Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kleryk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kleryk. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2019

Przykazanie 3: "Pamiętaj abyś dzień święty święcił"

Laudetur Iesus Christus!

Omawiane dziś przykazanie jest przykładem jak bardzo można zredukować daną część prawa moralnego i zzuć z siebie gros ciężaru winy. W żadnym bowiem przykazaniu duchowieństwo tak mocno nie oskarża laikatu a samo nie bije się w piersi. Owszem w trzecim przykazaniu są zawarte grzechy przeciw przykazaniom kościelnym ale nie tylko. Przede wszystkim jest to przykazanie o praktykowaniu naszej wiary poprzez kult Boży. Chodzi w nim właśnie o to by był on sprawowany godziwie a nie tylko z odpowiednią częstotliwością. Oczywiście jako Kościół umówiliśmy się że będziemy się spotykać na publicznej służbie Bożej raz w tygodniu w Dzień Pański. Wierzymy także że owa częstotliwość oraz dokładnie wyznaczony dzień to natchnienie Ducha Świętego. Zatem potwierdzam że dobrowolne opuszczanie Mszy Świętej niedzielnej czy w nakazane dni, codziennej modlitwy porannej i wieczornej, dorocznej spowiedzi oraz Komunii wielkanocnej to grzechy ciężkie. Jednak te przykazania wyznaczają pewien limes praktyki życia katolickiego - w żadnym razie mogą one stać się wyznacznikiem normy. To tak jakby powiedzieć o mężu który nie bije swojej żony i przynosi jej w rocznicę ślubu kwiaty, że jest dobrym mężem.

Tymczasem w tym przykazaniu należy się upomnieć o jakość czasu przeznaczonemu Panu Bogu. Ograniczanie niedzieli tylko do Mszy Świętej to zdecydowanie za mało. Gdyby tak miało być niekonieczny byłby spoczynek niedzielny wszak na Mszę Świętą można pójść przed lub po pracy. Dzień Pański powinien być wypełniony rzeczami miłymi Panu Bogu. Niezależnie od stanu życia należy w tym dniu zadbać o dodatkowy czas na modlitwę oraz lekturę duchową. Dobrze jest pójść na dodatkowe nabożeństwo czy spotkanie stowarzyszenia katolickiego. Miłymi Panu Bogu jest także wartościowy czas poświęcony bliskim - rodzinie, przyjaciołom lub samemu sobie, byleby rozrywka była godziwa. Za czas poświęcony Panu Bogu należy uznać także modlitwę. I tutaj należy się postarać o to by wyłączyć wszelkie rozpraszacze. Modlitwa musi mieć odpowiedni czas w życiu. Należy w niej przeznaczyć miejsce zarówno na powtarzanie wyuczonych modlitw, które kształtują naszą pobożność zgodnie z tym co Duch Święty podpowiada Kościołowi jak również spontaniczne przebywanie z Panem Bogiem, przede wszystkim wsłuchiwanie się w Jego głos. Do świętych czasów należą także okresy postne. Za takowe należy uznać nie tylko wszystkie piątki w roku w czasie których winniśmy się umartwiać przynajmniej zachowując wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych ale także hucznych zabaw. Chociaż Kościół już tego od nas nie wymaga należy przestrzegać także adwentu, wielkiego postu, przedpościa, dni suchych oraz wigilii największych katolickich świąt które tradycyjna liturgia okrywa kolorem fioletowym. Należy zachowywać tradycyjne przepisy pokutne a jeśli to niemożliwe to wyznaczyć sobie coś dodatkowego. Wielki post ograniczony do środy popielcowej i wielkiego piątku jest farsą! Oczywiście wezwania kierowane do dzieci o skupienie w czasie liturgii dotykają nie mniej dorosłych. Dzieci jednak łatwiej nakryć na roztargnieniu i naprostować podczas gdy dorośli odpływają często w bardzo grzeczny sposób. Nie bez znaczenia jest także strój który powinien być godny, a przynajmniej niegorszący innych... . 

Taki rachunek sumienia z trzeciego przykazania zwykłemu laikowi wystarczy. Jeśli jednak katolik posługuje w czasie liturgii jako ministrant albo jest duchownym choćby tylko minorzystą lub co bardziej odpowiedzialne klerykiem święceń sakramentalnych to spoczywa nań odpowiednio większa odpowiedzialność. Posługujący muszą się tutaj rachować z jakości swojej służby, z tego czy chętnie uczyli się o wykonywanych przez się funkcjach bądź urzędach jeśli są minorzystami, czy pogłębiali duchowość i dbali o to by służyć z czystym sercem. Także czy dbali o czystość wdziewanych szat oraz o dokładność wykonywanej przez siebie służby.

Dużo większa odpowiedzialność spoczywa na duchownych posiadających stopień sakramentalny. Chociaż też odpowiedzialność ta jest różna bo i stopnie te są różne. Jednak większość przyjmujących sakrament święceń jest już jednak celebransami, a więc to oni są odpowiedzialni za to jak liturgia wygląda. Kapłan powinien się zastanowić o to ile czasu spędza na przygotowaniu do liturgii i dziękczynieniu po niej, czy rozwija swoją duchowość liturgiczną oraz wiedzę. Nie bez znaczenia jest także wybieranie  tekstów które lepiej wyrażają wiarę katolicką np Kanon Rzymski jeśli musi sprawować nową liturgię. Jeśli kapłan jest proboszczem to kieruje służbą Bożą w całej parafii, decyduje jak będą wyglądały szaty oraz Przybytek Pański - biada proboszczowi który najpierw zabezpiecza dach pod którym mieszka czyli plebanię a Dom Boży pozostawia w ruinie! Niechby lepiej sprzedał samochód lub nie pojechał na drogie wakacje ale zadbał o to by naczynia liturgiczne były godne. To co się dzisiaj dokonuje jest skandalem - jakieś drewniane kubki i talerzyki! Ołtarze z metaloplastyki, lub plastiku zamiast z kamienia. Obrusy z poliestru i takie same szaty. Sztuczne świece z wkładami olejowymi zamiast naturalnych woskowych świec. Tego można wymieniać i wymieniać. Nie stoją za tym żadne racje natury duszpasterskiej. Dbałość o godność służby Bożej to inwestycja w parafię której Pan Bóg z pewnością pobłogosławi w każdym wymiarze także ekonomicznym. Nawiązując do niedawnych wydarzeń w Paryżu - tak wyklęty kleryk dołącza do chóru wieszczów którzy widzą w tym znak czasu, oto Pan zniszczył co niegodne a wskazał na to co właściwe. Często drodzy kapłani sprawujecie Msze Świętą na stołach które nawet nie imitują ołtarza, które w swej wymowie są właśnie stołami a nie ołtarzami i nie zostały nawet namaszczone olejami oraz nie mają relikwii, podczas gdy za sobą macie prawdziwe ołtarze. Tak to wymaga odwagi, ale jeśli zawiążecie koalicję to biskup przecież nie suspenduje połowy prezbiterium diecezji... .

Dużo poważniejszymi winami obarczają się ci którzy świadomie i dobrowolnie dokonują zmian w liturgii. Często jest to powodowane pychą ale czasem zwykłym skrzywieniem wynikającym z deformacji liturgicznej w seminarium. Liturgia jest kultem publicznym, oficjalnym Kościoła to nie jest własny folwark kapłana czy biskupa. Jesteś sługami tej służby a nie panami! Tymczasem obserwuje się dowolne zmienianie nigryk czyli tekstów oraz rubryk, dostosowywania duszpasterskie które nawet jeśli mieszczą się w NOM-owym prawodawstwie są mocno naciągane. Bywa że przez swoje improwizacje narażacie na sprawowany przez was kult Boży na nieważność co już podpada pod drugie przykazanie! Wierni mają obowiązek zwracać uwagę na przestępstwa liturgiczne, nagłaśniać je i publicznie piętnować, Wy zaś wzajemnie się upominajcie. Nie chodzi o donoszenie i podkopywanie braterstwa kapłańskiego ale o chronienie się wzajemnie przed grzechem tak że opornych trzeba zgłaszać biskupowi lub przełożonemu zakonnemu. Te grzechy dotykają bezpośrednio urzędu jaki sprawujecie, to tak jakby matka szkodziła własnemu dziecku, albo lekarz celowo zalecał szkodliwą terapię swemu pacjentowi. 

Co zaś się tyczy biskupów... . Jesteście odpowiedzialni za wszystko to co się dzieje na podległym wam terenie. Jeśli nie upominacie, nie karcicie podległych sobie duchownych zaciągacie grzechy cudze i jesteście współwinni ich grzechom. Biada Wam jeśli prześladujecie doskonały kult katolicki który wyraża Msza Święta Wszechczasów kanonizowana przez św. Piusa V! Nie zrzucajcie winy na konferencje episkopatów które nie mają prawa wchodzić  butami w waszą diecezję. To Wy zdacie sprawę każdy osobno ze swojego zarządu. Wreszcie będąc już w tych tragicznych ciałach kolegialnych zabierajcie głos i bójcie się bardziej Pana Boga który sądzić Was będzie szybciej niż się spodziewacie niż Waszych kolegów którzy żadnej realnej szkody Wam nie uczynią. Wzywam każdego biskupa który mnie czyta do opamiętania. Od jakości kultu Bożego zależy Boże błogosławieństwo. To nie jest tak że to nie ma znaczenia. Gdyby tak nie było nie odprawialibyśmy służby Bożej. Gdyby Pan Bóg miał gdzieś ofiary starego testamentu i ich niedoskonałość nie uczyniłby Ofiary Nowego Przymierza! Pomyślcie tylko że Wy i Wasi synowie kapłani macie moc łączenia nieba z ziemią. Jeśli coś tutaj nie styka to konsekwencje mogą być i są bardzo poważne. Dobra liturgia to rękojmia nie tylko dobrej relacji z Panem Bogiem w wymiarze społecznym ale także właściwe kształtowanie dusz wiernych. 

Być może trochę zbyt ostry ten rachunek sumienia, ale wchodzimy w przykazania które dotyczą bezpośrednio samego Pana Boga. Sądzę że nie ma bardziej kapłańskiego przykazania Bożego jak to właśnie. Oczywiście każdy wg stanu może mieć swojego grzechy, nie mniej zanim drogi kapłanie srogo potraktujesz penitenta wobec jego nie zawsze zawinionej absencji w ilościach przepisanych przez Kościół praktyk zastanów się jaka jest ich jakość i jaka jest jakoś Twojej Mszy Świętej, brewiarza i sprawowanych przez Ciebie sakramentów. Nobis quoque peccatoribus... .

Z katolicki pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 30 września 2018

Brać kursowa

Laudetur Iesus Christus!

Nie ma bardziej formujących ludzi w seminarium jak współbracia. Owa brać kursowa, czy też rocznikowa, jak mawiają w niektórych seminariach jest przyczyną wielu problemów formacyjnych. Jak wspomniałem we wcześniejszych wpisach zwykle rzeczone problemy spowodowane są przez system, który ma zakodowane pewne wady, które prędzej czy później ujawniają się w różnoraki sposób. Jednak dzisiaj będę się raczej skupiał na tym jak sama grupa rocznika seminaryjnego może pewne problemy indukować ale także je naprawiać.

Dynamika grupy jest bezwzględna i jej prawa pomimo specyfiki miejsca jakim jest seminarium szybko się ujawniają, a przez system skoszarowania ulegają wzmocnieniu. Jak to jest, że na początku mamy ludzi pobożnych, pełnych pasji, rozmodlonych etc. a po 6 latach wychodzą ludzie często niewiele lepsi od duchowieństwa zaprezentowanego w pewnym skandalicznym filmie emitowanym  obecnie na ekranach polskich kin? Otóż poza wadliwym systemem wychowawczym winę ponosi sama grupa. Wiadomo jest iż zbiorowe wychowanie powoduje szereg problemów. Jednym z podstawowych jest równanie w dół... . Zjawisko to widać dobrze w szkole, czy podczas wycieczki górskiej. Słabsi uczniowie, tudzież wycieczkowicze narzucają w praktyce tempo innym. I jeśli w grupie alumnów-neofitów trafi się kilku którzy pomylili miejsce, to jeśli nie zostaną szybko wydaleni to bardzo szybko uruchomią ów mechanizm. Działa on zwykle w seminarium dość dyskretnie. Takie osoby nie tylko pokazują, że można iść po najmniejszej linii oporu - modlić się tylko wtedy gdy moderatorzy patrzą, fasadowo traktować obowiązki seminaryjne, oszukiwać na kolokwiach i egzaminach, ale wręcz zmuszają do tego innych pod pozorem obrony solidarności wewnątrz kursowej tworzą antywartość którą jest wspólnictwo. Szukają tedy oni haków na tych którzy nie chcą się poddać ich dyktatowi i przemocą próbują pozyskać sobie ich wspólnictwo... . 

Gdy taka grupka urośnie w siłę to kurs jest praktycznie stracony. Rozsiane mniejsze grupki, lub co gorsza pojedynczy alumni nie są w stanie skutecznie obronić się przed partią wilków, którzy w oczach moderatorów uchodzą za bardzo dobrych seminarzystów - zgranych, pobożnych, wesołych; być może w wielu kwestiach miernych, ale przynajmniej wiernych założonej przez się fasadzie. Niestety szatan skutecznie obdarza liderów grupy wilków swoistą charyzmą tak, że jednostki słabsze zaczynają być prześladowane i inwigilowane. W niektórych sytuacjach dochodzi do tego że grupa wilków zagryza owcę albo poprzez uprzykrzenie jej życia na tyle że odchodzi, albo przez podkładanie różnych przeszkód i/lub donoszenie do przełożonych. 

Wobec tego należy pilnie uważać zwłaszcza na początku formacji. Owce muszą bardzo szybko zawiązać koalicję aby skutecznie obronić się przed wilkami i przetrwać do czasu kiedy zostaną one rozbite - a to przychodzi zwykle po 3-4 latach. Najagresywniejsze wilki muszą zostać stanowczo pokonane przez owce. W walce o dobrą sprawę wolno jednak używać tylko sprawiedliwych środków, nie wyłączając odwołania się do moderatorów zewnętrznych. 

Jeśli nie udało się stworzyć koalicji o której mowa powyżej, to pojedynczy alumn, zwłaszcza jeśli jest tradycjonalistą musi poważnie rozważyć zmianę seminarium. Jego poglądy prędzej czy później zostaną odkryte - zwykle dzieje się to przy okazji pełnienia funkcji liturgiczny w okresie przyjmowania i wypełnienia posług. Niestety tradycjonalizm pojedynczego seminarzysty jeśli zostanie ujawniony nie ma szans na przetrwanie. 

Innym problemem grupy jest nierównomierne wzrastanie duchowe i intelektualne. Nawet jeśli udaje się utrzymać koalicję owiec, to jednak grupowe przygotowanie do kapłaństwa powoduje szereg napięć zwłaszcza pomiędzy tymi którzy są bardziej zaawansowani i wyrobienie duchowo oraz intelektualnie, a tymi którzy nie dostają... . Bo też jakim partnerem do rozmowy dla 35 letniego mężczyzny ma być wyrostek świeżo po maturze? Mnóstwo wspólnotowych praktyk: studia, osobne modlitwy mocznikowe, konferencje ascetyczne, wyjazdy formacyjne i wycieczki mogą powodować przesyt wspólnotą i pewne znużenie, zwłaszcza jeśli poszczególne kursy wychowuje się w wyobcowaniu od całej wspólnoty seminaryjnej. Sztuczne układy między kursowe - np opiekun-pupil stosowane w niektórych seminariach nie sprawdzają się. Znajomości i przyjaźnie rodzą się spontanicznie a nie wskutek tak czy innego zadziałania moderatorów zewnętrznych. 

Zdarzają się też kursy "zbyt dobrze zgrane", gdzie sztama powoduje swoistą walkę z moderatorami. Ci ostatni nie mają w niej oczywiście szans, a alumni poprzez zawiązane wspólnictwo sprowadzają się do coraz większego zła. Jak bowiem odmówić przysługi koledze, który jeszcze wczoraj czatował na korytarzu czy nikt nie idzie podczas robienia popcornu w pokoju, albo gotowanie parówek w czajniku elektrycznym... . Być może w rocznikach tych nie ma swoistego kozła ofiarnego, nie mniej brakuje także wspólnotowej formacji. Kurs wystawia tarczę przeciw zasadom panującym w seminarium i tak próbuje dojść do święceń, co miewa potem katastrofalne skutki. 

Wreszcie correctio fraterna - temat o którym można by napisać oddzielny wpis. Poza przypadkami występków kwalifikowanych należy zawsze zachować ewangeliczną kolejność, a więc najpierw upomnieć w cztery oczy, później przy świadkach i dopiero na końcu donieść Kościołowi, a więc przełożonym. Łamanie tej kolejności skutecznie niszczy wspólnotę kursu, jednak jeszcze częściej zdarza się pospolite tchórzostwo wyrażające się w tym, że nie na kursie nie ma żadnego upomnienia braterskiego, a panuje tylko złowroga zmowa milczenia. 

Każdy kurs wypracowuje własne metody radzenia sobie z problemami. Tam gdzie roczniki są podporządkowane poszczególnym ojcom duchownym należy ową współpracę wykorzystać jak najlepiej. Nawet jeśli trafił się wam delikatnie rzecz ujmując mało zaradny ojciec duchowny, to zawsze możecie go wykorzystać jako swoistego mediatora w toczących się na kursie sporach. Bardzo dobrym pomysłem jest ustalenie zasad już na początku wspólnej drogi po pierwszych doświadczonych niepowodzeniach. Regularne spotkania tylko w gronie kursowym, ale poświęcone nie na plotkowanie i obmawianie, a na modlitwę, szczerą rozmowę i rozwiązywanie problemów z pewnością przyniosą dobre owoce. Czasami wspólna rekreacja jest w porządku, ale nie należy z tego czynić bożka, nikogo w żadnym razie do tego nie zmuszać i zachować roztropny umiar pamiętając o higienie społecznej, aby czasem spotykać się także z innymi klerykami. 

I chciałoby się zawsze zaśpiewać z Królem Dawidem: "Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem" (Ps 133, 1b). A jednak rzeczywistość bywa bardzo gorzka. Receptą na problemy wspólnotowe jest rzetelna praca duchowa i zachowanie higieny psychicznej. Spędzenie pewnego czasu tylko ze sobą pozwala nabrać dystansu do pewnych spraw i osób. Wspólnota kursowa w żadnym razie nie może być traktowana jako rodzina, a tym bardziej jako erzatz małżeństwa. Takie stawianie sprawy jest pospolitym oszukiwaniem kleryków. Zawarcia małżeństwa i posiadania rodziny nie jest w stanie wyrównać żadna ziemska relacja. Dopiero właściwe odniesienie do Pana Boga i danego przezeń powołania pozwala na konstruktywne przeżycie celibatu.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 10 września 2018

O samorządzie kleryckim

Laudetur Iesus Christus!

Pewien mądry kapłan u progu mojej (de)formacji seminaryjnej powiedział mi: "Nie daj się nigdy zrobić seniorem, ani dziekanem alumnów". W słowach tych jest sporo prawdy. Dziś więc nieco ku przestrodze dla braci którzy w październiku dopiero zaczynają lub tych w latach posuniętych co nie mają na tyle rozumu, aby samodzielnie dojść do pewnych wniosków.

Może zabrzmi to banalnie, ale celem formacji seminaryjnej jest ważne i godziwe przyjęcie święceń prezbiteratu - tyle i aż tyle. Seminarium jest tylko drogą, którą trzeba przejść. Wszystkie siły należy bezwzględnie skupić nie na tym, aby się tam dobrze ustawić, być popularnym czy cokolwiek innego, ale właśnie trzeba tak pracować by w przyszłości zostać świętym kapłanem, a więc zbawić duszę własną i dopomóc w tym swoim braciom i siostrom. Otóż stawiam tezę iż angażowanie się we wszelkie formy samorządu kleryckiego nie tylko w tym nie pomagają, ale wręcz szkodzą. 

Już sam pomysł tworzenia jakiegoś samorządu kleryckiego jest dziwnym monteskiuszowskim wytworem, a raczej nowotworem, który w Kościele nigdy miejsca nie miał i powinien zostać jak najszybciej zlikwidowany. Co bowiem powoduje takie ciało pośredniczące? Po pierwsze wprowadza w naturalny sposób nierówność między klerykami danego rocznika, a po drugie zwiększa dystans pomiędzy przełożonym a poszczególnym seminarzystą. Owszem powinien być jakiś skarbnik, można go też nazwać starostą - ale na pewno nie dziekanem. Raz że jest to jednak tytuł zarezerwowany dla archiprezbitera, a nie minorzysty (lub wręcz zwykłego alumna) a dwa że suponuje istnienie jakiejś władzy związanej z tym oficjum. Tymczasem relacja przełożeństwa w układzie formacji na tym samym poziomie jest po prostu szkodliwa i to tak dla samego funkcyjnego jak i jego "podwładnych". Na szczęście w moim seminarium funkcja seniora czy dziekana była raczej honorowa, ale dobiegają mnie słuchy iż nie we wszystkich seminariach tak jest. Do tego funkcje reprezentacyjne tego pseudo urzędu często wykolejają na zawsze przyszłego kapłana. W końcu to właśnie senior czy też dziekan są zwykle głównymi celebransami lub w wypadku wielkiej fety koncelebransami (wespół z rektorem) liturgii uścisków... . Tak! - chodzi mi właśnie o te wszystkie prezenty i kwiatki dawane często zupełnie bez okazji, tylko dla samej zasady, za posługę która seminarzystom należy się jak psu kość... . Chodzi mi o kazania, dni skupienia, rekolekcje, odwiedziny biskupa czy udzielanie święceń lub posług. Nikt nie myśli aby księdzu po każdym kazaniu, odprawionej Mszy Świętej, czy spowiedzi klaskać lub dawać kwiaty, tymczasem w seminarium robi się to nagminnie. Przez to kandydaci do kapłaństwa uczą się antropocentryzmu liturgicznego... .

Nawet jeśli funkcja starosty rocznikowego lub też dziekana alumnatu jest przez sam system potraktowana właściwie, to jednak nakłada na pełniącego tą funkcję dodatkowe obowiązki które skutkują mniejszą ilością czasu na ćwiczenia duchowne, studium i rekreację - czyli trzy podstawowe elementy na których powinno się wspierać życie kleryckie. Pierwsze po to by był Bożym kapłanem, drugie by był mądrym, a trzecie by był zdrowym. Tymczasem bardzo często senior tudzież dziekan nie tylko pełnią swoją funkcję ale zajmują się mnóstwem kółek, wychodzeniem co chwila z seminarium, często ze szczerych acz jednak humanistycznych pobudek i w ten sposób taki kleryk rozmienia się na drobne. O iluż takich słyszałem jak porzucali kapłaństwo, nieraz w atmosferze skandalu nawet nie osiągnąwszy "wieku gwarancyjnego" - u nas przyjmowano 5 lat po zakończeniu (de)formacji (jeśli ktoś odszedł po tym czasie nie dopatrywano się szczególnych przyczyn w deformacji seminaryjnej). Nie należy też ulegać ułudzie asystencji Ducha Świętego - wybory samorządu kleryckiego to nie konklawe, choć bywa że przebiega w podobnej atmosferze... . A nawet na konklawe protokół nie przewiduje by wahającego się kandydata przekonywać. Tym bardziej nie powinni więc tego czynić przełożeni czy seminaryjna brać. 

Pomyślcie zresztą na ile niepotrzebnych zupełnie konfliktów w tej funkcji się wystawiacie. Przychylność kleryckiej gawiedzi szybko zgaśnie wobec obietnic, czy też oczekiwań których nie spełnicie, a i przełożeni nie po to ustanawiają samorząd, by się z nim użerać, lecz po to by sprawniej zarządzać seminarium - patrząc zresztą często zupełnie utylitarnie... . Zostawmy zatem tę pseudo władzę, ów oświeceniowy zarząd modernistom i głupcom, sami zaś zajmijmy się tym co istotne i ważkie dla sprawy o którą walczymy - salus animarum!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 7 lipca 2018

Ludzie w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Nadeszły wakacje, a wraz z nimi przerwa seminarzystów w nauce bądź bezpośrednie przygotowanie do (de)formacji nowego narybku. Wobec tego tematy na blogu znów będą bardziej seminaryjne - w tym roku zamierzam scharakteryzować osoby i urzędy związane z seminarium duchownym. Dla całkowitych ignorantów przedstawię co dane osoby mają do wypełnienia, a samym omawianym może przypomnę po co są w seminarium i jak często zaniedbują swoje obowiązki lub wręcz sprzeniewierzają się podjętym urzędom.

Z mojego doświadczenia wynika iż to właśnie ludzie stanowią największy problem w seminarium. Z jednej strony alumni którzy pochodzą z często niereligijnych środowisk i mający za sobą doświadczenia rozbitych rodzin, czasem nieudanych związków etc a z drugiej strony przełożeni, którzy wyszli z niewiele lepszych środowisk, obarczeni brzemieniem ludzkich ułomności, zawiedzeni własnym kapłaństwem, często sami źle uformowani. Sytuacja bardzo często przypomina tą z bajki Ignacego Krasickiego gdy ślepy prowadzi kulawego.

Problemy związane z ludźmi w formacji seminaryjnej można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą są przyczyny natury osobowościowej. Myliłby się ten, kto by twierdził iż jest to wina tylko rodzin i środowisk z których wywodzą się seminarzyści. Mało kto zwraca uwagę że wychowuje także sama posługa duszpasterska, a zwłaszcza pierwsza parafia. Mamy więc wielu duchownych zakompleksionych, stetryczałych, nieempatycznych i słowo wytrych: niedojrzałych. Niestety zwłaszcza to ostatnie słowo jest zwykle źle zrozumiane i stanowi coś w rodzaju pałki do okładania tych, którzy są niemile widziani przez system deformacyjny. Drugą przyczyną są błędy formacyjne już to na poziomie rodzinnym czy szkolnym, albo seminaryjnym jeśli chodzi o samych (de)formatorów. Chodzi mi głównie o to, że wiele wspólnot seminaryjnych boryka się z brakiem spójności w celach... . Zabrzmi to może zbyt surowo, ale zadam to pytanie parafrazując Ewangelię: "Czy Syn Człowieczy gdy przyjdzie (przychodzi) do seminarium, to czy znajdzie wiarę?" Takiego stopnia praktykowania niewiary jak właśnie w seminarium nigdzie indziej nie widziałem. (De)formatorzy mówią o właściwej intencji, tymczasem oni sami często ją zagubili. Bo można mieć naprawdę gorące i pobożne serce w dniu święceń, a potem przez pokusy życia, różnego rodzaju rozczarowania po prostu popaść w tragiczny koniunkturalizm i stracić wszelką wiarę, wykonując tylko zawód duchownego.

Za murami seminariów dochodzi więc do wielu ludzkich tragedii. "Ludzie ludziom zgotowali ten los..." Dochodzi do wielkich krzywd i zranień. Struktura zamknięcia powoduje że często jedni szczują się na drugich, że szuka się kozła ofiarnego. Nie zawsze jest on znajdowany wśród kleryków. Byłem świadkiem kiedy takim kozłem był...ojciec duchowny. Do tego okrutne zachowania spotykały go także ze strony "współbraci" kapłanów. Nie jest tajemnicą, że w seminarium zdarzają się samobójstwa - dochodzi do nich relatywnie rzadko, raz na kilka lat, jednak mają one miejsce. I oczywiście można wszystko cedować na chorobę psychiczną, ale ta nie powstaje w próżni, a nawet jeśli zrodziła się poza środowiskiem seminaryjnym, to właśnie za murami seminaryjnymi uległa wzmocnieniu prowadząc do aktu samobójstwa.

Największym bólem napawały mnie nawet nie ludzkie przywary, ale zwykła moralna niekompetentność niektórych seminarzystów czy nawet przełożonych. Hasło, że trzeba być najpierw człowiekiem, a potem kapłanem nie może odnosić się do konieczności uświatowienia kandydata do kapłaństwa Tymczasem w nowych seminariach wymiar ludzki spełnia się nie poprzez ludzką prawość, cnotliwość, ortopraksję lecz poprzez "wyjście do ludzi" w takim entourage'u w jakim świat sobie tego życzy. W praktyce ludzkimi są ci klerycy którzy kopią piłkę, prowadzą bujne życie towarzyskie, odstawiają liturgiczny teatr. Nikt nie sprawdza rzetelnie ich kwalifikacji moralnych. To niszczy prawdziwe powołania, a promuje duchowną tandetę... .

Wobec w kolejnych wpisach przedstawię rolę biskupa, rektora, prefekta, prokuratora, ojcach duchownego, dziekana alumnów oraz seniorów, wreszcie także socjusza i braci kursowej. Wpisy będę dokonywał w oparciu o własne doświadczenie oraz Waszą korespondencję i rozmowy na komunikatorach z zachowaniem jednak koniecznej jak zawsze dyskrecji.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 25 października 2017

Czy możliwa jest "Msza ekumeniczna"?

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z modernistycznych wykładowców, którego bełkotu musiałem słuchać stwierdził iż Eucharystia jest sakramentem jedności (Komunia Święta) w którym ujawnia się skandal rozłamu i że od lat trwają prace nad przygotowaniem interkomunii zwłaszcza dla protestantów. Wtedy traktowałem te słowa jako marzenie ściętej głowy starego modernisty, dziś jednak coraz bardziej zauważam iż przygotowania o których mówił nasz profesor nie tylko faktycznie miały miejsce ale nieuchronnie zmierzają do konkluzji, bo oto w mediach coraz częściej słyszy się o tzw Mszy ekumenicznej. 

Czytając literaturę tradycjonalistyczną zetknąłem się z poglądem, że Novus Ordo Missae miał być taką liturgią, pod którą ze spokojnym sumieniem mogliby się podpisać protestanci. Próba czasu i praktyka pokazały jednak, że na skutek wielu interwencji konserwatywnej hierarchii nowy ryt Mszy Świętej okazał się bardziej katolicki niż przewidywali to najbardziej radykalni deformatorzy. Co prawda utracił on wiele piękna i głębokiej symboliki, ale dalej sprawia to co oznacza, czyli jest prawdziwym sakramentem. Z tego też względu chociaż duchowieństwo protestanckie przychylniej spogląda na katolickie obrzędy, to jednak w dalszym stopniu nie zamierza ich aprobować.

Okazuje się, że Novus Ordo Missae  staje się powoli jedynie etapem do dalszej ewolucji, czy raczej dewolucji katolickiego kultu. Po kilkudziesięciu latach funkcjonowania NOM-u i wymarciu większości pokoleń wychowanych na starych obrzędach odzywają się reformatorskie demony i w różnych miejscach pojawiają się sugestie, że należy uczynić dalsze kroki na drodze budowania "jedności". 

Najpoważniejszą przeszkodą obecnie wydaje się wspólna celebracja sakramentów, zwłaszcza Eucharystii. We Mszy Świętej i święceniach ujawniają się bowiem największe różnice pomiędzy Kościołem, a protestantyzmem. Czy należy doniesienia o nowych propozycjach liturgicznych traktować poważnie? Jak najbardziej! Hucznie obchodzone 500-lecie reformacji jest znakomitą okazją aby "urbi et orbi" ogłosić, że kolejny bastion niezgody pomiędzy "bratnimi religiami" upadł. Być może powstanie jakiś nowy dokument o wspólnej nauce na temat obecności Pana Jezusa w Eucharystii, gdzie podobnie jak we wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu zostanie wyartykułowany protestancki punkt widzenia, natomiast katolicki dogmat będzie przemilczany. Trzeba być bardzo czujnym, ponieważ nowa propozycja zostanie zapewne zatwierdzona jako fakultatywna ad experimentam w bardzo szczególnych wypadkach, które jednak będą się rozszerzać i ani się obejrzymy jak nowinka stanie się obowiązującym status quo, a my stracimy największy skarb depozytu łaski jakim jest Najświętsza Ofiara.

Wyraźnie stwierdzam niezależnie od tego jaki kształt przybierze ów obrzęd iż będzie on nieważny, jeśli tylko duchowieństwo protestanckie zechce go celebrować. Będzie to wyraźny znak iż to co będzie się nazywało Mszą Świętą w rzeczy samej już nią nie będzie. I nastąpi czas prześladowań, bo obrzęd ten trafi w pierwszej kolejności do nowych seminariów. Każdy wierzący kleryk, każdy wierzący katolik będzie musiał odrzucić ów obrzęd jeśli zechce pozostać w Kościele. Trzeba być wiernym temu co zawsze i wszędzie było katolickie. Papież Pius XI w encyklice Mortalium Animos naucza: "Jasną rzeczą więc jest, Czcigodni Bracia, dlaczego Stolica Apostolska swym wiernym nigdy nie pozwalała, by brali udział w zjazdach niekatolickich. Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli." Nie wolno nam uczestniczyć w spotkaniach heretyckich, nawet wtedy gdy zostaną nam one dla zmylenia podane pod nazwą katolicką. Msza Święta to serce naszej wiary, źródło i szczyt życia, sprawa najwyższej wagi. Szczególnie w czasach powszechnego zamętu należy zachować czujność. Pierwszy klucznik przestrzega: "Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!" 1 P 5, 8-9.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

P.S.
Polecam w tym temacie interesującą analizę teologiczną ks. Murzińskiego.

piątek, 8 września 2017

Tytulatura kościelna i problem godności honorowych

Laudetur Iesus Christus!

O pokusach duchowieństwach mówi się często w następującej triadzie: kobiety, monety, fiolety. Następstwo tychże nie jest przypadkowe. Młody kapłan będący jeszcze w pełni sił fizycznych, nierzadko atrakcyjny łatwo może ulec uwiedzeniu przez kobietę. Gdy czas bycia przystojnym przemija nadchodzi pragnienie usytuowania materialnego, w końcu na starość potrzeba bycia uznanym. Owe fiolety to właśnie pogoń za tytułami, głównie honorowymi, bo na rzeczywiste starość już zwykle nie pozwala. Zatem ktoś kto bardzo chciał zostać biskupem ucieszy się z każdego fioletowego dodatku do sutanny i tak pełno mamy różnej maści radców duchownych, kanoników takich czy owakich oraz prałatów różnych stopni i w końcu tak zwanych infułatów, chociaż ci ostatni przestali właściwie istnieć niedługo po Vaticanum II. Co ciekawe triada pokus nie zawsze występuje w tej kolejności, chociaż zwykle tak jest. Niestety obserwuję i młodych karierowiczów. Jeden z naszych wykładowców został prałatem w dość młodym wieku - wielu kleryków żartowało że powodem było doprowadzenie naszej seminaryjnej drużyny piłkarskiej do mistrzostwa. W rzeczywistości wyniki naukowe ma mierne, dydaktykiem jest słabym, ale za to przynosi diecezji duże dochody właśnie dzięki sportowi. I tutaj zasadza się rzeczywistość nadawania tytułów honorowych w Polsce. Bardzo często są one po prostu kupowane - kanonikiem, prałatem czy infułatem zostaje się ze względu na to że wyremontuje się zabytkowy kościół czy klasztor, wzniesie się jakąś intratną placówkę lub założy dochodowe dzieło. A w pierwotnych założeniach tytuły honorowe miały być zarezerwowane dla szczególnie zasłużonych kapłanów. Są diecezje w których tytulatura osiąga szczyty hipokryzji. Rzadko wytykam palcem, ale w tym momencie nie sposób nie wskazać diecezji świdnickiej - aż 2/3 kleru jest obdarzona jakimś fioletem do sutanny. Dochodzi do tego, że brak takiego elementu przy ponad 10-letniej posłudze w tej diecezji uchodzi za rodzaj napiętnowania. Należy wreszcie skończyć z tym wyróżnianiem na podstawie zasług czysto fiskalnych. Wobec tego popieram decyzję Franciszka o pozostawieniu tylko jednego stopnia prałackiego dostępnego dla zasłużonych kapłanów po 60-roku życia. Niestety przekora duchowieństwa radzi sobie i w takiej sytuacji - zawsze pozostają tytuły radcy duchownego, kapituły kanoników itp. Biskupi zresztą potrafią tworzyć własny system wyróżnień. 

Problem fioletowej pokusy zaczyna się już w seminarium. Dysproporcja pomiędzy traktowaniem alumna na jego parafii, a w seminarium często jest tak duża że prowadzi to do poważnego uszczerbku na jego duchowości, a czasem i psychice. Na parafiach klerycy całowani są czasem dosłownie po rękach, a w seminarium traktowani jak podludzie. Jak wobec tego ma nie dochodzić do wypaczeń? Wielu seminarzystów okres formacji próbuję więc przetrwać łudząc się niedoszłym prestiżem. Tymczasem po święceniach zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Lud wierny często bywa niewdzięczny, a pojawiające się głosy krytyki, nierzadko bardziej krytykanckie niż konstruktywne są cierniami na duszpasterskiej drodze kapłana. Przy tych doświadczeniach młody kapłan często albo rzuca sutanną, albo staje się gburem, albo otacza szańcem swoich wyznawców tworząc swoiste getto. 

Wystarczy zastanowić się jak zwracamy się do owych kandydatów do kapłaństwa. Tytuł "czcigodny kleryk" jest farsą. Po pierwsze godny czci jest tylko Bóg, a jeśli już używamy tego zwrotu to róbmy to we właściwym odniesieniu, a więc do prałatów, biskupów i kardynałów. Nawet zwykłemu księdzu tytuł ten nie przystoi. Mamy w naszym polskim języku piękne słowo wielebny, jeśli już koniecznie coś chcemy do owego kleryka czy kapłana dodawać. Nie nazywajmy też seminarzysty księdzem i to nawet jeśli jest diakonem. Zwrot: "proszę kleryka", czy "proszę diakona" jest także grzecznościowy, w ostateczności można użyć: "wielebny kleryku" lub "wielebny diakonie" chociaż i to zatrąca sztuczną pompatycznością. Innym problem jest stosowanie już w seminarium przedrostka do nazwiska. Podpisują się więc ci nasi seminarzyści al. czyli alumn albo kl. czyli kleryk - z tym należy walczyć. W przyszłości będzie ks. kapelan jego Świątobliwości dr hab XYZ prof. KUL - a spróbuj pominąć cokolwiek z tego sznura pychy! W ten sposób wychowujemy próżnych kapłanów - zwracajmy więc na to uwagę mając kontakt już z alumnami. 

Z drugiej strony wierni często nie wiedzą jak się właściwie odezwać zwłaszcza w odniesieniu do wyższej hierarchii. O ile w mniej formalnych sytuacjach sformułowanie: "księże proboszczu" może jeszcze ujść, o tyle w odniesieniu do biskupa czy kardynała jest już nieodpowiednie. W najlepszym tonie jest więc: "proszę księdza proboszcza" oraz stosowanie 3 osoby liczby pojedynczej np.: "Czy mógłby ksiądz proboszcz..." itd. Jeśli chodzi o prałatów, opatów, biskupów i kardynałów to jeśli zwracamy się w piśmie oficjalnym  lub mówimy do nich gdy są ubrani w strój chórowy (sutanna z pasem, komża lub rokieta, mucet) zawsze wystarczy "Czcigodny księże prałacie/biskupie/kardynale". Dodatkowo uroczysty sposób zwracania się w przypadku opatów, biskupów i kardynałów obowiązuje gdy odziani są w szaty pontyfikalne, a więc mitrę i pastorał. W odniesieniu do biskupa zamiast sformułowania: "Czcigodny księże biskupie" można użyć bardziej pasującego "Wasza ekscelencjo", natomiast w odniesieniu do kardynała "Wasza eminencjo" - wtedy tytuł "czcigodny" nie jest już konieczny, a nawet jest zbędny. "Jego ekscelencja" lub "Jego eminencja" jest też lepszym utytułowaniem niż "Czcigodny biskup" lub "Czcigodny kardynał" w przypadku wszelkich form pisanych. Pewnym problemem może być tytułowanie księży rektorów. Uroczysta forma: "Wasza magnificencjo" zastosować można tylko wtedy kiedy mówimy do rektora seminarium bądź uczelni katolickiej. W przypadku rektora jakiejś świątyni takie utytułowani narazi nas na śmieszność. Trzeba pamiętać, że ks. rektor nie zawsze oznacza rektora seminarium. Ten akapit napisałem głównie z myślą o słabo zorientowanych w temacie. Nie roszczę sobie miana znawcy kościelnego savoir-vivre - to tylko taka podstawówka. Zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury, ale jednocześnie ostrzegam, bo w wielu popularnych podręcznikach można się natknąć na błędy związane z nieznajomością kościelnego środowiska. 

Problem tytułowania duchowieństwa może wydawać się błahy, jednak po gruntownym przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że chyba nigdzie w rzeczywistości kościelnej aż tak wyraźnie nie zderza się przesyt z niedomiarem. Z jednej strony bardzo pompatyczne i wyszukane tytuły ubogacające długą liturgię uścisków i utrzymujące pysznych w swojej wadzie, z drugiej strony rzesze świeckich nie potrafiących poradzić sobie w elementarnych kontaktach z klerem. Mam nadzieję że ten wpis pysznym da asumpt do przemyśleń, a nieumiejętnych choć trochę poduczy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 sierpnia 2017

Dlaczego mamy takich duszpasterzy? - deformacja pastoralna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na omówienie czwartego i ostatniego wedle współczesnych dokumentów wymiaru formacji kandydatów do kapłaństwa. Nie bez przesady można powiedzieć, że właśnie w tym aspekcie kumulują się błędy wszystkich wcześniej omówionych. Mówi się, że współczesny kleryk zakonny po to odbywa nowicjat aby zniszczona została w nim pobożność, studia filozoficzne by zdegradować rozumność, a nauka teologii by unicestwić wiarę. W ten sposób wychowuje się kapłana niepobożnego, bezmyślnego i w dodatku niewierzącego. Jeśli na to nałożymy mówiąc językiem współczesnych dokumentów tak zwaną syntezę pastoralną to otrzymamy typowego najemnika w Winnicy Pańskiej. 

Podstawowym problemem w tak zwanej formacji pastoralnej kleryków jest zmiana paradygmatu duszpasterskiego. Przez wieki duszpasterstwo rozumiano dosłownie, jako pasterzowanie duszami - prowadzenie ich ku zbawieniu. A więc istniał paradygmat: salus animarum. Od kilkudziesięciu lat sytuacja ulega zmianie. Dzisiaj duszpasterstwo pojmuje się humanistycznie, a polega ono na takim oddziaływaniu na wiernych, aby byli dobrymi ludźmi. Mamy więc obecnie paradygmat humanistyczny. Cel duszpasterstwa zaczyna być tożsamy z tym jak funkcję wiary w społeczeństwie pojmowała religiologia, zwana przez prawowiernych katolików czerwoną refleksją o Bogu - nauka ta powstała na gruncie marksistowskim i jest dziś wykładana w każdym nowym seminarium. Paradygmat "dobrego człowieka" jest rezultatem zamiany formacji moralnej na ludzką oraz odrzucenia w formacji intelektualnej rzetelnego studium klasycznej teologii i pozbawienia formacji duchowej nadprzyrodzonej motywacji wynikającej z misyjnego nakazu Pana Jezusa Chrystusa. 

Zanik formacji moralnej i wprowadzenie w jej miejsce formacji ludzkiej spowodowało humanizację całego procesu urabiania kleryków. Teraz już nie wierność Panu Bogu, ale ideałowi człowieka staje się w praktyce naczelną zasadą pracy nad sobą. Więcej się mówi zatem o tym, że kleryk ma być dojrzałym człowiekiem niż cnotliwym i świętym chrześcijaninem.  Naturalnie 6 lat deformacji w tym względzie odciska swoje piętno, a rezultatem są kazania mówiące więcej o psychologii niż o duchowości. Dzisiejsze nauczanie bardziej odpowiada na pytanie jak żyć docześnie, aniżeli jak wzrastać do doskonałości dla życia wiecznego. Przy tym często współcześni duszpasterze bawią się w psychologów, czym szkodzą podwójnie - raz dlatego że zaniedbują właściwą dla siebie misję, a dwa że nie mają ku temu kompetencji. 

Studium klasycznej teologii daje odtrutkę na instrumentalne traktowanie religii przez różne systemy filozoficzno-polityczne. Kapłan który zna dobrze Objawienie Boże, wie że do zbawienia potrzebna jest zarówno wiara, jak i uczynki. Jeśli został ukształtowany przez rzetelne studium teologii moralnej to umie właściwie zrównoważyć w swoim życiu oba te faktory zbawienia. W konsekwencji nie wpada ani w fanatyczny fideizm, który zwykle kończy się faryzejską obłudą, ani w praktykowanie niewiary. Ten drugi błąd zdarza się dużo częściej. Ile mamy kapłanów, którzy prowadzą piękne dzieła charytatywne poświęcając im tyle czasu, że brakuje im na życie duchowe? Ten błąd aktywizmu jest przez dzisiejszy świat pochwalany zgodnie z instrumentalnym traktowaniem Kościoła i wiary jako narzędzia charytatywnego. Bardzo często kapłani aktywiści z niezrozumiałych dla pospołu przyczyn porzucają kapłaństwo. W końcu aby prowadzić takie dzieła nie potrzeba święceń, wyrzeczeń, ślubów, celibatu... . Brak wiedzy lub fałszywa wiedza prowadzi do błędnego działania. Wielu dzisiejszych kapłanów nie potrafi powiedzieć dlaczego dali się wyświęcić. Po 6 latach z gardeł wielu młodych kapłanów wydobywa się anty-świadectwo. Wchodząc do seminarium i pisząc w podaniu że chcą służyć Bogu i Kościołowi wyrazili więcej niż w okrągłych zdaniach wypowiadanych w kazaniach-świadectwach, czy wywiadach do lokalnych gazet... . Jak ksiądz który nie wie po co nim jest, ma właściwie prowadzić duszpasterstwo?

Wreszcie jeśli w formacji duchowej kleryk nie przylgnie w sposób nadprzyrodzony do swojej misji to nie odda się jej w całości. Złamana konwencja czynu-nagrody powoduje że poświęcenie się dla czegokolwiek traci sens. W tradycyjnym seminarium kleryk rozumie, że jeśli ma powołanie, to jego obowiązkiem jest wiernie je wypełnić, a nagrodą jest zbawienie wieczne. Dzisiaj aspekt powołania ubiera się w bliżej nieokreśloną relację z Bogiem, opartą na dobrowolności, notabene takiej samej jak wybór religii. Wobec tego celem duszpasterstwa przestaje być zbawienie dusz - w końcu zbawić się można zdaniem modernistów w każdej religii. Duszpasterstwo prowadzi się po to by zjednoczyć ludzi z Bogiem czy uczynić ich lepszymi - podobnych farmazonów słyszałem zresztą wiele. 

Skoro celem kapłana wobec Kościoła nie jest już zbawienie dusz to wszelka akcja prawdziwie duszpasterska z definicji traci sens. Czasem w swojej szczerości deformatorzy seminaryjni wyznawali, że wszelka działalność mająca kogoś nawrócić jest wyrazem prozelityzmu, a to słowo jest dziś w Kościele postrzegane bardzo negatywnie. Zatem mamy duszpasterstwo humanistyczne - zorientowane na cel doczesny, a nie wieczny. Tyle w kwestii podstaw teoretycznych tak zwanej formacji pastoralnej.

Sięgnięcie do samej praktyki formowania pastoralnego kleryków odsłania kolejne Himalaje problemów. Przede wszystkim system seminaryjny podaje swoim uczniom niereprezentatywne przykłady duszpasterstwa. Dlaczego tak jest - nie umiem odpowiedzieć... . Efektem tych działań jest wyrobienie w kleryku nierealnego projektu swojego przyszłego kapłaństwa, a co za tym idzie często bardzo szybkie wykolejenie. Alumnom pokazuje się głównie tak zwane duszpasterstwa specjalistyczne, w których pracują nieliczni kapłani i do tego zwykle nie od początku swojej posługi. Życie w seminarium i życie na parafii to dwie różne rzeczywistości, także doświadczenia wyniesione z własnej parafii często nie są właściwe dla przyszłego życia, zwłaszcza, że seminarzysta poznaje rzeczywistość z niewłaściwej strony ołtarza. Jeśli więc klerykom od pierwszego roku pokazuje się szpitale, hospicja, więzienia, ośrodki opiekuńcze, mass media itd to wyrabia się w nich fikcyjny pogląd przyszłości. Dzieje się to zwłaszcza jeśli zaniedbuje się prawdziwą praktykę pastoralną polegającą na podjęciu części obowiązków zgodnych z przyjętymi posługami/święceniami na zwykłej parafii. Niewiele seminariów przed święceniami diakonatu oferuje taką możliwość, a jeśli tak jest to zwykle nie po to aby dać samemu klerykowi możliwość weryfikacji powołania, ale aby go przetestować. Seminaria chwalą się na swoich witrynach systemem różnorodnych praktyk pastoralnych - są to zwykle duszpasterstwa specjalistyczne, w których klerycy realizują krótkie akcje duszpasterskie w ramach swoich wakacji. Często w trakcie tych "praktyk" obligowani są do wypełniania zadań do których nie są przygotowani już to z tytułu braku wiedzy lub też nie posiadając odpowiednich charyzmatów urzędowych. Jak można alumnowi, który ukończył pierwszy rok zlecać prowadzenie katechez, konferencji czy animowania grup apostolskich, skoro nie zaczął on nawet na dobre studiów teologicznych? Albo czemu zleca się alumnom pod pozorem świadectw głoszenie kazań do których nie mają prawa lub rozdawania Komunii Świętej skoro nie są nawet akolitami? To wszystko nie tylko uczy relatywizmu względem prawa kościelnego, ale także wyciska złe piętno na przyszłych kapłanach, często bowiem nie są oni duchowo przygotowani do podjęcia tych obowiązków. Trzeba jasno powiedzieć, że pierwsze praktyki pastoralne sens mają dopiero po zakończeniu III roku i przyjęciu stroju duchownego oraz lektoratu. W ogóle należałoby zamiast tworzyć huraoptymistyczne projekty praktyk pastoralnych zaufać Kościołowi i dać klerykom możliwość w pełni realizować otrzymane posługi/święcenia. Po to Kościół zachował je na przestrzeni wieków, aby kandydaci do świętej służby stopniowo nabywali cnót do podejmowania coraz bardziej odpowiedzialnych zadań. 

Klerycy w ramach rozeznawania swojego powołania jeszcze przed przyjęciem diakonatu powinni mieć wpisaną w studia dłuższą praktykę pastoralną uwzględnioną w rytmie życia seminaryjnego, tak aby przynajmniej przez kwartał móc poznać rzeczywistość życia na plebanii i podejmowania trudów kapłańskiego życia. W ten sposób można byłoby uniknąć wielu rozczarowań po święceniach. Trzeba stwierdzić, że praktyki takie byłyby bardziej dla samych kleryków niż przełożonych. Duszpasterstwo od strony technicznej nie jest trudne i da się do niego przyuczyć nawet niezbyt rozgarniętego kleryka - nie znam księdza, który zupełnie nie radziłby sobie ze sprawowaniem liturgii czy nauczaniem, w ostateczności kazanie czyta z kartki. Problemem jest za to własna projekcja życia kandydata do kapłaństwa i zderzenie z rzeczywistością. Podczas takiej posługi kleryk musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy po tych 3-4 latach jego postrzeganie służby kapłańskiej odpowiada rzeczywistości i czy chce się temu poświęcić na całe życie. W końcu głównym sensem życia kapłana jest poświęcenie się Panu Bogu i składanie Mu Najświętszej Ofiary.

Mój ojciec często nazywał seminarium do którego chodziłem wyższym technikum duszpasterskim. W tej satyrze tkwi niestety ziarno prawdy. Przegląd podstawowych wymiarów formacji pokazuje, że celem nowego seminarium jest wyprodukowanie zunifikowanego kapłana posiadającego wykształcenie formalne, znającego i potrafiącego zastosować techniki duszpasterskie oraz nie myślącego zbyt wiele. Jeśli na swojej drodze spotykacie kapłanów niepasujących do nieszczęsnego schematu BMW (bierny, mierny, wierny) to dziękujcie za to Panu Bogu  i samym tym duszpasterzom. Podjęli oni bowiem trud formacji równoległej, a uczynili to dla swojego i waszego zbawienia. Niestety obraz współczesnego kleru jest przykry. Seminaria tworzą armię bezwolnych konformistów niezdolnych do jakiejkolwiek walki z duchem tego świata. Być może ci młodzi ludzie wstępując do nowych seminariów chcieli razem z Panem Jezusem zbawiać świat, ale kąkol modernizmu zasiany w proces ich formacji skutecznie zagłuszył ich szlachetne pragnienia. Módlmy się przeto aby Stolica Apostolska przywróciła sprawdzone metody formacji, a rodzice i kapłani chłopców raczyli posyłać do prawdziwych seminariów. Niech one powstają w wielu krajach, aby każda dusza zaznała prawdziwego duszpasterstwa, zgodnego z paradygmatem salus animarum. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 8 sierpnia 2017

Deprawacja intelektualna w nowych seminariach

Laudetur Iesus Christus!

Kolejnym wymiarem formacji wskazywanym przez dokumenty jest formacja intelektualna. Niestety ten obszar obarczony jest wielkim zaniedbaniem i to pomimo tego że w wielu przypadkach nowe seminaria kładą nań główny nacisk. Chociaż św. Teresa z Avila stwierdziła, że: "Gdybym musiała wybierać pomiędzy spowiednikiem mądrym a pobożnym, wybrałabym mądrego" to jednak nie należy zapominać, że głównym celem seminarium jest formacja duchowa - o której w innym wpisie. Kształcenie intelektualne jest pewną podstawą - owszem ważną, ale spełniającą służebną rolę wobec uformowania duchowego i duszpasterskiego. Nie wolno bowiem nigdy przestawić środków i celów - środkiem jest wykład wiary, a celem jej zintegrowanie dla przyszłej posługi duszpasterskiej. Tymczasem chorobą trawiącą nowe seminaria duchowne przynajmniej w Polsce jest takie układanie planu formacyjnego, że odnosi się wrażenie iż seminarium to taki pobożny akademik - celem są studia, a nie rzeczywista formacja duchowa. Przykładem niebezpiecznego odwrócenia akcentów jest praktykowane w wielu seminariach niedzielne studium - taka praktyka nie daje się pogodzić z trzecim przykazaniem Bożym, nie tylko powinna być zaniechana, ale należy alumnom wpajać, że nauka w niedzielę nie jest rzeczą godziwą. Innym objawem schizofrenii jest praktyka celebrowania uroczystości tylko w wymiarze zewnętrznym - seminarzyści obowiązani są do noszenia odświętnego stroju, ale zachowany jest normalny tryb pracy i nauki. Obraz wielkiej troski o wiedzę alumnów choć powierzchownie patrząc wydaje się prawdziwy, to jednak wchodząc głębiej staje się przykrywką dla niesamowitej pauperyzacji intelektualnej współczesnych studiów kościelnych. Patrząc na stan kształcenia duchowieństwa mam wrażenie, że studia są zapchajdziurą dla 6-letniego cyklu formacyjnego. Jeśli nie ma czym wypełnić dnia to wpisuje się w plan zajęć studium, przykładowo w sobotę mieliśmy 7 godzin studium własnego... . Kleryk, który ukończył studia i chce kontynuować formację w innym seminarium, bo albo z poprzedniego sam odszedł, albo został wydalony zwykle jest odsyłany ponieważ "nie ma co z nim zrobić". To wskazuje na rzeczywiste cele formacji intelektualnej w nowym seminarium: zdobycie wykształcenia formalnego (da papierka) i wypełnienie czasu w ciągu dnia. 

Studia seminaryjne ulegają stopniowej degradacji. Wyraźne przyspieszenie tego procesu nastąpiło w okresie masowej afiliacji fakultetów pastoralnych do uczelni państwowych. Ten mariaż choć finansowo opłacalny okazuje się katastrofą. Związek seminarium z uniwersytetem to najbardziej widoczna bolączka systemu kształcenia kandydatów do kapłaństwa. Po przemianie ustrojowej przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku polski episkopat zachwycił się wizją współpracy z państwem. Zbiegło się to nieszczęśliwie w czasie ze skokiem w zakresie laicyzacji Polski. Wpływy z ofiar zaczęły się wyraźnie zmniejszać. Seminaria duchowne które w okresie Polski ludowej pękały w szwach i były utrzymywane z ofiar ludu pracy nagle pomimo wyraźnego zmniejszenia liczby kleryków nie potrafiły samodzielnie egzystować. Kształcenie przyszłych kapłanów powierzono więc organizacjom państwowym. Owszem dalej przyszłych duchownych formują wykładowcy księża, jednak opłaca ich nie kuria biskupia, ale ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, a wiadomo, że kto płaci ten decyduje... . Konferencja Episkopatu Polski zgodziła się więc na restrukturyzację studiów kościelnych w sposób sprzeczny nawet z posoborowym ratio studiorum, które chyba nigdzie nie jest w pełni respektowane.  Nie jedyny to przypadek w tym okresie kiedy to wiara została złożona na ołtarzu Mamony - podobny los spotkał duszpasterstwo wojskowe, szpitalne oraz katechezę. Wszystkie te obszary działalności duszpasterskiej są opłacane przez państwo, które mocno ingeruje w program pastoralny tych przedsięwzięć. Zresztą jednym z argumentów włączenia seminariów w państwowy system oświaty było zlaicyzowanie katechezy. Ponieważ katechezę też opłaca państwo, wymaga więc pracowników posiadających certyfikowane wyższe wykształcenie. Mało kto wie, że studia kościelne mające wykształcić duchownych nie wiążą się z żadnymi tytułami zawodowymi, czy stopniami naukowymi. Żeby zostać prezbiterem nie trzeba być magistrem - należy ukończyć podstawowy kurs teologii. Księża magistrami zostają po to by mieć uprawnienia do pracy w szkole. W okresie PRL-u zaledwie 1/3 duchowieństwa posiadała tytuł zawodowy magistra - później w wielu przypadkach studia kościelne i napisaną pracę przestawiono jako magisterską ale kończąc seminarium większość księży nie miała żadnej tytulatury naukowej. Zresztą zakres wiedzy teologicznej tamtego kleru był odwrotnie proporcjonalny do jego poziomu wykształcenia w warstwie formalnej. Dzisiejszy magister teologii stoi daleko w tyle za kapłanem wykształconym nawet pod Vaticanum II, ale przed nieszczęsną afiliacją. Studia kościelne na związku z państwowym systemem szkolnictwa straciły swój pierwotny układ. Zakłada się bowiem, że przez pierwsze dwa lata alumn na poznawać filozofię, po to by stworzyć podstawę dla studium teologii przez kolejne trzy lata. Konieczność ukończenia kursu pedagogicznego trwającego minimum 270 h wykładowych i 150 h ćwiczeń zabiera ze studiów praktycznie rok, a ponieważ ilość godzin w siatce studiów jest z góry określona, to odbywa się to kosztem zajęć kursorycznych. Do tego dochodzi obowiązkowy czas na fakultety narzucony przez Unię Europejską, co znowu zabiera kilkaset godzin... . Rezultatem jest pobieżne studium teologii systematycznej i wypisywanie traktatów teologii moralnej oraz dogmatycznej w parach, często zupełnie niedorzecznych. Bo jaki związek mają na przykład cnoty kardynalne z bioetyką? Często brakuje czasu na ów drugi przedmiot i nie wykłada się go w ogóle - tak było na przykład podczas zajęć z eklezjologii i mariologii. Są takie dyscypliny, których nie wykłada się wcale na przykład angelologii, czy hagiografii. Jest za to mnóstwo pedagogik, katechetyk i dydaktyk - jakby jeden semestr każdej z tych dyscyplin nie wystarczył. Poziom kształcenia z tychże nauk był zresztą i tak na bardzo niskim poziomie - nauczania katechizmu uczyliśmy się w praktyce.

Innym problemem jest sam program studiów kościelnych ułożony przez Stolicę Apostolską. Zawiera on w zasadzie tylko wykaz przedmiotów i ilość godzin - to stanowczo za mało. Dawniej wychodziły z Rzymu oficjalne podręczniki według których należało wykładać, a kurs teologii był taki sam w USA co w we Włoszech. Kler był jednolicie wykształcony, co sprzyjało utrzymywaniu dyscypliny wiary. Dzisiaj pluralizm  doktrynalny "katolickich" ośrodków akademickich jest tak wysoki, że wykształcenie teologiczne odebrane nawet w jednym kraju na tym samym poziomie może być skrajnie różne w zależności od alma mater. Efektem jest wielogłos duchowieństwa w zakresie prawd wiary, co najbardziej widoczne jest choćby w sprawie słynnych dubiów i interpretacji jakichkolwiek oficjalnych dokumentów kościelnych. Kościół katolicki staje się pod względem nauczania podobny do wiarołomnej synagogi talmudycznej, gdzie w zależności od miejsca te same fragmenty Tory interpretuje się czasem w przeciwstawny sposób. Brak jasnych ordynacji w odniesieniu do programu studiów kościelnych rozbiło jedność nauczaniu w ciągu zaledwie pół wieku! Nie taki ustrój Kościoła postanowił Chrystus Pan, ale chciał by Jego Oblubienica była jasnym znakiem na drodze do zbawienia. Modne zwłaszcza w szkolnictwie europejskim fakultety  i monografie pozwoliły najbardziej szkodliwym wykładowcom rozwinąć skrzydła i oto lista najciekawszych zajęć jakie miałem do wyboru bądź wygrzebałem z czeluści witryn internetowych innych "katolickich" wydziałów lub ze świadectw studentów i absolwentów:
1. Czy piekło będzie puste?
2. Co naprawdę mówił Jezus w Ewangeliach?
3. Wspólna nauka katolicko-protestancka o usprawiedliwieniu
4. Kościoły doby reformacji
5. Ekumenizm katolicko-judaistyczny
6. Mity księgi rodzaju
7. Kryzys imigracyjny, czy kryzys miłosierdzia?
8. Duchowość islamska.
9. Masoneria - mity i rzeczywistość.
10. Transfiguracja i transfinalizacja jako alternatywne sposoby wyrażania tajemnicy Eucharystii.
Nie wiem czy czytelnicy życzą sobie więcej przykładów. Zapewniam, że powyższe wykłady były zgodne z tezą w  literalnym rozumieniu tytułów. Właśnie podczas fakultetów dochodzi do największej deprawacji umysłowej kandydatów do kapłaństwa - sam byłem tego świadkiem. Wykładowcy - moderniści mogą się wtedy popisać swoimi herezjami, a słuchacze nieuzbrojeni w oręż prawowiernej nauki chłoną wszystko jak leci i co gorsza dogmatyzują różne fałszywe idee - w końcu "ksiądz profesor powiedział..."

Podstawą dla skrzywienia intelektualnego przyszłego kleru jest już szkolnictwo na poziomie podstawowym i średnim. To w tym czasie dochodzi do przyjęcia heglowskiego paradygmatu teoriopoznawczego, w myśl którego jeśli czyjś sąd nie zgadza się z faktami to tym gorzej dla faktów. Jeśli na taką deformację postawi się syntezę w postaci filozofii wyłożonej w sposób zupełnie świecki, bez oceniania poszczególnych systemów filozoficznych w aspekcie prawdziwości i przydatności dla głoszenia wiary to przyszły ksiądz intelektualnie jest już właściwie stracony. Taki stan nazywa się ukąszeniem heglistowskim. Wszelka próba przywrócenia jego umysłu do właściwego porządku logicznego jest już właściwie niemożliwe - w ostateczności można usłyszeć: "Masz rację, ale nie przekonałeś mnie", albo "Ja mam swoją prawdę, a Ty swoją", ewentualnie wyznanie agnostycyzmu teoriopoznawczego: "Przecież prawda jest nieosiągalna". Za takiego duchownego można się już tylko modlić... . Jeśli nawet seminarzysta trafi na wierzącego wykładowcę filozofii - który przedstawi historię filozofii z punktu widzenia chrystianizmu to i tak dostanie obuchem w głowę podczas studium teologii.

Jest już pewną modą wykładanie teologii prawie dokładnie w taki sam sposób jak filozofii - bez uwzględnienia specyfiki tej dyscypliny. Teologia systematyczna wykładana jest w ten sposób że prezentuje się pleromę współczesnych poglądów, często konfesyjnie różnych bez oceny prawdziwości tez tam zawartych. Czasami wykładowcy nie informują nawet słuchaczy o tym w jakim wyznaniu dany pogląd się zrodził, a na pytanie o przynależność konfesyjną danego teologa odpowiadają niechętnie lub wręcz okazują oburzenie - w końcu pierwiastki uświęcenia i prawdy obecne są w każdej religii... . Alumni nie są informowani o ścisłej treści dogmatów - wiarę przedstawia się im w sposób opisowy, zwykle skażony myślą jakiegoś heterodoksyjnego uczonego. Również nie uczy się już hierarchii źródeł w teologii oraz o różnej kwalifikacji dogmatycznej poszczególnych tez. Dogmatyzm w teologii systematycznej przedstawia się klerykom jako coś zaprzeszłego. To wszystko prowadzi do relatywizacji prawdy, w końcu seminarzyści uczą się że wiarę można przekazywać byle jak i interpretować po swojemu. Efektem są dzisiejsze kazania i katechezy tak bardzo często skażone błędami. 

Współczesne ratio studiorum poleca pochylenie się się nad naukami humanistycznymi i kontekstem kulturowym. Zaniedbuje się przy tym zupełnie apologetykę, której się już nie uczy. Jest to zgodne z paradygmatem dialogu, w którym nie chodzi o to aby kogoś do słuszności wiary katolickiej przekonywać, ale żeby się wzajemnie ubogacać. Dawniej podstawową kompetencją teologa była umiejętność uzasadniania, dziś adept tej nauki nie potrafi już nawet tego. Studium chociaż ma się opierać na źródłach to jednak nie są one dostępne. Studenci nie czytają już prawie w ogóle źródeł. Nawet soboru watykańskiego II nie każą przeczytać w całości - cała nauka pochodzi ze skryptów usianych błędami formalnymi i merytorycznymi oraz wątpliwej jakości podręczników nierecenzowanych już w ogóle pod kątem doktrynalnym. Dochodzi do tego, że absolwent teologii nie potrafi krytycznie przeczytać żadnego tekstu źródłowego! Tymczasem studium teologii domaga się by w całości przeczytać przynajmniej całe Pismo Świętej oraz dokumenty wszystkich soborów. Teologia historyczna jest w wielkim regresie. Egzegeza usiana jest światopoglądem protestanckim. Zresztą egzegeci nie kryją swojego zachwytu Karlem Barthem, Rudolfem Bultmanem czy Hermanem Gunkelem. Studium patrystyki ogranicza się coraz bardziej, przez co jest ono zbyt pobieżne aby sięgnąć choćby do fragmentów najważniejszych dzieł. Historia Kościoła wykładana jest w paradygmacie "przepraszam że żyję", w wielkiej czołobitności do mitów inteligenckich doby oświecenia. Studium języków starożytnych, które stanowi podstawę dla czytania w oryginale tekstów źródłowych jest tak prowadzone by niczego nie nauczyć. Łacinę już dawno uznano nawet w Kościele za język wymarły, a greki jest tyle co kot napłakał.

Wiele do życzenia pozostawiają wszechobecne konwersatoria. W założeniu miały one przywrócić tradycjne "disputationes" w rzeczywistości polegają one na odbębnianiu odczytów, często bezkrytycznie kopiowanych nawet z Wikipedii... . Zajęcia te były dla mnie istną intelektualną torturą, a trzeba wiedzieć, że seminarzyści zobowiązani są do chodzenia na wszystkie zajęcia. Kiedyś nie było ćwiczeń - dyskutowano podczas wykładów i kapłani byli dobrze przygotowani do obrony wiary. Wielu wykładowców dobieranych jest na zasadzie - nie dał rady w duszpasterstwie, to niech wykłada coś tam w seminarium. W rezultacie kadra naukowa w wielu ośrodkach przedstawia wiele do życzenia, chociaż przyznać trzeba, że wydziały teologiczne pod względem formalnego wykształcenia swoich wykładowców przodują. Nie mieliśmy ani jednego wykładowcy nie utytułowanego stopniem doktora, a większość posiadało habilitacje. Jednak w ślad za tytulaturą nie szły obiektywne zdolności. Byli wykładowcy, którzy podczas zajęć po prostu czytali podręczniki i to jeszcze z błędami. Nikt nie reagował na opinie wyrażane w ankietach. Słowem te same patologie które dosięgają systemu szkolnictwa wyższego państwowego doszły także do struktur szkolnictwa kościelnego.

Niniejszy blog jeszcze nieraz będzie rozprawiał się z różnymi błędnymi naukami - należy te przyszłe wpisy potraktować jako dodatek do niniejszego. Nie sposób w tak krótkiej formie przedstawić w całości bezpardonowej walki modernistów nad zniszczeniem katolickiej nauki. Świętej pamięci prof. Wolniewicz powiedział, że nauka nie ma przyszłości w uniwersytetach, a ja powiadam że katolicka wiara nie ma przyszłości w kształceniu duchowieństwa na garnuszku państwa. Należy zerwać z mirażem mariażu seminariów z uniwersytetami we współczesnym ich rozumieniu. W studium teologii trzeba podążać za tym co pewne podążając jak to zalecał nawet sobór watykański II za mistrzem św. Tomaszem z Akwinu. Współczesny kleryk nowego seminarium skazany jest na studium podwójne - jeden raz musi nauczyć się i zdać prawdę przemieszaną z fałszem na potrzeby wykształcenia formalnego i drugi raz jeśli chce uczyć wiary prawdziwej musi nauczyć się czystej doktryny. Droga to trudna - wiele bibliotek seminaryjnych świeci pustkami. Po utworzeniu nowych diecezji z nowymi seminariami stare biblioteki zostały rozbite i zdekompletowane. Dlatego należy wspierać alumnów darowiznami dobrych książek. Kupujcie im wszystko co do 1958 r było uznane przez władzę kościelną. Przede wszystkim zaś wyposażcie w teksty źródłowe soborów, synodów, encyklik, traktatów ojców Kościoła i świętych doktorów wiary a zobaczycie że nadejdzie odnowa wiary i bez bólu głowy będzie można odsłuchać niedzielnego kazania oraz bez obaw posłać swoją dziatwę na lekcje katechizmu. Doszliśmy do czasów kiedy niejeden świecki jest lepiej wykształcony niż kapłan. Na tych wiernych ciąży szczególny obowiązek, aby depozyt wiary przekazany został w sposób nienaruszony. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 4 sierpnia 2017

Deformacja ludzka w nowym seminarium, czyli rzecz o błędnych założeniach i faryzejskiej realizacji

Laudetur Iesus Christus!

Przyszła pora na na systematyczne omówienie największych i konstytucyjnych problemów współczesnych seminariów. Pastores Dabo Vobis w nr 43 nazywa formację ludzką fundamentem całej formacji kapłańskiej. Jeśli tak jest w istocie to trzeba się przyjrzeć tej części formacji jako pierwszej. Co ciekawe od czasów soboru watykańskiego II nie ma mowy o formacji ludzkiej. Nawet Dekret o formacji kapłańskiej o niej nie wspomina, chociaż jest jej źródłem: "Zasady chrześcijańskiego wychowania winny być święcie przestrzegane i należycie uzupełniane nowymi osiągnięciami zdrowej psychologii i pedagogiki. Przez mądrze więc zaplanowaną formację trzeba w alumnach wykształcać także należytą dojrzałość ludzką, dowiedzioną zwłaszcza przez pewną stałość ducha, zdolność podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi. Niechaj alumni przyzwyczajają się rozwijać należycie własne zdolności, niech wyrabiają w sobie siłę ducha i w ogóle niech nauczą się cenić te cnoty, które u ludzi większym cieszą się uznaniem i zalecają sługę Chrystusowego. A cnotami tego rodzaju są: "szczerość ducha, stałe przestrzeganie sprawiedliwości, dotrzymywanie przyrzeczeń, grzeczność w postępowaniu, a w rozmowach skromność połączona z miłością." DFK 11. Dla ojców soborowych tak pojęta formacja ludzka mieści się w zakresie formacji duchowej, która w oczywisty sposób obejmowała kształtowanie moralne alumnów. Tekst wydaje się być zrównoważony - cechami niezbędnymi od strony "ludzkiej" są: "stałość ducha, zdolność do podejmowania rozważnych decyzji oraz właściwy sposób osądzania zdarzeń i ludzi". Pozostałe cnoty są "do wyrobienia", a więc alumni winni do nich dążyć co wcale nie oznacza że mają przy święceniach w stopniu doskonałym je realizować. 

Dalsze dokumenty o formacji kapłańskiej w dużym stopniu rozwinęły ten aspekt kształtowania przyszłych duchownych. Z treści dokumentów znikają określenia "zdrowej psychologii i pedagogiki" - zaczyna się zbytnia poufałość z psychologią, którą uznaje się w praktyce za narzędzie weryfikacji powołania kapłańskiego co jest w ogóle nie do pogodzenia z prawdą o człowieku, który jest nie tylko duszewny, ale przede wszystkim duchowy.  Psychologia nie ma narzędzi do zbadania tego co w człowieku jest prawdziwą istotą, a więc duszy duchowej. Po arystotelesowsku rzecz ujmując jest w stanie określić tylko stopień rozwoju duszy zwierzęcej i po części duszy rozumnej. To za mało żeby weryfikować powołanie kapłańskie, które rodzi się w sercu, a przyjmowane jest przez rozum w wolnej woli. Z formowania człowieka w rozumieniu moralnym, a więc wyrabiania cnót pozostaje kształtowanie uczuciowości, emocjonalności oraz układności, grzeczności i zdolności towarzyskich. Niektóre z tych cech bywają w ostateczności nawet szkodliwe. Układny kapłan nie ma w sobie stałości postępowania - jest konformistą który będzie szedł drogą kompromisów co nieuchronnie prowadzi do zanegowania misji prorockiej kapłana, która sprowadza się do mówienia zawsze prawdy i to nie zależnie od okoliczności. W kwestii uczuć i emocji oczywiście ważne jest uporządkowanie pojawiających się problemów, ale współczesne oblicze formacji ludzkiej z zasady uznaje ten aspekt za konieczny w każdym przypadku do przepracowania. Dochodzi do tego, że klerycy na spotkaniach z ojcami duchownymi poddawani są stałej terapii indywidualnej i grupowej, co rodzi patologie tym bardziej, że księża ci często nie znając się na psychologii wykraczają poza teren swoich kompetencji. Dość wspomnieć swego czasu głośną sprawę pewnego księdza z diecezji płockiej, który zrzucił sutannę... Tymczasem wystarczy aby kleryk wyrobił w sobie cnotę wstrzemięźliwości i to wystarczy aby uczucia i emocje nie rządziły nim, ale on nimi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za taki sąd spadnie na mnie grad nieprzychylności ze strony pseudo psychologów  żyjących z twierdzenia: "nie ma ludzi zdrowych tylko źle zdiagnozowani", ale mam silne przekonanie że mój głos jest w tym przypadku bardzo rozsądny i bazuje na chrześcijańskiej wizji antropologicznej. W końcu człowiek jest wolny i pracować trzeba przede wszystkim nad sumieniem oraz siłą woli.

Przeglądając witryny seminariów duchownych napotyka się prawie wszędzie wzmianki o formacji ludzkiej. Co ciekawe większość seminariów pomimo szeroko zakrojonej informacji o tym aspekcie formacji nie przedstawia rzetelnego planu tej formacji uznając że zwykłe środki wychowania w karności  i wyrobienia duszpasterskiego wystarczają. Świadczy to dobitnie o tym, że nie istnieje właściwie formacja ludzka w seminarium i piszę to z pełną odpowiedzialnością. Dyscyplina służy kształtowaniu moralności alumna oraz jego posłuszeństwa, a praktyki duszpasterskie choćby wolontariat kształtuje sylwetkę duszpasterską przyszłego kapłana. Człowiek po ukończeniu szkoły średniej ma już ukształtowany zestaw cech składających się na osobowość. Moja obserwacja jest więc oczywista - wszelkie oczekiwania, że formacja w seminarium zmieni introwertycznego alumna w ekstrawertycznego, melancholika w sangwinika itd są z góry błędne. Owszem, kleryk może nabyć pewnych umiejętności społecznych, ale to nie zmieni jego charakteru. Przełożeni muszą w końcu zauważyć, że Pan Bóg z jakiegoś powodu powołuje różnych ludzi i osobowość o ile nie jest w oczywisty sposób zaburzona, co poznaje się po zdolnościach do kierowania własnym postępowaniem oraz rozwojem intelektu, to nie jest ona ani dobra ani zła. Osobowość bowiem zawiera w sobie zespół predyspozycji do dobra i zła. Przykładowo melancholik może być bardzo wrażliwym spowiednikiem, ale będzie miał pewnie problemy z zarządzaniem parafią czy jakąś instytucją. Z kolei choleryk zwykle nie będzie miał z tym drugim problemu, ale jego osobowość może powodować że porani wiele osób i wyda szereg krzywdzących i arbitralnych opinii. Czy tego typu osobowości są złe? Nie, ponieważ i wśród apostołów były różne osobowości, a Pan wybierając każdego z nich miał konkretny zamiar. Obawiam się, że w wielu seminariach typ osobowości melancholijnej predysponowany jest do wydalenia. Sam to zresztą obserwowałem w swoim seminarium. Osobowość jest  niestety główną przyczyną uznawania alumnów za niezdatnych do przyjęcia święceń kapłańskich. W rzeczywistości sytuacja taka zachodzi rzadko - zwykle alumni powinni być wydalani z powodów moralnych i nie chodzi bynajmniej o występki kwalifikowane, które zdarzają się rzadko, ale pewnego rodzaju postawy egoizmu, złośliwości, czy cynizmu wykształcające się często już w seminarium. Swoją drogą winę za powstawanie tych cech w dużej mierze ponosi samo seminarium, ale o tym za moment. Obawiam, się że wielu świętych kapłanów i biskupów nie przeszłoby pomyślnie współczesnej weryfikacji powołania. Wystarczy popatrzeć na postać św. Hieronima - kapłana który żył w niezgodzie praktycznie ze wszystkimi, a jednak dokonał przekładu Pisma Świętego, który zgodnie z zasadami naszej wiary jest tekstem natchnionym - za taki bowiem uznał go sobór trydencki. Współczesnym formatorom brakuje nadprzyrodzonego zmysłu, popatrzenia na powołanie zgodnie z kryteriami duchowymi, a najdobitniejszym tego przykładem jest wiele dramatów kleryków, którzy zostali odrzuceni z powodu "braku postępów w formacji ludzkiej". Błędne założenia antropologiczne zniszczyły niejedno powołanie. Nie każdy kapłan powołany jest do tego, aby być pisząc językiem WSD w Łodzi: "liderem ruchów i wspólnot" - nie to należy do istoty kapłaństwa!

Styl wychowawczy jaki panuje w wielu seminariach tworzy patologie same w sobie. Metody które z założenia miały kształtować siłę woli i karność, jeśli nałoży się na to faryzejsko rozumianą troskę o rozwój człowieczeństwa alumna są w istocie deformacyjne. Trzeba uczciwie stawiać prze alumnami cel poszczególnych punktów regulaminu seminaryjnego oraz użytych środków wychowawczych, w przeciwnym razie zaczyna dochodzić do psychomanipulacji która jest niegodna podmiotowości kleryka, o której także wspominają współczesne dokumenty. Przykładowo dobieranie socjusza na zasadzie przeciwieństw charakterów nie ma za zadanie zmiany charakteru któregoś z kleryków ale szlifowanie woli w taki sposób aby próba której zostają oboje poddani zahartowała ich do znoszenia trudnych ludzi. Taka próba prowadzona konsekwentnie przez wszystkie lub większość lat formacji prowadzi nieuchronnie do wykształcenia mechanizmów obronnych u kleryka, który po takim eksperymencie może alergicznie reagować na każdego  nowo poznanego człowieka. Przy tym zamiast skupić się na formacji do kapłaństwa próbuje przetrwać okres seminarium co niweczy lub ogranicza ważniejsze aspekty jego formacji. Taką próbę charakteru można prowadzić maksymalnie jeden rok i to w szczerości z alumnami, którym trzeba wyjaśnić sens takiego a nie innego doboru socjusza. Z pewnością takie wyjaśnienia przyczyniłoby się do wykształcenia pozytywnych mechanizmów radzenia sobie z trudnym człowiekiem. Innym przykładem deformacji ludzkiej jest wszędobylska wspólnotowość. Jest oczywiste, że alumn musi umieć współpracować z innymi na niwie pańskiej, zarówno duchownymi jak i świeckimi, ale współpraca nie oznacza współżycia. Ostatecznie w tradycji naszego obrządku obecny jest celibat i doświadczają go nawet kapłani żyjący we wspólnotach. Jednym z jego elementów jest życie samotne, które przejawia się nie tylko w braku posiadania żony, ale także w życiu pojedynczo. Stanowczo za długo klerycy mieszkają razem. Przez pierwsze lata powinni dla wyrobienia charakteru mieszkać mieć socjusza, a najlepiej mieszkać w pokojach wieloosobowych, co jak wspominają starsi kapłani przyczyniało się do ograniczenia niektórych patologii. Również rekreację kleryk musi nauczyć się przeżywać pojedynczo - nie zawsze będzie miał kolegów do wspólnego wypoczywania. Jest to konieczne nie tylko ze względu na charakter przyszłego życia, ale także zwykłą higienę duchową. Dlatego seminaria powinny przeznaczyć czas na odpoczywanie wspólnotowe - konieczne dla wyrobienia towarzyskiego i czas na wypoczynek indywidualny - konieczny dla uformowania się do przyszłego stylu życia. Mam wrażenie, że nadmierna wspólnotowość  jest wynikiem pewnego redukcjonizmu formacyjnego przejawiającego się w chęci uformowania takich samych kandydatów, odpowiadających pewnemu z góry założonemu wzorcowi. To niestety tworzy kler słaby, konformistyczny i nie zdolny do stawienia czoła trudom współczesności. 

Najpoważniejszym przejawem deformacji ludzkiej w seminarium jest łamanie sumienia i wolnej woli kleryków. Niestety w małym stopniu uwzględnia się wrażliwość duchową każdego z kleryków. Wiele seminariów narzuca klerykom pewien styl - zwłaszcza jest to bolesne gdy jest to duchowość charyzmatyczna realizowana z pogwałceniem nadanych przez Stolicę Apostolską zasad liturgicznych i duszpasterskich. W trakcie pobytu w seminarium kandydaci do kapłaństwa wiele razy są zmuszani do postępowania niezgodnie z prawami obowiązującymi w Kościele. Sam na przykład zostałem zmuszony do rozdawania Komunii Świętej nie będąc nawet akolitą oraz do głoszenia kazań nie będąc diakonem. Byłem stawiany przed innymi próbami, na szczęście większość z nich przeszedłem pomyślnie z punktu widzenia wiary, co także przyczyniło się do mojego wydalenia. Jeśli tego typu sytuacje mają być próbą posłuszeństwa seminarzystów to powodują one coś wprost odwrotnego, mianowicie korupcję i defraudację sumienia. Kleryk, który świadomie i w ciężkiej sprawie wykroczy przeciw dyscyplinie kościelnej za poleceniem swoich przełożonych doprowadzi swoje sumienie do nieodwracalnej traumy, a przełożeni w rezultacie nie osiągną ani cnoty posłuszeństwa, ani nawet naturalnej lojalności względem nich samych. Seminarzysta nauczy się bowiem kroczenia drogą kompromisów i nie będzie już wierny nikomu - ani Bogu, ani Kościołowi, ani nawet swoim przełożonym. Stawianie kleryków przed wyborem - wierność Bogu i Kościołowi, albo otrzymanie święceń jest grzechem wołającym o pomstę do nieba ze strony moderatorów. Musicie w końcu zrozumieć, że tylko wasz przykład wierności wobec waszych przełożonych jest legitymizacją waszej władzy i autorytetu. Kleryk który widzi, że nie respektujecie praw którym podlegacie może i zapewne będzie wykonywał wasze polecenia, ale nigdy nie będzie posłuszny, a w sercu wami wzgardzi.  Pytanie za jaki autorytet chcecie jako formatorzy uchodzić? Jeśli tylko formalny to wasze oddziaływanie będzie jedynie deformujące. O kwestii posłuszeństwa będę jeszcze pisał.... .

Istotnym elementem oddziaływania na wolę i moralność kleryków jest praca, zwłaszcza ta fizyczna. Zwłaszcza XX wiek pokazał jak bardzo niszczy człowieka praca bezsensowna. Czas już najwyższy skończyć z używaniem pracy jako narzędzia weryfikacji/kształtowania posłuszeństwa. Osobiście wykonywałem bezsensowne prace w seminarium - przyjmowałem to zwykle z uśmiechem. Mam jednak pozaseminaryjne doświadczenia pracy bezsensownej  - dużo trudniejsze bo związane z przemocą jakiej byłem w pewnym momencie życia poddany i wiem jak bardzo bezsensowna praca potrafi psuć ducha. Pragnę zauważyć, że klerycy mają różną konstytucję fizyczną - zlecanie tym słabszym prac ponad siły nie tylko stanowi zagrożenie dla ich zdrowia fizycznego, ale także psychiki. Nie można wymagać zbyt wyczerpującej pracy fizycznej - widziałem kolegów, którzy słaniali się na nogach przez wiele godzin dziennie dźwigając rzeczy, które jako lepiej zbudowany miałem problemy by unieść. System pracy nie zawsze był taki, aby móc solidarnie znosić jej trudy. Praca w seminarium ma ewidentny wymiar wychowawczy i jest konieczna dla wyrobienia w sobie cnoty pracowitości, dokładności i systematyczności. Służą temu także tak zwane oficja - czyli zadania przypisane do konkretnych kleryków. Przełożeni różnych szczebli powinni zauważyć, że praca jest ważnym czynnikiem nie tylko formacyjnym, ale wspomagającym misję Kościoła. Aby była ona przyjęta właściwie, odpowiednio przeżyta i potrzebna Kościołowi musi być celowa. Dlatego też powinni tak rozdzielać oficja, aby były one dopasowane do zdolności alumnów. Sam piastowałem funkcje do których nie miałem predyspozycji. Nie należy się łudzić, że poprzez zlecenie funkcji przeciwnej naturze kleryka zmieni się ową naturę. A jeśli celem jest wyrobienie określonej cnoty lub praca nad konkretną wadą to zainteresowany kleryk powinien być o tym powiadomiony po to by świadomie podjął pracę nad sobą. 

Nowe seminaria na swoich witrynach i podczas publicznych wystąpień moderatorów wznoszą wiele szczytnych idei. Często kryją się za nimi ludzkie dramaty, szereg nieporozumień i patologii. Nigdy nie zapomnę płomiennych kazań dotyczących solidarności i wspólnotowości. Uczono nas że seminarium jest rodziną. Bolesną weryfikację tego poglądu przeżyłem na pierwszym roku. Przed obłóczynami klerycy mający przyjąć sutannę we współpracy z rokiem młodszym i diakonami przygotowują swego rodzaju festiwal. Są to dni radości, kiedy dyscyplina w seminarium ulega chwilowemu rozluźnieniu. Szczerze nie przepadałem za tym okresem, bo cenię sobie codzienność i normalność, ale z punktu widzenia seminarium jako wspólnoty taka odskocznia jest potrzebna. Niestety sesja profesorska zakończyła się odłożeniem na czas nieokreślony przyjęcia stroju duchownego przez kilku alumnów. Jak się potem okazało postępowanie to było słuszne - chociaż ci klerycy zostali wyświęceni to jednak wszyscy szybko się wkoleili. Kurs przyjmujących sutannę zdecydował o tym że nie będą robić tradycyjnego przedstawienia i nie wezmą udziału w festiwalu. Pamiętam, że jako pierwszy rok byliśmy pod wrażeniem takiej decyzji - wskazywała ona na ich dojrzałość nie odczytywaliśmy tego jako buntu. Niestety moderatorzy mieli inne zdanie i z trudem, ale skutecznie rozbili ów rocznik i przedstawienie się odbyło. Jest to dobitny przykład jak na ołtarzu własnej próżności potrafi być w seminarium złożona ofiara z solidarności. Prawda jest taka, że to przełożeni nadawali się bardziej do usunięcia niż sami neosutanniarze. Takich przypadków, kiedy dojrzałość ludzka formowanych była większa niż formatorów mógłbym wskazać więcej, nie to jest jednak celem niniejszego wpisu.

Podsumowując - należy traktować jako mrzonki postulaty zmiany osobowości kleryków i kształtowania przez osoby niekompetentne ich życia uczuciowego czy emocjonalnego. Trzeba ich przyjąć takimi jakimi są i zamiast formować ich metodą urawniłowki odwołać się do tradycyjnych modeli formacyjnych. Zatem w miejsce formacji ludzkiej należy postawić formację moralną, a więc zrobić to co Kościół od wieków robił dobrze i na czym się znał, a mianowicie ukształtować cnotliwych duszpasterzy. Cnota bowiem, a nie osobowość jest tym co można w człowieku wypracować metodami aprobowanymi przez Tradycję katolicką. Seminaria w Tradycji właśnie dlatego wypuszczają dobrych kapłanów, że nie postępują w zgodzie z duchem tego świata, ale za niezmienne mają sposoby jakimi Kościół wychowywał swych synów na świętych kapłanów. Oby dobry Bóg odmienił serca moderatorów, aby formację i weryfikację swych podopiecznych zaczęli prowadzić metodami bardziej nadprzyrodzonymi niż świeckimi. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 26 lipca 2017

Los kleryka tradycyjnego, czyli od Annasza do Kajfasza

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj ku pokrzepieniu serc, ale zarazem przestrodze polecam odsłuchać poruszającego świadectwa ks. Tomasza Jochemczyka. Materiał doskonale ukazuje bolączki i problemy współczesnej deformacji seminaryjnej, nie jest jednak wlewaniem żali, a całej wypowiedzi choć długiej słucha się z zapartym tchem. Jednocześnie polecam ks. Tomasza waszej opiece modlitewnej, oby więcej takich kapłanów...

Link do filmu - świadectwa:  https://www.youtube.com/watch?v=bUpeSqmN4II

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 15 lipca 2017

O wyborze seminarium - czyli słów kilka dla zdecydowanych wstąpić

Laudetur Iesus Christus!

Wśród moich czytelników są ci którzy albo sami rozważają wstąpienie do seminarium, albo mają kogoś znajomego kto zamierza wstąpić. Sprawa wyboru seminarium jest bardzo ważna, chociaż w procesie rozeznawania powołania bywa w ogóle nie uwzględniana. Tymczasem środowisko wzrostu powołania ma dlań fundamentalne znaczenie i nie chodzi tylko o szanse na przyjęcie święceń, ale także możliwie jak najmniejsze straty duchowe poniesione przez kandydata do kapłaństwa w procesie deformacji.

Jak już napisałem we wpisie dotyczącym wartości nowych seminariów tak powtarzam tutaj: należy wybierać Tradycyjne seminarium i nie chodzi tylko o kwestie związane z liturgią, czyli tradycją, ale przede wszystkim z Tradycją, a więc o takie miejsce formacji które zapewni właściwe ukształtowanie. Seminaria w Tradycji są powszechnie znane i nie będę powtarzał jak do nich trafić, skupię się na sytuacji w której dla potencjalnego kleryka takie seminarium jest niedostępne.

Gdy sam wstępowałem do seminarium, moja świadomość wyboru była żadna. W sposób oczywisty uznawałem, że mogę wstąpić do seminarium diecezji do której przynależę. Jest to  mit i nie należy temu ulegać. Problemy z przyjęciem miałem już na samym początku - po czasie stwierdzam, że było to zrządzenie Bożej opatrzności, jednak wtedy nie potrafiłem tego tak rozeznać. Po umówieniu rozmowy wstępnej pojechałem pełen radości i pozytywnego nastawiania na rozmowę kwalifikacyjną. Opowiedziałem historię swojego powołania, rektor zatrzymał się na zaświadczeniu lekarskim stwierdzającym brak ograniczeń do podjęcia studiów, ale jednocześnie o przeciwwskazaniach w pracy fizycznej. Swoją drogą osoba, która prowadziła moją rekrutację była wyjątkowym bufonem. Następnego dnia telefonicznie dowiedziałem się, że nie zostałem przyjęty. Będąc przekonany o swoim powołaniu i o tym że realizować go mogę tylko w rodzimym seminarium odwołałem się od tej decyzji do biskupa. Wizyty w diecezjalnej kurii, składanie badań i rozpatrywanie ich trwały prawie całe wakacje. Ostatecznie decyzja przyjęcia mnie do seminarium miała zapaść na przełomie lipca i sierpnia. Nikt jednak nie poinformował mnie o tym i dopiero w połowie sierpnia gdy sam zadzwoniłem do seminarium dowiedziałem się, że zostałem przyjęty. Ucieszony tym faktem rozpocząłem formację dwa tygodnie później - pierwszy rocznik zjeżdża się zwykle wcześniej by poznać specyfikę seminarium. Nie zauważyłem w całym tym procesie wchodzenia do seminarium jednej rzeczy - moi przyszli przełożeni w ogóle nie patrzyli na kwestię powołania w sposób nadprzyrodzony. Moje problemy zdrowotne - ich powód, przebieg i obecny stan dla każdego kto mnie zna są bardzo autentycznym znakiem Bożej opatrzności. Moi moderatorzy do rekrutacji podeszli jak do kwalifikowania do zawodu. Notabene rektor, który robił mi problemy z przyjęciem w związku ze stanem zdrowia sam nie był w najlepszej formie (pisząc szczerze dużo gorszej ode mnie) co wyszło w czasie krótkiej wycieczki górskiej podczas kursu wstępnego.

Po czasie stwierdzam, że powinienem zrezygnować z aplikowania do tego seminarium już w czasie rozmowy wstępnej i nie czekać nawet na jej wynik. Niestety wielu kandydatów traktuje jako wielką łaskę fakt przyjęcia ich do seminarium i nie zauważa pewnych zagrożeń objawiających się już na furcie i w rektoracie czy rozmównicy. Powołanie to z pewnością wielki dar i pragnienie jego realizacji jest potrzebą prawie tak silną jak potrzeby fizjologiczne. Zrozumie to każdy kto poczuł kiedyś pragnienie bycia kapłanem, osobą życia konsekrowanego, czy nawet mężem/żoną oraz ojcem/matką. Po podjęciu decyzji o uczynieniu kroku w kierunku wybranej drogi życiowej należy jednak przystanąć i podjąć refleksję. Drogi kandydacie do seminarium, czy wyobrażasz sobie zamieszkać wspólnie, czy zaręczyć się z dziewczyną której nie znasz? Pomijam tu zupełnie aspekt grzechu, chodzi o racjonalną decyzję. A tu decydujesz się złożyć największy skarb Twojego życia w ręce zupełnie obcych osób. Wypada więc wcześniej uczynić pewien namysł i po rozeznaniu powołania rozeznać także miejsce jego realizacji. Skoro widzisz, że są miejsca, w których do sprawy Twojego powołania podchodzą w sposób zupełnie świecki - bardziej patrzą na Twoją kondycję fizyczną, psychiczną, osobowość itp to Ty także masz prawo i obowiązek w trosce o własne powołanie zweryfikować miejsce swojej formacji i dokonać wyboru. Trzeba tutaj popatrzeć w sposób nadprzyrodzony, uzyskać odpowiedź na pytanie, czy miejsce które wybieram pomoże mi w tym aby zostać świętym kapłanem?

Aby na to pytanie odpowiedzieć trzeba poznać miejsce swojej przyszłej formacji. Seminaria same wychodzą tutaj naprzeciw organizując rekolekcje powołaniowe i dni skupienia. Warto w takich wydarzeniach brać udział i to możliwie jak najwcześniej - nie czekać aż do momentu kiedy ostateczna decyzja zostanie podjęta. Niestety akcje typu "zostań klerykiem na weekend", albo "dzień otwartych drzwi" są nastawione na jak najlepszy efekt medialny. Jedzenie w refektarzu będzie lepsze, wszyscy mili i uśmiechnięci, ale jeśli umiesz obserwować, rozmawiać i pytać to uzyskasz wiele przydatnych informacji. Nawet sama konstrukcja takich rekolekcji czy dnia skupienia wiele mówi o formatorach - jeśli więcej jest tam zabawy, gier sportowych, przedstawień itp niż klasycznych ćwiczeń duchowych to już znaczy, że coś jest nie tak. Zwróć uwagę na treść nauk które usłyszysz, rób notatki i w domu na spokojnie spróbuj wyciągnąć podstawowe tezy. Postaraj się sam lub z pomocą wierzącego księdza ocenić ich wartość doktrynalną. Pamiętaj, że ważna jest treść, a nie opakowanie. Ostatecznie erzatzami się nie uformujesz. Warto zajrzeć też do biblioteki i ocenić jej zasoby. Akurat moje seminarium było pod tym względzie wzorcowe, ale są takie gdzie naprawdę jest problem ze studiowaniem, bo nie ma z czego. Oczywiście nie jest to rzecz najważniejsza, ale na pewno istotny faktor. Kolejna rzecz której warto się przyjrzeć to aspekt ludzki - jest jasne, że wszyscy będą się do Ciebie odnosić raczej życzliwie, ale pewne rzeczy trudno ukryć. Ludzki aspekt seminarium szybko ocenisz obserwując jak księża odnoszą się do personelu pomocniczego oraz jak starsi klerycy traktują młodszych - ci będą zwykle przy prostych posługach ubrani w strój świecki, zazwyczaj garnitur. Jeśli zaobserwujesz tak zwaną falę, albo niegodne odnoszenie się do młodszych to lepiej zastanów się nad wyborem innego seminarium. Tu nie chodzi tylko o to, że Ciebie tak będą traktować, ale że możesz w przyszłości przesiąknąć takim stylem i zostać księdzem bucem. Wreszcie liturgia - jest probierzem pobożności i wiary moderatorów i alumnów. Trzeba spojrzeć nie tylko na dobre przygotowanie liturgii w aspekcie choreograficznym - pod tym względem większość seminariów bryluje - ale przede wszystkim wobec wierności przepisom liturgicznym, ducha liturgii i dbałości wykonywanych czynności. Za kilka lat to Ty będziesz musiał odbywać tam służbę, czy chciałbyś ją sprawować w taki sposób? Rozejrzyj się również w kaplicy/kościele seminaryjnym. To miejsce w którym będziesz się modlił, czy pomaga ono w skupieniu i modlitwie, czy też obraża swoją brzydotą Boga? Rozmawiaj dużo z klerykami - to czas kiedy zadawanie pytań nie ściąga jeszcze na Ciebie podejrzeń. W miarę możliwości spróbuj dotrzeć do tych alumnów, którzy nie są Twoimi opiekunami ani wyznaczonymi przewodnikami. Moderatorzy dobrze wiedzą kogo wyznaczają do takich zadań i ci klerycy są zwykle układni, ale też mało szczerzy.

Jeśli ocena Twojego rodzimego seminarium wypadnie negatywnie nie bój się podjąć decyzji o wstąpieniu do innego seminarium duchownego - jest ich w Polsce kilkadziesiąt, tak diecezjalnych jak zakonnych. Wyjazd na rekolekcje, czy dzień skupienia do niczego Ciebie nie zobowiązuje. Warto wcześniej popatrzeć także na stronę internetową. Mówi ona wiele o seminarium, jeśli dobrze się ją przejrzy. Sprawdź listę alumnów, czy może pochodzą z innych diecezji? Świadczy to o otwartości danego seminarium. Popatrz dobrze na regulamin lub statut jeśli są dostępne i porównaj je z dokumentami kościelnymi o formacji kapłańskiej. Brak spójności świadczy o tym, że moderatorzy nie są posłuszni Kościołowi - takie seminarium trzeba omijać szerokim łukiem. Warto popatrzyć również na zwarte na stronach seminaryjnych myśli i nauki o kapłaństwie, czy wizja tam przedstawiona odpowiada temu co odczuwasz w sercu? Oczywiście idziesz się formować i ukształtować, więc Kościół ma Cię prowadzić, ale skoro czytasz tego bloga to masz już dużą świadomość i potrafisz odróżnić Bożą koncepcję kapłaństwa od tej zlaicyzowanej. Galerie, zdjęć, kroniki wydarzeń itp elementy ukażą Ci życie seminarium od środka, jego liturgię, przestrzeń itd. Znowu warto przyjrzeć się im pod kątem tego, czy proponowane klerykom formy spędzenia czasu przybliżają do wiary i czy są zgodne z prawem Kościoła. Szczególnie jeśli jesteś tradycjonalistą warto spojrzeć na to jak silnie rozwinięty jest w seminarium ekumenizm. Koła zainteresowań kleryków, czy tak zwane agendy dadzą Ci pogląd jaki styl formacji panuje w interesującym Cię seminarium. Nawet pobieżny rzut oka na witrynę internetową pozwala ocenić co jest ważniejsze w danym domu formacji: Pan Jezus czy też piłka nożna albo tenis stołowy... . Warto też zrobić stosowne przeszukanie internetu aby dowiedzieć się o ciemnych stronach seminarium. Internet pamięta wszystko, ale nie wolno zapomnieć, o tym, że informacje w ten sposób odnalezione często nie są pisane w sposób rzetelny, nierzadko tworzą je wrogowie Kościoła. W końcu trzeba sobie to seminarium obejrzeć, stosując porady które zawarłem akapit wyżej. 

Ostatecznym kontaktem z wybraną instytucją formacyjną będzie proces rekrutacji. I tutaj dalej warto obserwować rzeczywistość. Pamiętaj dopóki nie przestąpisz we wrześniu lub październiku progu seminarium, nowicjatu etc masz czystą kartę, nigdzie nie byłeś i łatwo będzie zmienić miejsce formacji. Wybierając seminarium duchowne obcej diecezji oczywiście spotkasz się z pytaniem: "dlaczego do nas?", ale zawsze jeśli poznałeś to seminarium i diecezję będziesz w stanie rzeczowo odpowiedzieć. Na przykład w Częstochowie można powiedzieć, że przyciągnął mnie blask Matki Bożej Częstochowskiej i u jej stóp chcę się przygotowywać do święceń, a w Krakowie, że mam szczególne nabożeństwo do św. Stanisława biskupa. Takie tłumaczenie powinno wystarczyć. Potem nastąpią pytania o przebieg historii Twojego powołania. Niektóre pytania mogą być nieprzyjemne. Są moderatorzy, których interesuje czy miałeś dziewczynę itd - na takie pytania trzeba odpowiadać szczerze, tu nie ma dobrych i złych odpowiedzi. Czas rekrutacji to także ostatnia sposobność dla Ciebie aby ocenić seminarium do którego wstępujesz. Jeśli uznasz, że badania psychologiczne zbytnio ingerują w Twoją intymność, albo rozeznasz, że moderatorzy przeprowadzają rekrutację niczym do korporacji to trzeba mieć przysłowiowe jaja i się wycofać. Zawsze możesz zapisać się na rok na teologię i wejść na drugi rocznik w innym seminarium. Dopóki nigdzie nie byłeś masz czystą kartę i taki zabieg jest stosunkowo łatwy do przeprowadzenia. Dla nich jesteś tylko kolejnym kandydatem, oni zaś dla Ciebie są wyrocznią. Niestety praktyka wskazuje że przenosiny do innego seminarium są trudniejsze - przede wszystkim dlatego, że zawsze konieczna będzie opinia byłych przełożonych i pojawiają się pytania dlaczego odszedłeś/zostałeś wyrzucony.

Ostatecznie trzeba rozeznawać wstąpienie do określonego seminarium także na modlitwie, spowiedzi i w kierownictwie duchowym dokładnie tak samo jak rozeznawało się sam wybór stanu. Jak widzisz nawet wybierając nowe seminarium masz pewne możliwości wyboru lepszego lub gorszego. Jeśli jesteś tego świadomy zwiększasz swoje szanse na to, aby być świętym kapłanem. Wybór nowego seminarium zawsze jest obarczony pewnym złem związanym z błędnymi założeniami formacyjnymi. Można jednak i trzeba minimalizować stopień deformacji, której będzie się podlegać. Pójście za głosem powołania jawi się jako konieczność moralna. Ktoś kto rozeznał wolę Bożą i świadomie nie chce jej realizować grzeszy. Oczywiście pójście za głosem sumienia nie oznacza, że wolno przyjmować wszystkie kompromisy, ale to będzie już tematem innego wpisu. Tymczasem wszystkim rozeznającym a nie mogącym wybrać tego co najlepsze czyli seminarium Tradycyjnego życzę wszelkich Bożych łask. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk