłoby zastosować na przykład zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w postaci nakazu zdeponowania prawa jazdy u biskupa, aby np problem wyjazdów do kochanki/kochanka wykluczyć. Ewentualnie przeniesienie na drugi koniec diecezji, ale przenoszenie do innej zwykle jest tylko spychaniem problemu pod dywan i sygnałem dal karanego: "rób co chcesz ale tak by nie było o tobie słychać". Również duchownego, który źle używa dóbr niekoniecznie należy przenosić na karną placówkę, ale obłożyć zakazem posiadania lub poważnym ograniczeniem w tym zakresie. Przenoszenie na karne placówki jest bardzo nieewangeliczne, a ci którzy stosują takie środki zapominają, że nawet w takim Ars znajdują się ludzie, którzy mają prawo do duchownego, który nie idzie tam za karę... . Kary zwłaszcza te kościelne powinny być nakładane zgodnie z troską o zbawienie duszy, przede wszystkim dokonującego występku, a nie tylko dobrego imienia parafii, diecezji czy prowincji kościelnej. Często zresztą dobre imię Kościoła utożsamiane jest błędnie z tak zwanym świętym spokojem. Biskup personalnie odpowiada za zbawienie swoich kapłanów, podobnie jak papież za zbawienie swoich biskupów. W aplikowaniu prawa nie powinni oni nigdy o tym zapomnieć.

Czytając "święte kanony" można odnieść wrażenie, że nowy kodeks stanowi prawo fasadowe. Normy prawne znajdują się jedynie w normach ogólnych, prawie karnym i małżeńskim. Cała reszta to jak stwierdził jeden z moich wykładowców "pobożne bajkopisarstwo, na którym się nie znam i którym nie warto się zajmować". Ów wykładowca był jednym z lepszych jakiego miałem okazję słuchać podczas tak zwanych studiów teologicznych. Niestety część wykładów z prawa miałem z innym księdzem, który bardziej niż samych norm uczył jak skutecznie je omijać i tutaj docieramy do drugiego etapu deregulacji prawnej Kościoła. Faktyczna anomia dotyka bowiem całej rzeczywistości Kościoła. Wszelkie dyskusje na temat przepisów ucinane są zwykle argumentami ad personem i ad hominem - oskarżeniem o faryzeizm, lub w najlepszym wypadku próbą wykazania nieznajomości "ducha prawa". Takie argumentowanie to faktyczne niszczenie wszelkiej praworządności. Używa się przy tym przewrotnie fragmentów z Pisma Świętego, cytując Słowo Boże w sposób iście szatański. Dla wprawnego obserwatora jasne jest, że KPK z 1983 r to tylko etap w postępującej rewolucji neoheretyckiej. Współczesnych modernistów uwiera już nawet ich własne dzieło. Domagają się oni całkowitej wolności. Rezultatem takich działań jest fakt, że poszczególne Kościoły partykularne różnią się od siebie nieraz tak znacznie iż zaczyna budzić to powszechne zgorszenie wiernych. Choćby słynna sprawa dyspensy w Warszawie i kpiarskie artykuły dotyczące postanowień postnych. Biskupi w Warszawie podzieleni są jak widać nie tylko Wisłą, ale także spojrzeniem na dyscyplinę pokutną w Kościele. 

Wierność prawu kościelnemu jest probierzem prawdziwego posłuszeństwa. Chrystus Pan naucza: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie." Łk 16,10. Ta wierność jest poważnie wystawiana na próbę już w trakcie deformacji w nowych seminariach. Kapłani często skarżą mi się, że są przez swoich przełożonych zmuszani do działania w sposób sprzeczny z przepisami, które ci przełożeni nie wydali i często nie mają prawa do dyspensowania od nich. Należy pamiętać, że Pan Jezus nie wymaga posłuszeństwa totalitarnego, a władzę zwłaszcza w Kościele należy traktować jako służbę. Defraudacja własnych uprawnień, dokonywana zwykle przez pospolitą uzurpację to jedno z najczęstszych przestępstw jakiego dopuszcza się duchowieństwo w Kościele poczynając od proboszcza, a kończąc na kardynałach. Z tymi zjawiskami mamy prawo i obowiązek walczyć. Przede wszystkim nie kroczmy drogą kompromisów - nie nalegajmy na łagodzenie prawa - dyspensy i indulty są czymś wyjątkowym i tak je traktujmy. Uwrażliwiajmy innych wiernych na ów problem. Przełożeni defraudują władzę głównie wskutek nacisku właśnie szeregowych wiernych. Paradygmat świętego spokoju wyznawany w większości kurii tak diecezjalnych jak i zakonnych prowadzi do łamania sumień niejednego kapłana.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 4 sierpnia 2017

Deformacja ludzka w nowym seminarium, czyli rzecz o błędnych założeniach i faryzejskiej realizacji

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na na systematyczne omówienie największych i konstytucyjnych problemów współczesnych seminariów. Pastores Dabo Vobis w nr 43 nazywa formację ludzką fundamentem całej formacji kapłańskiej. Jeśli tak jest w istocie to trzeba się przyjrzeć tej części formacji jako pierwszej. Co ciekawe od czasów soboru watykańskiego II nie ma mowy o formacji ludzkiej. Nawet Dekret o formacji kapłańskiej o niej nie wspomina, chociaż jest jej źródłem: "Zasady chrześcijańskiego wychowania winny być święcie przestrzegane i należycie uzupełniane nowymi osiągnięciami zdrowej psychologii i pedagogiki. Przez mądrze więc zaplanowaną formację trzeba w alumnach wykształcać także należytą dojrzałość ludzką, dowiedzioną zwłaszcza przez pewną stałość ducha, zdolność podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi. Niechaj alumni przyzwyczajają się rozwijać należycie własne zdolności, niech wyrabiają w sobie siłę ducha i w ogóle niech nauczą się cenić te cnoty, które u ludzi większym cieszą się uznaniem i zalecają sługę Chrystusowego. A cnotami tego rodzaju są: "szczerość ducha, stałe przestrzeganie sprawiedliwości, dotrzymywanie przyrzeczeń, grzeczność w postępowaniu, a w rozmowach skromność połączona z miłością." DFK 11. Dla ojców soborowych tak pojęta formacja ludzka mieści się w zakresie formacji duchowej, która w oczywisty sposób obejmowała kształtowanie moralne alumnów. Tekst wydaje się być zrównoważony - cechami niezbędnymi od strony "ludzkiej" są: "stałość ducha, zdolność do podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi". Pozostałe cnoty są "do wyrobienia", a więc alumni winni do nich dążyć co wcale nie oznacza że mają przy święceniach w stopniu doskonałym je realizować. 

Dalsze dokumenty o formacji kapłańskiej w dużym stopniu rozwinęły ten aspekt kształtowania przyszłych duchownych. Z treści dokumentów znikają określenia "zdrowej psychologii i pedagogiki" - zaczyna się zbytnia poufałość z psychologią, którą uznaje się w praktyce za narzędzie weryfikacji powołania kapłańskiego co jest w ogóle nie do pogodzenia z prawdą o człowieku, który jest nie tylko duszewny, ale przede wszystkim duchowy.  Psychologia nie ma narzędzi do zbadania tego co w człowieku jest prawdziwą istotą, a więc duszy duchowej. Po arystotelesowsku rzecz ujmując jest w stanie określić tylko stopień rozwoju duszy zwierzęcej i po części duszy rozumnej. To za mało żeby weryfikować powołanie kapłańskie, które rodzi się w sercu, a przyjmowane jest przez rozum w wolnej woli. Z formowania człowieka w rozumieniu moralnym, a więc wyrabiania cnót pozostaje kształtowanie uczuciowości, emocjonalności oraz układności, grzeczności i zdolności towarzyskich. Niektóre z tych cech bywają w ostateczności nawet szkodliwe. Układny kapłan nie ma w sobie stałości postępowania - jest konformistą który będzie szedł drogą kompromisów co nieuchronnie prowadzi do zanegowania misji prorockiej kapłana, która sprowadza się do mówienia zawsze prawdy i to nie zależnie od okoliczności. W kwestii uczuć i emocji oczywiście ważne jest uporządkowanie pojawiających się problemów, ale współczesne oblicze formacji ludzkiej z zasady uznaje ten aspekt za konieczny w każdym przypadku do przepracowania. Dochodzi do tego, że klerycy na spotkaniach z ojcami duchownymi poddawani są stałej terapii indywidualnej i grupowej, co rodzi patologie tym bardziej, że księża ci często nie znając się na psychologii wykraczają poza teren swoich kompetencji. Dość wspomnieć swego czasu głośną sprawę pewnego księdza z diecezji płockiej, który zrzucił sutannę... Tymczasem wystarczy aby kleryk wyrobił w sobie cnotę wstrzemięźliwości i to wystarczy aby uczucia i emocje nie rządziły nim, ale on nimi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za taki sąd spadnie na mnie grad nieprzychylności ze strony pseudo psychologów  żyjących z twierdzenia: "nie ma ludzi zdrowych tylko źle zdiagnozowani", ale mam silne przekonanie że mój głos jest w tym przypadku bardzo rozsądny i bazuje na chrześcijańskiej wizji antropologicznej. W końcu człowiek jest wolny i pracować trzeba przede wszystkim nad sumieniem oraz siłą woli.

Przeglądając witryny seminariów duchownych napotyka się prawie wszędzie wzmianki o formacji ludzkiej. Co ciekawe większość seminariów pomimo szeroko zakrojonej informacji o tym aspekcie formacji nie przedstawia rzetelnego planu tej formacji uznając że zwykłe środki wychowania w karności  i wyrobienia duszpasterskiego wystarczają. Świadczy to dobitnie o tym, że nie istnieje właściwie formacja ludzka w seminarium i piszę to z pełną odpowiedzialnością. Dyscyplina służy kształtowaniu moralności alumna oraz jego posłuszeństwa, a praktyki duszpasterskie choćby wolontariat kształtuje sylwetkę duszpasterską przyszłego kapłana. Człowiek po ukończeniu szkoły średniej ma już ukształtowany zestaw cech składających się na osobowość. Moja obserwacja jest więc oczywista - wszelkie oczekiwania, że formacja w seminarium zmieni introwertycznego alumna w ekstrawertycznego, melancholika w sangwinika itd są z góry błędne. Owszem, kleryk może nabyć pewnych umiejętności społecznych, ale to nie zmieni jego charakteru. Przełożeni muszą w końcu zauważyć, że Pan Bóg z jakiegoś powodu powołuje różnych ludzi i osobowość o ile nie jest w oczywisty sposób zaburzona, co poznaje się po zdolnościach do kierowania własnym postępowaniem oraz rozwojem intelektu, to nie jest ona ani dobra ani zła. Osobowość bowiem zawiera w sobie zespół predyspozycji do dobra i zła. Przykładowo melancholik może być bardzo wrażliwym spowiednikiem, ale będzie miał pewnie problemy z zarządzaniem parafią czy jakąś instytucją. Z kolei choleryk zwykle nie będzie miał z tym drugim problemu, ale jego osobowość może powodować że porani wiele osób i wyda szereg krzywdzących i arbitralnych opinii. Czy tego typu osobowości są złe? Nie, ponieważ i wśród apostołów były różne osobowości, a Pan wybierając każdego z nich miał konkretny zamiar. Obawiam się, że w wielu seminariach typ osobowości melancholijnej predysponowany jest do wydalenia. Sam to zresztą obserwowałem w swoim seminarium. Osobowość jest  niestety główną przyczyną uznawania alumnów za niezdatnych do przyjęcia święceń kapłańskich. W rzeczywistości sytuacja taka zachodzi rzadko - zwykle alumni powinni być wydalani z powodów moralnych i nie chodzi bynajmniej o występki kwalifikowane, które zdarzają się rzadko, ale pewnego rodzaju postawy egoizmu, złośliwości, czy cynizmu wykształcające się często już w seminarium. Swoją drogą winę za powstawanie tych cech w dużej mierze ponosi samo seminarium, ale o tym za moment. Obawiam, się że wielu świętych kapłanów i biskupów nie przeszłoby pomyślnie współczesnej weryfikacji powołania. Wystarczy popatrzeć na postać św. Hieronima - kapłana który żył w niezgodzie praktycznie ze wszystkimi, a jednak dokonał przekładu Pisma Świętego, który zgodnie z zasadami naszej wiary jest tekstem natchnionym - za taki bowiem uznał go sobór trydencki. Współczesnym formatorom brakuje nadprzyrodzonego zmysłu, popatrzenia na powołanie zgodnie z kryteriami duchowymi, a najdobitniejszym tego przykładem jest wiele dramatów kleryków, którzy zostali odrzuceni z powodu "braku postępów w formacji ludzkiej". Błędne założenia antropologiczne zniszczyły niejedno powołanie. Nie każdy kapłan powołany jest do tego, aby być pisząc językiem WSD w Łodzi: "liderem ruchów i wspólnot" - nie to należy do istoty kapłaństwa!

Styl wychowawczy jaki panuje w wielu seminariach tworzy patologie same w sobie. Metody które z założenia miały kształtować siłę woli i karność, jeśli nałoży się na to faryzejsko rozumianą troskę o rozwój człowieczeństwa alumna są w istocie deformacyjne. Trzeba uczciwie stawiać prze alumnami cel poszczególnych punktów regulaminu seminaryjnego oraz użytych środków wychowawczych, w przeciwnym razie zaczyna dochodzić do psychomanipulacji która jest niegodna podmiotowości kleryka, o której także wspominają współczesne dokumenty. Przykładowo dobieranie socjusza na zasadzie przeciwieństw charakterów nie ma za zadanie zmiany charakteru któregoś z kleryków ale szlifowanie woli w taki sposób aby próba której zostają oboje poddani zahartowała ich do znoszenia trudnych ludzi. Taka próba prowadzona konsekwentnie przez wszystkie lub większość lat formacji prowadzi nieuchronnie do wykształcenia mechanizmów obronnych u kleryka, który po takim eksperymencie może alergicznie reagować na każdego  nowo poznanego człowieka. Przy tym zamiast skupić się na formacji do kapłaństwa próbuje przetrwać okres seminarium co niweczy lub ogranicza ważniejsze aspekty jego formacji. Taką próbę charakteru można prowadzić maksymalnie jeden rok i to w szczerości z alumnami, którym trzeba wyjaśnić sens takiego a nie innego doboru socjusza. Z pewnością takie wyjaśnienia przyczyniłoby się do wykształcenia pozytywnych mechanizmów radzenia sobie z trudnym człowiekiem. Innym przykładem deformacji ludzkiej jest wszędobylska wspólnotowość. Jest oczywiste, że alumn musi umieć współpracować z innymi na niwie pańskiej, zarówno duchownymi jak i świeckimi, ale współpraca nie oznacza współżycia. Ostatecznie w tradycji naszego obrządku obecny jest celibat i doświadczają go nawet kapłani żyjący we wspólnotach. Jednym z jego elementów jest życie samotne, które przejawia się nie tylko w braku posiadania żony, ale także w życiu pojedynczo. Stanowczo za długo klerycy mieszkają razem. Przez pierwsze lata powinni dla wyrobienia charakteru mieszkać mieć socjusza, a najlepiej mieszkać w pokojach wieloosobowych, co jak wspominają starsi kapłani przyczyniało się do ograniczenia niektórych patologii. Również rekreację kleryk musi nauczyć się przeżywać pojedynczo - nie zawsze będzie miał kolegów do wspólnego wypoczywania. Jest to konieczne nie tylko ze względu na charakter przyszłego życia, ale także zwykłą higienę duchową. Dlatego seminaria powinny przeznaczyć czas na odpoczywanie wspólnotowe - konieczne dla wyrobienia towarzyskiego i czas na wypoczynek indywidualny - konieczny dla uformowania się do przyszłego stylu życia. Mam wrażenie, że nadmierna wspólnotowość  jest wynikiem pewnego redukcjonizmu formacyjnego przejawiającego się w chęci uformowania takich samych kandydatów, odpowiadających pewnemu z góry założonemu wzorcowi. To niestety tworzy kler słaby, konformistyczny i nie zdolny do stawienia czoła trudom współczesności. 

Najpoważniejszym przejawem deformacji ludzkiej w seminarium jest łamanie sumienia i wolnej woli kleryków. Niestety w małym stopniu uwzględnia się wrażliwość duchową każdego z kleryków. Wiele seminariów narzuca klerykom pewien styl - zwłaszcza jest to bolesne gdy jest to duchowość charyzmatyczna realizowana z pogwałceniem nadanych przez Stolicę Apostolską zasad liturgicznych i duszpasterskich. W trakcie pobytu w seminarium kandydaci do kapłaństwa wiele razy są zmuszani do postępowania niezgodnie z prawami obowiązującymi w Kościele. Sam na przykład zostałem zmuszony do rozdawania Komunii Świętej nie będąc nawet akolitą oraz do głoszenia kazań nie będąc diakonem. Byłem stawiany przed innymi próbami, na szczęście większość z nich przeszedłem pomyślnie z punktu widzenia wiary, co także przyczyniło się do mojego wydalenia. Jeśli tego typu sytuacje mają być próbą posłuszeństwa seminarzystów to powodują one coś wprost odwrotnego, mianowicie korupcję i defraudację sumienia. Kleryk, który świadomie i w ciężkiej sprawie wykroczy przeciw dyscyplinie kościelnej za poleceniem swoich przełożonych doprowadzi swoje sumienie do nieodwracalnej traumy, a przełożeni w rezultacie nie osiągną ani cnoty posłuszeństwa, ani nawet naturalnej lojalności względem nich samych. Seminarzysta nauczy się bowiem kroczenia drogą kompromisów i nie będzie już wierny nikomu - ani Bogu, ani Kościołowi, ani nawet swoim przełożonym. Stawianie kleryków przed wyborem - wierność Bogu i Kościołowi, albo otrzymanie święceń jest grzechem wołającym o pomstę do nieba ze strony moderatorów. Musicie w końcu zrozumieć, że tylko wasz przykład wierności wobec waszych przełożonych jest legitymizacją waszej władzy i autorytetu. Kleryk który widzi, że nie respektujecie praw którym podlegacie może i zapewne będzie wykonywał wasze polecenia, ale nigdy nie będzie posłuszny, a w sercu wami wzgardzi.  Pytanie za jaki autorytet chcecie jako formatorzy uchodzić? Jeśli tylko formalny to wasze oddziaływanie będzie jedynie deformujące. O kwestii posłuszeństwa będę jeszcze pisał.... .

Istotnym elementem oddziaływania na wolę i moralność kleryków jest praca, zwłaszcza ta fizyczna. Zwłaszcza XX wiek pokazał jak bardzo niszczy człowieka praca bezsensowna. Czas już najwyższy skończyć z używaniem pracy jako narzędzia weryfikacji/kształtowania posłuszeństwa. Osobiście wykonywałem bezsensowne prace w seminarium - przyjmowałem to zwykle z uśmiechem. Mam jednak pozaseminaryjne doświadczenia pracy bezsensownej  - dużo trudniejsze bo związane z przemocą jakiej byłem w pewnym momencie życia poddany i wiem jak bardzo bezsensowna praca potrafi psuć ducha. Pragnę zauważyć, że klerycy mają różną konstytucję fizyczną - zlecanie tym słabszym prac ponad siły nie tylko stanowi zagrożenie dla ich zdrowia fizycznego, ale także psychiki. Nie można wymagać zbyt wyczerpującej pracy fizycznej - widziałem kolegów, którzy słaniali się na nogach przez wiele godzin dziennie dźwigając rzeczy, które jako lepiej zbudowany miałem problemy by unieść. System pracy nie zawsze był taki, aby móc solidarnie znosić jej trudy. Praca w seminarium ma ewidentny wymiar wychowawczy i jest konieczna dla wyrobienia w sobie cnoty pracowitości, dokładności i systematyczności. Służą temu także tak zwane oficja - czyli zadania przypisane do konkretnych kleryków. Przełożeni różnych szczebli powinni zauważyć, że praca jest ważnym czynnikiem nie tylko formacyjnym, ale wspomagającym misję Kościoła. Aby była ona przyjęta właściwie, odpowiednio przeżyta i potrzebna Kościołowi musi być celowa. Dlatego też powinni tak rozdzielać oficja, aby były one dopasowane do zdolności alumnów. Sam piastowałem funkcje do których nie miałem predyspozycji. Nie należy się łudzić, że poprzez zlecenie funkcji przeciwnej naturze kleryka zmieni się ową naturę. A jeśli celem jest wyrobienie określonej cnoty lub praca nad konkretną wadą to zainteresowany kleryk powinien być o tym powiadomiony po to by świadomie podjął pracę nad sobą. 

Nowe seminaria na swoich witrynach i podczas publicznych wystąpień moderatorów wznoszą wiele szczytnych idei. Często kryją się za nimi ludzkie dramaty, szereg nieporozumień i patologii. Nigdy nie zapomnę płomiennych kazań dotyczących solidarności i wspólnotowości. Uczono nas że seminarium jest rodziną. Bolesną weryfikację tego poglądu przeżyłem na pierwszym roku. Przed obłóczynami klerycy mający przyjąć sutannę we współpracy z rokiem młodszym i diakonami przygotowują swego rodzaju festiwal. Są to dni radości, kiedy dyscyplina w seminarium ulega chwilowemu rozluźnieniu. Szczerze nie przepadałem za tym okresem, bo cenię sobie codzienność i normalność, ale z punktu widzenia seminarium jako wspólnoty taka odskocznia jest potrzebna. Niestety sesja profesorska zakończyła się odłożeniem na czas nieokreślony przyjęcia stroju duchownego przez kilku alumnów. Jak się potem okazało postępowanie to było słuszne - chociaż ci klerycy zostali wyświęceni to jednak wszyscy szybko się wkoleili. Kurs przyjmujących sutannę zdecydował o tym że nie będą robić tradycyjnego przedstawienia i nie wezmą udziału w festiwalu. Pamiętam, że jako pierwszy rok byliśmy pod wrażeniem takiej decyzji - wskazywała ona na ich dojrzałość nie odczytywaliśmy tego jako buntu. Niestety moderatorzy mieli inne zdanie i z trudem, ale skutecznie rozbili ów rocznik i przedstawienie się odbyło. Jest to dobitny przykład jak na ołtarzu własnej próżności potrafi być w seminarium złożona ofiara z solidarności. Prawda jest taka, że to przełożeni nadawali się bardziej do usunięcia niż sami neosutanniarze. Takich przypadków, kiedy dojrzałość ludzka formowanych była większa niż formatorów mógłbym wskazać więcej, nie to jest jednak celem niniejszego wpisu.

Podsumowując - należy traktować jako mrzonki postulaty zmiany osobowości kleryków i kształtowania przez osoby niekompetentne ich życia uczuciowego czy emocjonalnego. Trzeba ich przyjąć takimi jakimi są i zamiast formować ich metodą urawniłowki odwołać się do tradycyjnych modeli formacyjnych. Zatem w miejsce formacji ludzkiej należy postawić formację moralną, a więc zrobić to co Kościół od wieków robił dobrze i na czym się znał, a mianowicie ukształtować cnotliwych duszpasterzy. Cnota bowiem, a nie osobowość jest tym co można w człowieku wypracować metodami aprobowanymi przez Tradycję katolicką. Seminaria w Tradycji właśnie dlatego wypuszczają dobrych kapłanów, że nie postępują w zgodzie z duchem tego świata, ale za niezmienne mają sposoby jakimi Kościół wychowywał swych synów na świętych kapłanów. Oby dobry Bóg odmienił serca moderatorów, aby formację i weryfikację swych podopiecznych zaczęli prowadzić metodami bardziej nadprzyrodzonymi niż świeckimi. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 14 kwietnia 2017

Ofiara czy uczta?

Laudetur Iesus Christus!

"Pan wieczernik przygotował, swój zaprasza lud, dla nas wszystkich dom otworzył i zastawił stół" - słowa tej pieśni usłyszeliśmy wczoraj w niejednym kościele. Wypada więc zapytać czym jest ów stół który zastawia dla nas Pan? Sobór Watykański II w Konstytucji o Liturgii Świętej w punkcie 48 tak naucza: "Kościół zatem bardzo się troszczy o to, aby chrześcijanie w tym misterium wiary nie uczestniczyli jak obcy lub milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy misterium to dobrze rozumieli, w świętej czynności brali udział świadomie, pobożnie i czynnie, byli kształtowani przez słowo Boże, posilali się przy stole Ciała Pańskiego i składali Bogu dziękczynienie". Jest zatem ołtarz nazwany stołem Ciała Pańskiego, tymczasem z definicji ołtarz jest miejscem do składania ofiar. Chyba nie ma religii w której ołtarz służyłby do spożywania. Zwróćmy uwagę, że wbrew określeniu "przystępować do Stołu Pańskiego" wierni nie przyjmują Komunii Świętej przy ołtarzu - jedynie kapłan komunikuje się w tym miejscu. Jednak Komunia Święta kapłana ma charakter dopełnienia Ofiary - jako będący in persona Christi, kapłan musi przyjąć Ciało i Krew Pana Jezusa Chrystusa.

Teraz trochę nauki Soboru Trydenckiego odnośnie do Mszy Świętej:

I/B. Kanony o Najświętszej ofierze mszy świętej

1. Gdyby ktoś mówił, że we mszy nie składa się Bogu prawdziwej i właściwej ofiary; albo że składanie ofiary nie jest niczym innym niż dawaniem nam Chrystusa do spożycia - niech będzie wyklęty.
2. Gdyby ktoś mówił, że słowami: „To czyńcie na moją pamiątkę” Chrystus nie ustanowił apostołów kapłanami lub nie polecił, by oni oraz inni kapłani składali w ofierze Jego ciało i krew - niech będzie wyklęty.
3. Gdyby ktoś mówił, że msza jest tylko ofiarą pochwalną i dziękczynną lub jedynie pamiątką ofiary złożonej na krzyżu, a nie przebłagalną; albo że pomaga wyłącznie przyjmującemu [Komunię] i nie powinna być składana za żywych i umarłych, za grzechy, kary, zadośćuczynienia ani w innych potrzebach - niech będzie wyklęty.
4. Gdyby ktoś mówił, że ofiara mszy jest bluźnierstwem przeciw najświętszej ofierze Chrystusa złożonej na krzyżu, albo że ją umniejsza - niech będzie wyklęty.
5. Gdyby ktoś mówił, że oszustwem jest odprawiać msze ku czci świętych, i dla uzyskania ich wstawiennictwa u Boga, jak czyni Kościół – niech będzie wyklęty.
6. Gdyby ktoś mówił, że kanon mszy zawiera błędy i dlatego należy go znieść - niech będzie wyklęty.
7. Gdyby ktoś mówił, że obrzędy, szaty i znaki zewnętrzne, których używa przy sprawowaniu mszy Kościół katolicki, są bardziej podnietą do bezbożności niż pełnieniem pobożności - niech będzie wyklęty.
8. Gdyby ktoś mówił, że msze, podczas których tylko kapłan przyjmuje Komunię sakramentalnie, są niedozwolone i dlatego należy je znieść - niech będzie wyklęty.
9. Gdyby ktoś mówił, że obrządek Kościoła rzymskiego, w którym część kanonu i słowa konsekracji wymawia się po cichu, należy potępić; albo że mszę należy odprawiać wyłącznie w języku rodzimym; albo że nie należy dodawać wody do wina w ofiarowaniu kielicha, ponieważ jest to przeciwne ustanowieniu Chrystusa - niech będzie wyklęty.
Jasno więc widać iż jest nauką katolicką traktowanie Mszy Świętej jako ofiary. W tradycyjnym nauczaniu wymiar uczty albo jest tylko wzmiankowany, albo pominięty, ponieważ nie stanowi istoty Mszy Świętej. Jeśli jednak chcemy szukać gdzieś owej Uczty Pańskiej to będą to obrzędy Komunii Świętej i każdy uczciwy liturgista przyzna, że stary obrządek mszalny bardziej akcentował ową ucztę. Pierwszym elementem, który był, a którego zwykle dziś nie ma są balaski nakryte białym obrusem. Nowa teologia każe przyjmować Ciało Pańskie w tak zwanej procesji, będącej jednak właściwie kolejką. W praktyce przyjęcie Komunii Świętej odbywa się w locie - nie ma niczego co by w sposób zewnętrzny oznaczało, że mamy do czynienia z ucztą. Dalej w wielu miejscach ministranci nie posługują już z pateną, a więc i ten element uczty jakim jest spożywanie nad talerzem został wyeliminowany. Wreszcie skrócono wydatnie czas uczty przez dopuszczenie do szafowania Ciałem Pańskim praktycznie każdego wiernego... . Nawet puryfikacja naczyń - czyli przekładając na współczesny język zmywanie naczyń jest wykonywana zgodnie z uproszczonymi zasadami i niestety często niechlujnie... . Dla tradycyjnego katolika kwestie które poruszam godzą w istotę pobożności eucharystyczej, ale i dla modernisty powinny być jasnym znakiem jak bardzo wyznawane przezeń zasady różnią się od praktyki. Czasem o zgrozo wiarołomne spotkania opłatkowe heretyków są odprawiane z większą nabożnością niż rzekomo katolickie "uczty".

Czy Pan Bóg wprowadził do kultu elementy uczty? Być może traktując rzecz bardzo aspektowo można by stwierdzić że w pewnej dalekiej metaforze tak, bo istotnie Ciało Chrystusa jest Pokarmem na żywot wieczny. Jednak bliższa jest perspektywa Ofiary, z reszty której posilają się wierni będąc w tym i tylko tym sensie królewskim kapłaństwem, bo kapłanom w Starym Zakonie przysługiwał posiłek właśnie z owej reszty pozostałej z ofiar. O tak zwanym kapłaństwie wspólnym będę jeszcze pisał. Dziś chciałbym tylko podkreślić, że Msza Święta jest Ofiarą, a ucztą tylko w pewnym i nigdy dosłownym sensie. Jeśli powiemy, że Msza Święta to Najświętsza Ofiara wyrazimy w pełni katolicką naukę, jeśli jednak określimy ją jako uczta to staniemy się wiarołomnymi protestantami. Również określenia typu: ofiarna uczta nie są prawidłowe. Uczta ofiarna być nie może, bo albo robimy jedno albo drugie, poza tym wymiar ofiary sprowadza się w takim wyrażeniu li tylko do epitetu. Bliższe prawdzie byłoby stwierdzenie: "Ofiara i uczta" - jednak i tutaj dokonuje się pewna redukcja, ukryte zrównanie wymiaru ofiarniczego Mszy Świętej ze znaczeniem Komunii Świętej, która choć jest ważna to jednak nie należy do istoty Mszy Świętej, a najlepszy jest dowód, że może być Ciało Pańskie rozdawane poza Mszą Świętą. Życzę więc wszystkim czytelnikom pochylenia się nad tajemnicą Ofiary i owocnej walki z wszelkimi przejawami redukcjonizmu eucharystycznego. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


wtorek, 4 kwietnia 2017

Wulgarne święcenie, czyli lektorat

Laudetur Iesus Christus!

Dekonstrukcja święceń chyba najbardziej dotknęła lektoratu. Z moich obserwacji wynika, że jest to najbardziej wypaczona w praktyce służba kościelna. Dlaczego nazywam lektorat święceniem wulgarnym? Ponieważ do liturgicznych funkcji lektora dopuszcza się dziś wszystkich - zarówno mężczyzn jak i kobiety, dzieci, heretyków jak również ateistów. Łacińskie słowo vulgaris oznacza właśnie pospolity, zwyczajny.
Lektorat jest to niższe święcenie, które udziela klerykowi potrójnej władzy:
a) czytania lekcji z Pisma Świętego podczas liturgii Słowa 
b) błogosławienia tego co służy do jedzenia
c) wspomagania wyższych rangą kleryków w głoszeniu wiary zwłaszcza wobec niewierzących oraz przygotowania wiernych do godnego i owocnego przyjęcia sakramentów.

Zatem służba lektora nie ogranicza się tylko do ortofonicznego wykonania czytania mszalnego. Kleryk posiadający te święcenia/posługę ma obowiązek prowadzić czynną ewangelizację i nauczać.
Materią święceń lektorskich jest wręczenie kandydatowi lekcjonarza (księgi z której czyta się Słowo Boże na liturgii) lub Pisma Świętego, a formą słowa: "Przyjmij księgę Pisma świętego i wiernie przekazuj Słowo Boże, aby coraz mocniej działało w sercach ludzkich." Lektorat jest udzielany przynajmniej od II w, bowiem już około 200 r spotykane są epitafia nagrobne lektorów, którzy przez swoją służbę zwykle jako męczennicy albo wyznawcy osiągnęli świętość. Przez pierwsze wieki był samodzielnym święceniem i stanem wśród duchownych - powstawały nawet specjalne szkoły lektorskie. Z tych szkół wywodzi się prawo lektora do błogosławienia pożywienia, bowiem przełożeni tych szkół dokonywali tych sakramentaliów podczas posiłków. Z początku lektor wykonywał wszystkie czytania, w końcu jego liturgiczna rola ograniczyła się do czytania lekcji ze Starego Testamentu i błogosławieństwa pokarmów. Dziś lektor na liturgii czyta lekcje mszalne, podaje intencji modlitwy wiernych błogosławi pokarmy oraz co ciekawe może przewodniczyć ceremonii pogrzebu (stacja w domu i nad grobem). Ostatnie uprawnienie trudno wytłumaczyć z Tradycji Kościoła. Wydaje się jednak że jest to pogrzeb prosty lub na cmentarzu, ponieważ klerykom be święceń kapłańskich nie wolno niczego poświęcać, a poświęcenie grobu przynależy do obrzędów pogrzebowych.

Opierając się na wielowiekowej Tradycji Kościoła w dopuszczaniu laików do służby Bożej w charakterze zastępców akolitów, czyli ministrantów ołtarza od okresu ostatniego soboru błogosławi się także ministrantów do wykonywania funkcji lektora na Mszy Świętej - jest to wprowadzenie w służbę ministranta Słowa Bożego. 10 punkt Instrukcji Episkopatu Polski w sprawie udzielania posługi lektora i akolity świeckim mężczyznom z 2007 r. wyraźnie odróżnia status ministrantów i lektorów: „Należy odróżnić praktykę błogosławienia młodych chłopców do czytania Słowa Bożego od posługi lektora. Nie otrzymują oni posługi lektoratu, lecz błogosławieństwo do spełnienia funkcji czytania Słowa Bożego w podczas liturgii."  Jest też poważnym nadużyciem określenie tych ministrantów lektorami i wprowadza to wiele zamieszania. Niestety częstą praktyką jest posługiwanie się rytem wziętym z pontyfikału włącznie z użyciem materii i formy właściwej dla święceń lektorskich. Jeśli intencja szafarza (a przy święceniach niższych może nim być także prezbiter) jest aby ci chłopcy nad którymi się modli zostali lektorami, to w istocie zachodzą święcenia lektorskie, a ci młodzi ludzie są obowiązani do wykonywania zadań co do których nie zostali ani właściwie pouczeni, ani często z powodu wieku nie są do nich zdolni. Pytam się więc, kto weźmie za nich i ich powołanie odpowiedzialność? Takie ustanowienie choć ważne jest jednak niegodziwe. Jeśli jednak szafarz nie posłuży się rytem z pontyfikału, albo zmieni intencje to wprowadzi młodych chłopców do służby ministrantów Słowa Bożego. Współczesna struktura grup ministranckich zmienia miejsce hierarchiczne lektora. Zwykle ministranci najpierw pełnią służbę przy ołtarzu, a potem przechodzą awans stając się "lektorami". Takie odwrócenie prowadzi często do wypaczeń - uznaje się służbę lektora za ważniejszą niż służbę akolity, tymczasem wyższą służbą jest posługa akolity, ponieważ służy on przy ołtarzu, który jest ważniejszy od ambony. Owszem, służba lektora wymaga więcej umiejętności, ale zawsze była, jest i będzie niższą wobec posług akolity. O tym w formacji ministranckiej nie należy zapominać, w przeciwnym przypadku wychowamy młodych protestantów, którzy liturgię Słowa będą stawiać ponad liturgię Ofiary i ambonę ponad ołtarz... . Warto również zwrócić uwagę na brak należytej formacji do przyjęcia posługi lektoratu w nowych seminariach. Notorycznie zdarza się, że młodzi alumni nie są informowani o swoich nowych obowiązkach w należyty i całościowy sposób. Do tego nie wiedzą iż przyjmują zobowiązania na całe życie a sakramentale lektoratu wyciska na ich duszy znamię.
 
Bolesne jest także dopuszczanie do służby lektorskiej dziewcząt i kobiet - wszak mówi Apostoł: "Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem lecz [chcę, by] trwała w cichości. Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem - Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo." (1 Tm 2,11-14) Nie istnieją zatem żadne lektorki - jest to wymysł modernistów chcących tylnymi drzwiami wprowadzić święcenia kobiet. Takie obrzędy są świętokradcze i nieważne. Wszystkie kobiety wykonujące funkcję lektorskie upominam i zachęcam do porzucenia takich praktyk, jako niezgodnych z Pismem Świętym. Kobieta w Kościele powinna dobrze wychować dzieci, albo oddać się życiu mniszemu. Na liturgii może wykonywać funkcje śpiewacze jednak zawsze w chórze. Nigdy nie powinna wdziewać szat liturgicznych, chyba, że habit zakonny.
Inną praktyką jest dopuszczanie do służby lektorskiej małych dzieci - to również wielkie nadużycie, właściwą praktyką jest dopuszczanie chłopców po przyjęciu sakramentu bierzmowania jeśli roztropny osąd wskazuje, że rozumieją przynajmniej sens dosłowny odczytywanych perykop. Niedopuszczalne jest wykonywanie funkcji lektorskich (i jakichkolwiek innych funkcji kleryckich) przez heretyków (nawet z okazji tygodnia modlitw o jedność chrześcijan) oraz ateistów. Niestety ma to często miejsce. Mówi się wiele o Słowie Bożym od czasu Soboru Watykańskiego II, używa się określeń stół Słowa i stół Ofiary, co nomen omen jest nieporozumieniem, podczas gdy poprzez dopuszczanie nieodpowiednich osób, często odzianych w sposób nieliturgiczny deprecjonuje się ważkość Słowa Bożego w liturgii. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 12 lutego 2017

Kolegializm, czy jest nową formą starej herezji koncyliaryzmu?

Laudetur Iesus Christus!

Jednym z czołowych problemów jaki podnoszą integryści w dialogu z modernistami jest doktryna kolegializmu. Sobór Watykański II zwłaszcza w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele (Lumen Gentium) wprowadził naukę o wspólnym sprawowaniu urzędu apostolskiego przez wszystkich biskupów - doktryna ta została później nazwana kolegializmem. Po upływie ponad 50 lat od tych obrad warto sobie zadać pytanie gdzie kolegializm nas zaprowadził i czym stał się dzisiaj. Zanim jednak przejdę do samego zagadnienia polecam przeczytać numery od 18 do 29 Lumen Gentium. Słowo kolegium odmieniane na różne sposoby znajdziemy aż w 23 miejscach!

W istocie prawdą jest, że urząd apostolski Chrystus Pan polecił 12 apostołom i w takim rozumieniu Sobór Watykański II na pewno nie zbłądził. Problem pojawia się w tym jak owa nauka została odczytana i co przy jej ogłaszaniu przemilczano. Chociaż 12 apostołów ma udział i prawo do przekazywania władzy związanej z sukcesją apostolską, to jednak rola św. Piotra jest niepoślednia. Pan nasz Jezus Chrystus tak do niego mówi: "Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci»." (Łk 22, 31-32). A zatem władzę definiowania wiary, tam gdzie pojawiają się wątpliwości ma Piotr i tylko on. Sobory co prawda także biorą udział w definiowaniu nauki, a więc w ogłaszaniu dogmatów, jednak nie mogą tego czynić bez aprobaty papieża, chociaż jego fizyczna obecność na soborze nie jest konieczna. Żaden sobór niezatwierdzony przez następcę św. Piotra nie wszedł do kanonu ogólnie uznawanych soborów. Nawet na Soborze Watykańskim II, każdy dokument musiał zostać podpisany przez Pawła VI (za Jana XXIII nie ukończono pracy nad żadnym schematem dokumentu), na wieczną rzeczy pamiątkę, aby mógł prawnie obowiązywać. Biskupi mają więc prawo pomagania biskupowi Rzymu w definiowaniu prawdy, ale sami z siebie i mocą swojego urzędu nie mogą tej prawdy określić, nawet jeśli zebraliby się wspólnie i byli jednomyślni. Do dzisiaj zresztą w Kodeksie Prawa Kanonicznego znajdują się następujące normy:

Kan. 341 - § 1. Dekrety soboru powszechnego nie posiadają mocy obowiązującej, dopóki, po zatwierdzeniu ich przez Biskupa Rzymskiego wraz z ojcami soboru, nie zostaną przez niego potwierdzone i na jego polecenie ogłoszone. 

§ 2. Takiego samego potwierdzenia i ogłoszenia, dla uzyskania mocy obowiązującej, wymagają dekrety Kolegium Biskupów, gdy podejmuje działalność ściśle kolegialną, w sposób wskazany albo dobrowolnie przyjęty przez Biskupa Rzymskiego.
oraz

Kan. 1372 - Kto od aktu Biskupa Rzymskiego odwołuje się do soboru powszechnego lub do Kolegium Biskupów, winien być ukarany cenzurą.

Ostatnia norma dotyczy herezji zwanej koncyliaryzmem, kiedy to osoba lub grupa osób próbuje odwołać się do soboru od decyzji powziętych przez papieża. Oczywiście nie dotyczy to poprzednich soborów - papież nie może negować prawd już ogłoszonych, a więc głosić herezji.
Wreszcie to świętemu Piotrowi Pan Jezus powierzył tak zwaną władzę kluczy:
"Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie»." (Mt 16,18-19 Kościół więc bez następcy św. Piotra istnieć nie może, o czym przekonuje nas nie tylko Biblia, ale także zwyczajne nauczanie Kościoła, wyrażone w wielu aprobowanych katechizmach. Zdanie: "Ubi Petrus ubi Ecclesiae" nie traci nawet dziś na znaczeniu, chociaż wymaga szerszego komentarza, co też zamierzam uczynić w kolejnych wpisach.

Nauka o kolegializmie wydała jednak szczególnie po ostatnim soborze bardzo niebezpieczne owoce. Otóż owo wspólnotowe pojmowanie urzędu biskupa przyćmiło indywidualną odpowiedzialność każdego z nich, co więcej nauka ta się rozszerza na coraz szersze pola aktywności Kościoła i sieje spustoszenie... . Pierwszym przejawem posoborowego kolegializmu są nieszczęsne konferencje episkopatów. To co miało przynieść ożywienie pracy duszpasterskiej w poszczególnych prowincjach kościelnych, a nawet państwach przyniosło zwykły demototalitaryzm. Poszczególni tradycyjni biskupi są naciskani przez swoich często zeświecczałych kolegów do przyjmowania rozwiązań, które są sprzeczne z regułą duszpasterską i zwykle z sumieniem co bardziej prawowiernych biskupów. W ten sposób w Polsce rozszerza się praktyka przyjmowania Komunii Świętej do ręki, albo przesuwania wieku I Komunii Świętej do góry, co nie sprzyja uświęcaniu dzieci. Dochodzi do tego, że konferencja episkopatu coś ustala, czy uchwala i to obowiązuje we wszystkich diecezjach kraju, podobnie jest z listami pasterskimi, a trzeba jasno podkreślić, że jedynie biskup diecezjalny sprawuje ważnie, w sposób bezpośredni i własny urząd apostolskiego posługiwania. Wszystkie te akty prawne narzucone wbrew woli biskupa miejsca, albo z naruszeniem jego sumienia, choćby tylko na forum wewnętrznym są nieważne, nawet gdyby zainteresowany biskup się pod nimi podpisał. Wynika to wprost z odnośnych norm prawa kanonicznego jak również relacji instytucji biskupa jako ustanowionego przez Boga oraz rzeczonej konferencji jako tworu ludzkiego. Zadaniem konferencji biskupów jest tylko wspólna rada oraz kierowanie do Stolicy Apostolskiej prośby o wydanie jakiego aktu prawnego. Natomiast konferencje episkopatu nie mogą żadnych praw uchwalać ani też wspólnie podawać nauczania, jak to często robi w sposób schizmatycki i heretycki zarazem Kościół zachodnio-katolicki.

Wreszcie duch kolegializmu rozprzestrzenił się na różnorakie przestrzenie działalności Kościoła. Już podczas deformacji seminaryjnej tłoczono mi do głowy o kolegium prezbiterów, różnorakich komisjach i radach. Wreszcie sam przez radę seminaryjną zostałem wydalony - przynajmniej tak mi powiedziano. A rada jak sama nazwa wskazuje powinna radzić, a nie decydować, zarządzać czy uchwalać. Podobnie jest z radą parafialną, kapłańską czy duszpasterską. Tymczasem często słyszymy, że rady podejmuję decyzję. Jest to nic innego jak próba demokratyzacji Kościoła kosztem pogwałcenia Jego struktury hierarchicznej nadanej przez Chrystusa Pana. Trzeba wreszcie powstać przeciw tej zarazie szerzącej się w Kościele i niszczącej Go od środka. Biskupi niech pamiętają, że sprawę z rządu nad diecezją zdadzą oni sami przed Bogiem, a nie jakieś konferencje episkopatu czy rady kapłańskie. Tak samo proboszcz odpowie przed Bogiem za stan swojej parafii, a ojciec rodziny za wychowanie religijne swych dzieci. Nie dajcie się uwieść tym bałamutnym naukom! Weźcie więc odpowiedzialność na swoje barki, każdy według urzędu jaki otrzymał. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 2 lutego 2017

Życie zdekonsekrowane

Laudetur Iesus Christus!

Święto Oczyszczenia NMP lub jak kto woli Ofiarowanie Pańskie to także Dzień Życia Konsekrowanego. Z tej okazji warto się przypatrzeć kryzysowi Kościoła w tym względzie. Powszechnie znane statystyki nie pozbawiają złudzeń - to właśnie ta forma realizacji życiowego powołania jest obecnie dotknięta największym deficytem. Wielu prominentnych teologów i pasterzy próbuję zracjonalizować obecną sytuację i po ludzku wyjaśnić ten dotkliwy brak.

Dusze katolickie czują jednak dlaczego życie konsekrowane stało się mało popularne. Powodem jest laicyzacja Kościoła, owo aggiornamento, które w istocie jest pójściem na układ z duchem tego świata. Na soborze watykańskim II podniesiono kwestię "odnowy życia zakonnego przystosowanej do współczesności" - wystosowano nawet specjalny dekret. Niestety zamiast zapowiadanej w nim rewizji nastąpiła rewolucja w życiu zakonnym. Przede wszystkim nazbyt pochopnie uznano stan życia konsekrowanego jako proste rozwinięcie konsekracji wynikającej ze chrztu. Tymczasem, życie konsekrowane jest odrębnym stanem i wymaga powołania bardziej szczególnego niż powszechne powołanie do świętości. To Pan wybiera sobie ludzi, którzy przez radykalną profesję rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa wchodzą z nim w najgłębszą możliwą na świecie relację. Przez całe wieki tak właśnie rozumiano ową konsekrację, czyli przeznaczenie na wyłączną służbę Bogu. Owo aggiornamento w praktyce  spowodowało daleko idącą pauperyzację perspektywy teologicznej konsekracji jako stanu. Formowanie zakonników w duchu rozwijania li tylko duchowości chrzcielnej zatraca całą atrakcyjność tego stanu. To trochę tak jakby ze stanu małżeńskiego zachować obowiązki takie jak wychowanie dzieci i troska o współmałżonka, a wykluczyć przywileje jakimi są radość współżycia czy szczególną ochronę prawną. Wobec tego nie dziwi fakt, że wielu z tych, którzy zostali poświęceni na wyłączną służbę Bogu zatraca dziś swoje powołanie, a ci którzy je mają nie potrafią go rozwinąć.

Sam dekret już w tytule zawiera pewną opcję preferencyjną na rzecz ducha tego świata. A konsekracja ma być właśnie znakiem sprzeciwu wobec niego! Więc dziś życie konsekrowane często jest bardziej rozumiane jako służba człowiekowi niż Bogu. Jest to zresztą zgodne z ogólnie panującą herezją antropocentryzmu. Profesja rad ewangelicznych ma w odnowionej rzeczywistości wchodzić  dialog ze światem. Rada czystości odnosi się już więc do zwykłego celibatu - a tymczasem w klasycznie rozumianym życiu konsekrowanym chodzi o coś znacznie więcej... Ubóstwo, jak to często słyszałem z ust zakonników nie może być utożsamiane z dziadostwem - w praktyce często oznacza to życie w większym luksusie niż duchowieństwo diecezjalne, tylko rozpisanym na zakon, a nie na poszczególną osobę. Wreszcie posłuszeństwo, które dziś jest bardziej posłuszeństwem wobec poprawności politycznej i ducha tego świata niż Bogu.

Reformy dokonane po soborze watykańskim II dotknęły zakony głównie przez zniesienie tradycyjnych praktyk pokutnych. Posty odprawia się już tylko w najbardziej klauzurowych zakonach taki jak karmelitanie czy trapiści. Modlitwa brewiarzowa, która przez wieki w zakonach była sprawowana z największą pieczołowitością włącznie z praktyką wstawania nocą i odmawiania wszystkich godzin kanonicznych wspólnie o właściwych porach została poza najbardziej surowymi zakonami zupełnie zaniedbana. Dość pomyśleć, że w przedsoborowym brewiarzu cały psałterz rozpisany był na jeden tydzień - w "odnowionej liturgii godzin" jest rozpisany na... 4 tygodnie. Istnieje monastyczny psałterz, używany przez zgromadzenia mnisze, gdzie psałterz rozpisany jest na 2 tygodnie. W wielu zgromadzeniach i diecezjach Kościoła zachodnio-katolickiego zwalnia się duchowieństwo i zakonników z całości lub części brewiarza jeśli tylko zajmują się jakąkolwiek pracą duszpasterską. To jest złożenie na ołtarzu świata ofiary z modlitwy! To się nie godzi, bo to jest sprzeczne z fundamentalną zasadą życia konsekrowanego, a jest nią mistyczna bliskość ze Zbawicielem i nie da się tej bliskości przeżyć inaczej jak tylko przez głębokie życie modlitewne. Sensem życia konsekrowanego jest właśnie to że są ludzie, którzy stanowią znak dla świata i wstawiają się za tych, którzy ze względu na powołanie świeckie nie mogą podołać tak intensywnemu życiu duchowemu. Wyrywanie zakonników z tej bliskości z Bogiem jest grzechem nie tylko przeciwko samemu Bogu, który sobie tych ludzi wybrał, przeciwko tym braciom i siostrom, którzy są poszkodowani, bo nie mogą w pełni realizować swojego życiowego powołania, ale także a może przede wszystkim wobec nas wszystkich, ponieważ życie konsekrowane jest znakiem dóbr przyszłych do których zmierzamy, jest skarbem duchowym całego Kościoła. Zupełną aberracją jest idea, która zmierza do tego by nazywać osoby żyjące w świecie i wykonujące świecki zawód osobami życia konsekrowanego. Kiedyś ludzie głębokiej pobożności mieli możliwość włączania się w nurt konsekrowany przez stowarzyszenia tercjarskie, jednak one stanem mniszym nie są i być nie mogą! Właśnie oddzielenie od świata i profesja rad ewangelicznych we wspólnocie lub pustelni jest sednem sposobu realizacji powołania do konsekracji.

Jestem pełen szacunku i życzliwej zazdrości wobec osób życia konsekrowanego. Nie dajcie się zlaicyzować, bo staniecie się solą bez smaku. Bądźcie znakiem sprzeciwu wobec świata i Kościoła. Zawsze byłem pod wrażeniem gdy siostry zakonne dawały świadectwo chociażby swym strojem zakonnym. Czuję się zgorszony, gdy zakonnicy porzucają strój zakonny, gdy nie dbają o wspólnotową i punktualną modlitwę brewiarzową, posiadają więcej niż potrzebują do godziwego życia, gdy notorycznie łamią klauzurę... . Te grzechy powinny być kanwą rachunku sumienia przede wszystkim dla wielu wyższych przełożonych zakonnych. Wszystkim tym osobom konsekrowanym, którzy zatracili się dedykuję słowa Apokalipsy św. Jana: "Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij! Jeśli zaś nie - przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie nawrócisz." (Ap 2, 4-5)

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 24 stycznia 2017

Integryzm - szansa, czy zagrożenie?

Laudetur Iesus Christus!

Po przeglądzie największych odłamów chrześcijaństwa, przychodzi czas na scharakteryzowanie i usystematyzowanie grup wiernych zwanych integrystycznymi. Słowo integryzm pochodzi od łacińskiego integer, co znaczy cały, zachowany w pełni, nietknięty. Wydaje się, że współczesny nurt ekumeniczny szuka kontaktów ze wszystkimi, poza integrystami. Dlaczego tak jest? Jakie są oblicza integryzmu?

Integryzm jako nurt katolicki powstał na przełomie XIX i XX w jako reakcja na nurty modernistyczne. Wszyscy integryści za swoich patronów uważają więc papieży bł Piusa IX i św. Piusa X. Zachowanie doktryny katolickiej wobec zagrożeń tego świata uważają za swoją naczelną zasadę. Często postawę swoją uzasadniają najważniejszym paradygmatem Kościoła - regułą zbawienia dusz (salus animarum). Niestety i w tych środowiskach pojawiły się odejścia od Kościoła. Właściwie jedynie skrajne grupy integrystyczne można nazwać wspólnotami czysto schizmatyckimi. 

Zasadniczo integryzm katolicki zaczął się radykalizować w wyniku obrad Soboru Watykańskiego II, a szczególnie wobec owoców jakie wydały reformy posoborowe. Tutaj zaznaczył się podział integrystów katolickich na sedeplenistycznych i sedewakantystycznych. Pierwsi uznają, że Stolica Apostolska jest pełna (sede - siedzenie, pleno - pełne), natomiast drudzy uznają, że Stolica Apostolska jest pusta (sede - siedzenie, vacante - puste). Sedewakantyzm ma bardzo różne oblicza, ale zwykle dzieli się go na trzy grupy:
a) doktrynalny (papież, który popadł w herezję utracił urząd - wtedy ostatnim papieżem byłby Pius XII)
b) spiskowy (wybrany na papieża Paweł VI został uwięziony, a na Stolicy Piotrowej został posadzony uzurpator, wtedy ostatnim papieżem byłby Jan XXIII)
c) sakramentologiczny (zwolennicy tego nurtu podważają ważność święceń biskupich w nowym rycie, wtedy ostatnim papieżem byłby Jan Paweł II)
Osobiste doświadczenia w rozmowach z sedewakantystami są bardzo trudne. Pierwsza i ostatnia teoria tworzą bardzo zawarty system światopoglądowy, który trudno jest podważyć, aczkolwiek nie jest to niemożliwe. 

Z sedewakantyzmu wyrósł pogląd pośredni zwany sedeprywacjonizmem. Teorię tą bp Guerard des Lauries, początkowo dominikanin, później biskup sedewakantystyczny. Pogląd sedprywacjonizmu zakłada, że papież i biskupi popadli w herezję nie tracą urzędu, ale niektóre prerogatywy z niego wynikające. Na przykład papież może kreować nowych kardynałów, ale nie wydaje ważnie żadnych aktów prawnych ani nie naucza. Dzięki temu zachowana zostaje możliwość wyboru nowego papieża, ale jednocześnie wszystkie encykliki, bulle, konstytucje apostolskie i dogmatyczne, albo ustawy i kodeksy prawa kanonicznego stają się automatycznie nieważne z mocy prawa. Taki pogląd choć jest bardzo atrakcyjny można bardzo łatwo podważyć, bo na jakiej podstawie i kto ma decydować o tym co papież-heretyk mógłby ważnie robić, a co nie?

Wreszcie pozostaje konklawizm. Mało kto wie, że współcześnie mamy około kilkunastu antypapieży. Nie są to ruchy o wielkim znaczeniu, szczególnie że chyba żaden z nich posiada sukcesji apostolskiej i skupiają wokół siebie niewielkie rzesze wiernych, jednak warto wiedzieć, że taki prąd istnieje. 

Oczywiście z katolickiego punktu widzenia zarówno sedewakantyzm, sedeprywacjonizm jak również konklawizm to ruchy schizmatyckie. W większości ugrupowania te nie sprzeciwiają się żadnym dogmatom, tak więc jest wśród nich wielu samych tylko schizmatyków bez znamienia herezji. Przykre jest, że Kościół nie próbuje nawet prowadzić z nimi dialogu.

Co ciekawe ruchy sedeplenistyczne także są przez Kościół wyklęte. Najbardziej znanym jest chyba Bractwo św. Piusa X zwane potocznie lefebrystami, od abp Lefebvre, który w 1988 r konsekrował bez zgody Rzymu 4 biskupów. Abstrahując do wyjaśniani czy doszło do schizmy czy nie, temat uciął Brenedykt XVI ściągając formalnie ekskomunikę z konsekrowanych biskupów. Pozostał jednak stan nieuregulowany kanonicznie. Za papieża Franciszka Stolica Apostolska wydała zarządzenie o ważności udzielania rozgrzeszenia przez kapłanów Bractwa św. Piusa X i o zniesieniu dyspensy a divnis dla przyjmujących w Bractwie święcenia. Wobec tego warto się zastanowić, czy w ogóle istnieją jakieś przeszkody do praktykowania wiary w Bractwie św. Piusa X? Pozostają także inne wspólnoty sedeplenistyczne, które choć formalnie uznawane są przez Rzym, to jednak często są prześladowane we własnych diecezjach. Do ruchów tych zaliczają się instytuty życia konsekrowanego podległe Komisji Ecclesia Dei, jak również grupy wiernych należące do mniej lub bardziej oficjalnych środowisk tradycji łacińskiej. W tym rozumieniu również autor tego bloga jest integrystą. 

Warto więc zadać hierarchom pytanie o to czy rzeczywiście ich wysiłki ekumeniczne są szczerze? Czy nie próbują tworzyć podziałów tam gdzie ich nie ma. Zarysowany podział integryzmu katolickiego wskazuje, że są w jego łonie schizmatycy oddzielający się od Kościoła, ale są także wierni przywiązani do Tradycji, którzy stanowią sól Kościoła i prawdziwą Jego odnowę. Wobec tego integryzm jawi się zarówno jako zagrożenie, jak i szansa. Prawdziwy katolicki ruch zawsze jednak będzie w pewnym sensie integrystyczny, to znaczy zmierzający do pełni i odkrywający całe bogactwo Tradycji Kościoła.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk