Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2018

Fałszywy charyzmatyzm

Laudetur Iesus Christus!

Uczono mnie podczas mojej deformacji intelektualnej iż Stary Testamentem był czasem Boga Ojca, Nowy Testament Syna Bożego, zaś w dobie tak zwanej odnowy charyzmatycznej następuje czas Ducha Świętego. Abstrahując od nadawania soborowi watykańskiemu II decydowanie nadmiernej roli w historii zbawienia trzeba stwierdzić iż takie pojmowanie planu zbawienia zatrąca mocno modalizmem - starym błędem związanym z ujmowaniem Trójcy Świętej wg sposobów działania poszczególnych osób. Dzisiejszy błąd mógłby nazywać się temporaryzm. Jest wbrew pozorom dość rozpowszechniony. Oczywiście deformuje obraz Trójcy Świętej która jest jednością, ma tą samą naturą i zawsze działa razem. 

Tak więc Duch Święty jest dzisiaj niezwykle modny. Odnoszę jednak wrażenie, że duch który odnosi się nad dzisiejszymi charyzmatykami z trzecią osobą Bożą ma niewiele wspólnego. Na egzaminie z charytologii i pneumatologii zostałem poproszony o określenie czym jest charyzmat. Być może definicja tradycyjna iż jest to darmo dany człowiekowi dar służący zbudowaniu Kościoła jest zbyt banalna, nie mniej wykładowca nie potrafił mi dostatecznie przekonująco objaśnić charyzmatu w ujęciu współczesnym. Trudno mi się więc nawet do tego odnosić. Wiem jednak, że przez wieki Kościół posiadając i nauczając owej prostej definicji nigdy nie błądził, a nawet wspaniale się rozwijał. Życie charyzmatyczne jak widzę zaczęło zamierać paradoksalnie po soborze watykańskim II.

Być może czytelnicy podniosą teraz rwetes, ale teza z poprzedniego akapitu jest dość łatwa do udowodnienia. Charyzmaty można podzielić na nadzwyczajne i urzędowe. Dziś zwykle goni się za tymi pierwszymi. Istnieją wspólnoty które zajmują się "rozeznawaniem" owych charyzmatów. Oczywiście najczęściej rozpoznawalnymi charyzmatami są dar języków, prorokowanie, czy modlitwa wstawiennicza. Dziwnym jest że wśród innych podawanych przez św. Pawła charyzmatów nie ujawnia się charyzmat uzdrawiania, czy sprawiania cudów. Chociaż pojawiają się grupy nawiedzonych którzy usiłują kogoś uzdrawiać czyniąc to przez internet czy telewizję... . Może więc i pojawią się jacyś ludzie rozeznający takie charyzmaty.  Mamy więc charyzmaty nadzwyczajne, które jak sama nazwa wskazuje nie ujawniają się u każdego i zwykle są rzadkie. Mamy też charyzmaty urzędowe związane z wykonywaniem obowiązków stanu - te są powszechne. Często mówimy że ktoś jest nauczycielem z charyzmą, albo utalentowanym aktorem. Jeśli nasze zdolności zawodowe przynoszą korzyści duchowe pozostałym członkom Kościoła można nazwać je charyzmatami. Takie dary jak najbardziej podlegają rozeznaniu przez Kościół choćby poprzez rozeznawanie powołania i to nie tylko w aspekcie wyboru stanu życia, ale także zawodu. Charyzmaty urzędowe najbardziej strategiczne wiążą się oczywiście z posługą duchowną. Można powiedzieć, że każde święcenie stanowi swego rodzaju charyzmat urzędowy. Jest charyzmat pasterski i nauczycielski właściwy biskupom, kapłański, diakoński. Nawet ostiariusz posiada swego rodzaju charyzmat urzędowy, choć niewątpliwie jest on mniejszej rangi od tych wymienionych na początku. W tym aspekcie nie trudno udowodnić że po soborze watykańskim II kiedy liczba kleryków wyraźnie spadła istnieje raczej charyzmatyczny kryzys niż odnowa. Podobny kryzys dotyczy charyzmatu macierzyństwa, a zwłaszcza ojcostwa, o czym prawią już nawet psychologowie... . Także charyzmaty urzędowe związane z życiem zawodowym członków Kościoła podlegają kryzysowi. Ludzie nie mogą, nie potrafią lub nie chcą odkryć prawdziwego powołania. Po wielokroć męczą się w swojej pracy nie wykorzystując danych sobie charyzmatów przez co nie przyczyniają się w dostatecznym stopniu do budowania Kościoła. A charyzmaty nadzwyczajne? Gdzie są uzdrowienia znane z Pisma Świętego, czasów patrystycznych lub opowiadań hagiograficznych? W końcu Chrystus Pan obiecał, że wierzącym będą towarzyszyć znaki. Tymczasem znaków nie ma, lub jest ich mało bo mało jest wiary!

Zatem zanim zaczniemy wyszukiwać w każdym człowieku charyzmatów i na siłę wtłaczać w każdego zdolności których on nie posiada zadajmy sobie pytanie o ortodoksję i ortopraksję naszego życia. Charyzmaty nie są bowiem dane przez ludzi, ale przez Pana Boga. Tylko On je daje w sposób w jaki uważa za najlepszy dla dobra Jego Owczarni.  Prowadźmy przeto pokorne życie nie goniąc za efektownymi zjawiskami. Prawdziwe charyzmaty ujawniają się w sposób najbardziej nieoczekiwany. Wspólnoty które roszczą sobie prawo do rozeznawania charyzmatów, często poza urzędem kapłańskim i biskupim po prostu błądzą. Wiele razy widziałem bełkotanie ludzi mniemających iż mają dar języków - gdzież byli ci którzy potrafili wyjaśniać? Pytanie czy rzeczywiście Kościół potrzebuje tyle osób mających dar języków? A modlitwy wstawiennicze odprawiane na sposób kapłański, z wkładanie rąk przez osoby do tego nie uprawnione. Czy zaciemnianie różnicy pomiędzy laikatem a duchowieństwem, uzurpacja władzy której się nie posiada jest czymś co buduje Kościół? Można by takie wyliczenia podawać jeszcze długo. Fałszywy charyzmatyzm w najgłębszym sensie tego wyrażania nie buduje bowiem Kościoła, ale buduje pychę tych którzy temu zjawisku ulegli.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 8 sierpnia 2017

Deprawacja intelektualna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Kolejnym wymiarem formacji wskazywanym przez dokumenty jest formacja intelektualna. Niestety ten obszar obarczony jest wielkim zaniedbaniem i to pomimo tego że w wielu przypadkach nowe seminaria kładą nań główny nacisk. Chociaż św. Teresa z Avila stwierdziła, że: "Gdybym musiała wybierać pomiędzy spowiednikiem mądrym a pobożnym, wybrałabym mądrego" to jednak nie należy zapominać, że głównym celem seminarium jest formacja duchowa - o której w innym wpisie. Kształcenie intelektualne jest pewną podstawą - owszem ważną, ale spełniającą służebną rolę wobec uformowania duchowego i duszpasterskiego. Nie wolno bowiem nigdy przestawić środków i celów - środkiem jest wykład wiary, a celem jej zintegrowanie dla przyszłej posługi duszpasterskiej. Tymczasem chorobą trawiącą nowe seminaria duchowne przynajmniej w Polsce jest takie układanie planu formacyjnego, że odnosi się wrażenie iż seminarium to taki pobożny akademik - celem są studia, a nie rzeczywista formacja duchowa. Przykładem niebezpiecznego odwrócenia akcentów jest praktykowane w wielu seminariach niedzielne studium - taka praktyka nie daje się pogodzić z trzecim przykazaniem Bożym, nie tylko powinna być zaniechana, ale należy alumnom wpajać, że nauka w niedzielę nie jest rzeczą godziwą. Innym objawem schizofrenii jest praktyka celebrowania uroczystości tylko w wymiarze zewnętrznym - seminarzyści obowiązani są do noszenia odświętnego stroju, ale zachowany jest normalny tryb pracy i nauki. Obraz wielkiej troski o wiedzę alumnów choć powierzchownie patrząc wydaje się prawdziwy, to jednak wchodząc głębiej staje się przykrywką dla niesamowitej pauperyzacji intelektualnej współczesnych studiów kościelnych. Patrząc na stan kształcenia duchowieństwa mam wrażenie, że studia są zapchajdziurą dla 6-letniego cyklu formacyjnego. Jeśli nie ma czym wypełnić dnia to wpisuje się w plan zajęć studium, przykładowo w sobotę mieliśmy 7 godzin studium własnego... . Kleryk, który ukończył studia i chce kontynuować formację w innym seminarium, bo albo z poprzedniego sam odszedł, albo został wydalony zwykle jest odsyłany ponieważ "nie ma co z nim zrobić". To wskazuje na rzeczywiste cele formacji intelektualnej w nowym seminarium: zdobycie wykształcenia formalnego (da papierka) i wypełnienie czasu w ciągu dnia. 

Studia seminaryjne ulegają stopniowej degradacji. Wyraźne przyspieszenie tego procesu nastąpiło w okresie masowej afiliacji fakultetów pastoralnych do uczelni państwowych. Ten mariaż choć finansowo opłacalny okazuje się katastrofą. Związek seminarium z uniwersytetem to najbardziej widoczna bolączka systemu kształcenia kandydatów do kapłaństwa. Po przemianie ustrojowej przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku polski episkopat zachwycił się wizją współpracy z państwem. Zbiegło się to nieszczęśliwie w czasie ze skokiem w zakresie laicyzacji Polski. Wpływy z ofiar zaczęły się wyraźnie zmniejszać. Seminaria duchowne które w okresie Polski ludowej pękały w szwach i były utrzymywane z ofiar ludu pracy nagle pomimo wyraźnego zmniejszenia liczby kleryków nie potrafiły samodzielnie egzystować. Kształcenie przyszłych kapłanów powierzono więc organizacjom państwowym. Owszem dalej przyszłych duchownych formują wykładowcy księża, jednak opłaca ich nie kuria biskupia, ale ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, a wiadomo, że kto płaci ten decyduje... . Konferencja Episkopatu Polski zgodziła się więc na restrukturyzację studiów kościelnych w sposób sprzeczny nawet z posoborowym ratio studiorum, które chyba nigdzie nie jest w pełni respektowane.  Nie jedyny to przypadek w tym okresie kiedy to wiara została złożona na ołtarzu Mamony - podobny los spotkał duszpasterstwo wojskowe, szpitalne oraz katechezę. Wszystkie te obszary działalności duszpasterskiej są opłacane przez państwo, które mocno ingeruje w program pastoralny tych przedsięwzięć. Zresztą jednym z argumentów włączenia seminariów w państwowy system oświaty było zlaicyzowanie katechezy. Ponieważ katechezę też opłaca państwo, wymaga więc pracowników posiadających certyfikowane wyższe wykształcenie. Mało kto wie, że studia kościelne mające wykształcić duchownych nie wiążą się z żadnymi tytułami zawodowymi, czy stopniami naukowymi. Żeby zostać prezbiterem nie trzeba być magistrem - należy ukończyć podstawowy kurs teologii. Księża magistrami zostają po to by mieć uprawnienia do pracy w szkole. W okresie PRL-u zaledwie 1/3 duchowieństwa posiadała tytuł zawodowy magistra - później w wielu przypadkach studia kościelne i napisaną pracę przestawiono jako magisterską ale kończąc seminarium większość księży nie miała żadnej tytulatury naukowej. Zresztą zakres wiedzy teologicznej tamtego kleru był odwrotnie proporcjonalny do jego poziomu wykształcenia w warstwie formalnej. Dzisiejszy magister teologii stoi daleko w tyle za kapłanem wykształconym nawet pod Vaticanum II, ale przed nieszczęsną afiliacją. Studia kościelne na związku z państwowym systemem szkolnictwa straciły swój pierwotny układ. Zakłada się bowiem, że przez pierwsze dwa lata alumn na poznawać filozofię, po to by stworzyć podstawę dla studium teologii przez kolejne trzy lata. Konieczność ukończenia kursu pedagogicznego trwającego minimum 270 h wykładowych i 150 h ćwiczeń zabiera ze studiów praktycznie rok, a ponieważ ilość godzin w siatce studiów jest z góry określona, to odbywa się to kosztem zajęć kursorycznych. Do tego dochodzi obowiązkowy czas na fakultety narzucony przez Unię Europejską, co znowu zabiera kilkaset godzin... . Rezultatem jest pobieżne studium teologii systematycznej i wypisywanie traktatów teologii moralnej oraz dogmatycznej w parach, często zupełnie niedorzecznych. Bo jaki związek mają na przykład cnoty kardynalne z bioetyką? Często brakuje czasu na ów drugi przedmiot i nie wykłada się go w ogóle - tak było na przykład podczas zajęć z eklezjologii i mariologii. Są takie dyscypliny, których nie wykłada się wcale na przykład angelologii, czy hagiografii. Jest za to mnóstwo pedagogik, katechetyk i dydaktyk - jakby jeden semestr każdej z tych dyscyplin nie wystarczył. Poziom kształcenia z tychże nauk był zresztą i tak na bardzo niskim poziomie - nauczania katechizmu uczyliśmy się w praktyce.

Innym problemem jest sam program studiów kościelnych ułożony przez Stolicę Apostolską. Zawiera on w zasadzie tylko wykaz przedmiotów i ilość godzin - to stanowczo za mało. Dawniej wychodziły z Rzymu oficjalne podręczniki według których należało wykładać, a kurs teologii był taki sam w USA co w we Włoszech. Kler był jednolicie wykształcony, co sprzyjało utrzymywaniu dyscypliny wiary. Dzisiaj pluralizm  doktrynalny "katolickich" ośrodków akademickich jest tak wysoki, że wykształcenie teologiczne odebrane nawet w jednym kraju na tym samym poziomie może być skrajnie różne w zależności od alma mater. Efektem jest wielogłos duchowieństwa w zakresie prawd wiary, co najbardziej widoczne jest choćby w sprawie słynnych dubiów i interpretacji jakichkolwiek oficjalnych dokumentów kościelnych. Kościół katolicki staje się pod względem nauczania podobny do wiarołomnej synagogi talmudycznej, gdzie w zależności od miejsca te same fragmenty Tory interpretuje się czasem w przeciwstawny sposób. Brak jasnych ordynacji w odniesieniu do programu studiów kościelnych rozbiło jedność nauczaniu w ciągu zaledwie pół wieku! Nie taki ustrój Kościoła postanowił Chrystus Pan, ale chciał by Jego Oblubienica była jasnym znakiem na drodze do zbawienia. Modne zwłaszcza w szkolnictwie europejskim fakultety  i monografie pozwoliły najbardziej szkodliwym wykładowcom rozwinąć skrzydła i oto lista najciekawszych zajęć jakie miałem do wyboru bądź wygrzebałem z czeluści witryn internetowych innych "katolickich" wydziałów lub ze świadectw studentów i absolwentów:
1. Czy piekło będzie puste?
2. Co naprawdę mówił Jezus w Ewangeliach?
3. Wspólna nauka katolicko-protestancka o usprawiedliwieniu
4. Kościoły doby reformacji
5. Ekumenizm katolicko-judaistyczny
6. Mity księgi rodzaju
7. Kryzys imigracyjny, czy kryzys miłosierdzia?
8. Duchowość islamska.
9. Masoneria - mity i rzeczywistość.
10. Transfiguracja i transfinalizacja jako alternatywne sposoby wyrażania tajemnicy Eucharystii.
Nie wiem czy czytelnicy życzą sobie więcej przykładów. Zapewniam, że powyższe wykłady były zgodne z tezą w  literalnym rozumieniu tytułów. Właśnie podczas fakultetów dochodzi do największej deprawacji umysłowej kandydatów do kapłaństwa - sam byłem tego świadkiem. Wykładowcy - moderniści mogą się wtedy popisać swoimi herezjami, a słuchacze nieuzbrojeni w oręż prawowiernej nauki chłoną wszystko jak leci i co gorsza dogmatyzują różne fałszywe idee - w końcu "ksiądz profesor powiedział..."

Podstawą dla skrzywienia intelektualnego przyszłego kleru jest już szkolnictwo na poziomie podstawowym i średnim. To w tym czasie dochodzi do przyjęcia heglowskiego paradygmatu teoriopoznawczego, w myśl którego jeśli czyjś sąd nie zgadza się z faktami to tym gorzej dla faktów. Jeśli na taką deformację postawi się syntezę w postaci filozofii wyłożonej w sposób zupełnie świecki, bez oceniania poszczególnych systemów filozoficznych w aspekcie prawdziwości i przydatności dla głoszenia wiary to przyszły ksiądz intelektualnie jest już właściwie stracony. Taki stan nazywa się ukąszeniem heglistowskim. Wszelka próba przywrócenia jego umysłu do właściwego porządku logicznego jest już właściwie niemożliwe - w ostateczności można usłyszeć: "Masz rację, ale nie przekonałeś mnie", albo "Ja mam swoją prawdę, a Ty swoją", ewentualnie wyznanie agnostycyzmu teoriopoznawczego: "Przecież prawda jest nieosiągalna". Za takiego duchownego można się już tylko modlić... . Jeśli nawet seminarzysta trafi na wierzącego wykładowcę filozofii - który przedstawi historię filozofii z punktu widzenia chrystianizmu to i tak dostanie obuchem w głowę podczas studium teologii.

Jest już pewną modą wykładanie teologii prawie dokładnie w taki sam sposób jak filozofii - bez uwzględnienia specyfiki tej dyscypliny. Teologia systematyczna wykładana jest w ten sposób że prezentuje się pleromę współczesnych poglądów, często konfesyjnie różnych bez oceny prawdziwości tez tam zawartych. Czasami wykładowcy nie informują nawet słuchaczy o tym w jakim wyznaniu dany pogląd się zrodził, a na pytanie o przynależność konfesyjną danego teologa odpowiadają niechętnie lub wręcz okazują oburzenie - w końcu pierwiastki uświęcenia i prawdy obecne są w każdej religii... . Alumni nie są informowani o ścisłej treści dogmatów - wiarę przedstawia się im w sposób opisowy, zwykle skażony myślą jakiegoś heterodoksyjnego uczonego. Również nie uczy się już hierarchii źródeł w teologii oraz o różnej kwalifikacji dogmatycznej poszczególnych tez. Dogmatyzm w teologii systematycznej przedstawia się klerykom jako coś zaprzeszłego. To wszystko prowadzi do relatywizacji prawdy, w końcu seminarzyści uczą się że wiarę można przekazywać byle jak i interpretować po swojemu. Efektem są dzisiejsze kazania i katechezy tak bardzo często skażone błędami. 

Współczesne ratio studiorum poleca pochylenie się się nad naukami humanistycznymi i kontekstem kulturowym. Zaniedbuje się przy tym zupełnie apologetykę, której się już nie uczy. Jest to zgodne z paradygmatem dialogu, w którym nie chodzi o to aby kogoś do słuszności wiary katolickiej przekonywać, ale żeby się wzajemnie ubogacać. Dawniej podstawową kompetencją teologa była umiejętność uzasadniania, dziś adept tej nauki nie potrafi już nawet tego. Studium chociaż ma się opierać na źródłach to jednak nie są one dostępne. Studenci nie czytają już prawie w ogóle źródeł. Nawet soboru watykańskiego II nie każą przeczytać w całości - cała nauka pochodzi ze skryptów usianych błędami formalnymi i merytorycznymi oraz wątpliwej jakości podręczników nierecenzowanych już w ogóle pod kątem doktrynalnym. Dochodzi do tego, że absolwent teologii nie potrafi krytycznie przeczytać żadnego tekstu źródłowego! Tymczasem studium teologii domaga się by w całości przeczytać przynajmniej całe Pismo Świętej oraz dokumenty wszystkich soborów. Teologia historyczna jest w wielkim regresie. Egzegeza usiana jest światopoglądem protestanckim. Zresztą egzegeci nie kryją swojego zachwytu Karlem Barthem, Rudolfem Bultmanem czy Hermanem Gunkelem. Studium patrystyki ogranicza się coraz bardziej, przez co jest ono zbyt pobieżne aby sięgnąć choćby do fragmentów najważniejszych dzieł. Historia Kościoła wykładana jest w paradygmacie "przepraszam że żyję", w wielkiej czołobitności do mitów inteligenckich doby oświecenia. Studium języków starożytnych, które stanowi podstawę dla czytania w oryginale tekstów źródłowych jest tak prowadzone by niczego nie nauczyć. Łacinę już dawno uznano nawet w Kościele za język wymarły, a greki jest tyle co kot napłakał.

Wiele do życzenia pozostawiają wszechobecne konwersatoria. W założeniu miały one przywrócić tradycjne "disputationes" w rzeczywistości polegają one na odbębnianiu odczytów, często bezkrytycznie kopiowanych nawet z Wikipedii... . Zajęcia te były dla mnie istną intelektualną torturą, a trzeba wiedzieć, że seminarzyści zobowiązani są do chodzenia na wszystkie zajęcia. Kiedyś nie było ćwiczeń - dyskutowano podczas wykładów i kapłani byli dobrze przygotowani do obrony wiary. Wielu wykładowców dobieranych jest na zasadzie - nie dał rady w duszpasterstwie, to niech wykłada coś tam w seminarium. W rezultacie kadra naukowa w wielu ośrodkach przedstawia wiele do życzenia, chociaż przyznać trzeba, że wydziały teologiczne pod względem formalnego wykształcenia swoich wykładowców przodują. Nie mieliśmy ani jednego wykładowcy nie utytułowanego stopniem doktora, a większość posiadało habilitacje. Jednak w ślad za tytulaturą nie szły obiektywne zdolności. Byli wykładowcy, którzy podczas zajęć po prostu czytali podręczniki i to jeszcze z błędami. Nikt nie reagował na opinie wyrażane w ankietach. Słowem te same patologie które dosięgają systemu szkolnictwa wyższego państwowego doszły także do struktur szkolnictwa kościelnego.

Niniejszy blog jeszcze nieraz będzie rozprawiał się z różnymi błędnymi naukami - należy te przyszłe wpisy potraktować jako dodatek do niniejszego. Nie sposób w tak krótkiej formie przedstawić w całości bezpardonowej walki modernistów nad zniszczeniem katolickiej nauki. Świętej pamięci prof. Wolniewicz powiedział, że nauka nie ma przyszłości w uniwersytetach, a ja powiadam że katolicka wiara nie ma przyszłości w kształceniu duchowieństwa na garnuszku państwa. Należy zerwać z mirażem mariażu seminariów z uniwersytetami we współczesnym ich rozumieniu. W studium teologii trzeba podążać za tym co pewne podążając jak to zalecał nawet sobór watykański II za mistrzem św. Tomaszem z Akwinu. Współczesny kleryk nowego seminarium skazany jest na studium podwójne - jeden raz musi nauczyć się i zdać prawdę przemieszaną z fałszem na potrzeby wykształcenia formalnego i drugi raz jeśli chce uczyć wiary prawdziwej musi nauczyć się czystej doktryny. Droga to trudna - wiele bibliotek seminaryjnych świeci pustkami. Po utworzeniu nowych diecezji z nowymi seminariami stare biblioteki zostały rozbite i zdekompletowane. Dlatego należy wspierać alumnów darowiznami dobrych książek. Kupujcie im wszystko co do 1958 r było uznane przez władzę kościelną. Przede wszystkim zaś wyposażcie w teksty źródłowe soborów, synodów, encyklik, traktatów ojców Kościoła i świętych doktorów wiary a zobaczycie że nadejdzie odnowa wiary i bez bólu głowy będzie można odsłuchać niedzielnego kazania oraz bez obaw posłać swoją dziatwę na lekcje katechizmu. Doszliśmy do czasów kiedy niejeden świecki jest lepiej wykształcony niż kapłan. Na tych wiernych ciąży szczególny obowiązek, aby depozyt wiary przekazany został w sposób nienaruszony. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 8 czerwca 2017

Święcenia prezbiteratu - niebezpieczne przestawianie akcentów

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji święta Jezusa Chrystusa najwyższego i wiecznego kapłana publikuję post na temat kapłaństwa. Prezbiterat, czyli kapłaństwo drugiego stopnia to święcenie tak bogate w treść, że niemożliwe jest choćby pobieżnie przedstawić go w jednym wpisie. Dlatego dziś skupię się na samej istocie kapłaństwa i zagrożeniach wypływających ze zmian w definiowania kapłana jakie się współcześnie objawiają. 

Najpierw trzeba sobie zadać pytanie kim jest kapłan? We wszystkich religiach o rozbudowanym kulcie prędzej czy później pojawiała się potrzeba, aby delegować specjalnie przygotowanych ludzi, którzy będą pośrednikami pomiędzy bóstwem, a wierzącymi. W sytuacji, gdy składano bożkowi ofiary, kapłan przyjmował także rolę ofiarnika, który w imieniu wiernych przedstawiał złożone ofiary. Te dwie funkcje: bycie pośrednikiem i ofiarnikiem są kwintesencją kapłaństwa rozumianego także w religii prawdziwej - w religii katolickiej. Wszystkie inne funkcje takie jak nauczanie, przewodzenie ludowi, leczenie chorych, czy rozsądzanie sporów choć były ważne to jednak schodziły na dalszy plan i nie były obecne w większości religii pogańskich. 

Czym  różni się kapłan katolicki, czy wcześniej mozaistyczny, od kapłana pogańskiego? Kapłan religii prawdziwej jest wybrany przez Boga - to Pan Bóg wybrał sobie ród Aarona i Lewiego aby ich działem była służba w przybytku Pańskim. Także kapłana katolickiego wybiera sobie Bóg i osobiście powołuje do świętej służby. Oczywiście wybór dokonuje się w Kościele, ale niemożliwym z teologicznego punktu widzenia jest wyświęcenie na kapłana kogoś, kto nie zostałby przez Boga przynajmniej tolerowany jako kapłan. Inaczej rzecz ma się w religiach wiarołomnych na przykład w religiach animistycznych, czy nawet w protestantyzmie, gdzie to wspólnota wybiera sobie przedstawiciela względem absolutu. Kapłan jest jak naucza autor List do Żydów: "z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy." (Hbr 5,1)

Wołającym dość głośno sprzeniewierzeniem się wobec katolickiego kapłaństwa są zeświecczone kryteria rozeznawania powołania powszechnie stosowane w seminariach. Niestety z tego zaobserwowałem sposoby rozeznawania nie opierają się o zasady nadprzyrodzone, ale bardzo często ludzkie. O ile można próbować wywodzić nie zdatności do kapłaństwa osób upośledzonych fizycznie czy psychicznie od urodzenia na podstawie Starego Testamentu, o tyle trudno jest wytłumaczyć dlaczego zaczęto powszechnie stosować badania psychologiczne, a za kryterium powołania stawiać bliżej nieokreśloną wspólnotowość. Apostołowie i uczniowie Chrystusa Pana stanowili co prawdę wspólnotę, ale dobrze wiemy, że była ona dość niejednorodna - zdarzały się w niej często waśnie, a różnice w wykształceniu i charakterze poszczególnych osób wybranych przez Pana Jezusa były znaczne. Testy psychologiczne jak zauważyłem są niestety często narzędziem eliminacji wielu naprawdę powołanych do służby Bożej. Co prawda ja nie doświadczyłem od tej strony szykanowania, ale osobiście znam dwóch byłych kleryków, którym wyperswadowano powołanie właśnie poprzez takie badania. A trzeba mieć świadomość, że psychologia jest często paranauką - więcej w niej pewnych szkół filozoficznych i światopoglądu niż rzeczywistej metody naukowej. Rozeznawanie na podstawie tak kruchych podstaw z pewnością nie jest zgodne z wolą Bożą. Dalej za kryterium powołania uznaje się dziś wspólnotowość. Rozumie się ją niestety zupełnie po świecku. Wspólnotowy kleryk to taki który podąża owczym pędem razem z innymi i wykazuje zachowania konformistyczne, rodzące nadzieje, że będzie spolegliwy i nie będzie z nim problemów. Przyznajcie moderatorzy seminaryjni którzy mnie czytacie, czy nie zdarzyło się wam wydalić kogoś z seminarium tylko dlatego, że miał odwagę walczyć o Prawdę i nadepnął komuś na odcisk? Obawiacie się co z takim "niepokornym" klerykiem w przyszłości będzie miał zrobić biskup lub przełożony zakonny. Tymczasem Chrystus Pan chce naprawiać Kościół powołując właśnie takich ludzi, którzy nie obawiają się ducha tego świata. Tych świeckich kryteriów rozeznania jest więcej na przykład: poziom wykształcenia rozumiany nie jako rozumienie prawd katechizmowych ale zawiłości teologii dialektycznej, która przez zdrowo ukształtowany rozum jest nie do ogarnięcia. Innym fałszywym weryfikatorem jest zdolność do podejmowania świeckich zadań takich jak zarządzanie majątkiem, organizacja imprez masowych, albo prowadzenie duszpasterstwa bardzo specjalistycznego wymagającego specjalnych charyzmatów, czemu służą tak zwane praktyki duszpasterskie. Warunki jakie się stwarza na takich praktykach są sztuczne i nie pokazują rzeczywistych potrzeb duszpasterskich oraz sytuacji z jakimi zetknie się przyszły kapłan. Te wszystkie umiejętności kapłanowi naprawdę nie są konieczne do sprawowania posługi, a fakt, że używacie tychże kryteriów świadczy o tym, że nie rozumiecie czym jest kapłaństwo... . Ostatecznie prowadzona weryfikacja kandydatów do kapłaństwa sprawia często wrażenie, że zamiast wsłuchiwać się w głos Boga formatorzy wsłuchują się w głos świata i zamiast wybierać kandydatów według serca Jezusowego wybierają ludzi światowych. Ta wizja chociaż zawiera pozory katolickości jest w rzeczywistości bardzo protestancka. O wyświęceniu kogoś na kapłana często decyduje bowiem jedna czy dwie opinie, co rodzi wątpliwości czy wyboru dokonał bardziej Bóg, czy bardziej człowiek.

Kapłan jest pośrednikiem między Bogiem, a światem. Z tego wynika, że do głównych jego zadań należy sprawowanie sakramentów, które stanowią widzialny i skuteczny znak łaski Bożej oraz głoszenie wiary. Jednak takie określenie kapłaństwa jest niekompletne! Swoje pośrednictwo kapłan wypełnia poprzez sam fakt bycia nim i wypełniania swoich obowiązków wynikających ze swojego stanu duchownego. Przede wszystkim mam tutaj na myśli rzetelne odprawianie Liturgii Godzin w intencji całego świata. Nie można rozumieć pośrednictwa kapłana jedynie jako łączenia ludzi z Bogiem. Taka wizja kapłaństwa prowadzi nieuchronnie do poglądu, że kapłaństwo ma sens tylko w relacji do Kościoła obecnego w sposób fizyczny, a więc w odniesieniu do konkretnej i widzialnej wspólnoty ludzi jaką jest na przykład parafia. Trochę czasu mi zajęło zanim zrozumiałem sens udzielania święceń kapłańskich pustelnikom czy przyszłym doktorom Kościoła. Owo pośrednictwo może mieć inny charakter niż ten który sobie wyobrażamy. W przypadku mnichów ma charakter duchowy, w przypadku święty doktorów wyraża się poprzez pracę intelektualną i przekazaną wiedzę w zakresie prawd wiary i moralności. Wreszcie są kapłani którzy czasowo lub stale są pozbawieni możliwości pasterzowania chociaż zostali wyświęceni ze względów duszpasterskich. Piszę tutaj o kapłanach prześladowanych przez władze różnych państw, czy nawet wewnętrznie w Kościele. Sam znalazłem się kiedyś w trudnej sytuacji i poznałem księży, którzy byli z pewnych względów pozbawieni łączności z Kościołami partykularnymi dla których byli przeznaczeni. Dali mi oni przepiękne świadectwo wiary dzięki któremu rozumiem, że bycie kapłanem ma sens sam w sobie - w odniesieniu do Pana Boga i w służbie Jemu samemu. Rozumienie służby Bożej tylko w kontekście duszpasterstwa jest wielkim nieporozumieniem i w Kościele zachodnio-katolickim prowadzi do tego, że wielu księży rezygnuje z codziennego odprawiania Mszy Świętej. Również w Polsce w wielu parafiach ze względu na niską frekwencję ludu przestaje się odprawiać usankcjonowane tradycją nabożeństwa. A uroczyste celebrowanie nieszporów niedzielnych, czy adoracji ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa naprawdę ma sens nawet w pustej świątyni... . Kapłani którzy tego nie rozumieją niestety dawno zatracili zmysł wiary i prawdziwy sens swojego kapłaństwa. 

Wreszcie kapłan jest ofiarnikiem. Jego główną misją jest składanie Bogu Najświętszej Ofiary. W ten sposób kapłan w najpełniejszy sposób jest pośrednikiem - łączy bowiem dosłownie niebo z ziemią poprzez przeistoczenie jakiego dokonuje. Absolutnie najważniejszą czynnością kapłana w czasie dnia jest celebracja Mszy Świętej. Prezbiterzy nie są do tego przez prawo zmuszeni, choćby dlatego, że nie zawsze są warunki, aby dokonać tego najświętszego obrzędu, jednak kapłan który dobrowolnie uchyla się od sprawowania Mszy Świętej powinien się z tego spowiadać. Jak napisałem wyżej nie do pomyślenia jest, żeby ksiądz zaniechał odprawienia Mszy Święte tylko dlatego że nie ma ludu. Oczywiście zawsze powinien postarać się o ministranta, ale nie jest to wymóg bezwzględnie konieczny. Pogląd, że Msza Święta sprawowana bez ludu jest mniej godna lub ma mniejsze znaczenie jest tezą stricte protestancką. Przykrością ogarnia mnie fakt, że coraz mnie kandydatów do kapłaństwa, jak również samych seminariów za główną motywację do święceń kapłańskich nie podaje właśnie sprawowania Mszy Świętej. 

Niestety również tak modne wychylenie dziś koncepcji kapłaństwa ku człowiekowi nie jest pozbawione błędów. Bo nawet jeśli uznalibyśmy za modernistami, że kapłan jest dla człowieka, a nie dla Boga to dominuje dziś błędna koncepcja duszpasterska. W skrócie można by rzec, że jest to ideologia humanistyczna i psychologiczna. Coraz częściej nie ukrywa się nawet, że od przyszłych kapłanów oczekuje się pogłębionej wiedzy psychologicznej, aby zgodnie z paradygmatem tej nauki mogli pomagać człowiekowi. Rezultatem takiej wizji duszpasterstwa jest laksyzm i libertynizm, a w konsekwencji prowadzenie człowieka podług jego zmysłowości i pożądań. Ta droga prowadzi zarówno "pasterza" jak i owce w otchłań. Jedyną prawdziwą zasadą duszpasterską jest zbawienie duszy, a nie dobre samopoczucie i święty spokój.

Dobrze jeżeli w wizji kapłaństwa pojawiają się przynajmniej niektóre główne elementy takie jak nauczanie, duszpasterzowanie, czy nawracanie grzeszników. Niestety wiele seminariów podaje już zupełnie świecką wizję kapłaństwa. Dla przykładu posłużę się tekstem wziętym ze stron Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Łódzkiej. W zakładce "Seminarium" i dalej "Nasza misja" czytamy: "Naszą misją jest kształtowanie przyszłych duchownych: ewangelizatorów, pedagogów, przewodników wspólnot, liderów. Potrzebują więc odpowiedniego czasu, umiejętnie wyznaczonych celów, starannie przygotowanego programu dydaktycznego i wiedzy o kondycji ludzi do których będą posłani." A więc rola kapłaństwa katolickiego jest całkowicie zdeformowana - nie pojawia się ani jeden fundamentalny aspekt Chrystusowego kapłaństwa. Niestety przeglądając strony internetowe różnych seminariów - zwłaszcza za zachodnią granicą możemy się natknąć na podobne sformułowania. Nie jest celem tego bloga wytykanie błędów konkretnym osobom, ale dla przykładu - który jest niemal podręcznikowy pozwoliłem zaserwować czytelnikom konkret. Oczywiście tak zarysowana wizja kapłaństwa powinna skutecznie odstraszyć każdego katolika odczuwającego powołanie od bram tego seminarium - na pewno nie otrzyma on w takim miejscu prawdziwej formacji.

Podsumowując - kapłan katolicki jest powoływany i wybierany przez Pana Boga. Celem kapłana katolickiego jest sprawowanie pośrednictwa pomiędzy Bogiem a światem poprzez modlitwę, a zwłaszcza przez sprawowanie Najświętsze Ofiary. Swoją posługę wobec ludzi kapłan sprawuje w oparciu o paradygmat zbawienia duszy, który jest naczelną zasadą całego oddziaływania duszpasterskiego. Niektórzy kapłani poprzez specjalne powołanie do życia mniszego lub badania wiary i moralności nie oddają się czynnemu duszpasterstwu. Kapłan który z różnych powodów został odsunięty od wspólnoty do której był posłany nie traci swego posłannictwa jeśli zachowuje więź z Bogiem i jest wierny swoim przyrzeczeniom w takim stopniu na jaki pozwalają okoliczności. Módlmy się przeto o prawy i pobożnych kapłanów. Módlmy się za seminaria w Polsce i na świecie o powrót do dawnych sposobów formacji i kryteriów rozeznawania powołania. Niech wspomaga nas Chrystus najwyższy i wieczny kapłan!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk