Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konferencja episkopatu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konferencja episkopatu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 stycznia 2019

Przebiskupienie, czyli episkopalizm koncyliarny

Laudetur Iesus Christus!

Być może sklerykalizowanym czytelnikom mojego bloga temat wyda się dziwny. W końcu chyba dobrze, żeby było wielu biskupów, w każdym razie na pewno lepiej niż jak w przypadku wizji sedewakantystycznej, gdzie nie wszystkie kontynenty są obsadzone posługą apostolską... . Może ktoś zapobiegliwie stwierdzi iż chodzi nie o ilość ale jakość. A ja powiadam, że biskupów jest za dużo i kropka.

Wystarczy rzecz dobrze przemyśleć, po co w ogóle jest biskup? W zasadzie urząd biskupa sprowadza się do rządzenia określoną diecezją, wyświęcania duchowieństwa i przyjmowania profesji zakonnych od osób życia konsekrowanego, sprawowania ściśle określonych i zastrzeżonych biskupowi sakramentaliów oraz czuwaniu nad dyscypliną kościelną. Pierwotną praktyką było wyświęcanie biskupa aby rządził określoną gminą chrześcijańską. Z czasem gdy Kościół się rozrastał i uprawnienia prezbiterów się powiększyły uznano, że nie jest dobrze wyświęcać biskupów wiejskich. Przez wieki logiczną praktyką była ta, że w danej diecezji urzędował jeden biskup i tylko kiedy diecezja była naprawdę wielka biskup diecezjalny miał pomocnika.

Znamiennym jest fakt że w czasach gdy spada liczebność prezbiterów wzrasta liczba biskupów. Wprowadzenie emerytur dla duchowieństwa dodatkowo pogarsza sytuację. To wszystko powoduje że nieraz  jednej diecezji jest około dziesięciu biskupów! Oczywiście każdy z nich stanowi ważki głos doradczy z którym ordynariusz winien się liczyć. W rzeczywistości redukuje to władzę biskupa diecezjalnego. Nie twierdzę, że biskup ordynariusz nie powinien się radzić przed powzięciem ważkich decyzji, ale ma to czynić w pełnej wolności  i na pewno nie powinien ulegać większościowej opcji przeciwnej w swoim diecezjalnym episkopacie. Władza biskupa nad diecezją nie jest bowiem kolegialna, tak samo jak nie jest władzą kolegialną władza papieża nad Kościołem.

Mnoży się ilość biskupów tytularnych. Biskupami zostają duchowni którzy z duszpasterstwem nie mają nic wspólnego. O ile rozumiem że do tej godności są wynoszeni najwyżsi urzędnicy kurii Rzymskiej, o tyle nie rozumiem po co biskupem ma być na przykład ceremoniarz papieski albo podrzędny sędzia Sygnatury Apostolskiej... . Mija się to z istotą biskupstwa, która z natury jest nastawiona na sprawowanie władzy nad Kościołem. Oczywiście jestem przeciwnikiem laicyzacji urzędów kościelnych. Jak najbardziej urzędnikami kurii czy to diecezjalnych, czy też rzymskiej mają być prezbiterzy i ewentualnie jako pomocnicy diakoni lub niższy kler to jednak przebiskupienie jest tak znaczące iż mam wrażenie że biskupem zostaje się nie po to by otrzymać łaski do pełnienia ściśle określonej funkcji w Kościele ale ze względu na pozycję w kurialnej familii. 

Przeto dopominam się oto aby urzędowi biskupa przywrócić sens taki jaki nadał Chrystus Pan. Aby biskup miał zarząd nad Owczarnią Pańską. Wzywam decyzyjnych aby nie domagali się wielu biskupów pomocniczych a tych którzy sprawują urząd aby nie dawali się zeń ściągać ze względu na wiek. Biskupstwo podobnie jak kapłaństwo w stopniu prezbiteratu to powołanie wieczne. Znak sakramentalny nie wygasa z wiekiem. Z drugiej strony należy sobie zadać pytanie czy czasem Kościół nie szafuje zbyt pochopnie łaską biskupstwa. Czytający mnie biskupi niech zechcą rozważyć myśli wyklętego kleryka. Być może są to niepokorne i nieroztropne żale, ale pamiętajcie, że to Wy zdacie sprawę z zarządu jaki Wam powierzono. Przeto bacząc na dobro Kościoła i własnych dusz czyńcie wszystko aby zaszczytny urząd Wasz wypełnić jak najlepiej. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 25 lipca 2018

Biskup w seminarium

Laudetur Iesus Christus!

Każdy blogger ma wiedzę na temat swych czytelników. Ja również wiem, że czyta mnie kilku biskupów. Większość z nich pewnie zgrzyta zębami ze zgryzoty, ale może są i przychylniej nastawieni, wszak jakiś czas temu rozniosła się fałszywa pogłoska iż sam jestem biskupem. Niniejszy wpis dedykuję moim purpurowym czytelnikom, ale nie tylko. Być może czyta mnie jakiś biskupi spowiednik, lub mniszy odpowiednik biskupa czyli opat lub prowincjał. Dziś będzie o Waszej roli w seminarium. Roli niepośledniej, gdyż każdy dobrze wychowywany seminarzysta widzi w swoim biskupie prawdziwego zastępcę Chrystusa Pana i już na etapie formacji czuje silny związek z biskupem, jako tym który przekaże mu upragnioną łaskę święceń.

Niestety większość seminarium duchownych jest zaniedbana przez swoich ordynariuszy. Troska o seminarium to bowiem nie tylko nadanie statutu oraz mianowanie kadry. Wydaje się że pewnym minimum obecności biskupa w seminarium jest rozpoczynanie i kończenie roku akademickiego, osobiste udzielanie święceń i posług, prowadzenie skrutyniów i obecność na wszystkich sesjach profesorskich w sprawie dopuszczenia seminarzystów na kolejne etapy formacji. Biskup który od tych zadań się uchyla sądzę iż grzeszy ciężko zaniedbując seminarium. 

"Biskupa obowiązkiem jest sądzić, tłumaczyć, konsekrować, święcić (duchownych), ofiarować, chrzcić i bierzmować." jak uczy pouczenie dawnych święceń biskupich. Niestety współcześnie biskup stał się przede wszystkim kurialnym urzędnikiem, z drugiej zaś strony nierzadko diecezjalną maskotką. I w tym co piszę nie ma przesady. Bo jak ocenić biskupa, który jedzie na poświęcenie szkoły, a sufragana posyła aby udzielił akolitatu swoim seminarzystom, albo zleca to zadanie rektorowi? Trzeba drodzy biskupi jasno Wam przypomnieć - jesteś duszpasterzami duszpasterzy. Przyszłość każdej diecezji leży w jej seminarium. Wobec tego pasterska troska o seminarium jest jednym z najważniejszych Waszych obowiązków. Nie konferencje naukowe,  nie przecinanie wstęg, wernisaże, wywiady, nawet nie wyjazdy na posiedzenia konferencji episkopatu... . Chrystus Pan zapyta Was o władanie własną diecezją, a nie o zarząd demokratyczny, którego nie ustanowił. 

Jeszcze w niektórych diecezjach bywało, że jeśli seminarium duchowne mieściło się w mieście biskupim, to biskup diecezjalny mieszkał w seminarium. Do niedawna była diecezja w Polsce, która miała za rektora biskupa pomocniczego - taka praktyka przed soborem nie należała do rzadkości. Oczywiście nie nawołuję do tego, by biskupi przejęli funkcję rektorów. Jednak troska biskupa o seminarium powinna być daleko bardziej posunięta niż w zakresie innych urzędów diecezjalnych. Biskup, który byłby domownikiem seminarium miałby okazję osobiście poznać swoich alumnów  i nie tylko realnie wpływać na ich formację, ale także brać aktywny udział w ich selekcji. 

Dobrą praktyką wielu diecezji jest, że biskup, lub biskupi mają wykłady w seminarium duchownym. Większość biskupów posiada dzisiaj przynajmniej doktorat - nic nie stoi na przeszkodzie, aby przynajmniej cześć przedmiotów wykładali klerykom, a przez to lepiej ich poznali. Niestety biskupi-naukowcy często zamiast przyczyniać się do formacji kleryków wolą konferencje, sympozja i karierę naukową od swoich głównych biskupich zadań. 

Jest w Polsce przynajmniej jedna diecezja, która wymaga od kandydata przeprowadzenia rozmowy wstępnej nie tylko z rektorem, ale także własnym biskupem. Uważam, że to bardzo dobra praktyka. Również przed każdym dopuszczeniem do kolejnych posług czy święceń powinna być taka rozmowa alumna z biskupem. Statuty wszystkich seminariów powinny mieć zapis, że każdy seminarzysta może w ważnej sprawie bezpośrednio zwrócić się do swojego ordynariusza. Biskupi uzasadnione skargi seminarzystów pilnie badać i w razie potrzeby interweniować. Być może gdybym miał innego biskupa diecezjalnego odwoływałbym się od decyzji wydalenia mnie z seminarium, ale ponieważ wiedziałem, że mojego biskupa seminarium mało obchodzi toteż nie zawracałem mu głowy. 

Niestety muszę to napisać... Biskup nie może też gorszyć kleryków. Zgorszenie dokonane przez biskupa woła o pomstę do nieba głośniej niż jakiegokolwiek kapłana! Mieliśmy w diecezji takiego pomocniczego biskupa, który był bardzo dowcipny, niestety humor miał rubaszny i już na początku (de)formacji zasiał kąkol wulgaryzmu. Biskup zgorszyć może także na inne sposoby. Jest oczywistym, że klerycy winni biskupowi cześć posłuszeństwo. Jednak także w korespondencji bracia skarżą mi się na bucowatość co poniektórych purpuratów. Miałem okazję poznać w swoim życiu wielu biskupów, nawet kardynała i to poznać dość dobrze. Wielkość następcy apostoła nie mierzy się po tym z jaką pogardą daje odczuć swoją wyższość podwładnym, ale jak zachowując zdrowy dystans potrafi w praktyce uszanować godność drugiego człowieka. Na szczęście spotkałem na swojej drodze trochę nie zbiskupiałych purpuratów, więc wierzę że nie całe środowisko episkopatu przesiąknęło pychą, nie mniej przestrzegam! Buta i arogancja kapłanów po święceniach wiąże się często z analogicznym doświadczeniem przełożonych w seminarium. Tych wzorców nie wynosi się raczej z domu.

Podsumowując.... Drogi Ojcze diecezji czy prowincji zakonnej. Jeśli chcesz mieć dobre prezbiterium to zadbaj o własne seminarium. Poświęć mu więcej czasu niż kolegom z episkopatu, podróżom do Rzymu (chyba że wzywa autentyczna potrzeba Kościoła) czy też jakimkolwiek innym zajęciom, choćby miały dobry posmak ale nie wynikały z Waszej biskupiej służby. Czas, post i modlitwa ofiarowane za seminarium wydadzą dobre owoce, a mitra która zdobi Wasze skronie rzeczywiście oznaczać będzie wieniec chwały za dobre pasterskie władanie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 6 stycznia 2018

Prawdziwe i autentyczne Pismo Święte

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji uroczystości Objawienia Pańskiego ciąg dalszy problemów związanych ze źródłami wiary. Artykuł z zeszłego roku dotyczący relacji Pisma Świętego do Tradycji spotkał się z życzliwym przyjęciem. Mam świadomość że to co dzisiaj napiszę wielu zszokuje, ale niestety trudno przemilczeć fakty. Niestety większość z nas nie posługuje się katolickim Pismem Świętym, chociaż tak jest napisane na egzemplarzach, które jak mniemam wszyscy czytelnicy niniejszego bloga posiadają.

Najpierw trzeba przypomnieć, że Pismo Święte jest integralną częścią Tradycji. Po pierwsze dlatego, że Słowo Boże początkowo było przekazywane ustnie, dopiero potem zostało spisane, a po wtóre dlatego, że ostatecznie Magisterium Kościoła orzekło o tym które księgi są kanoniczne, a które nie. W sposób ostateczny na temat Pisma Świętego - jego składu i doktryny natchnienia wypowiedział się sobór trydencki, którego orzeczenia z pewnością należą do Tradycji. Jednak czytając dokumenty soborowe natrafiamy na coś więcej jak tylko spis ksiąg. Okazuje się, że Kościół kanonizował także określoną wersję Pisma Świętego, jest nią Wulgata, czyli przekład powszechny dokonany przez św. Hieronima ze Strydonu na polecenie papieża Damazego I wydanego w 382 r.  Wulgata była przez wszystkiego kolejne wieki najchętniej wykorzystywaną wersją Biblii w Kościele. Wobec tego na IV sesji soboru trydenckiego 8 kwietnia 1545 r wydano tak zwany Dekret o Wulgacie,w którym czytamy:  "Ponadto tenże święty Sobór, uważając, że niemało korzyści może wyniknąć dla Kościoła Bożego jeśli ze wszystkich używanych wydań łacińskich Świętych Ksiąg wskaże, które należy uważać za autentyczne, postanawia i wyjaśnia, że starożytne wydanie Wulgaty, które zdobyło uznanie przez długie używanie w ciągu tak wielu wieków w Kościele, jest uważane za autentyczne w publicznym nauczaniu, debatach, kazaniach i wykładach, i żeby nikt nie odważył się ani nie śmiał odrzucić go pod jakimkolwiek pretekstem." Co to oznacza? Że podobnie jak nie można zmieniać orzeczonych na tymże soborze ksiąg, tak i nie można odrzucić Wulgaty jako oficjalnego tekstu Pisma Świętego. Sobór trydencki dodaje także w tej samej sesji klauzulę anatema sit dla tych co odrzucają któreś z ksiąg natchnionych lub katolicki przekład czyli Wulgatę: "Jeśli ktoś tych Ksiąg nie przyjmie jako świętych i kanonicznych w całości, wraz ze wszystkimi ich częściami, tak jak w Kościele katolickim są one czytane i przyjmowane w dawnym wydaniu łacińskim Wulgaty, a wspomnianymi Tradycjami świadomie i dobrowolnie wzgardzi, niech będzie wyklęty." Znamienna jest wzmianka o dawnym wydaniu Wulgaty - już bowiem w kilka lat po soborze zaczęto rozprawiać nad krytyką tekstu Wulgaty. Pojawiło się bowiem szereg kopii różnej często treści, wszystkie opatrzone rzekomym hieronimowym pochodzeniem. Zaczęto więc tworzyć kolejne wydania Wulgaty, w końcu za pontyfikatu Piusa X powołano Komisję Biblijną dla stworzenia Neowulgaty. Prace przeciągnęły się tak długo, że wydanie w jednym kodeksie pojawiło się dopiero po 70 latach w 1979 r. Efektem końcowym było włączenie do tekstu apokryfów - 3 i 4 Księgi Ezdrasza oraz Modlitwy Manassesa. Do tego w krytyce tekstu wykorzystano prace protestanckich egzegetów i wydane przez nie "wulgaty". Niech więc sami czytelnicy pomyślą, czy taki kodeks może się zwać oficjalnym tekstem Pisma Świętego Kościoła Katolickiego?

Gdyby tego było mało konferencje episkopatów za nic mają postanowienia Stolicy Apostolskiej i wydają Biblie wg własnych tłumaczeń, pomijających zupełnie nawet osławioną neowulgatę. I tak w Polsce obowiązuje w liturgii Biblia Tysiąclecia, która podobno jest przekładem z języków oryginalnych. Nie lepiej jest w innych krajach. Dochodzi do wydawania Biblii ekumenicznych - istnieje nawet taka w Polsce, a więc pisana wespół z heretykami, którzy Pismo Święte cytują przewrotnie niczym szatan zniekształcają poszczególne wersety lub usuwają albo dodają całe księgi.

Drodzy czytelnicy - Słowo Boże którym się karmimy powinno być wiadomego pochodzenia. Istnieje jedna Biblia katolicka, jest nią Wulgata, jedynym oficjalnym językiem biblijnym jest łacina. Niestety obecnie brakuje współczesnego przekładu Wulgaty sykstyńskiej, będącej pokłosiem prac soboru trydenckiego. Jeśli czytają mnie egzegeci tradycyjni i prawowierni to proszę by temat zgłębili i rozpoczęli pracę nad stosownym tłumaczeniem. Dlaczego zatem wyklęty kleryk świadom iż tysiąclatka ni jest Biblią katolicką cytuje właśnie ją? Odpowiedź jest jasna: ponieważ nie istnieje współczesny pisany zrozumianym językiem Polski przekład Wulgaty, a przynajmniej wyklęty kleryk takowego nie zna.

Jeśli ktoś dalej chce się babrać w Qumranach, źródłach Q, czy skryptach X niech pomyśli jakie owoce przyniosła być może niezbyt dobrze tłumaczona ze starszych tekstów Wulgata, a jakie przynoszą obecne tłumaczenia. Wulgata była przełożona na polecenie prawowitej władzy kościelnej, w posłuszeństwie i z asystencją Ducha Świętego potwierdzoną owocami w postaci szeregu świętych którzy w Wulgacie znaleźli Słowo Życia. Tymczasem do współczesnej egzegezy wkradły się niejasności i spory i każdy w oparciu o wykopane papirusy wyciąga często sprzeczne wnioski. Czy tak godzi się postępować ze Słowem Bożym? Jakie są tego owoce widać... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 25 maja 2017

Obchody wiary złożone na ołtarzu świata

Laudetur Iesus Christus!

Dziś w Kościele obchodzimy uroczystość wniebowstąpienia Pańskiego. Jeśli jednak pójdziemy na Mszę Świętą do znaczącej większości świątyń katolickich w Polsce i w niektórych krajach za granicą to wypadnie dzisiaj dzień powszedni. Dlaczego tak jest? Otóż konferencje episkopatu mają prawo wnioskować do Stolicy Apostolskiej, aby na obszarze ich krajów zmieniać daty obchodów liturgicznych. W praktyce oznacza to przeniesienie obchodu na najbliższą wolną niedzielę. Oczywiście w związku z tym wypada formularz danej niedzieli - np w Polsce nie ma już 7 niedzieli wielkanocnej. W przypadku wniebowstąpienia Pańskiego zaburzony jest cały cykl okresu wielkanocnego. Tradycyjnie trzy dni przed wniebowstąpieniem obchodzi się tzw dni krzyżowe, a zaraz po wniebowstąpieniu zaczyna się nowenna do Ducha Świętego - w końcu apostołowie 10 dni od wniebowstąpienia czekali na zesłanie Ducha Świętego. Dziś zarówno dni krzyżowe jak i nowenna tracą swój pierwotny sens związany z czasem. Powodem przeniesienia dzisiejszego obchodu jest brak dnia wolnego od pracy i chęć umożliwienia celebracji obchodu wszystkim wiernym. A ja się pytam, od kiedy to państwo decyduje kiedy mamy celebrować tajemnice naszej wiary? Co z ludźmi, którzy właśnie w niedzielę muszą pracować? To może przenieśmy dla nich Mszę Świętą niedzielną na poniedziałek? Każdy tradycyjny katolik czuje absurdalność tego typu rozumowania. Dobrze wiemy, że nawet gdy jest święto nakazane a my pracować musimy, bo zmusza nas do tego tryb pracy albo niekatolickie przepisy państwowe to nie grzeszymy pracując, a nawet nie uczestnicząc we Mszy Świętej, chyba że wybór mamy i wybieramy źle Właściwie rozumiane wyjście na przeciw potrzebom wiernych jest praktykowanie przez duszpasterzy Mszy Świętej bardzo wcześnie rano np.: o 6 i późno wieczorem np.: o 21, tak aby większość wiernych nawet tych pracujących mogła uczestniczyć w Najświętszej Ofierze. Przenoszenie obchodu nic nie zmienia - dalej są osoby, które ze względów zawodowych nie mogą uczestniczyć w świętych obrzędach. Tracimy za to bardzo ważny znak liturgiczny jakim jest czas. Warto wiedzieć, że przenoszenie świąt nakazanych dotyczy także uroczystości Objawienia Pańskiego (Trzech Króli) oraz Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) - co prawda w Polsce obchody te są sprawowane we właściwym czasie, ale nie wszędzie tak jest - gdzieniegdzie konferencje episkopatów uzyskały zgodę na przeniesienie tych obchodów na najbliższą niedzielę. Widać to wyraźnie w nowym brewiarzu, który jest przystosowany do takich przetasowań.

Drugą bardziej negatywną praktyką stosowaną przez episkopaty jest znoszenie nakazywalności poszczególnych uroczystości i tak w Polsce na mocy prośby episkopatu Stolica Apostolska zniosła obowiązek uczestniczenia we Mszy Świętej dla uroczystości św. Józefa (19 marzec), uroczystości świętych apostołów Piotra i Pawła (29 czerwiec) i uroczystości Niepokalanego Poczęcia NMP (8 grudzień). Oczywiście w całym Kościele obchody te są nakazane - sam pamiętam jako młody ministrant czasy gdy w Polsce obowiązywał  ogólnokościelny reżim w tym zakresie. Cóż - można w ten sposób znieść wszystkie święta nakazane - przynajmniej mniej ludzi będzie grzeszyć przeciwko 3 przykazaniu Bożemu. Tak myśląc niektórzy fałszywi pasterze głoszą że antykoncecpcja nie jest zła, a życie pod jednym dachem w okresie narzeczeństwa to wymóg czasu. Tak postępując dochodzimy do moralnej dekonstrukcji naszej wiary. Chrystus Pan naucza: "Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim." (Mt 5,19) Polecam lekturę tego wersetu wszystkim, których powołaniem jest rządzenie Kościołem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


niedziela, 16 kwietnia 2017

Bierzmowanie - sakrament pożegnania z Kościołem

Laudetur Iesus Christus!

Dokładnie 10 lat temu przyjąłem sakrament bierzmowania, z tej okazji pragnę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami natury doktrynalnej i pastoralnej odnoszące się właśnie do tego sakramentu. Starsi czytelnicy pewnie nie mają zbyt wielu wspomnień z tego wydarzenia. Przez wiele lat sakrament bierzmowania udzielany był niejako przy okazji wizytacji kanonicznej biskupa, a młodzież informowana była o konieczności przyjęcia tego sakramentu najwyżej kilka tygodni przed samą celebracją. Do tego dochodziła szczątkowa katechizacja przed i po sakramentalna. Jednak wierni bierzmowani do początku lat 70-tych zwykle potrafią powiedzieć, że sakrament ten wyciska na duszy znamię i daje łaskę do mężnego wyznawania wiary katolickiej.

Od kilkunastu lat sakrament bierzmowania urasta do wielkiego wydarzenia, a czas przygotowania do niego według oficjalnych dokumentów jest najdłuższy spośród innych sakramentów, no może poza święceniami... . Mówi się o sakramencie bierzmowania jako sakramencie Ducha Świętego, albo dojrzałości, czasem z dodaniem epitetu "chrześcijańskiej". O duchowej walce do której sakrament ten przysposabia nie mówi się już nic, albo bardzo niewiele. Czasem odnoszę wrażenie, że szafarze bierzmowania sami zatracili sens tego sakramentu. Osobiście mam pewne wątpliwości czy tacy szafarze, którzy na kazaniu mówią o wartościach humanistycznych, pomocy do dobrego życia i innych tego typu farmazonach ważnie udzielają tego sakramentu. Intencja szafarza jest niezmiernie istotna - należy bowiem do struktury sakramentu. Oczywiście daleko mi w tym stwierdzeniu do donatystów, którzy od łaski uświęcającej szafarza uzależniali ważność sakramentu, nie mniej jest katolicką nauką, że błędna intencja szafarza znosi zaistnienie sakramentu, a więc i łaskę z nim związaną. 

Pamiętam dobrze swoje bierzmowanie - przyjąłem imię św. Teofila antiocheńskiego, który był biskupem, apologetą i męczennikiem. W pewnym sensie moje życie przynajmniej w części złączyło się z jego życiem. Pamiętam dobrze starego kapłana, który w zastępstwie biskupa namaścił mnie olejem krzyżma i włożył na mnie ręce. Po kilku latach podczas spotkania z tym księdzem wyznał mi iż bierzmuje w ten sposób by mieć pewność, że sakramentu udziela ważnie. Nie zamierzam się tu rozwodzić nad zmianą formy i częściowo materii tego sakramentu jaka zaszła w nowej liturgii. Co ciekawsi czytelnicy zadadzą sobie trud i sami dotrą do tego jak zmieniono bierzmowanie. Wewnętrzne doświadczenie i wiedza teologiczna którą zdobyłem dają mi moralną pewność, że bierzmowany jestem. Oczywiście wszystkich najusilniej zachęcam do tego by bierzmowanie przyjmować w miarę możności wg starych przepisów liturgicznych. Nie mniej łaska jak sądzę działa w obu obrzędach - niedawno byłem świadkiem na nowym bierzmowania pewnego ministranta, którego usposobienie i rozum wskazuje iż w pełni korzysta z łask tego sakramentu.

Różne definicje bierzmowania nieuwzględniające głównego celu tego sakramentu okradają kolejne pokolenia z właściwego korzystania z darów i charyzmatów, jakie ten sakrament udziela. Przygotowanie, które z zasady trwa trzy lata ogranicza się w zasadzie do zaliczania kolejnych wpisów w indeksach. W niektórych parafiach ewidencji podlegają wszystkie praktyki religijne kandydata włącznie ze spowiedzią, co naturalnie grozi świętokradczym przystępowaniem do tego sakramentu. Bierzmowańcy biorą udział w katechizacji która bardzo często prowadzona jest przez źle przygotowanych animatorów nie posiadających właściwych kwalifikacji intelektualnych i duchowych. Często są to osoby ze wspólnot charyzmatycznych, co pogłębia skrzywienie formacyjne bierzmowańca, który nie dość, że często wiary nie otrzymał w rodzinie, to jeszcze teraz otrzymuje ją w sprotestantyzowanej formie. Doszły mnie słuchy, że dochodzi do prowadzenia przez rzeczonych animatorów tzw rekolekcji, które odbywają się bez udziału duchowieństwa, gdzie młodzież poddawana jest podejrzanym praktykom jak wkładanie rąk, para egzorcyzmy, składanie przyrzeczeń itd. Rodziców i odpowiedzialnych kapłanów przestrzegam: nie pozwalajcie na to by wasi podopieczni jeździli na takie "rekolekcje". W ogóle przygotowanie do bierzmowania może prowadzić tylko duchowny oraz licencjonowany katecheta. W żadnym wypadku nie można doprowadzać do tego, że przypadkowe osoby będą prowadziły formację. Jedyne co można dopuścić to świadectwo życia osoby już po bierzmowaniu, jednak z zastrzeżeniem obecności duchownego lub katechety, który ograniczy możliwość wyprowadzania błędnych wniosków. Niestety inną częstą praktyką jest rezygnacja biskupów z bierzmowania swoich diecezjan - jak się okazało jest to obecne nie tylko w mojej diecezji. Jest oczywistym, że każdy kapłan może ważnie bierzmować, jednak słuszna tradycja naszego łacińskiego obrządku jako zwyczajnego szafarza uznaje biskupa. Jeśli ten nie jest w stanie bierzmować choćby na siedząco i poza Mszą Świętą to powinien rozważyć rezygnację z urzędu - bo albo jest tak chory, że nie może już nawet dokonywać prostych czynności, albo nie wie jakie są najważniejsze obowiązki biskupa i wtedy tym bardziej powinien się ich zrzec. Bierzmowanie przez kapłana można dopuścić tylko w razie nagłej niemożności dotarcia biskupa (np w dniu bierzmowania) oraz choroby bierzmowańca, która jest na tyle niebezpieczna że zagraża zejściu z tego świata bez łaski bierzmowania. 

Niebezpieczną praktyką jest wiązanie celebracji tego sakramentu z określonym wiekiem, zwykle związanym z końcem jakiegoś etapu edukacji. Ze zgrozą w nowych wytycznych Konferencji Episkopatu Polski wyczytałem że bierzmowanie "stanowi ważne dopełnienie edukacji na etapie szkoły podstawowej" i w związku z tym udzielać się go będzie w klasie VIII. Takie sformułowanie to niewyobrażalny redukcjonizm i świadectwo kompletnego braku zrozumienia przez nasz episkopat czym bierzmowanie jest i jakie spełnia zadanie! Otóż tak jak w przypadku I komunii czy spowiedzi, tak i bierzmowania powinno się udzielać wg roztropnego osądu katechety odnośnie do rozwoju duchowego kandydata. Urawniłowka w tym względzie jest niesamowicie szkodliwa i prowadzi do tego, że bierzmowanie trzeba zaliczyć, tak jak rzeczoną podstawówkę. Mam nadzieję, że powyższe refleksje skłonią czytających mnie duszpasterzy do krytycznego przejrzenia podawanych im zaleceń i głębszego namysłu nad katechizacją przed i po bierzmowaniu. Naprawdę nie warto nikogo zmuszać do przyjmowania jakiegokolwiek sakramentu. W imię wolności religijnej tak szumnie wykładanej Wam w seminariach odstąpcie od masowego udzielania bierzmowania i zindywidualizujcie charakter przygotowania do niego, a może to sprawi, że bierzmowanie nie będzie jak to się powszechnie mówi sakramentem pożegnania z Kościołem przy aprobacie biskupa miejsca...

Przy okazji pragnę również czytelnikom złożyć najlepsze życzenia wielkanocne. Niech Chrystus Pan który zmartwychwstał oświeca mroki naszych serc i umysłów. Niech użyczy Kościołowi chwały, a nam da oglądać powrót wspaniałości tej Łodzi Piotrowej na widok której wielu ręce załamuje i gorzkie łzy wylewa. "Kościół nie zginie, Bóg jest w jego wnętrzu"! Daj nam Panie Boże doznać majestatu chwały Twego dziedzictwa w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 12 lutego 2017

Kolegializm, czy jest nową formą starej herezji koncyliaryzmu?

Laudetur Iesus Christus!

Jednym z czołowych problemów jaki podnoszą integryści w dialogu z modernistami jest doktryna kolegializmu. Sobór Watykański II zwłaszcza w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele (Lumen Gentium) wprowadził naukę o wspólnym sprawowaniu urzędu apostolskiego przez wszystkich biskupów - doktryna ta została później nazwana kolegializmem. Po upływie ponad 50 lat od tych obrad warto sobie zadać pytanie gdzie kolegializm nas zaprowadził i czym stał się dzisiaj. Zanim jednak przejdę do samego zagadnienia polecam przeczytać numery od 18 do 29 Lumen Gentium. Słowo kolegium odmieniane na różne sposoby znajdziemy aż w 23 miejscach!

W istocie prawdą jest, że urząd apostolski Chrystus Pan polecił 12 apostołom i w takim rozumieniu Sobór Watykański II na pewno nie zbłądził. Problem pojawia się w tym jak owa nauka została odczytana i co przy jej ogłaszaniu przemilczano. Chociaż 12 apostołów ma udział i prawo do przekazywania władzy związanej z sukcesją apostolską, to jednak rola św. Piotra jest niepoślednia. Pan nasz Jezus Chrystus tak do niego mówi: "Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci»." (Łk 22, 31-32). A zatem władzę definiowania wiary, tam gdzie pojawiają się wątpliwości ma Piotr i tylko on. Sobory co prawda także biorą udział w definiowaniu nauki, a więc w ogłaszaniu dogmatów, jednak nie mogą tego czynić bez aprobaty papieża, chociaż jego fizyczna obecność na soborze nie jest konieczna. Żaden sobór niezatwierdzony przez następcę św. Piotra nie wszedł do kanonu ogólnie uznawanych soborów. Nawet na Soborze Watykańskim II, każdy dokument musiał zostać podpisany przez Pawła VI (za Jana XXIII nie ukończono pracy nad żadnym schematem dokumentu), na wieczną rzeczy pamiątkę, aby mógł prawnie obowiązywać. Biskupi mają więc prawo pomagania biskupowi Rzymu w definiowaniu prawdy, ale sami z siebie i mocą swojego urzędu nie mogą tej prawdy określić, nawet jeśli zebraliby się wspólnie i byli jednomyślni. Do dzisiaj zresztą w Kodeksie Prawa Kanonicznego znajdują się następujące normy:

Kan. 341 - § 1. Dekrety soboru powszechnego nie posiadają mocy obowiązującej, dopóki, po zatwierdzeniu ich przez Biskupa Rzymskiego wraz z ojcami soboru, nie zostaną przez niego potwierdzone i na jego polecenie ogłoszone. 

§ 2. Takiego samego potwierdzenia i ogłoszenia, dla uzyskania mocy obowiązującej, wymagają dekrety Kolegium Biskupów, gdy podejmuje działalność ściśle kolegialną, w sposób wskazany albo dobrowolnie przyjęty przez Biskupa Rzymskiego.
oraz

Kan. 1372 - Kto od aktu Biskupa Rzymskiego odwołuje się do soboru powszechnego lub do Kolegium Biskupów, winien być ukarany cenzurą.

Ostatnia norma dotyczy herezji zwanej koncyliaryzmem, kiedy to osoba lub grupa osób próbuje odwołać się do soboru od decyzji powziętych przez papieża. Oczywiście nie dotyczy to poprzednich soborów - papież nie może negować prawd już ogłoszonych, a więc głosić herezji.
Wreszcie to świętemu Piotrowi Pan Jezus powierzył tak zwaną władzę kluczy:
"Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie»." (Mt 16,18-19 Kościół więc bez następcy św. Piotra istnieć nie może, o czym przekonuje nas nie tylko Biblia, ale także zwyczajne nauczanie Kościoła, wyrażone w wielu aprobowanych katechizmach. Zdanie: "Ubi Petrus ubi Ecclesiae" nie traci nawet dziś na znaczeniu, chociaż wymaga szerszego komentarza, co też zamierzam uczynić w kolejnych wpisach.

Nauka o kolegializmie wydała jednak szczególnie po ostatnim soborze bardzo niebezpieczne owoce. Otóż owo wspólnotowe pojmowanie urzędu biskupa przyćmiło indywidualną odpowiedzialność każdego z nich, co więcej nauka ta się rozszerza na coraz szersze pola aktywności Kościoła i sieje spustoszenie... . Pierwszym przejawem posoborowego kolegializmu są nieszczęsne konferencje episkopatów. To co miało przynieść ożywienie pracy duszpasterskiej w poszczególnych prowincjach kościelnych, a nawet państwach przyniosło zwykły demototalitaryzm. Poszczególni tradycyjni biskupi są naciskani przez swoich często zeświecczałych kolegów do przyjmowania rozwiązań, które są sprzeczne z regułą duszpasterską i zwykle z sumieniem co bardziej prawowiernych biskupów. W ten sposób w Polsce rozszerza się praktyka przyjmowania Komunii Świętej do ręki, albo przesuwania wieku I Komunii Świętej do góry, co nie sprzyja uświęcaniu dzieci. Dochodzi do tego, że konferencja episkopatu coś ustala, czy uchwala i to obowiązuje we wszystkich diecezjach kraju, podobnie jest z listami pasterskimi, a trzeba jasno podkreślić, że jedynie biskup diecezjalny sprawuje ważnie, w sposób bezpośredni i własny urząd apostolskiego posługiwania. Wszystkie te akty prawne narzucone wbrew woli biskupa miejsca, albo z naruszeniem jego sumienia, choćby tylko na forum wewnętrznym są nieważne, nawet gdyby zainteresowany biskup się pod nimi podpisał. Wynika to wprost z odnośnych norm prawa kanonicznego jak również relacji instytucji biskupa jako ustanowionego przez Boga oraz rzeczonej konferencji jako tworu ludzkiego. Zadaniem konferencji biskupów jest tylko wspólna rada oraz kierowanie do Stolicy Apostolskiej prośby o wydanie jakiego aktu prawnego. Natomiast konferencje episkopatu nie mogą żadnych praw uchwalać ani też wspólnie podawać nauczania, jak to często robi w sposób schizmatycki i heretycki zarazem Kościół zachodnio-katolicki.

Wreszcie duch kolegializmu rozprzestrzenił się na różnorakie przestrzenie działalności Kościoła. Już podczas deformacji seminaryjnej tłoczono mi do głowy o kolegium prezbiterów, różnorakich komisjach i radach. Wreszcie sam przez radę seminaryjną zostałem wydalony - przynajmniej tak mi powiedziano. A rada jak sama nazwa wskazuje powinna radzić, a nie decydować, zarządzać czy uchwalać. Podobnie jest z radą parafialną, kapłańską czy duszpasterską. Tymczasem często słyszymy, że rady podejmuję decyzję. Jest to nic innego jak próba demokratyzacji Kościoła kosztem pogwałcenia Jego struktury hierarchicznej nadanej przez Chrystusa Pana. Trzeba wreszcie powstać przeciw tej zarazie szerzącej się w Kościele i niszczącej Go od środka. Biskupi niech pamiętają, że sprawę z rządu nad diecezją zdadzą oni sami przed Bogiem, a nie jakieś konferencje episkopatu czy rady kapłańskie. Tak samo proboszcz odpowie przed Bogiem za stan swojej parafii, a ojciec rodziny za wychowanie religijne swych dzieci. Nie dajcie się uwieść tym bałamutnym naukom! Weźcie więc odpowiedzialność na swoje barki, każdy według urzędu jaki otrzymał. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk