Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kardynał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kardynał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 września 2017

Tytulatura kościelna i problem godności honorowych

Laudetur Iesus Christus!

O pokusach duchowieństwach mówi się często w następującej triadzie: kobiety, monety, fiolety. Następstwo tychże nie jest przypadkowe. Młody kapłan będący jeszcze w pełni sił fizycznych, nierzadko atrakcyjny łatwo może ulec uwiedzeniu przez kobietę. Gdy czas bycia przystojnym przemija nadchodzi pragnienie usytuowania materialnego, w końcu na starość potrzeba bycia uznanym. Owe fiolety to właśnie pogoń za tytułami, głównie honorowymi, bo na rzeczywiste starość już zwykle nie pozwala. Zatem ktoś kto bardzo chciał zostać biskupem ucieszy się z każdego fioletowego dodatku do sutanny i tak pełno mamy różnej maści radców duchownych, kanoników takich czy owakich oraz prałatów różnych stopni i w końcu tak zwanych infułatów, chociaż ci ostatni przestali właściwie istnieć niedługo po Vaticanum II. Co ciekawe triada pokus nie zawsze występuje w tej kolejności, chociaż zwykle tak jest. Niestety obserwuję i młodych karierowiczów. Jeden z naszych wykładowców został prałatem w dość młodym wieku - wielu kleryków żartowało że powodem było doprowadzenie naszej seminaryjnej drużyny piłkarskiej do mistrzostwa. W rzeczywistości wyniki naukowe ma mierne, dydaktykiem jest słabym, ale za to przynosi diecezji duże dochody właśnie dzięki sportowi. I tutaj zasadza się rzeczywistość nadawania tytułów honorowych w Polsce. Bardzo często są one po prostu kupowane - kanonikiem, prałatem czy infułatem zostaje się ze względu na to że wyremontuje się zabytkowy kościół czy klasztor, wzniesie się jakąś intratną placówkę lub założy dochodowe dzieło. A w pierwotnych założeniach tytuły honorowe miały być zarezerwowane dla szczególnie zasłużonych kapłanów. Są diecezje w których tytulatura osiąga szczyty hipokryzji. Rzadko wytykam palcem, ale w tym momencie nie sposób nie wskazać diecezji świdnickiej - aż 2/3 kleru jest obdarzona jakimś fioletem do sutanny. Dochodzi do tego, że brak takiego elementu przy ponad 10-letniej posłudze w tej diecezji uchodzi za rodzaj napiętnowania. Należy wreszcie skończyć z tym wyróżnianiem na podstawie zasług czysto fiskalnych. Wobec tego popieram decyzję Franciszka o pozostawieniu tylko jednego stopnia prałackiego dostępnego dla zasłużonych kapłanów po 60-roku życia. Niestety przekora duchowieństwa radzi sobie i w takiej sytuacji - zawsze pozostają tytuły radcy duchownego, kapituły kanoników itp. Biskupi zresztą potrafią tworzyć własny system wyróżnień. 

Problem fioletowej pokusy zaczyna się już w seminarium. Dysproporcja pomiędzy traktowaniem alumna na jego parafii, a w seminarium często jest tak duża że prowadzi to do poważnego uszczerbku na jego duchowości, a czasem i psychice. Na parafiach klerycy całowani są czasem dosłownie po rękach, a w seminarium traktowani jak podludzie. Jak wobec tego ma nie dochodzić do wypaczeń? Wielu seminarzystów okres formacji próbuję więc przetrwać łudząc się niedoszłym prestiżem. Tymczasem po święceniach zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Lud wierny często bywa niewdzięczny, a pojawiające się głosy krytyki, nierzadko bardziej krytykanckie niż konstruktywne są cierniami na duszpasterskiej drodze kapłana. Przy tych doświadczeniach młody kapłan często albo rzuca sutanną, albo staje się gburem, albo otacza szańcem swoich wyznawców tworząc swoiste getto. 

Wystarczy zastanowić się jak zwracamy się do owych kandydatów do kapłaństwa. Tytuł "czcigodny kleryk" jest farsą. Po pierwsze godny czci jest tylko Bóg, a jeśli już używamy tego zwrotu to róbmy to we właściwym odniesieniu, a więc do prałatów, biskupów i kardynałów. Nawet zwykłemu księdzu tytuł ten nie przystoi. Mamy w naszym polskim języku piękne słowo wielebny, jeśli już koniecznie coś chcemy do owego kleryka czy kapłana dodawać. Nie nazywajmy też seminarzysty księdzem i to nawet jeśli jest diakonem. Zwrot: "proszę kleryka", czy "proszę diakona" jest także grzecznościowy, w ostateczności można użyć: "wielebny kleryku" lub "wielebny diakonie" chociaż i to zatrąca sztuczną pompatycznością. Innym problem jest stosowanie już w seminarium przedrostka do nazwiska. Podpisują się więc ci nasi seminarzyści al. czyli alumn albo kl. czyli kleryk - z tym należy walczyć. W przyszłości będzie ks. kapelan jego Świątobliwości dr hab XYZ prof. KUL - a spróbuj pominąć cokolwiek z tego sznura pychy! W ten sposób wychowujemy próżnych kapłanów - zwracajmy więc na to uwagę mając kontakt już z alumnami. 

Z drugiej strony wierni często nie wiedzą jak się właściwie odezwać zwłaszcza w odniesieniu do wyższej hierarchii. O ile w mniej formalnych sytuacjach sformułowanie: "księże proboszczu" może jeszcze ujść, o tyle w odniesieniu do biskupa czy kardynała jest już nieodpowiednie. W najlepszym tonie jest więc: "proszę księdza proboszcza" oraz stosowanie 3 osoby liczby pojedynczej np.: "Czy mógłby ksiądz proboszcz..." itd. Jeśli chodzi o prałatów, opatów, biskupów i kardynałów to jeśli zwracamy się w piśmie oficjalnym  lub mówimy do nich gdy są ubrani w strój chórowy (sutanna z pasem, komża lub rokieta, mucet) zawsze wystarczy "Czcigodny księże prałacie/biskupie/kardynale". Dodatkowo uroczysty sposób zwracania się w przypadku opatów, biskupów i kardynałów obowiązuje gdy odziani są w szaty pontyfikalne, a więc mitrę i pastorał. W odniesieniu do biskupa zamiast sformułowania: "Czcigodny księże biskupie" można użyć bardziej pasującego "Wasza ekscelencjo", natomiast w odniesieniu do kardynała "Wasza eminencjo" - wtedy tytuł "czcigodny" nie jest już konieczny, a nawet jest zbędny. "Jego ekscelencja" lub "Jego eminencja" jest też lepszym utytułowaniem niż "Czcigodny biskup" lub "Czcigodny kardynał" w przypadku wszelkich form pisanych. Pewnym problemem może być tytułowanie księży rektorów. Uroczysta forma: "Wasza magnificencjo" zastosować można tylko wtedy kiedy mówimy do rektora seminarium bądź uczelni katolickiej. W przypadku rektora jakiejś świątyni takie utytułowani narazi nas na śmieszność. Trzeba pamiętać, że ks. rektor nie zawsze oznacza rektora seminarium. Ten akapit napisałem głównie z myślą o słabo zorientowanych w temacie. Nie roszczę sobie miana znawcy kościelnego savoir-vivre - to tylko taka podstawówka. Zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury, ale jednocześnie ostrzegam, bo w wielu popularnych podręcznikach można się natknąć na błędy związane z nieznajomością kościelnego środowiska. 

Problem tytułowania duchowieństwa może wydawać się błahy, jednak po gruntownym przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że chyba nigdzie w rzeczywistości kościelnej aż tak wyraźnie nie zderza się przesyt z niedomiarem. Z jednej strony bardzo pompatyczne i wyszukane tytuły ubogacające długą liturgię uścisków i utrzymujące pysznych w swojej wadzie, z drugiej strony rzesze świeckich nie potrafiących poradzić sobie w elementarnych kontaktach z klerem. Mam nadzieję że ten wpis pysznym da asumpt do przemyśleń, a nieumiejętnych choć trochę poduczy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 19 lutego 2017

Kultura tymczasowości - emerytury duchowieństwa

Laudetur Iesus Christus!

Gdy w 6 lipca 2013 r papież Franciszek przestrzegał przed kulturą tymczasowości byłem szczerze ucieszony i żywiłem płonne jak się okazało nadzieję co do jej zniesienia w Kościele przynajmniej w wymiarze instytucjonalnym. Oto co powiedział papież: "Nie wiem, czy to prawda, ale powiedziano mi, że pragniecie oddać życie na zawsze Chrystusowi - mówił Ojciec Święty. - Tak, teraz klaszczecie, świętujecie, ale kiedy skończy się miesiąc miodowy, co się stanie? Kiedyś jeden seminarzysta mówił mi, że chce służyć Bogu, ale tylko przez 10 lat. To jest niebezpieczne. Żyjemy pod naciskiem kultury tymczasowości. Wszystko jest na jakiś czas: małżeństwo, kapłaństwo, życie zakonne. To jest groźne. Musicie o tym pamiętać".

A ja zadaję dziś publicznie pytanie - czym się różni oddanie się Bogu na "wyłączną" służbę w perspektywie 10 od oddania się na rzeczoną służbę przez okres dajmy na to 50 lat? Tyle mniej więcej mija pomiędzy święceniami prezbiteratu, a wiekiem emerytalnym duchownych ustalonym na 75 lat. Zgodnie z przepisami prawa kanonicznego (por. kan 401 § 1 i kan 538 § 3). Czy sprawowanie urzędu ministerialnego - związanego z przyjętymi święceniami może w ogóle podlegać czasowości w perspektywie nauki o znamieniu sakramentalnym? Chociaż osoby z którymi dyskutuję na ten temat wskazują, mi że przecież ksiądz na emeryturze może spowiadać, czy sprawować Mszę Świętą, to jednak w praktyce emerytura kapłana oznacza odsunięcie go od duszpasterstwa i ograniczenie możliwości wykonywania przez niego urzędu. Jeśli popatrzymy na kapłaństwo jako na powołanie dane przez Boga, to jasne staje się że odwołania ze względu na ubywające siły może dokonać tylko Bóg poprzez chorobę lub śmierć. Oczywiście biskup, czy wobec biskupa Stolica Apostolska może podjąć decyzję o przeniesieniu podległego duchownego ze względu na dobro Kościoła, moje zastrzeżenia budzi jednak fakt zinstytucjonalizowania takiej decyzji. Przez 19,5 wieku chrześcijaństwa nikt nawet nie pomyślał o emeryturach duchowieństwa. Dla wszystkich było jasne, że charakter posługi zmieniał się wraz z wiekiem, jednak starszych wiekiem kapłanów nie odsuwana, wręcz przeciwnie korzystano obficie z ich mądrości życiowej. 

Jako kleryk miałem okazję kilka razy widzieć dramat kapłanów skazanych na suspensę związaną z wiekiem. Szczególnie rozmowa z pewnym kapłanem archidiecezji krakowskiej dała mi wiele do myślenia. Oto 70-letni kapłan będący jeszcze w pełni sił, chodzący po górach i zastępujący dyrektora pewnego ośrodka rekolekcyjnego w Beskidzie Wyspowym przeżywał smutek w związku z pozbawieniem go urzędu proboszcza. Po dłuższej rozmowie wyznał mi, że jedyną jego winą jest wiek, niczym nie podpadł - po prostu zgodnie z przepisami prawa musiał poprosić o zwolnienie go z urzędu. Teraz jest kapłanem tułaczem żebrzącym o możliwość sprawowania właściwych sobie funkcji. Ta sama rzecz dzieje się z biskupami - nikt już dziś nie zauważa potencjału, jaki może mieć człowiek starszy. A wystarczy choćby przykład proboszcza mińskiej katedry - ks. Kazimierza Świątka, który w wieku 77 lat przyjął sakrę biskupią i został arcypasterzem dwóch diecezji, a trzy lata później otrzymał kapelusz kardynalski. Pytam się jakim prawem ex definitione pozbawiono go udziału w konklawe w 2005 r? Miałem okazję osobiście poznać tego purpurata, będącego zresztą jednym z największych moich autorytetów. I znów wiek emerytalny dla kardynałów... A priori zakłada się niezdolność udziału w konklawe kardynałów przekraczających wiek 80 lat. Nigdy w historii Kościół nie dokonała się tak rażąca laicyzacja urzędów. Wprowadzenie do systemu kanonicznego wieku emerytalnego zrównuje posługę duchowną do pospolitego zawodu.

W jaki sposób kleryk, który formuje się do przyjęcia święceń, ma w klimacie tych przepisów i sposobu ich praktykowania podjąć decyzję o wyłącznym i wieczystym poświęceniu siebie na służbę Chrystusowi? Jak Wasza Świątobliwość zawalczyła o rzeczywiste zniesienie kultury tymczasowości w Kościele? Wszystkich kapłanów skazanych na emerytalną banicję serdecznie pozdrawiam. Przede wszystkim mojego spowiednika, który też jest objęty tą przykrą, bo światową, normą prawną. A ja przed Bogiem i Kościołem obiecuję, że trwać będę na urzędzie nie tylko do śmierci własnej, ale i po wsze czasy, jeśli spodoba się Bogu odpuścić mi moje nieprawości. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk