Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakramenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakramenty. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 grudnia 2018

Barwy w liturgii - co raz bardziej nieczytelny znak

Laudetur Iesus Christus!

Kilka dni temu wielu z nas miało okazję uczestniczyć w liturgii sprawowanej w szatach koloru różowego. Być może w wielu parafiach takiej barwy szat nie ma. Warto podjąć refleksję dlaczego tak się dzieje, jakie są nadużycia związane z barwami w liturgii oraz przypomnieć sobie po co Kościół Święty odziewa liturgię w różne kolory.

Przede wszystkim sama liturgia, czyli publiczna służba Boża zgodnie z naturą człowieka przyjmuje charakter znaku. Spodobało się Panu Bogu zejść na ziemię w osobie Boga-człowieka - Jezusa Chrystusa, tak aby jak najbardziej móc się do upadłej ludzkości zbliżyć. Wiemy dobrze, że Chrystus Pan przygotowując Kościół Święty ustanowił skuteczne znaki łaski zwane sakramentami, a te sprawowane są przez liturgię Kościoła w sposób określony w Objawieniu Bożym, to jest w Piśmie Świętym i Tradycji.  Zatem liturgia ma pochodzenie Boskie - po pierwsze dlatego, że jej podstawowy zrąb czyli znaki sakramentalne a także wiele sakramentaliów zostało ustanowionych przez samego Chrystusa Pana, po wtóre dlatego że w Kościele działa Duch Święty który prowadzi świętych pasterzy i daje im konieczne natchnienie aby urządzali służbę Bożą w taki sposób żeby podobała się Panu Bogu. 

Skoro liturgia ma postać znaku widzialnego to oddziałuje na wiele zmysłów, z których u człowieka najlepiej wykształcony jest zmysł wzroku. Z tego to powodu liczne treści przekazane są w liturgii w sposób niewerbalny. Jednym ze sposobów docierania do wiernych jest własnie barwa w liturgii. Jest to element liturgiczny który z pewnością bardziej służy człowiekowi niż chwale Bożej, jednak nadużycia w zakresie barw liturgicznych mogą wydatnie przyczynić się do tego że liturgia będzie mniej czytelna lub nawet że wiara katolicka zostanie ośmieszona. 

Należy pamiętać że w łonie katolicyzmu jest wiele obrządków, które dysponują własną tradycją liturgiczną, często bardzo odmienną od łacińskiej. Należy owe obrządki, często o bardzo czcigodnej historii uszanować. Jako wyklęty kleryk czuję się spadkobiercą rytów łacińskich i ową rzymską liturgię w aspekcie kolorów pragnę scharakteryzować. Wpis nie odnosi się do zwyczajów zakonnych oraz rytów wywodzących się od rzymskiego.

W liturgii rzymskiej występują te i tylko te kolory liturgiczne:
a) biały (oznaczający radość, czystość duszy, jest także kolorem maryjnym, w sytuacji braku szat koloru dnia zastępuje inne kolory)
b) czerwony (oznacza Ducha Świętego oraz męczeństwo)
c) zielony  (oznacza czas zwykły i wynikającą z Ewangelii nadzieję zbawienia)
d) fioletowy (oznacza pokutę oraz oczekiwanie)
e) różowy (oznacza radość pośród pokuty)
f) czarny (oznacza żałobę)

Niestety w różnych opracowania funkcjonują wersje alternatywne. Często spuszcza się zupełną zasłonę milczenia na szaty koloru czarnego za to wymienia się kolory złoty, srebrny oraz niebieski. Należy pamiętać, że barwa czarna nie została wyeliminowana z liturgii po wprowadzeniu NOM-u, a jedynie uznana za fakultatywną i możliwą do zastąpienia przez fiolet. Oczywiście jak wyżej pokazałem obie barwy mają zupełnie różną konotację, bo i co ma wspólnego pokuta oraz oczekiwanie z żałobą? Otóż dokładnie to samo co wymowa inny kolorów. Wiadomo bowiem że każdy z nas musi umrzeć, a pokuta i ciągła gotowość (życie w stanie łaski uświęcającej) to podstawowe środki umożliwiające osiągnięcie zbawienia. Czemuż by więc barwy zielonej nie zastępować fioletem? Nie wiem - logika postępaków jest niezgłębiona... . Wreszcie kolor złoty czy srebrny. Przyjęło się w NOM-ie produkować szaty "świąteczne" - tak jakby zalecenie Kościoła w zakresie barw nie było jasne. Bogatsze zdobienie szaty używanej podczas większych świąt nie jest niczym złym, ale powrót do problemów baroku, kiedy czasem fioletowy ornat trudno było odróżnić od białego z powodu ilości złoconych nitek na pewno nie jest dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza liturgia rzymska, żołnierska powinna charakteryzować się pewną surowością i prostotą. Tymczasem wymyślność kreatorów mody liturgicznej nie tylko nie przysparza splendoru nowoczesnej liturgii, ale także sprowadza ją na depresję prostactwa i zwykłej tandety. 

Sporym problemem zwłaszcza dziś jest tworzenie zupełnie nowych rozwiązań. Wprowadza się niebieskie ornaty jawnie wypowiadając posłuszeństwo przepisom liturgicznym. Podobno jest jakiś indult, jednak nikt nie potrafi go pokazać... . Najszlachetniejszym kolorem maryjnym jest biel wyrażająca prawdę o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Oczywiście nie ma nic złego w dodaniu niebieskiego pasa, czy elementu. Ale jest znacząca różnica w kolorze dodatków, a podstawową substancją kolorystyczną. Do tego dochodzi zwykłe wygodnictwo wielebnych celebransów tudzież szukanie oszczędności, bo nie wiem jak właściwie zdiagnozować praktykę szycia dwukolorowych stuł... . Tak zdaję sobie sprawę, że sięga to uż VOM-u i że ułatwia celebrację choćby chrztu w czcigodniejszej formie rytu rzymskiego, jednak czytelność takiej szaty stoi pod wielkim znakiem zapytania. Jest zwłaszcza dziś istotny problem z jednoznacznością kolorystyczną szat. Szczególnie dotyczy to barwy białej, czerwonej, różowej i fioletowej. Być może przeszkodą we właściwym rozeznaniu kwestii jest mój daltonizm, ale skargi otrzymywałem także od innych wiernych. Chyba szczególnie zagrożona jest biel. W jaki sposób czystość duszy mają wyrażać alby oraz komże w kolorze beżowym, kremowym, ecru etc? Dawniej wielką uwagę przykładano do tego aby biel była rzeczywiście biała. Nawet Piśmie Świętym są do tego liczne odniesienia. Problem bieli odnosi się także do ornatów, dalmatyk, tunik, stuł, czy manipularzy. Owe barwy złote, czy często wprost żółte przestają być znakiem a stają się bliżej nieokreślonym kolorem najczęściej widywanym przez wiernych. Szczególnie widoczne jest to przy koncelebrach gdzie albo każdy koncelebrans ma szatę o innym odcieniu lub nawet kolorze, albo przyjmuje się tragiczne rozwiązanie czyli białe płachtoornaty a na nie wywieszone stuły z kolorze dnia. Taka praktyka jest jawnym nadużyciem liturgicznym. Wreszcie czerwień, róż i fiolet - w XXI w kiedy każdy kolor ma swoje oznaczenie, może wypadałoby w końcu jednoznacznie umówić się co rozumiemy przez każdy z kolorów? Może Stolica Apostolska powinna wydać jakieś regulacje w tej sprawie i określić zakresy barwy różowej dajmy na to? Może warto uczynić to także dla innych kolorów liturgicznych. 

Niestety zauważa się zatrważające skąpienie w sprawach służby Bożej. Na pytanie dlaczego w parafii nie ma ornatu i stuły różowej odpowiedź jest prosta - po co kupować szatę do użytku dwa dni w roku? A ja się pytam po co kupować pięć kompletów świątecznych ornatów? Dlaczego nie wystarczą tylko dwa... Resztę środków można przeznaczyć na ornat i stułę koloru różowego oraz na ornat, stułę i pluwiał koloru czarnego. Budująca jest dla mnie postawa mojego środowiska tradycji, gdzie wierni zadbali o to by były komplety wszystkich szat, do tego stosowne antependia, zasłony na tabernakulum, czy welony kielichowe i obszycia w kolorze dnia, także w kolorze różowym. Nie twierdzę, że każdą parafię od razu stać na zakup całego kompletu, ale jeśli wierni składają dar w postaci szat liturgicznych, można poprosić lub zasygnalizować że brakuje takiego kompletu. Z pewnością zaofiarowują chętnie to czego akurat brakuje. 

Na koniec najbardziej krzyczące nadużycia dotyczą tworzenia szat liturgicznych, które zamiast swoją barwą nieść znak o przeżywanym okresie lub obchodzie liturgicznym przekazują treści ideologii świeckiej, często wprost przeciwnej wierze katolickiej. Nikogo chyba nie zdziwi jeśli wspomnę tutaj o westymentach kibolskich, nacjonalistych czy o ohydzie spustoszenia jaką są owe psuedotęczowe szaty liturgiczne. Bierze zgroza i nerki się trzęsą w lędźwiach gdy widzi się coś takiego! Te pseudo szaty w kolorze sodomskim, barw narodowych czy klubowych, masońskich, albo jakichkolwiek innych - pomysłowość jest przeogromna, te szaty muszą zostać zniszczone poprzez spalenie. Ciężko grzeszy kapłan który pozwala się w takie coś oblec. Wierni mają pełne prawo odmówić udziału w takiej liturgii i wyrażać swój sprzeciw głośno domagając się zdjęcia przez celebransa i posługujących tego typu szat (nie)liturgicznych, nawet jeśli trzeba przerwać akcję liturgiczną. 

Pamiętajcie drodzy kapłani i biskupi kolory szat liturgicznych powinny cechować się prostotą założoną przez przepisy kościelne. Nie wolno Wam zakładać niczego co nie mieści się w rubrykach liturgicznych. Ujawniacie tym samym swoje lekceważenie służby Bożej, dajecie jasny sygnał, że sprawujecie ją dla swojej chwały i że nie służycie Panu Bogu. Nawet gdyby trzeba było połowę szat liturgicznych w Waszej zakrystii wymienić to zróbcie to nie szczędząc na tym środków. Lepiej żyć w biedniej wyposażonej plebanii i jeździć gorszym samochodem niż narażać się Panu Bogu przez ofiarowanie Mu do kultu Bożego rzeczy tandetnych. Zostaniecie kiedyś z tego surowo rozliczeni. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zaraz podniesie się rwetes o tym że wyklęty kleryk jest faryzeuszem... . Żaden z wielkich świętych Kościoła kanonizowanych wg przepisów sprzed reformy znoszącej klasyczny proces kanonizacyjny, żaden z tych świętych nie dopuściłby do takich nadużyć jak są dziś! 

Drodzy wierni miejcie odwagę upominać się o czytelność liturgii. Uzależniajcie swoje ofiary od jakości sprawowanej przez Waszych pasterzy liturgii. Dopóki macie wpływ głosujcie portfelem i nogami. Mała rzecz jaką są barwy liturgiczne bywa wierzchołkiem lodowej góry nadużyć liturgicznych. Nie należy tu poprzestawać ale mądrze przywracać godność Bożej służby, wszak to w niej prosimy Pana Boga o błogosławieństwo tak wieczne, jak i doczesne. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk


piątek, 30 listopada 2018

Małżeństwo nie cieszy się już przychylnością prawa...

Laudetur Iesus Christus!

Wbrew obiegowym opiniom rewolucja heretycka zwana dla zmylenia przeciwniku reformacją nie zaczęła się wcale od krytyki papiestwa, symonii, nepotyzmu i czego tam jeszcze eklezjofoby nie wymyślą. Marcin Luter zaczął swój bunt od zdeprecjonowania małżeństwa. Jak wiadomo ów herezjarcha klasztor i strój zakonny traktował tylko jako kryjówkę przed niechybną karą śmierci za pojedynek ze skutkiem śmiertelnym którego był sprawcą. Wiedziony nieuporządkowaną żarliwością swych lędźwi pragnął zaspokajać swoje żądze pomimo ślubów jakie był złożył.

Doktryna o tym, że małżeństwo jest sprawą doczesną i należy pod zarząd władzy świeckiej była rewolucją jak na owe czasy. Kościół do czasu upadku państw katolickich skutecznie opierał systemom filozoficznym i heretyckim uznającym małżeństwo li tylko jako umowę cywilnoprawną dwojga ludzi wolnych płci przeciwnej. Od czasu powstawania republik, masonerii a co za tym idzie także konkordatów Kościół coraz bardziej wychodził na przeciw starym luterańskim herezjom. I do dziś istnieją tak zwane małżeństwa konkordatowe - zawierane dla wygody i bez przemyślenia, że sprowadzają kapłana katolickiego do roli urzędnika państwowego, a sakrament małżeństwa do cywilnej uroczystości w sakralnym entourage... . Bo czyż nie jest już tak w mentalności wielu naszych miernych wiernych, że organizuje się wesele, zaprasza się na wesele, a ślub - ten umawia się dopiero po wybraniu terminu i miejsca wesela?  A zatem mamy do czynienia z masową ilością cywilnych ceremonii ślubnych z asystą kościelną. Śluby te w wielu przypadkach są i tak nieważne, ponieważ nupturienci traktują przysięgę małżeńską czysto zewnętrznie.

Potem nastał czas rewolucji seksualnej i znowu ugodzono w katolicką koncepcję małżeństwa. Z jednej strony poszła moda na współżycie bez małżeństwa  oraz przyzwolenie na takie praktyki w społeczeństwie, z drugiej strony dopuszczono możliwość uznania homozwiązków jako małżeństwa. Przez kilkadziesiąt lat poglądy te przechodziły do świadomości "wyzwolonych" społeczeństw a także protestanckich sekt tak, że dzisiaj w wielu denominacjach błogosławieństwo par homoseksualnych jest czymś oczywistym. Pozostał więc osamotniony Kościół, na którego co raz bardziej wywiera się presję, aby odstąpił od nauczania o małżeństwie prawdy. Ustępstwa Kościoła dotyczyły uznania, że homoseksualizm nie jest chorobą oraz wprowadzenia eufemistycznych zapisów w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Z drugiej strony rozmachu nabrały działania aby zminimalizować dyskomfort rozwodników poprzez tworzenie dla nich specjalnych duszpasterstw oraz ułatwianie procedury unieważniania małżeństwa.

Mam świadomość iż z punktu widzenia kanonistów chodzi o stwierdzenie nieważności małżeństwa, jednak sposób w jaki ostatnio przeprowadza się te "procesy" ilość edyktów stwierdzających nieważność nasuwa poważne wątpliwości. W przypadku bowiem procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa nie chodzi o to kto przedstawi lepsze argumenty, ale o to czy sąd dojdzie do prawdy. I przed Panem Bogiem małżeństwa nie ma tylko wtedy gdy rzeczywiście zostało ono zawarte nieważnie. Już kodeks z 1983 r dopuszcza stwierdzenie nieważności z powodów które praktycznie nigdy nie zachodzą. Bo co to znaczy że ktoś: "ma poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich" czy też "niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej"? Oba przypadki bywają najczęstszą przyczyną stwierdzenia nieważności małżeństwa. Pierwszy oznaczałby że ktoś nie wie po co zawiera się małżeństwo, a takich osób dorosłych w polskim społeczeństwie po prostu nie ma, chyba że cierpią na upośledzenie umysłowe i to w stopniu co najmniej średnim. Drugi przypadek należy rozważać pod kątem istotnych obowiązków małżeńskich. Do istotnych obowiązków na pewno nie należy zdolność do utrzymywania porządku, pracowania, kształcenia się itd. Obowiązki małżeńskie są jasne i wynikają z natury małżeństwa oraz przysięgi, a więc chodzi o zdolność do podjęcia aktu małżeńskiego, kochania drugiej osoby, uczciwości oraz wierności. Przez zdolność do tego wszystkiego nie rozumie się automatycznie aktualizowanie tego wszystkiego i to że ktoś zdradził żonę czy męża nie jest powodem do stwierdzenia małżeństwa, to nie jest nawet przesłanka do tego by taki proces wszczynać. Rozwiązłość jest brakiem natury moralnej i dopiero jeśli wykaże się seksoholizm i to powstały przed zawarciem małżeństwa można procedować nieważność, to samo dotyczy innych chorób typu schizofrenia czy choroba dwubiegunowa afektywna. Absurdalnym jest stwierdzanie nieważności z powodu depresji czy nerwicy... . W praktyce wad przysięgi małżeńskiej spowodowanych chorobą lub brakiem rozeznania w kwestii małżeństwa jest dużo mniej niż w przypadku podstępu, który z kolei jest dużo rzadszą bo trudniejszą do dowodzenia przyczyną nieważności małżeństwa.

Franciszek promulgując Mitis Iudex Dominus Iesus jeszcze bardziej uprościł procedury. Od grudnia 2015 r już nie potrzeba aby o nieważności małżeństwa orzekały zgodnie dwa składy sędziowskie. Sprawami o nieważność małżeństwa mogą zajmować się sami ordynariusze. Rodzi to uzasadnione obawy że nie bojąc się tego sformułowania unieważnień małżeństw będzie jeszcze więcej niż dotąd. Jak bowiem inaczej określić ewidentne naciąganie norm pod sytuację nieszczęśliwych małżonków. Również wypowiedzi Franciszka, a osobliwie cały synod poświęcony rodzinie dokładają razów świętej instytucji małżeństwa. Dwuznaczne określenia, a przede wszystkim pycha która wyziera z rzekomej potrzeby rozeznawania sytuacji, dawno już przecież rozeznanej przez Chrystusa Pana suponują skandaliczny wniosek: małżeństwo nie cieszy się już przychylnością prawa w Kościele. 

Jakże znamiennym jest, że historia zatacza koło. Oto rewolucja heretycka rozpętana przez kacerza Marcina Lutra rozpoczęła się od zanegowania małżeństwa jako sakramentu Kościoła. Wreszcie w tych szczególnie trudnych dla rodziny czasach zadaje się instytucji małżeństwa razy ostateczne. Bo jak wobec tego wszystkiego mają się zachować pospolici wierni, którzy bez wyrobienia teologicznego, a często nawet podstawowej znajomości świętej Ewangelii błądzą pouczani przez fałszywych pasterzy? I być może znajdują się tacy którzy zachowali dogmat wiary w odniesieniu do małżeństwa, ale oni wymierają, zresztą wielu nieumacnianych prawdą z czasem też popada w odmęt herezji. Człowiek bowiem z zasady wybiera to co łatwiejsze i tylko dusze naprawdę święte zdołają się oprzeć modzie antymałżeńskiej. 

Uderzanie w małżeństwo rozbija rodzinę - podstawową jednostkę społeczną i kościelną. To w rodzinie dokonuje się zaczyn wychowania katolickiego dziatwy, to w rodzinie kształtują się cnoty, wyrabia się świętość. Bez katolickich rodzin nie będzie dobrych sług Kościoła świętego i w ogóle wszelkie dobre obyczaje zanikną. Jakież więc remedium na to stosować? Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, ten niech zdrowo wychowuje dzieci. Jeśli tylko możliwe nie oddaje Lewiatanowi na wychowanie, ale kształci je w domu. Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, ten niech odkrywa skarb katolickiej Mszy Świętej i nauczania, jakie z tą Mszą Świętą Wszechczasów jest złączone. Kto jest prawdziwym katolikiem i posiada rodzinę, niech pilnie troszczy się o jej zbawienie, nadchodzi bowiem sąd Boży! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 28 czerwca 2018

"Parafia przyjazna człowiekowi"

Laudetur Iesus Christus!

Jakiś czas temu odbyłem z pewnym kapłanem rozmowę na temat trudnej sytuacji w jego praktyce duszpasterskiej. W trakcie rozmowy dyscyplinującej z proboszczem, ów przełożony zarzucił wikaremu że niszczy obraz "parafii przyjaznej człowiekowi".

Samo takie stwierdzenie stawia parafię w kontrze do petenta i jest niezrozumieniem istoty lokalnego Kościoła. W końcu kto jak kto, ale właśnie moderniści tłoczą bardzo mocno pogląd, że Kościół tworzą ludzie. zatem takie stwierdzenie samo w sobie sprzeczne jest nawet z posoborową eklezjologią. Oczywiście rzecz dotyczyła osoby będącej katolikiem ochrzczonym i publicznie nie ekskomunikowanym.

Druga kwestia to sprawa właśnie owej przyjazności. Należy sobie zadać pytanie po co Chrystus Pan założył Kościół? Celem założenie Kościoła jest kontynuacja misji zbawczej Chrystusa Pana. A więc Kościół to wspólnota postanowiona dla zbawienia duszy człowieka. Jeśli ktoś przychodzi aby otrzymać sakrament i Kościół rozeznaje iż kandydat nie jest do tego odpowiednio dysponowany, że przyjmie sakrament świętokradzko, to właśnie dla dobra tej osoby powinien wstrzymać udzielenie sakramentu.  Kiedy bowiem ktoś popełnia świętokradztwo to nie tylko nie otrzymuje łaski płynącej z sakramentu (zostaje ona zawieszona) ale jeszcze pomnaża swoje grzechy. Podobnie więc jak w przypadku deklarowania schizmy czy ekskomuniki Kościół występuje jako surowy ale kochający rodzic, który w ostateczności sięga i po takie środki.

Czym jest parafia przyjazna człowiekowi? Patrząc przez pryzmat celu Kościoła oraz życia każdego człowieka, to parafia przyjazna człowiekowi będzie taką która stwarza okazję do przyjmowania łaski Bożej. Parafia przyjazna będzie godziwie sprawować kult Boży, a jej duszpasterze będą posługiwać słowem prawdy, co nie zawsze oznacza słów pełnych łagodności. 

Z perspektywy doczesnej oczywiście dobrze jest jeśli parafia przyjmuje prośby wszystkich wiernych. Jednak parafia nie jest przedsiębiorstwem usługowym, a duszpasterze nie są od tego by dawać każdemu to co chce, ale to co mu się słusznie należy. W perspektywie wiecznej lepiej jeśli parafia odstręczy potencjalnego grzesznika, który być może za jakiś czas wróci skruszony niż utrzyma armię miernych wiernych, którzy idą na zatracenie bez słowa ostrzeżenia.

Wobec tego wszystkiego należy strzec się takiego postępowania obliczonego bardziej na ilość niż na jakość. Choćby zasmucała mała ilość wiernych, to lepiej niegodziwemu odmówić dostępu do sakramentu niż pozostawiać fasadę katolicyzmu, za którą rozwiera się przeraźliwa otchłań  wiecznego zatracenia.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Forma ma znaczenie - nieważne rozgrzeszenia...

Laudetur Iesus Christus!

Tego posta nie planowałem, ale kolejny raz doszły mnie słuchy, że są księża, którzy udzielają nieważnych rozgrzeszeń. Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że niejednokrotnie spowiednicy zmieniają formułę rozgrzeszenia. Jeśli zmiana ma charakter przypadłościowy - to znaczy nie zmienia istotnego znaczenia to mamy  do czynienia z niegodziwością ze strony szafarza. Jeśli jednak kapłan dokonuje istotnej zmiany formuły z powodu fałszywej teologii to nadaje formule nowe znaczenie, które skutecznie niszczy sakrament.

Nie dawno znajoma mi osoba zadzwoniła do mnie i prosiła o opinię na temat ważności formuły która mniej więcej brzmiała tak: "Ja w imieniu wspólnoty Kościoła udzielam tobie rozgrzeszenia, idź w pokoju". Przypomnijmy słowa istotne z formuły rozgrzeszenia: "Ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen". Formuła zastosowana przez szafarza sakramentu pokuty określała co prawda czynność, czyli rozgrzeszenie, ale nie zawierała formuły trynitarnej. Ani Kościół, ani kapłan nie mają sami z siebie władzy odpuszczania grzechów. Zastosowana fałszywa formuła wyraźnie wskazuje na błąd eklezjologiczny, bo to kapłan Kościoła jest narzędziem, zaś Bóg jest tym który udziela łaski uświęcającej. Udzielone w przykładzie rozgrzeszenie jest symulacją sakramentu pokuty. Nie jest ono ważne. Znajomy wiedziony charyzmatem rozumienia wiary postanowił pójść do innego spowiednika i w swojej uczciwości wyjaśnił mu całą sytuację. Spowiednik zaś zamiast pochwalić roztropnego penitenta, zganić poprzedniego spowiednika i normalnie udzielić absolucji rozpoczął wykład na temat spowiedzi pragnienia i twierdził że "sama intencja wystarczy". Otóż gdyby tak było moglibyśmy przyjąć protestancki i starokatolicki punkt widzenia, w którym cały akt pokutny odbywa się w sercu poprzez wzbudzenie właściwej intencji. Taki pogląd jest z gruntu heretycki i wywraca całą katolicką naukę o sakramentach. Jeśli przyjmiemy za soborem trydenckim definicję sakramentu, że jest to skuteczny znak łaski, to znak domaga się komponentu widzialnego. W przypadku sakramentu pokuty są to grzechy stanowiące materię dalszą, akty penitenta stanowiące materię bliższą i rozgrzeszenie będące formą sakramentalną. Bez znaku nie zostaje udzielona łaska. Oczywiście Pan Bóg ma prawo sobie wiadomymi sposobami odpuścić takiej osobie grzechy, ale Kościół nie może dać na to żadnej gwarancji. Tylko chrzest i pokuta sakramentalna dają pewność moralną co do odpuszczenia grzechów! Ostatecznie wspomniana w przykładzie osoba znalazła wierzącego księdza, który odpuścił jej grzechy, ale w ilu przypadkach do rozgrzeszenia nie dochodzi? Aż boję się pomyśleć... . 

Drodzy księża! Delikt o którym tutaj mówię jest nikczemnością najwyższej kategorii i domaga się potępienia sięgającego bram nieba. Nie może być tak, że wasze postrzeganie teologii, skażone często herezjami modernizmu i protestantyzmu powoduje, że wierni pozbawieni są dostępu do najważniejszej z łask, do łaski uświęcającej. Jeśli nie boicie się Kościoła i biskupa to zlęknijcie się przed Bogiem wobec którego zdacie sprawę ze swego urzędu. Postawa księdza, który zmienił samowolnie formułę spowiedzi, jak również tego który go bronił to typowe zachowania fałszywych pasterzy. Do nich Chrystus Pan kieruje słowa: "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą" (Mt 23,13).

Drodzy czytelnicy! Powyższy przykład jasno i dobitnie pokazuje jak ważna jest samoświadomość katolika. Obowiązek stałego studium katechizmu nie jest tylko pobożnym wymysłem, ale koniecznością związaną z czasami w jakich przyszło nam żyć. Oto brak wiedzy w dziedzinie wiary, może nam przynieść nawet śmierć wieczną. Pomni na to starajcie się zdobyć przynajmniej podstawowe informację o sakramentach - o tym co należy do ich ważności i pilnujcie waszych pasterzy czy ważnie ich udzielają. Dzisiaj jak nigdy przedtem należy zachować szczególną czujność. Jeśli napotkacie kapłana który niszczy sakrament to go upomnijcie, jeśli idzie w zaparte donieście biskupowi, jeśli biskup nie zareaguje donieście Stolicy Apostolskiej i przestrzegajcie siebie wzajemnie przed wilkami w owczej skórze, bo tu chodzi o wasze zbawienie!

Wreszcie zwracam się do biskupów i przełożonych zakonnych. Nie bagatelizujcie skarg wiernych w tym zakresie i nie bójcie się wyciągać stanowczych konsekwencji. Zamiatanie takich spraw pod dywan obciąża wasze sumienie i czyni was współwinnymi dokonanej na ludzie wam powierzonym zbrodni. Jeśli tli się w was chociaż iskra wiary to zrozumiecie powagę i grozę tego co tu napisałem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 5 lutego 2017

Desakralizacja sakramentaliów

Laudetur Iesus Christus!

Jednym z objawów laicyzacji sacrum jest notoryczne profanowanie sakramentaliów. Pomijając już kwestię, że wielu tych którzy są ich szafarzami ma znikomą wiedzę na ich temat, dochodzi często do aż krzyczącego nieuszanowania świętości. Ktoś by powiedział, że to jest mało znacząca kwestia, bo to w końcu owe sakramenty mniejsze. Postaram się jednak wyjaśnić, jak wiele duchowych dóbr się zaprzepaszcza. Temat sakramentaliów tutaj tylko zasygnalizowany będzie przeze mnie podejmowany także przy innych okazjach.

W toku mojej (de)formacji seminaryjnej o sakramentaliach dowiedziałem się niewiele. Na 30 godzin sakramentologii, z której omówiono tylko protestancki punkt widzenia i pobieżnie 3 z 7 sakramentów Kościoła o sakramentaliach powiedziano mi tyle, że "są to święte znaki ustanowione przez Kościół, które na podobieństwo sakramentów sprawiają skutki, głównie duchowe". Dowiedziałem się też że sakramentaliami są pogrzeb, błogosławieństwa i poświęcenia. O podziałach i różnej naturze sakramentaliów nie dowiedziałem się nic. Również liturgia sakramentów, której nauczano w wymiarze 15 godzin wymieniła mi tylko rodzaje sakramentaliów i nie omówiła nawet sposobu ich celebracji, a wykład był przeznaczony dla kleryków... . Tymczasem rzeczywistość sakramentaliów jest częściej spotykana w Kościele niż sakramentów. Przeciętny kapłan w swoim życiu odprawi więcej sakramentaliów niż sakramentów (pamiętajmy że modlitwy i obrzędy nie stanowiące znaku sakramentalnego a odprawiane przy okazji sprawowania sakramentów są sakramentaliami). W większości nowych seminariów kandydat do kapłaństwa nie posiądzie nawet katechizmowej wiedzy na ich temat.

Już sama definicja, którą mi podano jest nieprawidłowa. Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r podaje taką definicję: "Sakramentalia są świętymi znakami, przez które na podobieństwo sakramentów, są oznaczone i otrzymywane ze wstawiennictwa Kościoła skutki, zwłaszcza duchowe." (Kan 1166). Ta klasyczna definicja różni się od tej którą mi podano. Kościół bowiem jak się okazuje ma ograniczoną władzę wobec sakramentaliów. Działają one co prawda "ze wstawiennictwa Kościoła", ale nie są przezeń przynajmniej w większości ustanawiane. Jeśli się zastanowimy to większość sakramentaliów ustanowił Bóg. Na przykład pogrzeb - sam Pan Jezus Chrystus dał się pochować i uświęcił w ten sposób ów zwyczaj. Egzorcyzmy, których władzę udzielenia dał apostołom (por. Mk 3,14-15) pojawiają się w wielu różnych miejscach Pisma Świętego. Czyż można powiedzieć, że Kościół ma władzę znieść egzorcyzmy lub święcenia egzorcystatu? Pytanie daje do myślenia... Być może przynajmniej część niższych święceń ustanowił wprost Pan Jezus. A poświęcenia świątyni i należących do niej przedmiotów, czyż też ustanowił Kościół, czy może raczej wiernie przejął praktykę ustanowioną przez Boga? A modlitwa Ojcze nasz, która we wszystkich podręcznikach dogmatyki uznawana jest jako sakramentale może być zakazana przez władzę kościelną? Takich pytań można zadawać jeszcze wiele. Prawdą jest zaś, że Kościół jeśli ma jakąś władzę nad sakramentaliami, to jest ona niewiele większa od tej jaką ma nad sakramentami - tzn może wpływać kształt liturgiczny, ale nie ma prawa ingerować w istotę tychże znaków.

Najwięcej profanacji zdarza się przy okazji błogosławieństw i poświęceń. Swoją drogą polecam zapytać swojego duszpasterza jaka jest różnica pomiędzy jednym, a drugim. Jestem przekonany, że w większości nie padnie odpowiedź iż poświęcenia odłączają daną rzecz lub osobę na wyłączną służbę Bożą, a błogosławieństwo to uproszenie mocy Bożej dla pozytywnego skutku wobec osoby lub rzeczy dla spraw głównie doczesnych. Poświęcenie jest więc aktem władzy rządzenia. Tymczasem zdarza się notorycznie, że diakoni dokonują poświęceń. Takie poświęcenia są nieważne! Diakon ponieważ nie jest kapłanem nie może ważnie poświęcić niczego i dotyczy to także szkaplerzy, obrazów, krzyży itd. Mówi o tym wyraźnie kanon 1169 nowego prawa kanonicznego. W moim seminarium poświęcenia wody symulowali diakoni. Oczywiście nowy rytuał nie jest konsekwentny i używa często zamiennie słów poświęcenie i błogosławieństwo, w wielu przypadkach obrzędy poświęceń są błogosławieństwem. Diakon więc, który poświęca daną rzecz dopuszcza się świętokradztwa - wzywa bowiem imienia Bożego do rzeczy, w zakresie której nie ma takiej mocy. Sakramentalia są też często profanowane przez fakt nieumiejętnego posługiwania się nimi. Notorycznie zdarza się używanie rzeczy poświęconych do użytku świeckiego. Ludzie często bogobojni piją wodę święconą, poświęcone szaty i paramenty liturgiczne bywają używane do różnego rodzaju przedstawień. Osobom, które nie widzą nic złego w takich praktykach polecam lekturę słynnej uczty Baltazara z 5 rozdziału Księgi Daniela. Konsekrowane ołtarze lub części świątyń bywają zwłaszcza na Zachodzie używane do wznoszenia budowli świeckich. Poza tym także na Zachodzie świątynie konsekrowane sprzedaje się i wystawia do użytku świeckiego. Tymczasem Apostoł przestrzega: "Kto zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg." (1 Kor 3,17). Oczywiście św. Paweł pisze o tym pisząc o Kościele, jako wspólnocie, ale pisze to w oparciu o doświadczenie Izraela ze Świątynią starotestamentalną. Wreszcie często się zdarza, że do służby Bożej przeznacza się osoby lub rzeczy nie poświęcone, lub niewłaściwie poświęcone, to jest z użytą formułą błogosławieństwa. Kult Boży wymaga, by do jego sprawowania przeznaczone były osoby i rzeczy wyjęte z porządku świeckiego i przeniesione do porządku nadprzyrodzonego. Na przykład we wszystkich parafiach jakie znam używa się kadzidła niepoświęconego, chociaż 6 stycznia jest obrzęd poświęcenia kadzidła. Wtedy leży zwykle kilka ziarenek mirry poświęcanych na nowo podczas każdej Mszy Świętej. To także znak lekceważenia sakramentaliów. Raz poświęconej czy pobłogosławionej rzeczy nie wolno święcić czy błogosławić drugi raz. Jest to klasyczny przykład wzywania imienia Boga nadaremno. Na to niektórzy kapłani mi mówią o względach duszpasterskich... I jakie tu są względy duszpasterskie? Czyż na każdej Mszy 5 lutego musi być poświęcenie chleba św. Agaty? Czy jeśli ludzie przynoszą chleb w ten dzień to musi leżeć na ołtarzu i być poświęcany kilka razy ten sam bochen? Nie wspominając już o kwestii takiej, że na ołtarzu leżą chleb lub inne rzeczy, które nie służą do odprawiania Mszy  Świętej. A wystarczy przygotować w prezbiterium choćby stoliczek na którym owe rzeczy do poświęcenia i błogosławieństwa mogą spokojnie czekać na swój czas. Różnych rodzajów bezczeszczenia tych świętości jest wiele, czytelników proszę o komentarze i wskazywanie tego co ja nie zauważyłem.

Czy sakramentalia nie zasługują na to, aby ich celebrację starannie przygotować? W końcu upraszamy u Boga łaski, które nie zawsze spływają w tym przypadku na nas na zasadzie ex opere operato, czyli z samego działania. Sakramentalia to niedocenione skarby, przez które Bóg chce uświęcić różne okoliczności naszego życia. Profanacja tych znaków często prowadzi do tego iż stają się one nieskuteczne, a Bóg obrażony. Co możemy zrobić? Należy zadawać duszpasterzom niewygodne pytania. Na przykład spytać się o różnice między poświęceniem, a błogosławieństwem, albo o to czy kreda którą znaczone są nasze domy jest poświęcona lub dlaczego na każdej Mszy w Niedzielę Męki Pańskiej święci się tą samą palmę. Jeśli duszpasterz zauważy problem i podejmie refleksję to wiele się w tej kwestii zmieni. A nam trzeba pamiętać, że zniszczone sakramentalia trzeba potraktować ogniem lub wodą. Odnowa sacrum zaczyna się od drobnych rzeczy. Chrystus Pan naucza: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?" (Łk 16,10-12).

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 22 stycznia 2017

Protestantyzm - najgorsze oblicze chrześcijaństwa

Laudetur Iesus Christus!

Przy przeglądzie głównych odłamów chrześcijaństwa nie sposób pominąć protestantyzmu. Chyba nie ma drugiej tak dużej i zróżnicowanej grupy chrześcijan z jednocześnie tak bardzo niekonsekwentną doktryną. Kiedy tradycyjny i wykształcony katolik myśli o protestantach jego serce odczuwa automatycznie lęk, ponieważ tak zwana reformacja była najmroczniejszą kartą w historii Kościoła i jedną z najczarniejszych w historii w ogóle. Na temat tak zwanej reformacji poświęcę jeszcze pewnie niejeden wpis. Dziś tylko zasygnalizuję problem i jednocześnie oświadczam, że tak zwaną reformację będę określał mianem rewolucji mnichów lub rewolucją heretycką.

Protestantyzm wbrew obiegowym opiniom nie zaczął się w 1517 r. Oczywiście data wystąpienia Lutra ma charakter przełomowy, jednak pierwsi protestanci zaczęli działać już w średniowieczu. Niejaki Piotr Waldo rozpoczął oficjalną krytykę Kościoła zakładając wspólnoty waldensów, jednak za prekursora idei protestanckich można uznać Jana Wiklifa - duchownego katolickiego, który poprzez skrajny biblicyzm, odrzucenie zwierzchnictwa kościelnego i nauki o transsubstancjacji wyraźnie odciął się od wiary katolickiej, chociaż nigdy nie został formalnie ekskomunikowany. Przez wspólnoty tradycji protestanckiej jest uważany za protoplastę protestanckiej rewolucji. Kolejnym powszechnie znanym "reformatorem" był Jan Hus - protestancki męczennik, a w rzeczywistości wichrzyciel. Jego upór i rewolucyjny talent spowodowały, że środkowa część Europy, w tym teren należące dziś do Polski zostały uwikłane w tak zwane wojny husyckie. Ta część rewolucji heretyckiej bywa nazywana w podręcznikach historii prereformacją. Niewiele grup powstałych w tamtym okresie przetrwała do dziś - większość została wchłonięta przez powstałe później główne nurty protestanckie.

Sam protestantyzm zrodził nie tyle z samych heretyckich zapędów części duchowieństwa katolickiego ile z okazji polityczno-społecznej w I poł. XVI w. Wtedy to powstał ruch protestantów, który można nazwać protestancką ortodoksją lub nurtem ewangelicko-reformowanym. Ten prąd protestancki jest w Polsce najbardziej rozpowszechniony i najbardziej rozpoznawalny. Zasadza się on na biblicyzmie, który polega na niekanonicznym czytaniu Biblii. Z czytania Pisma Świętego pozbawionego kontekstu Tradycji powstały poglądy sprzeczne z katolicką nauką, chociaż niektórzy badacze twierdzą, że to błędne poglądy były wcześniejsze od niehermeneutycznego czytania ksiąg natchnionych. Doszło nawet do tego, że część Pisma Świętego została przez rewolucjonistów zanegowana, stąd biblie protestanckie nie są i nie mogą być czytane przez katolików! Błędy tej części protestantów są jednak i gorsze. Przede wszystkim negują oni rolę człowieka w zbawieniu. Podczas gdy katolicy wierzą, że zbawia Bóg na podstawie wiary i uczynków będących świadectwem wyboru Boga przez człowieka, to protestanci ewangelicko-reformowani w zależności od wyznania uważają że człowiek nie ma wolnej woli, a Pan Bóg nie zbawia wszystkich ludzi, tylko tych których chce. Protestantyzm zwany ortodoksyjnym zmienia też istotę urzędu apostolskiego, który jest powierzony wszystkim wierzącym, pomimo wyraźnych przesłanek przeciwnych a zwartych w księgach uznawanych przez protestantów. Z sakramentów wspólnoty ewangelicko-reformowane zachowały tylko chrzest i wieczerzę (Eucharystię) przy czym tylko chrzest sprawują ważnie. Wreszcie negują większość dogmatów Kościoła. Jedynymi pewnymi podstawami do dialogu katolicko-ewangelickiego jest chrzest i wiara w Trójcę Świętą. Niestety nawet w kwestii natury Boga protestanci mijają się z katolickim rozumieniem. Oczywiście tych różnic można by jeszcze dużo wymieniać...

Kolejnym nurtem protestancki jest anglikanizm. Chociaż przez wykładowców ekumenizmu lubi być wyłączany z systematyki wspólnot protestanckich, to jednak w rzeczywistości zachowuje główne zasady protestanckie. Anglikanizm nie jest w Polsce znany - ten fenomen heretycki to głównie domena krajów anglosaskich. Dość powiedzieć, że zwierzchnikiem tego "kościoła" jest królowa Wielkiej Brytanii. Ma to oczywiście swoją zaszłość związaną z historią Henryka VIII, który w buncie przeciwko swojemu małżeństwu postanowił założyć własny "kościół" który dyspensuje go od zawartego małżeństwa. Co prawda tak zwany "high church" zachował wiele podobieństw do Kościoła, to jednak w żadnym znaczeniu nim nie jest. Przede wszystkim poza chrztem nie sprawuje się tam ważnych sakramentów. Sukcesja apostolska została przerwana o czym dobitnie świadczy encyklika Apostolicae curae papieża Leona XIII oraz praktyka tworzenia przez Benedykta XVI ordynariatów dla nawróconych anglikanów, gdzie duchowni anglikańscy byli obowiązani przyjmować święcenia kapłańskie. Anglikanizm ze względu na liturgię i zachowaną tradycję jest najbliższym katolicyzmowi wyznaniem, ale jednak wyznaniem protestanckim, a zatem i heretyckim.

Pozostaje jeszcze protestantyzm pentekostalny, zwany także ruchem zielonoświątkowym. Jest to ruch stosunkowo młody bo powstały w XIX w. a jednak bardzo rozpowszechniony na świecie i w Polsce. Protestanci pentekostalni odrzucają wszelki formalny ustrój kościelny. Obrzędowość sprowadzają tylko do chrztu, natomiast pozostałe modlitwy przebiegają spontanicznie. Głoszą skrajny indywidualizm religijny - każdy sam ma interpretować Biblię, co często prowadzi do nieporozumień, a nawet fanatyzmu. Często ugrupowania penetekostalne rzeczywiście żyją w sposób ewangeliczny, jednak brakuje im zasadniczych środków łaski, jakimi są sakramenty. W ten sposób chociaż usiłują odkrywać charyzmaty Ducha Świętego, to jednak zamykają się na te podstawowe, związane na przykład z urzędem kościelnym. Chociaż pentekostalizm jest dla współczesnych ludzi bardzo atrakcyjny (o czym świadczą licznie rozwinięty grupy odnowy charyzmatycznej w Kościele) to jednak trzeba pamiętać, że istnieje wielkie niebezpieczeństwo przekształcenia się tych grup w sekty, co bardzo często ma miejsce.

Ten krótki przegląd nurtów protestanckich pokazuje jak wiele tracą chrześcijanie protestanccy. Przede wszystkim w żadnej Wspólnocie protestanckiej nie ma sakramentów - środków zbawienia, które pozostawił Chrystus. Po wtóre nauczanie poszczególnych zborów różni się od siebie, co jest podobne do judaizmu talmudycznego, gdzie w różnych synagogach pojawiają się różne, często przeciwstawne interpretacje. Z tego powodu protestantyzm jest najbardziej zżydzoną formą chrześcijaństwa. Historia pokazuje, że żadna grupa heretycka nie przelała tyle krwi katolickiej co właśnie protestanci. Rewolucja heretycka spowodowała upadek ładu na świecie i przyczyniła się do rozkwitu kolejnych niebezpiecznych idei, które rozpoczęły choćby rewolucję oświeceniową, czy Wielką Rewolucję Francuską. To właśnie poglądy filozofów protestanckich przygotowały podstawę dla relatywizacji prawdy, totalitaryzmów XX wieku oraz obecnie doprowadzanej do końca rewolucji demo-liberalnej. Protestantyzm zawsze był wielkim wrogiem Kościoła i Chrystusa. Na dialogu z protestantem katolik skorzysta tylko wtedy kiedy nawróci protestanta. Wszelkie próby dogadywania się i wspólnego rozważania nad wiarą nie uczynią protestanta katolikiem, natomiast szybko zrobią z katolika protestanta... . Módlmy się więc dużo za protestantów i nie dajmy się uwieść ich heretyckim naukom.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk