Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lutego 2019

Ostatnie namaszczenie vs sakrament chorych

Laudetur Iesus Christus!

Jednym z najmniej rozumianych sakramentów Kościoła jest właśnie ów piąty w kolejności sakrament. Istnieje wiele różnych poglądów na temat nazewnictwa także tego kiedy i jak go przyjmować. Niestety w ostatnich dziesięcioleciach doszło do mnóstwa wypaczeń związanych z tą ceremonią. 

Reforma liturgii, jak zapewne dobrze wiedzą czytelnicy bloga, polegała nie tylko na zmianie obrzędów mszalnych, ale także innych sakramentów. W przypadku piątego sakramentu doszło do zmiany zarówno nazwy, dyspozycji przyjmującego, formy oraz materii. Przez to wielu tradycjonalistów zadaje sobie pytanie czy jest to ten sam sakrament który ustanowił Chrystus Pan. Pobieżne spojrzenie na nowy ryt i słowa listu św. Jakuba, które stanowią podstawę biblijną sakramentu wydają się potwierdzać słuszność zmian. Niestety głębsze spojrzenie pokazuje jak bardzo zdemolowano ten sakrament pozostawiając jednak pewne pozory dobra.

Pierwszą kwestią jest nazwa. Określenie ostatnie namaszczenie rzeczywiście jest niezbyt fortunne. Jakkolwiek oczywiście zwykle bywa iż jest to ostatnie namaszczenie jakie przyjmuje katolik, to nie zawsze jest to prawdziwe. Sam autor bloga przyjął ten sakrament w takim wieku iż mógł jeszcze potem przyjąć namaszczenie związane z sakramentem święceń. Również w przypadku dzieci możliwe jest przyjęcie tego sakramentu przed bierzmowaniem, jednak dobra praktyka nakazuje najpierw wybierzmować a potem udzielić ostatniego namaszczenia. Oczywiście dotyczy to tylko sytuacji gdy powodem namaszczania jest prawdziwe zagrożenie życia związane z przeżywaną chorobą. Nowa nazwa "sakrament chorych" wydaje się lepiej odzwierciedlać istotę tego sakramentu. Tak więc tej kwestii nie ma specjalnie nic do zarzucenia, chociaż warto odnotować iż pojęcie choroby jest szerokie co dewastatorzy tego sakramentu skutecznie wykorzystali, ale mowa o tym będzie poniżej. Za nazwą ostatniego namaszczenia przemawia właśnie owa specjalna okoliczność którą jest zagrożenie życia.

Dawniej sakramentu ostatniego namaszczenia udzielano wtedy gdy choroba sprowadzała zagrożenie śmierci. Niewątpliwie wadą tego było częste zaniedbanie tego sakramentu i płynących zeń łask, należy jednak pamiętać że sakrament ten do zbawienia konieczny nie jest co zauważa sam św. Tomasz z Akwinu. Dzisiaj wystarczy że choroba lub niedołęstwo przybliża śmierć. Zresztą praktyka szafowania sakramentem chorych w praktyce dopuszcza każdą chorobę - nie wyłączając tych które zgonem nigdy się nie kończą. Bo jak inaczej uzasadnić praktykę odprawiania specjalnych Mszy Świętych lub nabożeństw ze zbiorowym udzielaniem tego sakramentu? Sam podczas takiej celebracji byłem zachęcany do przyjęcia tego sakramentu - rzecz jasna odmówiłem, bo nie znajdowałem się w stanie w którym ten sakrament byłby zasadnie udzielony. Powracając do kwestii pastoralnych - często podkreślana na blogu zasada salus animarum w odniesieniu do ostatniego namaszczenia określała iż skutkiem tego sakramentu jest walka z grzechem, odpuszczenie kary doczesnej za grzechy, a uwolnienie od cierpienia i wyzdrowienie tylko wówczas gdy byłoby to dobre dla duszy. Z pewnością są to także skutki tego sakramentu jednak nie są one najważniejsze i nie można wymagać by one zachodziły. Ostatnie namaszczenie przyjmuje się po to aby dobrze przygotować się na śmierć, a nie po to by ją zażegnać. Stąd też w modlitwach znajduje się modlitwa "duszo chrześcijańska wynijdź z tego świata" której kapłani często obawiają się odmawiać.  Z pewnością też nie należy ulegać mitom jakoby przyjęcie tego sakramentu było nieuchronnie związane ze śmiercią, wszak także w starym nauczaniu podkreślano iż można ten sakrament powtarzać. Jednak z pewnością zbiorowe celebracje jak również udzielanie tego sakramentu tylko z powodu starości bądź błahej choroby jest nadużyciem.

Poważniejszą kwestią jest zmiana formy tego sakramentu. Wypływa ona zresztą z błędnej nauki o skutkach tego sakramentu. Nowa forma brzmi tak: "Przez to święte namaszczenie niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego. Pan, który odpuszcza ci grzechy niech cię wybawi i łaskawie podźwignie. Amen." Wydaje się że powyższe słowa lepiej oddają istotę sakramentu niż stare: "Przez to święte namaszczenie i przez najdobrotliwsze miłosierdzie Swoje nich ci odpuści Pan, cokolwiek przewiniłeś wzrokiem... słuchem... powonieniem... smakiem... mówieniem... dotykaniem... i chodzeniem." Zaznaczają się różnice w pojmowaniu skutków tego sakramentu - w nowej formule akcentuje się uzdrowienie fizyczne i ulgę w fizycznym cierpieniu, w starej zaś formule zaznacza odpuszczenie grzechów. Warto popatrzyć tutaj na katolicką soteriologię, która uczy nas że cierpienie i śmierć i przyszły na świat właśnie przez śmierć. Sam Chrystus Pan uzdrawiając chorych zawsze podkreślał konieczność uzdrowienia duchowego i zawsze mówił o odpuszczeniu grzechów. Stara formuła sakramentalna jest zatem lepsza ponieważ określa łaski które muszą zostać wylane jeśli uzdrowienie fizyczne ma nastąpić. Niestety duchowieństwo mało interesuje się kwestią uzdrowień. Trzeba jasno podkreślać że uzdrowienia fizyczne niepołączone z uleczeniem duszy nie pochodzą od Pana Boga... . 

Wreszcie sama materia sakramentu. W starym rycie namaszczenia dokonuje się olejem który zawsze musi być poświęcony i egzorcyzmowany przez biskupa oraz sporządzony z oliwy z oliwek. Materią bliższą jest namaszczenie zmysłów o których mowa w formie sakramentalnej. Obrzędy poświęcenia oleju chorych odwoływały się do wszystkich skutków tego sakramentu. Również egzorcyzmowanie wzmacniało moc materii sakramentalnej. W nowym obrzędzie wystarczy olej roślinny, może być pobłogosławiony (sic!) przez kapłana celebrującego namaszczenie i to tylko na czas sprawowania obrzędu. Namaszcza się czoło i dłonie chorego, chociaż zgodnie z obyczajem miejscowym można namaścić inne części ciała. Widać więc zasadnicze różnice... . Olej chorych po staremu jest egzorcyzmowany i poświęconych przez biskupa co ma wyrażać łączność z urzędem apostolskim. W nowy zaś sposób olej chorych jest zaledwie błogosławiony. Czym się oba akty różnią tłumaczyłem już w innych wpisach, ale w skrócie rzecz poświęconą oddaje się na wyłączną służbę Bożą, a błogosławieństwo to uproszenie łask dla spraw doczesnych. Pobłogosławiony olej można z powodzeniem użyć do smażenia frytek, podczas gdy w przypadku oleju poświęconego jest to już nadużycie i grzech przeciw drugiemu przykazaniu Bożemu. Wydaje się że materia sakramentalna winna być jednak poświęcona (konsekrowana), ale może jako wyklęty kleryk bez stopni i tytułów naukowych znam się na tych sprawach mniej niż uczeni doktorzy modernizmu. Znamiennym jest także fakt iż olej pobłogosławiony przez kapłana jest "ważny" tylko na czas sprawowania sakramentu - zatrąca to moim zdaniem mocno protestanckim sposobem myślenia. Per analogiam - skoro Eucharystia jest ważna także po jej sprawowaniu to jest tak również z właściwie poświęconym olejem. Warto zwrócić uwagę że zmiana dotyczy także substancji oleju. Wiemy że wszystkie sakramenty ustanowił Chrystus Pan  - jest mocno wątpliwe, że w przypadku ostatniego namaszczenia twierdził o byle jakim roślinnym oleju, skoro tak wyraźnie w świętej Ewangelii mamy naukę o materii chrztu i Eucharystii, gdzie nie chodzi o byle jaką ciecz ale jasno określoną... . Już św. Tomasz zauważa, że w niektórych krajach oliwki nie rosną, poleca jednak by się o taki olej postarać, a w przypadku jego braku sakramentu po prostu nie udzielać. Dzisiaj kiedy w każdym niemal sklepie spożywczym można kupić oliwę z oliwek argument niedostępności po prostu upada. Również dostępność biskupów i rozmiary diecezji są takie, że nieposiadanie przez parafię oleju poświęconego przez biskupa to po prostu zwykłe zaniedbanie.

Pomimo tego iż powierzchownie zmiany w sposobie pojmowania piątego sakramentu Kościoła wydają się zasadne, bardziej zbliżają przyjmujących do świadomego przyjęcia tego sakramentu oraz lepiej wyrażają słowa listu św. Jakuba o tym obrzędzie to jednak jako wyklęty kleryk opowiadam się za ostatnim namaszczeniem. Nie twierdzę że nowe namaszczenie jest nieważne aczkolwiek przynajmniej w pewnych wypadkach można mieć co do tego wątpliwości. Najbardziej destrukcyjną zmianą jest moim zdaniem właśnie owe przeniesienie akcentu z uzdrowienia duchowego na fizyczne. Jest to niestety zgodne z ogólną zmianą paradygmatu w duszpasterstwie. Paradoksalnie właśnie takie rozłożenie akcentów może niweczyć skutek uzdrowienia fizycznego zgodnie z argumentacją jaką podałem powyżej. Wobec tego wszystkiego zachęcam wiernych do wybierania ostatniego namaszczenia zwłaszcza w sytuacji w której jest już naprawdę źle i śmierć zbliża się nieubłaganie.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 stycznia 2019

Przebiskupienie, czyli episkopalizm koncyliarny

Laudetur Iesus Christus!

Być może sklerykalizowanym czytelnikom mojego bloga temat wyda się dziwny. W końcu chyba dobrze, żeby było wielu biskupów, w każdym razie na pewno lepiej niż jak w przypadku wizji sedewakantystycznej, gdzie nie wszystkie kontynenty są obsadzone posługą apostolską... . Może ktoś zapobiegliwie stwierdzi iż chodzi nie o ilość ale jakość. A ja powiadam, że biskupów jest za dużo i kropka.

Wystarczy rzecz dobrze przemyśleć, po co w ogóle jest biskup? W zasadzie urząd biskupa sprowadza się do rządzenia określoną diecezją, wyświęcania duchowieństwa i przyjmowania profesji zakonnych od osób życia konsekrowanego, sprawowania ściśle określonych i zastrzeżonych biskupowi sakramentaliów oraz czuwaniu nad dyscypliną kościelną. Pierwotną praktyką było wyświęcanie biskupa aby rządził określoną gminą chrześcijańską. Z czasem gdy Kościół się rozrastał i uprawnienia prezbiterów się powiększyły uznano, że nie jest dobrze wyświęcać biskupów wiejskich. Przez wieki logiczną praktyką była ta, że w danej diecezji urzędował jeden biskup i tylko kiedy diecezja była naprawdę wielka biskup diecezjalny miał pomocnika.

Znamiennym jest fakt że w czasach gdy spada liczebność prezbiterów wzrasta liczba biskupów. Wprowadzenie emerytur dla duchowieństwa dodatkowo pogarsza sytuację. To wszystko powoduje że nieraz  jednej diecezji jest około dziesięciu biskupów! Oczywiście każdy z nich stanowi ważki głos doradczy z którym ordynariusz winien się liczyć. W rzeczywistości redukuje to władzę biskupa diecezjalnego. Nie twierdzę, że biskup ordynariusz nie powinien się radzić przed powzięciem ważkich decyzji, ale ma to czynić w pełnej wolności  i na pewno nie powinien ulegać większościowej opcji przeciwnej w swoim diecezjalnym episkopacie. Władza biskupa nad diecezją nie jest bowiem kolegialna, tak samo jak nie jest władzą kolegialną władza papieża nad Kościołem.

Mnoży się ilość biskupów tytularnych. Biskupami zostają duchowni którzy z duszpasterstwem nie mają nic wspólnego. O ile rozumiem że do tej godności są wynoszeni najwyżsi urzędnicy kurii Rzymskiej, o tyle nie rozumiem po co biskupem ma być na przykład ceremoniarz papieski albo podrzędny sędzia Sygnatury Apostolskiej... . Mija się to z istotą biskupstwa, która z natury jest nastawiona na sprawowanie władzy nad Kościołem. Oczywiście jestem przeciwnikiem laicyzacji urzędów kościelnych. Jak najbardziej urzędnikami kurii czy to diecezjalnych, czy też rzymskiej mają być prezbiterzy i ewentualnie jako pomocnicy diakoni lub niższy kler to jednak przebiskupienie jest tak znaczące iż mam wrażenie że biskupem zostaje się nie po to by otrzymać łaski do pełnienia ściśle określonej funkcji w Kościele ale ze względu na pozycję w kurialnej familii. 

Przeto dopominam się oto aby urzędowi biskupa przywrócić sens taki jaki nadał Chrystus Pan. Aby biskup miał zarząd nad Owczarnią Pańską. Wzywam decyzyjnych aby nie domagali się wielu biskupów pomocniczych a tych którzy sprawują urząd aby nie dawali się zeń ściągać ze względu na wiek. Biskupstwo podobnie jak kapłaństwo w stopniu prezbiteratu to powołanie wieczne. Znak sakramentalny nie wygasa z wiekiem. Z drugiej strony należy sobie zadać pytanie czy czasem Kościół nie szafuje zbyt pochopnie łaską biskupstwa. Czytający mnie biskupi niech zechcą rozważyć myśli wyklętego kleryka. Być może są to niepokorne i nieroztropne żale, ale pamiętajcie, że to Wy zdacie sprawę z zarządu jaki Wam powierzono. Przeto bacząc na dobro Kościoła i własnych dusz czyńcie wszystko aby zaszczytny urząd Wasz wypełnić jak najlepiej. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 26 grudnia 2018

Bydlęta klękają, a człowiek?

Laudetur Iesus Christus!

Tego posta planowałem już dość dawno. Przeżywając święta Narodzenia Pańskiego przyszła na mnie refleksja związana z polską kolędą "Dzisiaj w Betlejem". Oto mamy stajenkę/grotę i sytuację gdzie Najświętsza Maryja Panna pod opieką św. Józefa chroni się w spartańskich warunkach aby urodzić dziecko - Syna Bożego. Być może to tylko tradycja, a być może rzeczywiście tak było. Gdy narodził się Chrystus Pan Zbawiciel uklęknęły przed Nim nawet bezrozumne zwierzęta instynktownie czując, że mają do czynienia ze swoim Stworzycielem. 

Nawet jeśli scena przedstawiona w kolędzie jest tylko mitem, to prawdą są już sytuację w której różni ludzie spotykając się z Panem Bogiem dokonują proskinezy, czyli upadają powodowani zetknięciem z majestatem Najwyższego. Takich sytuacji w Piśmie Świętym opisanych jest kilka. Tak padł na przykład Mojżesz podczas spotkania z Panem Bogiem w krzewie gorejącym, prorok Eliasz, czy w Nowym Testamencie żołnierze którym Pan Jezus objawił swoje imię. 

Liturgia łacińska zna trzy podstawowe postawy liturgiczne: siedzenie, stanie i klęczenie. To właśnie z klęczeniem dzisiaj jest największy problem. Różnej maści moderniści próbują udowadniać, że klęczenie wzięło swój początek ze średniowiecza. Wystarczy pomyśleć, że oddanie pokłonu przez dotknięcie czołem ziemi, tak chętnie praktykowane przez bardzo starożytne liturgie wschodnie, prostracja czyli postawa dotknięcie całym ciałem ziemi w geście uniżenia, nawet pokłony które biją ociemniali w błędach islamizmu muzułmanie - to wszystko wymaga przyjęcia choćby przez chwilę postawy klęczącej. I nie przeczę, że być może klękanie pojawiło się dopiero w średniowieczu, a fragmenty w Piśmie Świętym tłumaczone jako klękanie, czy przyklękanie są źle przełożone, bo powinien być pokłon. Skoro to wszystko nawet byłoby prawdą, to dlaczego  modernistyczni teolodzy, technicy liturgizmu posoborowego w miejsce klękania nie zaproponowali pokłonu z dotknięciem czołem ziemi lub prostracji? Jedyne co wprowadzili to zwykłą tak zwaną kiwkę czyli delikatny skłon ramion i głowy. Czyż ten gest używany przecież tak samo do pozdrowienia bliźniego na ulicy nie jest zbyt mały dla okazania szacunku Najwyższemu?

Klękanie jest wyrazem uniżenia przed Panem Bogiem. Ktoś może powiedzieć, że to tylko zbędna zewnętrzna oznaka. Wiemy jednak, że gdy ciało zmuszamy do wysiłku to ułatwia to duszy przybranie właściwej postawy. Człowiek jest jednością ciała i ducha. Wyraża to dobitnie wiele praktyk religijnych. Praktycznie cała liturgia otacza się wieńcem różnych materialnych symboli lub czynności, które mają ułatwić kontakt człowieka z Panem Bogiem. To samo dzieje się w przypadku innych praktyk, na przykład postu. Eliminując te zewnętrzne oznaki bez uzasadnionego powodu stajemy się ludźmi niepraktykującymi.

Zatem klękanie jest wyrazem wiary i jednocześnie na tą wiarę wpływa zgodnie z zasadą lex orandi lex credendi. Powinniśmy o ile nie ma przeszkód zdrowotnych przyklękać zawsze przed Najświętszym Sakramentem oraz przy wejściu i wyjściu ze świątyni jeśli jest tabernakulum z Panem Jezusem. Przyklękamy na prawe kolano. Na lewe kolano klęka się podczas składania homagium. Oczywiście jak ktoś jest lewonożny i nie umie inaczej to nie jest grzech - lepiej klękać tak jak się umie. Przyklęknięcie to dotknięcie kolanem ziemi, nie przyklęka się na dwa kolana, jak to niektórzy nazbyt pobożnie chcą czynić, ale taka praktyka powodowana pobożnością też zła nie jest. Klęczy się zawsze gdy jest wystawiony Najświętszy Sakrament. Dobrą praktyką jest klęczenie podczas modlitwy prywatnej. Należy uczulać dzieci, aby przy okazji klęczenia nie siedziały. Niestety zwłaszcza stare ławki kościelne wyprofilowane są tak, że wymuszają pozycję klęczącego siedzenia. Oparcie się o ławkę nie jest oczywiście wielkim uchybieniem, ale jeśli mamy możliwość klęczeć prosto to starajmy się choć przez jakiś czas taką postawę przyjąć. Pamiętajmy że nienabożnie przyklękając tudzież klęcząc powielamy obrazę jaką musiał znosić Pan Jezus ze strony rzymskiego żołdactwa... .

Osobną rzeczą jest przyjmowanie Ciała Pańskiego w postawie klęczącej. Nowe przepisy chociaż tego nie nakazują, to jednak wyraźnie uczą iż jest to podstawowa forma. Kto chce postępować wg Tradycji Kościoła niech tą postawę zastosuje tu jako nakaz, z którego zwalnia tylko choroba, niedołężność lub kalectwo. Przykra jest praktyka tworzenia kolejek komunijnych - bo też trudno to nazwać procesją.  Nie dość że jest to niepraktyczne i wydłuża obrzęd Komunii Świętej wiernych to działa w poprzek zasadzie lex orandi lex credendi. Niedopuszczalna jest sytuacja w której kapłan wymusza powstanie z kolan! Należy wtedy tym bardziej domagać się swoich praw, a w rzeczywistości prawa i obowiązku całego Kościoła do oddania właściwej czci Panu Bogu - wyrażenia wiary w substancjalną obecność Pana Jezusa w chlebie eucharystycznym. W razie potrzeby należy się skarżyć. Z założenia nie ma tu żadnej pychy. 

Niewątpliwie bardzo niepokojące są sytuacje w których ruguje się postawę klęczącą. Niestety wynika to zwykle ze złej teologii i antropologii. Nieprawidłowo aplikowana nauka o wcieleniu, traktowanie Pana Boga w charakterze partnera, brata, przyjaciela jest wielkim błędem. Oczywiście należy pamiętać że Pan Bóg człowiekiem się stał jednak nie po to by się z człowiekiem pojednać, czyli by upaść do jego poziomu ale po to by człowieka przywrócić na właściwe miejsce. Niestety w całej refleksji na tajemnicą wcielenia zapomina się o tym, że człowiek po to przywrócenie do stanu pierwotnego musi wyciągnąć rękę, musi chcieć przyjąć ofiarowaną przez Pana Boga pomoc. Nie stanie się to jeśli nie pochyli się nad Dzieciątkiem Jezus, jeśli upadnie pod własnym krzyżem, jeśli nie dotknie całym swoim jestestwem krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Z okazji świąt Bożego narodzenia życzę wszystkim czytelnikom mądrości przynajmniej tak wielkiej jak instynkt zwierząt z betlejemskiej stajenki. Nie bójmy się wytartych na kolanach spodni, pobrudzenia itp rzeczy. Nie bójmy się oskarżeń o faryzeizm, krzywego spojrzenia proboszcza. Oddajmy publicznie Panu Bogu chwałę odważnie i śmiało klękając. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 25 października 2018

Przebierantyzm czyli o tych co ulegli pokusie fioletów

Laudetur Iesus Christus!

Dziś temat może lżejszy, dla niektórych pewnie zabawny, jednak dotyczy on kwestii fundamentalnych moralnie i liturgicznie. Szaty liturgiczne to odzienie które wkładają święci szafarze i niżsi klerycy oraz ministranci w trakcie służby Bożej. Jedną z podstawowych funkcji szat liturgicznych jest wskazywanie na stopień/funkcję odzianego w ten święty ubiór. I właśnie tej kwestii dotyczy ten wpis. Uzurpacja urzędów w Kościele jak również nadużycia władzy to problem do osobnego opracowania, jednak znaczącym przejawem tych ostatnich jest wdziewanie szat wskazujących na wyższą godność niż tą którą się posiada. Ojcowie duchowni w seminarium mówili o trzech podstawowych pokusach kapłańskich: kobiety, monety, fiolety. Zwykle następują one stopniowo, jednak bywa, że już młodzież katolicka ulega fioletom w pierwszej kolejność.

Problem przebierantyzmu nie jest związany z modernizmem jako takim. Jest to chyba najbardziej egalitarna pokusa ludzi Kościoła. Trzeba jednak stwierdzić że jej oblicza w tradycjonalizmie i w modernizmie są różne, stąd też muszą być rozpatrywane oddzielnie. 

W modernizmie przebierantyzm  objawia się w dwóch formach. Pierwszą z nich jest tworzenie nowych szat liturgicznych - niejako nawiązujących do starych, jednak będących zupełnym pomieszaniem porządków. Należą tutaj dalmatyki lektorskie, pektorały ministranckie, czy specjalne szkaplerze w kolorze dnia dla asystentów pastoralnych. Pomysłowość jest przeogromna. Krój zwykle jest mało wyszukany, prosty, ale jednak nawiązujący do tradycyjnych szat na tyle, że lektora można pomylić z diakonem, a asystenta pastoralnego z kapłanem, zwłaszcza jeśli nie ma go na nabożeństwie. Tego typu działalność to głównie chciwość projektantów mody liturgicznej związanych między innymi z przeklętym sacroexpo i innymi tego typu wystawami o bardzo świeckiej naturze... Drugą formą jest klasyczna realizacja fioletowej pokusy poprzez przemożną chęć dekorowania swojej rewerendy kolejnymi kolorowymi dodatkami. Rozbudowana hierarchia prałatów, protonotariuszy i innych wydłużających czerwone bądź fioletowe filakterie duchownych jest ukrócana od czasów św. Piusa X. Kolejne reformy wprowadzały obostrzenia, które jednak pyszałkowaci skutecznie obchodzili. Wreszcie Franciszek pozostawił już tylko jeden stopień prałacki. Jak się okazało i ten zabieg skutecznie da się obejść. Tworzy się zatem fikcyjne kapituły kanonickie, które faktycznie nimi nie są, bo kanonicy zrzeszeni przy kolegiacie czy katedrze nie prowadzą ani życia wspólnego ani tym bardziej nie modlą się wspólnie na brewiarzu. Jedynym celem tworzenia owych jest chęć obejścia prawa i docenianie tych najbardziej czcigodnych spośród wszystkich przewielebnych... . Są więc rozmaici kanonicy EC, rokiety i mantoletu, honorowi itd. Każdy z nich odróżnia się jakimś detalem, bądź to kolorem pasa u sutanny, bądź też pomponem na birecie. W czasie Mszy Świętej ubierają mucety, mantolety, rokiety i bywa że swym fatałaszkowym dostojeństwem przewyższają samych biskupów, którzy często w przypływie nadmiernej skromności zadowalają się garniturem, krzyżykiem w klapie, bądź też dyndającym na ornacie pektorałem, który faktycznie powinien spoczywać pod dalmatyką - jednak założenie owej to już przecież zakrawa o lefebryzm... . I tylko czekać aż będą kanonicy mitry i pastorału - bo przecież każdy biskup w swojej diecezji jest papieżem... . Szkoda tylko że owi modernistyczni pomponiarze w życiu codziennym nie chcą nosić nawet prostej czarnej sutanny.

Niestety przebierantyzm dotyka także szeregi utożsamiających się z tradycją katolicką. Tutaj nadużycia wynikają z wnikliwej analizy rubryk, podręczników liturgiki oraz zbiorów partykularnych przywilejów wydawanych w czasach karolińskich (lub im podobnych) przez Stolicę Apostolską dla danego regionu. Oczywiście przynależność do owego przywileju może już być dowolna - dla jednych wymagana jest fizyczna obecność, dla innych urodzenie, jeszcze inni wystarczy że wykażą się gallikańskim pochodzeniem lub faktem iż kiedyś tam byli, aby przywilej skutecznie zaszczepić na ziemi o której istnieniu papież wydając dany dokument nie miał nawet pojęcia.  W ten sposób tworzą się fioletowi sutanniarze, którzy nawet porządnej tonsury nie otrzymali, że o jakichkolwiek święceniach nie wspomnę. Zresztą znajdą się pewnie i tacy którzy postrzyżyny mieli bądź to w czasie rozbudowanej liturgii święceń ministranckich we własnej parafii, bądź uważających wielokrotną wizytę u fryzjera oraz faktyczne utrzymywanie korony na głowie za niezbity dowód przynależności do stanu duchownego. Zresztą niejednokrotnie komże ministranckie nie do odróżnienia są od biskupich rokiet. Znaczniejszym problemem jest moim posługa fałszywych subdiakonów. Nie twierdzę, że w historii liturgii nie było takiej praktyki, jednak pomimo szeregu argumentów odwołujących się w gruncie rzeczy do majestatu liturgii uważam, że zastępowanie funkcji wyższych kleryków przez kler niższy bądź zupełnie świeckich ministrantów jest niewłaściwe. Z jakiegoś powodu Kościół postanowił aby wydzielić subdiakonat i wynieść go ponad niższe święcenia. Symulowanie sprawowania jego urzędu tylko po to by "zrobić" uroczystą liturgię i by było bardziej kolorowo jest nieporozumieniem, zwłaszcza że w wielu środowiskach są kapłani, których wystarczy odpowiednio przyuczyć. do tej służby. Absolutnym absurdem jest sytuacja kiedy w chórze siedzą kapłani, a do Mszy służy fałszywy subdiakon. I ja rozumiem że noże kiedyś gdzie ktoś na to zezwolił, jednak wystarczy zdrowa dedukcja by dojść do wniosku iż takie postępowanie jest z sprzeczne z naturą liturgii. Kolejną patologią są namnożone Msze pontyfikalne. Aby zadość uczynić pomponiarskim zapędom wielu sprowadza się jakichś opatów czy pseudo-infułatów  aby pontyfikowali.  Jest oczywiste że opat pontyfikuje tylko na terenie własnego opactwa, a protonatariusze już dawno utracili prawo sprawowania Mszy pontyfikalnej i używania pontyfikaliów w ogóle. Nawet jeśli w 1962 r to prawo posiadali, to czyż ci którzy otrzymali przywilej po 1962 r nie otrzymali go już bez prawa pontyfikowania? Albo, albo... nie możemy wlewać nowego wina do starych bukłaków. Te wszystkie pontyfikalne Msze Święte z udziałem pseudo-subdiakonów, świeckich ceremoniarzy biskupich i często prałatów nie mających prawa pontyfikować są po prostu celebrowaniem własnej pychy! 

Temat który poruszyłem z pewnością ściągnie na mnie falę nienawiści z obu stron barykady. Jednak widzę to jako wyklęty kleryk którego powołaniem jest wskazywanie błędów. Zauważam, że Panu Bogu taki stan rzeczy się nie podoba, bo to sprowadza służbę Bożą do ludzkich zachcianek i niespełnionych ambicji. Nawet moderniści uczą, że pontyfikowana Msza Święta jest wyrazem jedności Kościoła lokalnego zgromadzonego wobec swojego ordynariusza i że ukazuje wielość stopni kapłaństwa służebnego. Jest to więc ukazanie splendoru Kościoła. A ja się pytam czy w dzisiejszym Kościele, który jest poturbowany przez liczne herezje, niezadeklarowane choć istniejące schizmy, apostazję wielu w tym także hierarchię, czy w takim Kościele Msza Święta pontyfikalna cokolwiek ukazuje? Czy te fioletowe emblematy pośród zeświecczonych kapłanów cokolwiek oznaczają. Wreszcie czy fałszywa promocja laikatu dokonująca się w obu tradycjach liturgicznych przekłada się choćby na moralną kondycję tych świeckich? Niestety na wszystkie pytania odpowiedź jest przecząca, i to nawet nie dlatego, że taki jest stan faktyczny, ale także z  teologicznych powodów, bowiem z nasienia pychy nigdy nie wyrośnie prawdziwa katolicka pobożność. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 31 maja 2018

Nadzwyczajny szafarzat, czyli o protezie która przynosi więcej szkody niż pożytku

Laudetur Iesus Christus!

Chrystus Pan zakładając Kościół zechciał, wyposażyć go w specjalne łaski potrzebne ludziom do zbawienia. Jak dobrze wiemy łask tych udzielają sakramenty, których jest siedem. Każdy sakrament, aby był ważny musi spełnić kilka warunków: musi zaistnieć znak sakramentalny, czyli właściwa forma i materia, musi być także odpowiedni szafarz, wreszcie przyjmujący musi posiadać odpowiednią dyspozycję. Dziś kilka słów o szafarzach, czyli tych którzy przekazują łaskę sakramentalną. 

Ponieważ sakrament oznacza i udziela niewidzialnej łaski na sposób widzialnego znaku to również przekaziciel musi być widzialny. Zadanie przekazywania łaski, czyli uświęcania Pan nasz Jezus Chrystus powierzył apostołom oraz klerykom bezpośrednio przezeń ustanowionym, a więc prezbiterom oraz diakonom. Przy czym tych ostatnich Pan Jezus nie postanowił dla uświęcania jeno dla posługi, dlatego zadanie uświęcania wykonują oni tylko w wyjątkowych sytuacjach. 

Wobec tego logiczna była praktyka Kościoła, zwanego przez modernistów przedsoborowym, która  diakonów właśnie ustanawiała nadzwyczajnymi szafarzami dla sakramentu chrztu oraz udzielania Komunii Świętej. Oczywiście diakon nie był jedynym szafarzem nadzwyczajnym, ponieważ w czasie prześladowań, albo w innej sytuacji zagrożenia życia Kościół dopuszczał szafowania powyższymi przez minorystów, a nawet zupełnie świeckie osoby. Stąd też wzięła się tradycja związana ze św. Tarsycjuszem, wg której jako akolita miał nieść Najświętszy Sakrament osadzonym w więzieniu chrześcijanom. Trzeba jednak pamiętać iż nie była to praktyka powszechna, a już tym bardziej przypisana stricte do akolitatu. W sytuacji nadzwyczajnej chrztu oraz szafowania Komunią Świętą powierza się najwyższemu stopniem klerykowi tak, że diakon ma pierwszeństwo nad subdiakonem, subdiakon nad akolitą, akolita nad egzorcystą, egzorcysta nad lektorem, lektor nad ostiariuszem, postrzyżony nad niepostrzyżonym, mężczyzna nad niewiastą, chyba że ta ostatnia lepiej zna obrzęd chrztu niż mężczyzna. 

Przypadki chrztu i rozdawania Ciała Pańskiego przez szafarzy nadzwyczajnych zastrzega się zatem dla sytuacji zagrożenia życia oraz wyraźnego zlecenia kompetentnej władzy kościelnej na szczeblu co najmniej diecezjalnym. W żadnym razie nie powinno to stanowić normy - niestety rozdawnictwo Komunii Świętej przez nie-kapłanów jest dziś powszechne, również chrzty dokonywane przez tak zwanych katechistów już nie tylko w krajach stricte misyjnych... .

Owszem szafowanie Ciałem Chrystusa w ścisłym sensie nie jest udzielaniem sakramentu, jednak słusznie jest ono zarezerwowane dla kapłanów. Jeden z księży użył nawet pięknego porównania, że kapłan rozdający Ciało Pańskie wchodzi w intymną relację z Chrystusem Panem podobnie jak mąż ze swoją żoną w czasie aktu małżeńskiego. Z jakiej racji kapłani mają sami siebie pozbawiać tej bliskości? Niektórzy wysuwają argument przedłużającej się celebracji... Jakoś kiedyś komunikujących się wiernych było więcej, szafarzy zwyczajnych zwykle dwóch, w porywach trzech, a Msza Święta trwała i tak krócej niż przy asyście kilku nadzwyczajnych szafarzy. Również dziś kiedy akcentuje się wymiar uczty we Mszy Świętej, co jest oczywistym błędem protestanckim, w rzeczywistości neguje się ten wymiar rezygnując z balasek przykrytych białym obrusem oraz czasowo ograniczając ową "ucztę" wprowadzając nadzwyczajny szafarzat. 

Problem nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej przybrał dziś charakter zinstytucjonalizowany. Są bowiem całe duszpasterstwa i szkoły tychże. Do tego wprowadza się także szkółki dla minorystów. Nie byłoby to jeszcze może niczym złym, gdyby nie uczono ich tam rozdawania Ciała Pańskiego do której to czynności w obecnej sytuacji zwykle owi akolici nie mają żadnego prawa. Nawet przepisy modernistów zaznaczają iż taka posługa jest możliwa w sytuacji gdyby zwyczajny szafarz zaniemógł zdrowotnie, miał przeszkodę duszpasterską przez co rozumie się konieczność sprawowania sakramentów, a nie rozmów duchowych, pielgrzymek, katechez itp rzeczy i wreszcie gdyby celebracja nadmiernie się przedłużała. Z pewnością godzinna Msza Święta w niedzielę oraz półgodzinna w dzień powszedni nie jest taką okolicznością. A może wystarczy po prostu trochę mniej gadać, a bardziej celebrować i nagle okaże się, że liturgia łacińska wcale nie jest taka długa jak wielu modernistom się wydaje. 

Nadzwyczajny szafarzat pojawia się także w aspekcie bierzmowania. Należy podkreślać iż zwyczajnym szafarzem tego sakramentu w łacińskiej tradycji liturgicznej jest biskup. W epoce niesłusznie minionej Kościół zezwalał na bierzmowanie kapłanowi tylko wtedy gdy posiadał specjalną władzę od Stolicy Apostolskiej lub w przypadku zagrożenia życia. Z pewnością biskupi powinni sobie dziś uczynić rachunek sumienia. Otóż zadaniem biskupa jest "chrzcić, nauczać, rządzić, karcić, bierzmować, święcić i konsekrować". Niekoniecznie biskup musi "poświęcać" budynki i dzieła użyteczności świeckiej. Nie powinien zaniedbywać za to święceń swoich podwładnych, bierzmowania swoich diecezjan i sprawowania sakramentaliów jemu zastrzeżonych: poświęcenia świątyni, czy naczyń liturgicznych. Bierzmowanie wcale nie musi oznaczać odprawionej Mszy Świętej oraz sutego obiadu... . Można ograniczyć się do krótkiego kazania i odprawienia bierzmowania poza Mszą Świętą. Można także bierzmować na siedząco. W ostateczności zwłaszcza w czasach niżu demograficznego można zebrać młodzież całego dekanatu w jednej świątyni i w tedy biskup zamiast setki bierzmowań ma zaledwie kilka. Wystarczy odrobina rozumu i dobrej woli... . 

Nadzwyczajny szafarzat dotyka także sakramentaliów, choć póki co jest to problem marginalny. Trzeba stwierdzić iż nadzwyczajne szafowanie sakramentaliami ma tylko miejsce na zasadzie: kapłan  bywa nadzwyczajnym szafarzem poświęceń biskupich. Nigdy rzecz ta nie odnosi się do diakonów, którym z natury rzeczy poświęcać niczego nie wolno, gdyż nie mają władzy rządzenia w Kościele. Również uprawnienie diakona do asystowaniu przy zawieraniu małżeństwa i błogosławieństwa tegoż należy uznać za nadzwyczajne. Jest praktyką godną potępienia gdy parafia posiada diakona i ten obarczany jest wszystkimi chrztami, ślubami i pogrzebami. Nie w tym zasadza się służba diakońska.... . 

Reasumując - istnienie zinstytucjonalizowanego nadzwyczajnego szafarzatu jest oznaką kryzysu Kościoła. Kryzys ten to nie tylko brak duchowieństwa właściwego do określonych zadań, ale także zwyczajne lenistwo i patologiczna promocja laikatu, a właściwie wyręczanie się nim. Podczas gdy wiele funkcji w kuriach związanych z rzeczami świeckimi  sprawuje duchowieństwo  to laikat przejmuje od duchownych funkcje im należne. Tak być nie może! Niezależnie od liczby kapłanów nie możemy godzić się na zinstytucjonalizowanie nadzwyczajnego szafarzatu w jakiejkolwiek formie. Unikajmy zatem jak tylko się da nadzwyczajnych szafarzy kimkolwiek by oni nie byli. Bojkot w tej sprawie spowoduje naturalne wycofanie się tego zjawiska z Kościoła. Wszystkich nadzwyczajnych szafarzy - zwłaszcza Komunii Świętej usilnie proszę o porzucenie funkcji. Gdy przyjdą prześladowania wasza posługa może okazać się konieczna, ale tu i teraz, w warunkach polskich wspieracie pospolite nadużycie liturgiczne i przyczyniacie się do desakralizacji kultu Bożego. Z kolei kapłanów wyznaczonych do bierzmowań w normalnych warunkach również zachęcam do obstrukcji. Niech was nie zwodzi przewrotne mniemanie o waszej wyjątkowości. Biskupi po prostu się wami wyręczają. Dla dobra ich samych, którzy porzucają swoje obowiązki, wy zarzućcie nadzwyczajne szafarstwo bierzmowania. Sobór watykański II z którym przyszedł zły duch neomodernizmu zalecał: "W liturgii każdy powinien czynić to i tylko to co wynika z natury jego posługi". Bądźcie więc zgodni z tymże chociaż zdaniem waszego ukochanego soboru. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklętyk kleryk

środa, 16 maja 2018

Modernistyczna antymaryjność

Laudetur Iesus Christus!

Powodem napisania dzisiejszego artykułu są skargi wielu wiernych jakie do mnie dochodzą oraz prywatne spostrzeżenia. Przyznam szczerze, że nigdy nie pałałem wielkim nabożeństwem do Matki Bożej. Pomimo tego, że wychowałem się w mariackiej parafii, to jednak wiele elementów kultu maryjnego odebrał mi sam proboszcz tejże parafii. Tak więc zostałem wychowany niejako bez duchowej Matki, którą dla każdego katolika, a zwłaszcza duchownego powinna być Maryja. 

Najświętszą Maryję Pannę odkrywałem dopiero pod koniec deformacji seminaryjnej w dalszym toku moich studiów modernistycznych. Odkryłem Ją jako owoc zakazany, podążałem za szlabanami postawionymi mi przez deformację jakiej podlegałem. Gdy spostrzegłem, że to czemu jestem poddawany jest anty procesem doszedłem do wniosku, że większość tego co jest ukrywana, i przemilczana lub wprost negowana stanowi istotną wartość. Tak właśnie było z Maryją.

Seminarium duchowne w którym byłem nie stanowiło jakiejś pustyni duchowości maryjnej - fasada istniała i to właśnie ona większości klerykom zasłaniała i nadal zasłania istotę duchowości maryjnej. Mieliśmy więc grupę maryjną, na której modlitwach czasami się zjawiałem. Niestety grupa ta nie miała jasnego charyzmatu, nie formowała do niczego, była powieleniem różnych form pobożnościowych wyniesionych z parafii. To wszystko sprawiało że działania tej grupy były bardziej sentymentalną wędrówką po praktykach ludowych niż rzeczywistą formacją maryjną. Nie twierdzę, że nie należy hołdować ludowym nabożeństwo maryjnym, jednak duchowieństwo powinno być dobrze uformowane, aby pobożność maryjna nie była powierzchownym odklepywaniem pobożnych pieśni i modlitw.  Tak więc duchowość Maryjna w seminarium powinna przybierać konkretne kształty np Rycerstwo Niepokalanej czy Legion Maryi.

Myślę, że nie zdziwię moich czytelników zachętą do przeczytania Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny autorstwa św. Ludwika Marii Grignon de Monfort. Zasadniczo prawdziwe nabożeństwo opiera się na naśladowaniu Matki Bożej, jej cnót, sposobu życia oraz przedstawianiu jej swoich trosk. Ktoś kto lubi ze względów artystycznych czy też sentymentalnych odśpiewać godzinki lub też majowe nie jest jeszcze we właściwym tego słowa znaczeniu czcicielem Maryi. 

Problem pobożności maryjnej moim zdaniem jest dwupłaszczyznowy. Z jednej strony mamy wielość różnych form modlitewnych, w większości nawet zgodnych z duchem katolickim, jednak pozbawionych esencji czyli owego osobowego przylgnięcia do Najświętszej Dziewicy, z drugiej strony zaznacza się coraz bardziej widoczny zanik także tych zewnętrznych przejawów kultu maryjnego. Jak sądzę brak zewnętrznych form bezpośrednio wynika z przesłanki pierwszej, a mianowicie okresu w którym kult był ale jednak niedoskonały, bo pozbawiony treści.

U korzenia modernistycznej antymaryjności nie zasadza się jakaś złośliwa zawiść, czy też rzeczywista chęć szkodzenia, ale po prostu ignorancja. Jak w wielu dziedzinach życia przyczyną złej praktyki jest zła teoria. O tą drugą zadbali destruktorzy formacji intelektualnej i duchowej w seminariach. Właśnie wyrugowanie katolickich podręczników i zastąpienie ich wolną dumką poszczególnych wykładowców oraz paktowaniem z teologią heretycką spowodowały zanik świadomości maryjnej u co najmniej dwóch pokoleń duchowieństwa katolickiego. Oczywiście wiemy, że zmiany w studiach kościelnych i praktyczne wyrugowanie mariologii ze studiów kościelnych spowodowane było ruchem ekumenicznym. Pamiętam konspekt mojego przygotowania do I Komunii Świętej - były tylko dwa tematy maryjne i to przesunięte na sam koniec roku katechetycznego już po przyjęciu Pana Jezusa. Oczywiście owe tematy nie zostały już z braku czasu zrealizowane. Podobnie było na studiach. Aby nikt się nie przyczepił mariologię mieliśmy doczepioną do traktatu o Kościele. I był czas na to by wychwalać pod niebiosy ks. Marcina Lutra  i jego chęci uzdrowienia Kościoła - nie było jednak czasu na choć jeden wykład o Maryi. Z 32 tez do przygotowania o Maryi były dwie  - oczywiście nikt się ich nie uczył, bo wiadomo było że na egzaminie pytanie to nie padnie... . Do dziś nie wiem czemu mariologię doczepili do eklezjologii - czemu nie do chrystologii, albo charytologii? Każde doczepienie dałoby się uzasadnić. Swoją drogą ciekaw jestem, a może nawet czytelnicy przeprowadzą stosowne badania, jak wielu spośród czcigodnych potrafi wymienić jedyne 4 dogmaty maryjne podane przez Kościół do wierzenia. Jeśli któryś kapłan będzie potrafił wskazać jeszcze kiedy i w jakich okolicznościach owe dogmaty ogłoszono to już moim zdaniem zasługuje na naprawdę dobrą czekoladę... . A tak poważnie obawiam się, że niewielu się takich znajdzie, zresztą przekonajcie się sami... . 

Przyczyną złej praktyki jest zła teoria. Nie wińcie swoich duszpasterzy, że ich maryjność kuleje. Oczywiście znajdą się tacy, którzy uważają, że duchowni powinni to sobie nadrobić. Mam inne zdanie. Deformacja intelektualna działa także poprzez rozkład akcentów. Jeśli całą mariologię sprowadzono do tego, że Maryja jest Matką Kościoła i że trzeba z ludźmi w październiku odmawiać różaniec, to nie ma się czemu dziwić. Formacja seminaryjna naprawdę wymaga wiele wysiłku, może nawet nie tyle intelektualnego co psychicznego. Trudno wymagać że nie do końca ukształtowany chłopiec w porę zorientuję się w rzeczywistości w jakiej się znalazł i będzie w stanie odkryć wszystkie skarby które skrzętnie ukryje przed nim seminarium modernistyczne. Tak więc brak rzetelnej wiedzy w dziedzinie mariologii tworzy potem potworki katechetyczne i homiletyczne. Kaznodzieje i  katecheci zauważają że wypada coś o Maryi powiedzieć. A materiałów w Internatach jest bardzo dużo... . Niestety jednak głównie sprotestantyzowanych. Jeśli ktoś nie zna kluczowych haseł natrafi najpierw na nie i mamy potem gorszące wypowiedzi księży na temat Najświętszej Maryi Panny. Tymczasem o to co należy o Maryi wiedzieć streszcza się w zasadzie do tego jednego traktatu, który jeśliby sobie wielebni przyswoili to uczyniliby milowy krok we właściwym umaryjnieniu powierzonych sobie wiernych.

Mamy więc przepowiadanie o Matce Bożej, które jeśli się już pojawia jest zwykle takie, że lepiej, żeby go w ogóle nie było. Ale problemem są też nabożeństwa, a coraz częściej wolne improwizacje na ich temat i w konsekwencji ich zanik. Może zostanę uznany za dewotę maryjnego, ale uważam że w każdej parafii zestawem obowiązkowym jest: nabożeństwo różańcowe przynajmniej w październiku, majowe z litanią loretańską, różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca i godzinki o Niepokalanym Poczęciu przynajmniej w każdą pozostałą sobotę miesiąca oraz Nowenna do Matki Bożej nieustającej Pomocy. To jest zestaw minimum, bez którego nie można mówić o normalnym kulcie Maryjnym. Nie wyobrażam sobie parafii bez Żywego Różańca. Dobra parafia posiada także inne grupy maryjne na przykład Legion Maryi albo Rycerstwo Niepokalanej, czy różnego rodzaju bractwa szkaplerzne.

Posoborowa demolka liturgiczna dotknęła oczywiście także kultu maryjnego. Figury i obrazy Jej poświęcone usuwane są z ołtarzy. Nawet w mojej parafii mariackiej budowanej wg nowego stylu Maryja została od razu umieszczona w jakiejś wnęce ściany bocznej, tak że wchodzący nie są wstanie poznać wezwania świątyni z samego jej urządzenia. Nagminna jest także tendencja do odprawiania nabożeństw maryjnych bez wystawienia Najświętszego Sakramentu. Wielebni moderniści bronią tej paradoksalnej zasady jak największej świętości. Nie zauważają przy tym, że każda zdrowa pobożność Maryjna wypływa z kultu Pana Jezusa Chrystusa i do Niego prowadzi. Maryja bowiem jest pełna łaski ze względu na zasługi Chrystusa Pana. Matka Boża tytuł ten nosi ze względu na Pana Jezusa. Z jednej strony stosując zasadę niewystawiania Najświętszego Sakramentu bronią przed rzekomym pomieszaniem porządków, z drugiej strony nie rozumieją że odmawianie różańca jest głęboko biblijnym przeżywaniem w głównej mierze wydarzeń historiozbawczych z życia samego Zbawiciela. Właśnie wprowadzanie tajemnic światła zaburzyło koncepcję różańca bo wprowadziło wydarzenia w których Najświętsza Maryja udziału nie brała. Ot cała logika modernistów....

Reasumując - tam gdzie zanika pobożność maryjna tam zwija się Kościół. Absurdem jest, że w wieku w którym ogłoszono, że Maryja jest Matką Kościoła i ustalono nawet specjalne święto dla uczczenia tego faktu nie zrobiono nic dla obrony dobrego imienia Maryi na soborze watykańskim II oraz później. Ciągle czeka na ogłoszenie dogmat o tym, że Maryja jest współodkupicielką. Objawienia maryjne są ignorowane, zaś fałszywym się hołduje. Maryja jest praktycznie codziennie obrażana przez niedouczone duchowieństwo i sprowadzana do zwykłej kobiety. Pamiętajmy, że dogmatyka maryjna nie jest sprawą drugorzędną, ale logiczną konsekwencją dogmatów chrystologicznych. Kto nie wyznaje dogmatów maryjnych jak trzeba temu chwieje się cała chrystologia. Owszem, można się zbawić nie odmówiwszy w życiu ani jednego pozdrowienia anielskiego, tak samo można zostać wychowanym bez matki. Pytanie jakie to będzie życie... . Atakowanie Najświętszej Dziewicy i umniejszanie jej kultu jest jak zabieranie sobie matki. Kiedy ktoś to robi prywatnie czyni szkodę tylko sobie, gorzej jeśli jeśli posiada charyzmat kierowania Kościołem i jako kapłan pozbawia tego macierzyństwa wiernym do których jest posłany. Przeto budźmy w sobie właściwy i katolicki kult maryjny. Dbajmy o jego stronę wewnętrzną i zewnętrzną. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 10 kwietnia 2018

Bankructwo Kościoła

Laudetur Iesus Christus!

Ciągle w różnych miejscach daje się słyszeć pogląd mniej obeznanych we współczesnej sytuacji antyklerykałów, że Kościół bogaci się i posiada wielkie dobra doczesne. Niestety moje obserwacje dokonywane od ponad 10 lat przeczą temu poglądowi. Wraz z recesją duchową postępuje także i ta materialna. Oczywiście są ludzie Kościoła - funkcjonariusze, którzy defraudują ogromne zasoby materialne, w rzeczywistości przyczyniają się oni do pauperyzacji materialnej.

Sprawa którą dziś poruszam wydaje się błaha. W końcu największe skarby Kościoła to te duchowe, jednak dobra materialne pozwalają na działalność tej świętej wspólnoty w świecie. Gdy zostało zlikwidowane Państwo Kościelne to, bł Pius IX ogłosił się więźniem Watykanu. Jego następcy aż do Piusa XI konsekwentnie kontynuowali ten "protest". Jednocześnie ostatni z owych więźniów Watykanu był skłonny pertraktować nawet z samym Mussolinim, aby otrzymać skrawek suwerennego terytorium. Papież nie uczynił tego dla podniesienia swojego ego, ale po to, aby Kościół zachował niezależność na arenie międzynarodowej. To niewielkie państewko do dziś stanowi o niezależności politycznej Kościoła. Żadna inna religia nie posiada na świecie takiego przywileju. Owszem istnieją państwa islamskie, tak jak kiedyś istniały państwa katolickie, jednak żadne z tych państw nie dawało i nie daje żadnej religii niezależności politycznej. Także dobra finansowe i posiadana ziemia decydują o doczesnej sile Kościoła. Kiedy jego słudzy pamiętają, że dobra te mają służyć sprawie zbawienia dusz wtedy mówimy, że zagospodarowane są w sposób godziwy.

Pierwszy jasny sygnał na temat kryzysu finansowego Kościoła otrzymałem  będąc na akcji powołaniowej zaraz na pierwszym roku. Tamtejszy ksiądz proboszcz mieszkał sam na plebanii, bez żadnej służby - sam sobie gotował, prał etc. Nie miał nawet możliwości, by nas przenocować, w związku z czym w przeciwieństwie do reszty seminarzystów my wybraliśmy się na parafię ze Słowem Bożym tylko na jeden dzień.  Podczas obiadu własnoręcznie ugotowanego proboszcz zwierzył się nam, że gdyby nie katecheza w szkole, to nie byłby w stanie utrzymać ani siebie, ani plebanii. Musi dokładać na niektóre opłaty związane z utrzymaniem świątyni. Oznacza to, że ofiary wiernych nie pokrywają ani wydatków związanych z kultem Bożym w tej parafii, ani nawet utrzymania samego duszpasterza. Ksiądz ten utrzymuje się z katechezy finansowanej z budżetu państwa. Przeczy to porządkowi jaki zaprowadził w Kościele Chrystus Pan, który powiedział:  "W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu." (Łk 10,7) Ktoś powie, że przecież podatki też pochodzą z pieniędzy wiernych. Tak się owszem dzieje, jednak my nie mamy wpływu na to w jaki sposób i na jakich zasadach środki te są dystrybuowane. Ostatecznie sytuacja opisana w powyższym przykładzie nosi klasyczne znamiona cezaropapizmu. Stanowi uzależnienie owego duszpasterza od łaski i niełaski państwa. Siłą rzeczy staje się on urzędnikiem państwowym. Rychło może zostać postawiony przed dylematami, które nieraz są bardzo trudne - na przykład albo wypełniam masoński program katechetyczny, albo opuszczam moją parafię, bo nie mam za co żyć i za co godziwie sprawować Służbę Bożą. 

Przywykliśmy do tego, że księża żyją na wysokim poziomie. Nie wszędzie już tak jest. Wielu kapłanów skarży mi się, że swoistą karą może być przeniesienie na "mniej intratną placówkę".  Już sam taki sposób karania kapłanów przez kurię wywołuje u mnie wstrząs nerek  - bo jak można karać duszpasterza przez posłanie go do wiernych katolików? Jaki będzie poziom tego duszpasterstwa?  Okazuje się, że są parafie, na których kapłan może dorobić się wcale dobrego samochodu, ale są też takie, w której brakuje mu na dętkę do roweru... . Takie nierówności nie zawsze wynikają z przesłanek, o których napiszę za chwilę. Bo zasadniczo bankructwo Kościoła ma swoje przyczyny w upadku życia duchowego kleru. Oszacowałem, że może być w Polsce nawet 1/3 parafii, które miałyby problem z utrzymaniem się, gdyby nie regularna pensja dla kapłana ze strony różnych instytucji państwowych czy to szkoły, szpitala, więzienia, wojska, policji, straży pożarnej itd. Do tego dochodzą studia kościelne również finansowane przez budżet państwa. Proszę sobie wyobrazić co by było, gdyby do władzy doszedł antyklerykalny rząd? W jaki sposób przetrwałyby zasadnicze struktury kościelne. Oczywiście życie sakramentalne pozostałoby pewnie niezagrożone, ale działalność katechetyczna i ogólno duszpasterska upadłaby z kretesem! Władza oddana została w ręce ludu, a lud jest dziś bardzo antyklerykalny... . 

Wystarczy przypomnieć sobie choćby lata 80-te XX w. kiedy to ludziom żyło się biednie, katechezy w szkołach nie było, a duszpasterstwo szpitalne, wojskowe czy jakiekolwiek inne nie tylko że nie było dotowane przez państwo, to jeszcze skutecznie tępione. Wszystkie seminaria, punkty katechetyczne, posługa w szpitalach i więzieniach odbywała się tylko i wyłącznie z ofiar wiernych. Wtedy było normalnie, można powiedzieć, że Kościół niedotowany przez państwo był dużo bogatszy niż dzisiaj.  Możemy więc mówić o niesamowitej recesji. Wierni jeszcze tego nie zauważają, bo trup wciąż jest dożywiany pozaustrojowo, jednak taki stan długo już nie potrwa. Rządy wielu krajów wycofują się z dofinansowania Kościoła. Zakłada to w końcu popierana przez większą część katolików, a nawet o zgrozo duchownych, tak zwana neutralność światopoglądowa. Tam gdzie trup już cuchnie próbuje się jeszcze wprowadzać podatek kościelny, kontrolowany oczywiście przez biurokrację państwową Jest to ostatni etap finansowego upadku Kościoła. Zaprowadzany jest tam, gdzie ofiarność wiernych nie pozwala na pokrycie podstawowych potrzeb duchowieństwa i działalności wyznaniowej. Co ciekawe tam gdzie wprowadzono podatek kościelny - Kościół istnieje już tylko z nazwy, bo nie jest on tam już ani rzymski, ani katolicki.... .  

Niestety istnieją zakusy przynajmniej części duchowieństwa, by taki podatek wprowadzić w Polsce. Jako wyklęty kleryk pierwszy złożę akt apostazji u mojego proboszcza miejsca, jeśli to będzie warunkiem przynależności do Kościoła rzymsko-katolickiego. Uczynię to nie dlatego, że jestem przeciwny dotowaniu Kościoła, ale uczynię to z tego samego powodu z jakiego nie daję złamanego grosza osobie cierpiącej na alkoholizm. Jeśli bowiem składam na jakiś cel ofiarę, to muszę wiedzieć, że środki które przeznaczam zostaną wydane godziwie. W przypadku działalności Kościoła oznacza to, że pieniądze te będą wydawane w służbie zbawienia dusz. Podatek kościelny niweczy moją wolność we wspieraniu tych inicjatyw Kościoła, które światłem rozumu rozeznaję jako godziwe i słuszne. Wprowadzając podatek kościelny odcina się wiernych od jakiejkolwiek możliwości wpływania na doczesne losy Kościoła. Dzisiaj mogę zdecydować do którego kapłana pójdę aby ochrzcić dziecko, który kapłan pobłogosławi związek małżeński, albo pochowa bliską osobę. Wyboru mogę dokonać na podstawie tego czy kapłan ten godnie sprawuje świętą liturgię, czy głosi prawowierne kazania i czy postępuje w sposób godny urzędu jaki piastuje. W ten dyskretny sposób mogę zagłosować i współdecydować o losach Kościoła.

Wszystkich czytelników bloga zachęcam do przemyśleń na temat realizacji nowego piątego przykazania kościelnego. Musimy roztropnie troszczyć się o dobro wspólnoty Kościoła. Popierajmy dobrych duszpasterzy i katolickie inicjatywy. Nie popierajmy heretyckiego KUL-u i fakultetów teologicznych promujących ekumenizm. Składajmy intencje na Mszach sprawowanych w starym rycie. Miejmy odwagę wstrzymać ofiarę na tacę jeśli zbierana jest na seminarium, z którego wychodzą modernistyczni kapłani. Obudźmy się! To jest wielka szansa, być może ostatnia, by w realny sposób dokonać wyboru. To co napiszę jest bolesne, ale na innej akcji powołaniowej usłyszałem bolesne słowa pewnego wyuzdanego proboszcza: "Ciepią, ciepią, to co się czepiasz?" Właśnie dla dobra Kościoła czepiać się powinniśmy Głosujmy zatem mądrze, nogami i portfelem. Kto wie, może część hierarchów choćby z wyrachowania porzuci błędy modernizmu.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 31 marca 2018

Modernizm - suma wszystkich herezji

Laudetur Iesus Christus!

Nadeszła wreszcie pora na kluczowy wpis dla tego bloga i ośmielam się stwierdzić, że także dla kondycji współczesnego Kościoła. Mowa oczywiście o modernizmie, który odmieniany jest przez wszystkie przypadki tak przez wyklętego kleryka, jak i inne blogi integralnie katolickie, jednak dotąd nie został przeze mnie jasno określony. Nie zamierzam tutaj wprowadzać jakiegoś specjalnie nowego ujęcia. Jeden z moich wykładowców naśmiewając się ze św. Piusa X stwierdził, że on sam jest twórcą tego całego modernizmu. W pewnym zakresie nie sposób się z tym profesorem nie zgodzić. Faktycznie modernizm jako termin teologiczny został utworzony przez św. Piusa X, jednak samych problemów nie wymyślił on sam, a jedynie wespół z papieżami XIX w je zdiagnozował i zebrał w traktat, który zowie się encyklika Pascendi dominici gregis - czyli encyklika o zasadach modernistów. Jest to jeden z kluczowych tekstów dla współczesnego katolika chcącego wyznawać wiarę katolicką w sposób integralny. Niestety jak sądzę błędy opisane w encyklice zostały zauważone za późno, a wdrożone działania jak widać okazały się nieskuteczne. Niniejszy wpis poprzez streszczenie encykliki przybliży czytelnikom istotę modernizmu, jednak w sumieniu zobowiązuję każdego z was do przeczytania tej encykliki w ramach własnej formacji intelektualnej.

Jako przyczyny modernizmu papież Pius widzi ciekawość świata i uleganie duchowi nowinkarstwa oraz pycha, która powoduje oślepienie duszy i w ten sposób wprowadza w różne błędy. Pycha jest na tyle ważną przyczyną modernizmu, że papież poleca usuwanie z seminariów alumnów przejawiających tą wadę. Inną przyczyną modernizmu jest ignorancja intelektualna, zwłaszcza mieszanie metod i wprowadzanie metodologii filozofii nowożytnej do badań teologicznych. Szczególnym przejawem owej ignorancji jest porzucenie metody scholastycznej, a w wybieraniu źródeł opuszczanie tego co uczyło Pismo Święte, Ojcowie i doktorzy Kościoła oraz Magisterium Kościelne. Od strony kanonicznej moderniści poprzez formalne i materialne uszczuplanie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła wpływają na rozszerzanie się błędów. Jakże cenne są te papieskie uwagi. Każda z przyczyn podana powyżej występuje i dzisiaj - ponad wiek od opublikowania encykliki.

Sam modernizm nie jest pojedynczą herezją, ale jak stwierdza św. Pius X jest sumą wszystkich herezji. Wielkie to słowo, ale łatwo je udowodnić śledząc wywód encykliki, który pokazuje pleromę błędów modernizmu. Modernizm bardziej niż pojedynczą herezją jest systemem, tym bardziej złośliwym, że symptomy jego występowania nie zawsze występują wszystkie na raz. Dlatego też papież przestawia modernizm ukazując postawę modernisty: filozofa, wierzącego, teologa, historyka, krytyka, apologety i reformatora. Pokrótce postaram się wyciągnąć z tych kolejnych rozdziałów encykliki esencję, składając jednak na czytelnika moralny obowiązek przeczytania tejże encykliki.

A zatem pierwszym wymienianym rodzajem modernisty jest filozof. Filozof modernista za podstawę swojej tożsamości intelektualnej ma agnostycyzm. Dokładnie oznacza to, że rzeczy dawno przez łaskę Bożą w Objawieniu publicznym podane poddaje zwątpieniu uciekając się do naturalistycznego intelektualizmu. W praktyce agnostycyzm odziera wiarę modernisty ze wszystkiego co jest nadprzyrodzone  - taka wiara przestaje być wiarą katolicką. Jest niczym spróchniałe drewno. Skoro moderniści porzucają nadprzyrodzoną wiarę łatwo przechodzą do błędu immanentyzmu  życiowego, innymi słowy zaczynają wiarę i jej praktykowanie postrzegać nie jako dar Pana Boga, łaskę, ale jako wewnętrzna potrzeba człowieka. A skąd te teorie znamy, jak nie z religiologii wykładanej z początku na bezbożnych marksistowskich katedrach, a dzisiaj głoszonej nieraz i z katedr o zgrozo biskupich! Skoro wiara nie pochodzi od Pana Boga, ale od człowieka, więc wszelkie doświadczenie religijne opiera się na samowiedzy i ta samowiedza jest ważnym kluczem hermeneutycznym do zrozumienia modernizmu. Bowiem samowiedza nie wymaga udowadniania czegokolwiek. Cytując Hegla: "Jeśli to co mówię nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów". I z tej postawy wychodzi pycha i pogarda dla prawdy. Kiedy więc religia opiera się na samowiedzy, również zmieniona jest recepcja Objawienia. Nawet jeśli modernista uznaje jakieś objawienie, to jest to samobjawienie, ponieważ interpretuje je zgodnie z samowiedzą. Taki stan nazywa papież samouświadomieniem. Konsekwencją takiego samobjawienia jest zniekształcony obraz wydarzeń historiozbawczych. Dla modernisty nie będzie problemem próba wyjaśnienia zmartwychwstania Pana naszego Jezusa Chrystusa jako po prostu przebudzenie po letargu. To wszystko ma katastrofalne skutki dla wiary powoduje rozmyślanie bardziej nad własnym nędznym stanem umysłu niźli rzeczywistym przedmiotem wiary katolickiej. Dla modernisty filozofa największym bólem jest jednak dogmat. Przyjęcie dogmatu wiązałoby się z zaprzeczeniem fundamentalnych zasad teoriopoznawczych modernisty. W związku z tym czynią ci heretycy dogmat pojęciem pustym. Poprzez ciągłe zmienianie jego interpretacji dochodzi się w końcu do zmieniania formuł dogmatycznych. Wyciąganie z historii rożnych formuł, które dogmatami nie są, a które przez podobieństwo przypominają tezy stricte dogmatyczne moderniści roją sobie prawo do zmieniania dogmatów także formalnie! Sam byłem tego świadkiem. Reasumując - postawa modernisty filozofa wyzuwa wiarę z nadprzyrodzoności i prowadzi do solipsyzmu fideistycznego.

Tak zwany modernista wierzący to kolejna odsłona modernistycznego dramatu z encykliki Pascendi. Wierzący modernista od filozofa modernisty różni się tym, że pierwszy uznaje obiektywny pierwiastek nadprzyrodzony w wierze i w teologii, drugi natomiast wszystko wywodzi wszystko z różnych samo stanów... . Wydawałoby się, ze pogląd modernisty wierzącego jest katolicki, tymczasem pułapka tkwi w tym, że modernista wierzący owszem przyjmuje istnienie obiektywnej prawdy objawionej przez Pana Boga, jednak pewność co do niej wywodzi z własnego doświadczenia. Wobec tego jeśli doświadczenie wierzącego modernisty sprowadza nań pozytywne uczucie odnośnie do innej religii to uznaje ją za prawdziwą. Taki błąd ma swoją osobną nazwę i jest to indyferentyzm religijny. Jak słusznie zauważa św. Papież moderniści wierzący są w stanie przyjąć, że religia katolicka posiada więcej prawdy niż inne. Taki pogląd niestety został do ogólno katolickiej świadomości przepchnięty podczas Vaticanum II. Specyficznie moderniści wierzący postrzegają Tradycję - uznają ją bowiem w takim zakresie w jakim jest ona nośnikiem doświadczenia religijnego. Innymi słowy wybierają sobie zeń to co uważają za prawdziwe na podstawie osobistych doświadczeń. W relacji nauki i wiary prym wiedzie nauka wg modernistów wierzących. Choć deklaratywnie podkreślają oni rozdział nauki wiary, jakoby wiara była nieracjonalna, bo w rzeczywistej ich praktyce tak się niestety dzieje. Wprowadza się zatem paradoksalne dualizmy np Chrystus wiary i Chrystus historii. Oczywiście w konsekwencji Chrystus wiary uznawany jest za mit, natomiast Chrystus historii za prawdę. Prawdą nie jest jednak ani jedno ani drugie. Chociaż św. Pius X tego tak nie określił, pozwolę sobie podsumować, że modernistę wierzącego przyrównać można do kogoś ogarniętego całkowitym relatywizmem teoriopoznawczym. Dla wierzącego modernisty nie ma problemu w sprzecznościach. Ulega on najpierw paradoksom, a następnie nieuzbrojony we właściwe mechanizmy obronne wpada w absurdy. Doświadczenie wierzącego katolika nie zawsze bowiem jest natchnione Duchem Świętym... .

Modernista teolog walczy z problemem relacji wiary i nauki. Rezultatem jego dociekań jest podporządkowanie wiary nauce. Skoro bowiem filozof modernista stwierdził, że wiara pochodzi z człowieka, to w konsekwencji teolog konstatuje, że Pan Bóg jest w człowieku i zasadniczo tylko w nim. Jest to immanentyzm teologiczny - niesamowita redukcja istoty Bożej i zawoalowany panteizm! Wszelkie wyobrażenia wiary u teologa modernisty sprowadzone są do symboli, stąd mamy tak zwany symbolizm teologiczny. Skutkiem tego jest konsekwentne negowanie dogmatów sakramentologicznych.  Sakramenty zdaniem teologa modernisty są symbolem łaski, której wcale nie oznaczają. Zostają sprowadzone do czynności symbolicznych - swego rodzaju teatru. Niektórzy posuwają się do tego, że to nie sam Chrystus Pan, ale samoświadomość chrześcijańska zrodziła sakramenty. Czyli sakramenty nie mają udzielać łaski, ale są po to by podtrzymywać wiarę. Wobec tego należy uznać, że sakramenty niczego nowego w nasze życie nie wnoszą. Niestety takie tezy są coraz bardziej propagowane, pod pozornie zbożnymi katechizmowymi hasełkami w stylu: "bierzmowanie - sakrament dojrzałości chrześcijańskiej". Umiejętnie w nauczaniu miga się od podawania skutków sakramentów, wszystko po to by łatwiej je można było zniszczyć. Teolog modernista ma w głębokim poważaniu również Pismo Święte, traktując je bardziej jako zbiór mądrościowych dykteryjek właściwych świętym księgom także i innych religii. Bowiem to co się z Pisma Świętego wyniesie zależy nie od obiektywnego osądu Tradycji, lecz od subiektywnego, indywidualistycznego doświadczenia z tekstem, który zgodnie z agnostycyzmem ma autora przede wszystkim ludzkiego. Jak się okaże moderniści tak jak uważają traktat o natchnieniu, tak też traktują w swoich heretyckich egzegezach sam święty tekst. Tak samo jak sakramenty teolodzy modernistyczni traktują Kościół. Nie jest on ich zdaniem jedynym na świecie zrzeszeniem zbawczym. Są też inne, w których można partycypować i z którymi można utrzymywać przyjacielskie stosunki. W końcu doświadczenie religijne każdego człowieka jest boskie, wszak Bóg mieszka w człowieku. I niestety tak samo jak wiara jest podporządkowana nauce, tak Kościół państwu w sprawach doczesnych. Efektem jest permanentny zwłaszcza dzisiaj cezaropapizm. Autorytet kościelny zdaniem teologów modernistycznych ma szukać porozumienia z władzą cywilną. Zapomina się przy tym, że każda władza pochodzi od Chrystusa Pana i Jemu samemu jest przyporządkowana. A kto jeśli nie Kościół ma być wyrazicielem owej władzy Chrystusa Pana na ziemi? Teolog modernista traktując wiarę jako rzeczywistość żywą myli rozwój tej wiary rozumiany jako jej rozkrzewianie z ciągłym dostosowywaniem nauczania, liturgii i ortopraksji do warunków współczesności.

Innym rodzajem modernistów są historycy. Przeceniają oni metodę swojej nauki ponad autorytet Objawienia Bożego. Wiedzą oni lepiej co Chrystus Pan powiedział i co zrobił. Co bowiem nie pasuje do wytworzonego przez nich obrazu świata w historii to trzeba odrzucić z opowiadaniu o Panu naszym Jezusie Chrystusie. To samo jednak czynią i ze Starym Testamentem. Jezus Chrystus objawiony w Piśmie Świętym zostaje naturalistycznie sprowadzony do zwykłego człowieka. Przez te wywody historyków modernistów Pismo Święte staje się zbiorem pobożnych mitów. Tak samo podchodzą oni zresztą do historii Kościoła, hagiografii etc. Wszystkie opowiadania o walce św. Jerzego ze Smokami zostaną odrzucone jako niezgodne z prawdą historyczną. Dla historyka modernisty, popartego nauczaniem filozofa i teologa modernisty nie ma miejsca na nadprzyrodzoność. Właśnie działalność historyków modernistycznych zauważalna jest tak bardzo w okresie wielkanocnym - kiedy co roku wynajdują kolejne rzekome dowody, na to że opowiadanie o zmartwychwstaniu Pana Jezusa jest mitem.

Wreszcie modernista krytyk. Stanowi on niejako połączenie historyka i filozofa. Podobnie jak teolog  przyjmuje iż istnieje Chrystus wiary i historii, jednak wyraźnie Chrystusa historii uznaje za prawdziwego, a Chrystusa wiary za pobożne wyobrażenie. Krytyk jak sama nazwa wskazuje posiada krytyczne podejście do historii. Chociaż św. Pius X tego od razu wprost tego nie nazywa ujawnia się tu coś co nazywamy metodą historyczno-krytyczną. Zgodnie z ta metodą modernista krytyk patrzy na dzieje zbawienia oraz na Pismo Święte. Z danych przez historyka faktów wybiera te które dają się historiozoficznie dopasować do układanki i tworzą spójny w jego mniemaniu obraz dziejów. Oczywiście przesłanki do takiej operacji tworzą się w umyśle samego modernisty krytyka i mam wrażenie że tylko jemu samemu są znane... . W metodzie opisu rzeczywistości przez modernistę krytyka dominuje ewolucjonizm - jest to w zasadzie jedyna zasada do której można odnieść jego wywody. Z faktów historycznych wybiera on zatem zwykle te które dają się pogodzić z postępackim urojeniem. Krytyk ideologizuje zatem rzeczywistość, a tym samym zakłamuje ją. Słuszne pytanie zadaje święty Papież - kto zaś jest autorem owej historii: historyk, czy sam krytyk? Okazuje się że filozof, bo odpowiedzi na pytania zależą od założeń podanych przez filozofa Bardzo istotnym elementem destruktywnego działania krytyka jest zastosowanie krytyki tekstu Pisma Świętego. Przy tej niebywałej profanacji ujawnia się, że modernista - kimkolwiek by nie był - traktuje Pismo Święte zupełnie przedmiotowo. Encyklika Pascendi jest właśnie tą wypowiedzią Magisterium Kościoła, która potępia metodę historyczno-krytyczną jako badawczą wobec Pisma Świętego. Odtrutką dla tego poważnego w skutkach błędu, jest przyjęcie Wulgaty jako katolickiego Pisma Świętego.

Istotnym zadaniem apologety modernistycznego jest wykazywanie że może istnieć sprzeczność. Wiarę katolicką owi apologeci tłumaczą tak, że aż roi się od niej od aporii, paradoksów, czy absurdów. Wszystko jednak potrafią usprawiedliwić, jeśli to nie kłóci się z ich pojęciem prawdy symbolicznej. Oczywiście tak rozumiana prawda nijak się ma z logicznym pojęciem prawdy opartym na zdroworozsądkowej definicji, że prawda jest to zgodność myśli z rzeczywistością. Apologeci wprowadzają immanentyzm religijny bardzo sprytnym wywodem. Otóż uznają, że Chrystus Pan w duszy każdego człowieka ziarno z którego kiełkuje wiara. Tym ziarnem oczywiście nie jest łaska (nawet jeśli tak to nazwą), ale rodzaj samowiedzy i samouświadomienia. Ponieważ doświadczenie religijne jest subiektywne w ten sposób usprawiedliwiają różnice poglądów poszczególnych wiernych i pochwalają je oczywiście do momentu w którym ktoś z wiernych nie zachowuje poglądu integralnie katolickiego. Apologeci modernistyczni prowadzą w świecie anty ewangelizację. Pseudo racjonalnymi dowodami wykazują możliwość istnienia w wierze relatywizmu teoriopoznawczego. 

Ostatnim rodzajem modernistów zdaniem św. Piusa X są reformatorzy. Zgodnie z nazwą ich motorem działania jest zmiana. Niestety zmian nie postulują w sposób organiczny, ale rewolucyjny, zresztą prawie zawsze z pogwałceniem odwiecznych zasad reformowania Kościoła. Nie brak więc reformatorów wśród tych, którzy nie posiadają władzy w Kościele, a jednak mają wpływ na tych, którzy tą władzę posiadają. Udając pokorę potrafią przyjąć stanowiska decyzyjne i z tego powodu są ostatecznym rodzajem szkodnictwa modernistycznego. Co bowiem poprzednie typy modernistów uroiły sobie w głowach, to reformator wciela w życie. Główne postulaty reformatorów nie uległy na przestrzeni wieku zmianom: chcą uproszczenia liturgii - tak by pozbawić jej elementów najpobożniejszych, chcą porzucenia w studiach kościelnych scholastyki - tak aby zniszczyć zaplecze intelektualne, chcą by wszyscy wierni  rządzili Kościołem - tak aby zniszczyć porządek zaprowadzony przez Chrystusa Pana. Takich zresztą pomysłów mają wiele. Czytelnicy sami dośpiewają sobie resztę litanii.

Encyklika zawiera jeszcze środki zaradcze. Jako że odsyłam do lektury, nie będę ich opisywał, szczególnie, że jak czas pokazał niestety okazały się nieskuteczne. Już to z powodu zbyt późnego opublikowania samej encykliki już to z nazbyt optymistycznego założenia św. Piusa X że ma on więcej prawowiernych niźli modernistycznych współpracowników. Dzisiaj modernizm domaga się odrębnych opracowań. Można założyć że mamy do czynienia z neomodernizmem. Encyklika Pascendi pozostaje aktualna, jednak nie odzwierciedla wszystkich problemów z modernizmem związanych.

Obchodzone przez nas święta to także okazja do złożenia życzeń. Tym trudnym tematem kieruję swoje życzenia ku Kościołowi, którego jak mniemam wszyscy czytelnicy bloga są lub chcą być. Niech więc za łaską Bożą Kościół ten zostanie oczyszczony z błędów i wrogów, niech zajaśnieje nowym blaskiem starej Tradycji. Niech zmartwychwstanie  razem Chrystusem Panem. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk



środa, 28 lutego 2018

Indyferentyzm religijny, czyli praktyczne porzucenie wiary

Laudetur Iesus Christus!

Kontynuując cykl wielkopostnych wpisów, nie sposób nie pochylić się nad błędem indyferentyzmu o którym wiele pisali papieże przełomu XIX i XX wieku. Problem jak się nam wydaje narasta i to pomimo stanowczych wypowiedzi Magisterium Ecclesiae. Indyferentyzm  religijny jest postawą, czasem przyjmującą formę światopoglądu przejawiającą się brakiem zainteresowania sprawami religii. Jest o tyle gorsza od ateizmu, czy błędnowierstwa że zakłada brak zainteresowania religią. Śmiem twierdzić że człowieka wierzącego w swój ateizm lub wierzącego wiarołomnie  łatwiej jest nawrócić niż kogoś kto w kwestiach religijnych po prostu wzrusza ramionami. 

Indyferentyzm zaczął się rodzić w nurcie modernizmu. Potępił go już bł Pius IX w Sylabusie Błędów publikując poprzez Święte Oficjum kilka fałszywych tez potępionych wcześniej w swoim nauczaniu:
15. Każdy człowiek ma swobodę wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za prawdziwą.
16. Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii.
17. Należy mieć przynajmniej zasadną nadzieję co do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy w żaden sposób nie przynależą do prawdziwego Kościoła Chrystusowego.
18. Protestantyzm nie jest niczym innym, jak tylko jedną z różnych form tej samej prawdziwie chrześcijańskiej religii, w której tak samo można się podobać Bogu, jak i w Kościele katolickim.
Czy tezy te nie wydają się bliskie temu co dzisiaj słyszymy z naszych katedr akademickich, ambon, wypowiedzi prasowych przedstawicieli duchowieństwa katolickiego? 

Już przed Soborem Watykańskim II na uniwersyteckie katedry przyszedł powiew ubranego w naukowość indyferentyzmu. Zachwycano się dopiero co opublikowanymi Prawami Człowieka, humanizmem i dyrektywami ONZ. Błędnie wykoncypowano, że wolność religijna nie pozwala Kościołowi na głoszenie prawdy katolickiej. A przecież nie chodzi o nawracanie kogoś siłą, a jedynie zwykłą pracę apostolską, którą wykonujemy od czasów gdy w misyjnym nakazie zlecił nam ją Chrystus Pan. 

Dziś powszechnie mówi się i przychodzi to do nas od najwyższej hierarchii, że zbawić się można w każdej religii. Nie dziwi więc fakt, że ludzie wymyślają nowe denominacje, tworzą sobie cielca na swój obraz i podobieństwo i oddają mu cześć. Tymczasem Pan nasz Jezus Chrystus powiedział:  "Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony." (Mk 16,16) Nazbyt szybko uznaje się, że nieświadomość co do prawd wiary jest niepokonalna. Nie ma to już nic wspólnego z nauką bł Piusa IX, a jest jedynie przykrywką dla ignorowania ewangelicznego nakazu misyjnego. Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus nie jest sadystą, gdyby była prostsza droga do zbawienia z pewnością nie poniechał by nam jej pokazać. Drogą zbawienia jest droga Kościoła, każdy kto rozmyślnie wybiera inną ściąga na siebie potępienie.

Problem tezy odnośnie do zbawienia poza Kościołem usiłowano rozwikłać tworząc teorię kręgów przynależności do Kościoła. Teza ta sama w sobie jest heretycka i sprzeczna nawet z lansowaną wolnością religijną. Skoro każdy sam sobie może wybrać sobie religię, to dlaczego siłą włącza się go w Kościół? Inną wątpliwą teorią jest chrześcijaństwo anonimowe. Anonimowym można być alkoholikiem, ale nie katolikiem. Pan nasz Jezus Chrystus naucza: "Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie." (Mt 10,32-33) 

Szczególnie dziś w dobie ekumenizmu głosi się, że protestantyzm to także droga dojścia do Pana Boga. Religia założona przez człowieka nie jest i nie może być żadną alternatywą dla drogi przewidzianej przez samego Pana Boga. Jest to niczym budowanie wieży Babel. Pycha współczesnego człowieka zdaje się sięgać nieba, a rozbija się u swych podstaw. Gdyby protestantyzm podobał się Panu Bogu na pewno dostalibyśmy jakiś znak, a oto widzimy jak denominacje protestanckie dzielą się bez przerwy i odchodzą od prawdy ewangelicznej przewrotnie głosząc skrajny nieraz biblicyzm oraz przezywając się ewangelikami. 

Z czysto socjologicznego punktu widzenia. Jakie szanse na ostanie się ma religia która twierdzi, że nie jest jedyną drogą do zbawienia? Jaki jest sens trwać w surowych wymaganiach moralnych, skoro przedstawiciele Kościoła twierdzą, że w bardziej liberalnych wyznaniach też można się zbawić. Czy naprawdę współczesny świat jest aż tak głupi, że nie widzi iż jest to zwodzenie? Rezultatem negacji odwiecznych prawd wiary i moralności przez hierarchię kościelną jest właśnie indyferentyzm religijny. Stąd mamy tylu wierzących i niepraktykujących. W Kościele zachodnio-katolickim nie znajdują bowiem oni tego co powinni, a więc samego Pana Boga. Jedyną słuszną drogą jest powrót do zakurzonych środków zbawienia, do prawdy głoszonej przez Kościół od śmierci ostatniego apostoła. Odpowiedzialność przewrotnych wilków przebranych w owczą skórę za potępienie dusz przez sprowadzenie ich na drogi indyferentyzmu głośno woła o pomstę do niebios. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 10 lutego 2018

Fałszywe posłuszeństwo

Laudetur Iesus Christus!

Posłuszeństwo jak dobrze wiemy jest jedną z rad ewangelicznych. Chrystus Pan naucza: "Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał" (Łk 10, 16) Ład i porządek w Kościele jest konieczny, po to też Pan Bóg ustanowił świętą hierarchię, aby byli pasterze i służący wedle różnych stopni - tak dla sprawowania kultu Bożego oraz szafowania łaską sakramentalną jak również rządzenia Kościołem. Niestety w czasach zamętu do hierarchii dostały się wilki, które przebrane w owczą skórę zwodzą wiernych na złe drogi.

Wobec trudności jakie napotyka współczesny wierzący należy rozprawić się z błędem fałszywego posłuszeństwa. Kościół święty jest z ustanowienia Bożego hierarchiczny. A to oznacza, że władza w Kościele ma charakter zstępujący. Prawdziwą głową Kościoła jest Pan nasz Jezus Chrystus, widzialną papież rzymski, jemu podlegli są zaś biskupi, którzy jako następcy apostołów kierują pracą kapłanów oraz pozostałych kleryków. To przypomnienie jest bardzo ważne bo niewielu katolików w praktyce pamięta skąd władza w Kościele pochodzi i na czym polega legitymizacja władzy hierarchii. Opiera się ona z jednej strony na prawowitej sukcesji apostolskiej bądź piotrowej oraz odpowiedniej aprobacie Kościoła związanej bądź to z wyborem na urząd (np papież, opat) bądź też misją nadaną przez prawowitych przełożonych (taką winni posiadać biskupi na obszar swojej diecezji, prezbiterzy oraz pozostali klerycy). Czasami misja wyznaczana jest na poszczególne zadanie - na przykład urząd wikariusza generalnego czy pracownika Kurii Rzymskiej. Jednak jak pokazało ostatnie 11 dekad samo formalne przyporządkowanie nie jest wystarczającą legitymizacją władzy kościelnej. Dużo istotniejsze jest materialne podporządkowanie zarządzających ze swymi przełożonymi, a przede wszystkim z samym Panem Jezusem Chrystusem.  Omawiane zagrożenie wiary zauważał już św. Pius X w encyklice Pascendi dominici gregis: "Zwlekać nam dłużej nie wolno. Wymaga tego przede wszystkim ta okoliczność, iż zwolenników błędów należy dziś szukać nie już wśród otwartych wrogów Kościoła, ale w samym Kościele: ukrywają się oni – że tak powiemy – w samym wnętrzu Kościoła; stąd też mogą być bardziej szkodliwi, bo są mniej dostrzegalni. (...) Idą więc wciąż naprzód na obecnej drodze; postępują mimo upomnień i kar, ukrywając niesłychaną zuchwałość pod płaszczykiem udanej pokory. Obłudnie chylą głowy, ale ręką i sercem przeprowadzają tym zuchwalej zakreślone przez siebie plany. " A zatem podstawowym zagrożeniem dla prawdziwego posłuszeństwa jest sposób w jaki działają moderniści. I trzeba być dzisiaj na to szczególnie wyczulonym, bo nie każdy kto mówi że jest pasterzem w rzeczywistości nim jest. Probierzem autentyczności jest dziś wierność Ewangelii i Tradycji Kościoła.

Legitymizacja władzy zależy nie tylko od formalnego przestawania w strukturach kościelnych ale na rzeczywistym działaniu osoby sprawującej władzę. Na tym czy to co ona robi jest zgodne ze zmysłem wiary całego Kościoła, ostatecznie z wolą Bożą. Gdy zatem zarządzający jakimś terytorium lub dziełem kościelnym działa przeciw świętej Ewangelii lub Tradycji Kościoła wtedy przestaje materialnie być w komunii wiary i posłuszeństwa. Takiego funkcjonariusza kościelnego choćby posiadał wysokie dystynkcje musimy omijać, a w ostateczności odważnie się mu sprzeciwić. Ostatecznie winniśmy bowiem posłuszeństwo Panu Bogu. I tu rodzi się problem, gdyż jak wiemy święta hierarchia została po to ustanowiona aby pomóc nam wypełniać w życiu wolę Bożą i po to by Kościół dobrze spełniał swe zadania w świecie. Jednak plagi zapowiadane przez liczne objawienia uznane ongiś przez Kościół dziś się wypełniają. Potrzebujemy więc odwołania się do zmysłu wiary Kościoła. Sytuacja w której trzeba oceniać decyzje przełożonych z pewnością jest trudna i nadzwyczajna, jednak takich czasów dożyliśmy i z dopustu Bożego musimy stawić im czoła. Pan Bóg zsyłając nas dzisiaj na ziemię nie pozostawił nas bez odpowiednich łask - nie wolno popadać w defetyzm!

Wielkim błędem popełnianym przez licznych prawych katolików, tak duchownych jak świeckich jest odwoływanie się do rady ewangelicznej posłuszeństwa w realizowaniu zadań jawnie sprzecznych z zamysłem Bożym objawionym w Piśmie Świętym i Tradycji. Gdy staniemy przed sądem Bożym nie będziemy pytani przede wszystkim o to jak realizowaliśmy polecenia przełożonych, ale czy byliśmy rzeczywiście posłuszni. Wystarczy pomyśleć o kryzysie ariańskim z IV w. Cóż by to było gdyby wyznawcy na miarę św. Mikołaja, św. Atanazego czy św. Cyryla Jerozolimskiego ulegli synodom heretyckim które ściągały ich z urzędów? Właśnie wielkiej odwadze tych i wielu innych wyznawców zawdzięczamy dzisiaj wiarę w Jezusa Chrystusa - Syna Bożego. Ostatecznie zawdzięczamy im to że jesteśmy katolikami, a nawet chrześcijanami... . I dziś przychodzi kryzys - śmiem powiedzieć na miarę tego z IV wieku. Błędy są może inne, niemniej sprawa tak samo ważka. Kościół przetrwa niezależnie od naszej postawy, jednak to w jaki sposób będziemy wypełniać nasze obowiązki czy to duchowne czy świeckie ma wpływ na to ile dusz zostanie uratowanych ostatecznie także i na los naszej własnej duszy. 

Bierzmowanie, które chyba wszyscy czytelnicy niniejszego bloga przyjęli dało nam łaski do obrony wiary życiem i słowem. Jest to także wielkie zobowiązanie, z którego zostaniemy na sądzie Bożym rozliczeni. Szczególnie dziś istotny jest więc protreptyk bpa Rene Gracida. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku osób duchownych wierność prawdziwemu posłuszeństwu jest trudna i naraża na utratę nawet środków do życia. Jest jednak wiele środków od obstrukcji począwszy a na zawiązywaniu specjalnych stowarzyszeń skończywszy. Pamiętam jak tak zwany prymas polski - abo Wojciech Polak wystosował odezwę w której zaznaczył, że suspenduje każdego kapłana archidiecezji gnieźnieńskiej, który wyrazi sprzeciw wobec islamizacji Polski przez przyjmowanie nachodźców. I oczywiście garstkę kapłanów by pewnie dla sprawy poświęcił i wykluczył z duszpasterstwa, ale gdyby wystąpiło kilkudziesięciu? Wątpię... . Czas decyzji ostatecznej się zbliża. Nie zdecydowanym przypominam napomnienie św. Pawła: "Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy - niech będzie przeklęty! Już to przedtem powiedzieliśmy, a teraz jeszcze mówię: Gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą [od nas] otrzymaliście - niech będzie przeklęty!" (Ga 1, 6-8).

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 24 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 8 - wspólne deklaracje

Laudetur Iesus Christus!

Chociaż dokumentami ekumenicznymi zamierzam się zająć w przyszłości i po kolei je omawiać, to jednak już teraz anonsuję na przyszłość ostatni problem jaki widzę w ruchu ekumenicznym. W ekumenicznym dialogizmie przyjęto za zasadę powoływanie dwu czy wielostronnych komisji do sprawa badania doktryny czy też czasem także moralności. Owocem prac tychże zespołów są wspólne deklaracje, które przez modernistycznych teologów podnoszone są do rangi dokumentów Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Taki pogląd jest z gruntu fałszywy.

Po pierwsze nawet jeśli od strony katolickiej zasiadają jacyś biskupi to nie są oni uprawnieni do tego by wydawać dokument wiążący w sumienia każdego katolika. Walor oficjalnego nauczania mają bowiem tylko te dokumenty które są niesprzeczne z Pismem Świętym i całą poprzedzającą Tradycją, są wydane przez papieża lub na jego wyraźne polecenie np dokumenty Kongregacji Nauki Wiary. Biskupi nauczają w sposób zobowiązujący mnie w sumieniu tylko wtedy gdy zbiorą się na soborze powszechnym. Zdanie poszczególnego biskupa nie jest oficjalną wypowiedzią Magisterium Ecclesiae, choć naturalnie od strony materialnej może i powinno wyrażać katolicką wiarę i właśnie dlatego może zasługiwać na przyjęcie. 

Po drugie deklaracje, które dotychczas wydano dotyczą nauki już zdefiniowanej. Przedstawiają ją w sposób albo wprost heretycki, albo niekompletny, przez co usiłują uszczuplić świętą Tradycję Kościoła. Takie nauczanie z natury rzeczy nie obowiązuje w sumienia wiernego katolika. Przykładem może być wspólna deklaracja o usprawiedliwieniu z 1999 r, która zostanie w przyszłości poddana głębszej analizie. Nauka o usprawiedliwieniu została zdogmatyzowana na soborze trydenckim. Deklaracja niczego nowego nie wnosi. Jedynie sprowadza nauczanie katolickie do akceptowalnego ze strony protestantów, a przez to czyni oficjalne stanowisko współczesnej hierarchii czysto protestanckim. To w żaden sposób nie zbliża nas do rozwiązania problemu. To tak jakby osobie zasypanej przez lawinę próbować pomóc dokładając śniegu... . Innym przykładem absurdalnej deklaracji jest ta o wspólnym uznawaniu chrztu. Skoro sygnatariusze rzekomo przyjmują pierwsze 8 wieków wspólnej Tradycji to powinni uznawać także orzeczenie papieża Stefana I o ważności chrztu heretyków, byleby chrzest udzielony był z wody i przy użyciu formuły trynitarnej. Po co wyważać dawno otwarte drzwi? Chyba tylko po to by uniknąć owego oskarżenia o herezję.

Po trzecie jaki walor ma nauczanie tworzone przy współudziale i aprobacie heretyków oraz shizmatyków? Jakim prawem uznaje się takie dokumenty za oficjalne stanowisko Kościoła? Jest to czysty irenizm, czyli pogląd stanowiący, że wiarę należy przedstawiać w sposób niekonfrontacyjny i ostatecznie wspólnie z błędnowiercami poszukiwać prawdy. Jaki owoc może wydawać kompromis w sprawach wiary? Czyż Chrystus Pan prowadził jakieś wspólne warsztaty z uczonymi w prawie, czy też z mesjańskim autorytetem nauczał ich? 

Ślepa droga ekumenizmu wynika z tego, że u założeń tego ruchu leży pogląd że odszczepieńcy od wiary katolickiej mogą nas w czymś ubogacić albo pomóc nam odkryć jakąś prawdę wiary. Tymczasem dialog choćby katolicko-protestancki może być dla katolika zbawienny tylko w tedy gdy z pomocą łaski Bożej doprowadzi do powrotu protestanta na łono Kościoła. Gdyby katolik przyjął choć ułamek błędów protestanckich przez to samo przestaje być katolikiem. Zrozummy w końcu, że herezja w swoim podstępie nie jest porzuceniem całej wiary tylko wybiórczych prawd. Herezja w konsekwencji prowadzi do odłączenia się od Kościoła. Z troską i miłosierdziem chrześcijańskim módlmy się o nawrócenie innowierców. Szukanie jedności poprzez kompromisy jest niemiłosierne tak wobec nas samych jak i tych z którymi dialogujemy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 19 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 3 - gościnność ambony

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj o czymś co bardzo wzburzało moje nerki gdy byłem w seminarium. Gościnność ambony to praktyka dopuszczania heretyków do głoszenia wiary w katolickich świątyniach. Cały absurd sprowadza się nawet nie do samej praktyki ale reakcji wiernych. Większość z nich gdyby nie mandat hierarchiczny na tego typu akcję po prostu wyszłaby ze świątyni oburzona. Tymczasem ci maluczcy gdy tylko usłyszą o jakimś mitycznym przywileju to zamykają oczy wiary, a otwierają ślepe konformistyczne posłuszeństwo. A nawet gdyby przywilej był to czy praktyka stałaby się przez to godziwa? Rozważmy... .

Przez wieki kazanie, czy też homilia były pozaliturgiczną posługą słowa. Po prawie 20 wiekach istnienia Kościół uznał, iż jest to jednak przepowiadanie liturgiczne i podniósł na Soborze Watykańskim II jego rangę. Odnośne teksty na temat homilii znajdują się w 52 i 53 punkcie Konstytucji o Świętej Liturgii. Niestety wraz z podniesieniem rangi tej formy przepowiadania nastąpiła postępująca pauperyzacja. O jej pozostałych formach czytelnicy dowiedzą się z innego wpisu. Skoro homilia lub kazanie jest częścią liturgii to stanowi ona publiczną Służbę Bożą, należy więc do misterium Kościoła, do sposobu jej przeżywania, szczególnie że jest związana przede wszystkim z celebracją mszalną. Wyklęty kleryk wyznaje relatywizm homiletyczno-liturgiczny. Chociaż uznaje on za prawdę postulat soborowy, co potwierdzają homilie wielkich Doktorów Kościoła, które zaiste są Słowem Bożym, to jednak liturgiczność homilii czy też kazania uzależnia od treści i formy. Liturgia bowiem domaga się właściwej treści i godnej formy. Nie są więc homiliami, czy też kazaniami jakieś przedstawienia dla dzieci, wywody społeczno-polityczne a także prywatna dumka modernistycznych pastuchów. Z uczciwością za kazania wyklęty kleryk nie uznaje także swoich wpisów na niniejszym blogu.

A zatem skoro to liturgia domaga się ona także odpowiedniego szafarza. Szafarzem słowa Bożego jest ważnie wyświęcony kleryk w odpowiednim stopniu. I tak wielowiekowa Tradycja Kościoła za kleryka zdatnego głosić kazania w czasie Mszy Świętej uznaje biskupa oraz prezbitera. Diakon może wygłosić taką naukę tylko za pozwoleniem biskupa lub prezbitera. Potwierdza to wyraźnie kanon 767 Kodeksu z 1983 r: "Wśród różnych form przepowiadania szczególne miejsce zajmuje homilia. Stanowi ona część samej liturgii i jest zarezerwowana kapłanowi lub diakonowi. W
ciągu roku liturgicznego należy wykładać w niej na podstawie świętych tekstów tajemnice wiary oraz zasady życia chrześcijańskiego." Nie ma zatem mowy o żadnych minorystach, świeckich, czy wreszcie heretykach. Aby swój nikczemny zamysł przeprowadzić moderniści wykoncypowali przywilej, którego choć długo szukałem znaleźć nie mogłem. Zresztą nawet gdybym znalazł takowy to materialnie kwestia nie wyczerpuje znamiona przywileju. Z kanonu 76 Kodeksu z 1983 r: "Przywilej, czyli łaska udzielona dla pożytku pewnych osób, fizycznych lub prawnych, szczególnym aktem, może być przyznany przez ustawodawcę oraz przez władzę wykonawczą, której prawodawca dał taką władzę." Jakiż tutaj jest pożytek i jaka łaska? Uczono mnie na modernistycznym fakultecie teologicznym że przywilej nie może być sprzeczny z obowiązującym prawem, gdyż wtedy zowie się on indultem. Zatem przywilej nawet gdyby się znalazł nie byłby prawomocny. Jaka jest różnica pomiędzy przywilejem, a indultem? Indult to wyjątek od prawa (contra legem) nadany przez prawodawcę kościelnego dla danej osoby np.: indult sekularyzacyjny pozwalający odejść z zakonu, przywilej zaś to coś będącego obok prawa (iuxta legem) np.: przywilej noszenia racjonału dla arcybiskupa Krakowa. 

Rozważmy sprawę od strony czysto moralnej. Skoro wiadomo, że herezja jest czymś szkodliwym, a heretyk szerzy ową szkodliwą rzecz, to czy godzi się go dopuszczać do miejsca z którego można fałsz rozpowszechniać? Szkodzi to samemu heretykowi, którego utwierdza się w błędzie często tytułując go w sposób nieodpowiedni. W końcu dopuszczenie kogoś w Kościele do tak ważnej czynności oznacza aprobatę dla wygłaszanych poglądów. Wreszcie szkodzi maluczkim, którzy stają bezbronni wobec nawet niefarbowanego wilka. Pasterze dopuszczający do takich bezeceństw grzeszą ciężko. I padnie argument, że przecież  praktyka gościnności ambony nie zna głoszenia treści spornych, że jest refleksją teologiczną, łamaniem się Słowem Bożym itp farmazony. Bardzo proszę stworzyć panel dyskusyjny lub pogadankę poza przestrzenią świętą i poza liturgią. Z chęcią wyklęty kleryk zaproszenie przyjmie. Jednak w duchu i prawdzie. Nie wolno nazywać Słowem Bożym coś co nim być nie może. Nawet jeśli heretyk wygłosi luźną refleksję, to sam klimat w jakim się to dzieje, nazywanie pastora księdzem, a superintendenta biskupem oraz cały entourage tego przedsięwzięcia jest z gruntu przesiąknięty herezją indyferentyzmu religijnego. 

W dobie nazywania ambony stołem Słowa Bożego i wynoszenia ponad zdrowy rozsądek parenetycznego wymiaru liturgii mszalnej dochodzi właśnie do profanacji liturgii Słowa. Dopuszczanie szafarzy niekatolickich do ambony to szczególny przypadek communicatio in sacris. Dotyczy bowiem bardzo wymiaru duszpasterskiego i jest wielkim zgorszeniem dla wiernych. Przeciwko praktyce gościnności ambony należy przedsięwziąć radykalne kroki nie wyłączając fizycznej blokady ambony. Świątynia katolicka, a tym bardziej liturgia nie jest prywatnym folwarkiem celebransów. Niech ci pamiętają, że zdadzą sprawę ze swego urzędowania przed Bogiem samym. Wierni zaś obowiązani są takie nauczanie przynajmniej bojkotować czy to przez porzucenie uczestnictwa w ekumenicznych bezbożeństwach lub też ostentacyjne wyjście w trakcie takiego przepowiadania. Jest aktem wielkiej odwagi rozpoczęcie w grupie różańca czy też fizyczna blokada ambony przed wstępującym nań heretykiem. Należy się przeto organizować, a wilki w owczej skórze oręża różańca i zmysłu wiary prostego ludu wiernego rychło się przestraszą. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 17 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz 1 - judaizm włączony do ruchu ekumenicznego

Laudetur Iesus Christus!

Rozpoczęła się kolejna oktawa multikulturalizmu religijnego. W Polsce tydzień modlitw o jedność chrześcijan nie bez powodu poszerzony jest na początku o dzień judaizmu. Jakież było moje zdziwienie gdy na wykładach z dialogu międzyreligijnego dowiedziałem się, że judaizm zostanie wyłożony w ramach wykładu o ekumenizmie. Okazuje się bowiem, że Komisja do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem działa przy Papieskiej radzie do spraw Popierania Jedności Chrześcijan. Wykładowca długo próbował mnie przekonać, że związek judaizmu z katolicyzmem jest tak wielki, iż uznać można je za wspólną nawet religię.

Tegoroczny tydzień jedności i różnorodności zamierzam poświęcić mitom i absurdom ruchu ekumenicznego. Jako pierwszy z nich widzę właśnie włączenie judaizmu do watykańskiej agendy ekumenicznej. Ekumenizm swoją nazwę wywodzi z greckiego οικουμένη co znaczy wspólny dom lub wspólnie zamieszkały obszar. Przez dziesięciolecia ruchu ekumenicznego zrodzonego w łonie protestantyzmu rozumiano go jako dążenia do przywrócenia jedności rozbitemu na różne denominacje chrześcijaństwu. Posoborowie rzekomo katolickie poszło jednak dalej niż hertycy i włączyło w kręgi absurdu także judaizm. Zgodnie z ogólnie przyjętymi tezami religioznawców za chrześcijanina może się uważać ktoś kto wierzy w Trójcę Przenajświętszą i w imię tejże Trójcy przyjął chrzest z wody. Oczywiście nie jest to definicja katolicka, św. Cyryl za chrześcijan uważał jedynie tych którzy przeszli przez chrzest i bierzmowanie, zgodnie z etymologią słowa chrześcijanin, którą wywodzi od imienia Chrystus i partycypacji w Jego namaszczeniu Duchem Świętym. Słusznie się więc uważa za sektę niechrześcijańską Świadków Jehowy i innych im podobnych którzy nie udzielają ważnego chrztu. Dlaczego zatem po wstąpieniu Kościoła do ruchu ekumenicznego zdecydowano się wprowadzić doń także judaizm? Odpowiedź wydaje się prosta, jest nią syjońska i kabalistyczna infiltracja środowisk kościelnych. Po prostu część hierarchii Kościoła, która utożsamia się z tradycją i kulturą żydowską postanowiła uczynić ukłon w stronę swoich braci.  Innego rozwiązania nie widzę, jeśli jakiś czytelnik ma pomysł proszę o dyskusję. Nie ma argumentu żeby judaizm traktować jako denominację chrześcijańską. Nie praktykują oni bowiem ani chrztu, ani nie wierzą w Boga Trójjedynego, chociaż tę wiarę można wywieść ze Starego Testamentu, a przynajmniej jeśli nie jest ona wprost wypowiedziana to zdecydowanie niesprzeczna z treściami Starego Zakonu.

Judaizm trudno nawet nazwać religią. Co prawda odwołuje się on do tradycji mozaistycznej, ale brakuje mu istotnych elementów. Przede wszystkim nie ma w tej religii kultu - nie składa się ofiar ponieważ świątynia starozakonna została zburzona przez samych wyznawców mozaizmu przez ukrzyżowanie Chrystusa Pana. Nie ma także kapłaństwa, choć niektóre środowiska judaistyczne nawiązują do tej tradycji i wyznaczają nawet osoby mające rzekome pochodzenie z pokolenia kapłańskiego. Ci rekonstruktorzy mozaizmu posunęli się nawet do tego, że wybudowali makietę świątyni jerozolimskiej w skali 1:1. Cóż z tego skoro nie stoi i nie może stać we właściwym miejscu. Do jakiej religii można porównać judaizm? Jest nią np buddyzm. Współczesny judaizm jest bardziej filozofią plemienną osób identyfikujących się z tradycją mozaistyczną niż religią sensu stricto.

"Módlmy się i za żydów wiarołomnych: niech Bóg i Pan nasz zdejmie zasłonę z ich serc, aby i oni poznali Jezusa Chrystusa Pana naszego. Wszechmogący, wieczny Boże, który nawet wiarołomnych żydów nie odrzucasz od swego miłosierdzia, wysłuchaj próśb naszych, jakie zanosimy za ten naród zaślepiony, aby uznając światło prawdy, którym jest Jezus Chrystus, wyrwał się z swoich ciemności." Z modlitwy powszechnej na wielki piątek.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk