środa, 28 lutego 2018

Indyferentyzm religijny, czyli praktyczne porzucenie wiary

Laudetur Iesus Christus!

Kontynuując cykl wielkopostnych wpisów, nie sposób nie pochylić się nad błędem indyferentyzmu o którym wiele pisali papieże przełomu XIX i XX wieku. Problem jak się nam wydaje narasta i to pomimo stanowczych wypowiedzi Magisterium Ecclesiae. Indyferentyzm  religijny jest postawą, czasem przyjmującą formę światopoglądu przejawiającą się brakiem zainteresowania sprawami religii. Jest o tyle gorsza od ateizmu, czy błędnowierstwa że zakłada brak zainteresowania religią. Śmiem twierdzić że człowieka wierzącego w swój ateizm lub wierzącego wiarołomnie  łatwiej jest nawrócić niż kogoś kto w kwestiach religijnych po prostu wzrusza ramionami. 

Indyferentyzm zaczął się rodzić w nurcie modernizmu. Potępił go już bł Pius IX w Sylabusie Błędów publikując poprzez Święte Oficjum kilka fałszywych tez potępionych wcześniej w swoim nauczaniu:
15. Każdy człowiek ma swobodę wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za prawdziwą.
16. Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii.
17. Należy mieć przynajmniej zasadną nadzieję co do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy w żaden sposób nie przynależą do prawdziwego Kościoła Chrystusowego.
18. Protestantyzm nie jest niczym innym, jak tylko jedną z różnych form tej samej prawdziwie chrześcijańskiej religii, w której tak samo można się podobać Bogu, jak i w Kościele katolickim.
Czy tezy te nie wydają się bliskie temu co dzisiaj słyszymy z naszych katedr akademickich, ambon, wypowiedzi prasowych przedstawicieli duchowieństwa katolickiego? 

Już przed Soborem Watykańskim II na uniwersyteckie katedry przyszedł powiew ubranego w naukowość indyferentyzmu. Zachwycano się dopiero co opublikowanymi Prawami Człowieka, humanizmem i dyrektywami ONZ. Błędnie wykoncypowano, że wolność religijna nie pozwala Kościołowi na głoszenie prawdy katolickiej. A przecież nie chodzi o nawracanie kogoś siłą, a jedynie zwykłą pracę apostolską, którą wykonujemy od czasów gdy w misyjnym nakazie zlecił nam ją Chrystus Pan. 

Dziś powszechnie mówi się i przychodzi to do nas od najwyższej hierarchii, że zbawić się można w każdej religii. Nie dziwi więc fakt, że ludzie wymyślają nowe denominacje, tworzą sobie cielca na swój obraz i podobieństwo i oddają mu cześć. Tymczasem Pan nasz Jezus Chrystus powiedział:  "Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony." (Mk 16,16) Nazbyt szybko uznaje się, że nieświadomość co do prawd wiary jest niepokonalna. Nie ma to już nic wspólnego z nauką bł Piusa IX, a jest jedynie przykrywką dla ignorowania ewangelicznego nakazu misyjnego. Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus nie jest sadystą, gdyby była prostsza droga do zbawienia z pewnością nie poniechał by nam jej pokazać. Drogą zbawienia jest droga Kościoła, każdy kto rozmyślnie wybiera inną ściąga na siebie potępienie.

Problem tezy odnośnie do zbawienia poza Kościołem usiłowano rozwikłać tworząc teorię kręgów przynależności do Kościoła. Teza ta sama w sobie jest heretycka i sprzeczna nawet z lansowaną wolnością religijną. Skoro każdy sam sobie może wybrać sobie religię, to dlaczego siłą włącza się go w Kościół? Inną wątpliwą teorią jest chrześcijaństwo anonimowe. Anonimowym można być alkoholikiem, ale nie katolikiem. Pan nasz Jezus Chrystus naucza: "Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie." (Mt 10,32-33) 

Szczególnie dziś w dobie ekumenizmu głosi się, że protestantyzm to także droga dojścia do Pana Boga. Religia założona przez człowieka nie jest i nie może być żadną alternatywą dla drogi przewidzianej przez samego Pana Boga. Jest to niczym budowanie wieży Babel. Pycha współczesnego człowieka zdaje się sięgać nieba, a rozbija się u swych podstaw. Gdyby protestantyzm podobał się Panu Bogu na pewno dostalibyśmy jakiś znak, a oto widzimy jak denominacje protestanckie dzielą się bez przerwy i odchodzą od prawdy ewangelicznej przewrotnie głosząc skrajny nieraz biblicyzm oraz przezywając się ewangelikami. 

Z czysto socjologicznego punktu widzenia. Jakie szanse na ostanie się ma religia która twierdzi, że nie jest jedyną drogą do zbawienia? Jaki jest sens trwać w surowych wymaganiach moralnych, skoro przedstawiciele Kościoła twierdzą, że w bardziej liberalnych wyznaniach też można się zbawić. Czy naprawdę współczesny świat jest aż tak głupi, że nie widzi iż jest to zwodzenie? Rezultatem negacji odwiecznych prawd wiary i moralności przez hierarchię kościelną jest właśnie indyferentyzm religijny. Stąd mamy tylu wierzących i niepraktykujących. W Kościele zachodnio-katolickim nie znajdują bowiem oni tego co powinni, a więc samego Pana Boga. Jedyną słuszną drogą jest powrót do zakurzonych środków zbawienia, do prawdy głoszonej przez Kościół od śmierci ostatniego apostoła. Odpowiedzialność przewrotnych wilków przebranych w owczą skórę za potępienie dusz przez sprowadzenie ich na drogi indyferentyzmu głośno woła o pomstę do niebios. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 23 lutego 2018

Laksatywny laksyzm

Laudetur Iesus Christus!

Dziś pierwszy wielkopostny wpis. Tegoroczny wielki post zamierzam poświęcić tematom błędów współczesności. Na warsztat wziąłem kilka z nich - jest to mój autorski wybór powodowany w dużej mierze kilkuletnimi obserwacjami.

Wielu czytelników bloga być może z pojęciem laksyzmu się nigdy nie spotkała. W sensie ścisłym laksyzm to pogląd zgodnie z którym każda przesłanka podważająca określoną normę moralną zwalnia nas z jej przestrzegania. Błąd w tej formie został potępiony już przez papieża Innocentego XI w 1679 r. Dzisiaj laksyzm rozumiany jest często szerzej i sprowadza się do liberalizmu obyczajowego,  nawet do libertynizmu. Na potrzeby bloga zajmę się omawianiem tegoż problemu w jego głównie współczesnej odsłonie.

Należy jednak sięgnąć najpierw do źródeł. Pierwszymi propagatorami laksyzmu byli jezuici, którzy w XVII wieku rozwinęli nowy prąd w teologii moralnej - kazuistykę. W skrócie kazuistyka zasadza się na ocenianiu każdego czynu nie w aspekcie niezmiennych norm etycznych, ale całego spektrum okoliczności. Tendencja która z początku wydawała się słuszna okazała się w rezultacie jedną najciemniejszych kart katolickiej nauki moralnej. Dochodziło bowiem do tego, że dumka jezuickich teologów pod pozorem troski duszpasterskiej usprawiedliwiała najbardziej ohydne zbrodnie. Zainteresowanych odsyłam do "Prowincjałek" Blaise'a Pascala, które gdyby nie realizm przedstawionych tam dysput można byłoby potraktować jako dzieło wprost komediowe. Niestety poglądy prezentowane w tym polemicznym dziele nie tylko były głoszone, ale też powszechnie drukowane co umocniło wrogów wiary katolickiej i jeszcze bardziej pogrążyło wierzących w odmętach oświecenia.

A zatem mamy początek stylu uprawiania teologii moralnej, który choć na kilka wieków w nurcie katolickim ucichł, to jednak w epoce posoborowej wrócił ze zdwojoną siłą. I można stawiać słynne ewangeliczne antytezy w przewrotnej formie: "Pan Jezus Chrystus powiedział nie będziesz oddalał wziętej żony, a my wam powiadamy przez surową obyczajowość wam to przykazał, co bowiem miłość rozkaże człowiek spełnić musi, wszak Bóg jest miłością".  Oczywiście jest to drwina, ale w wielu kwestiach współczesne uprawianie teologii moralnej jak również kanonistyki do tego się sprowadza. Mamy określoną normę czy to moralną, czy też prawną i zaczynamy wymyślać kazusy (przypadki) w której dajemy popis naszym zdolnościom do zazwyczaj przewrotnego uzasadniania że w tym konkretnym przypadku zachodzi konieczność epikii. To słowo epikeia z greki wzięte jest znakiem rozpoznawczym laksystów. Niemal każde swoje intelektualne wszeteczeństwo uzasadniają bądź epikeią bądź też ideą fałszywego miłosierdzia

Dzisiaj teologia moralna często ukrywa laksyzm w różnoraki sposób. Sądzę, że najczęstszym jest mieszanie porządków etycznych czyli badanie jednego czynu pod kątem różnych metodologicznie systemów etycznych i próba tworzenia z tego syntezy. Wnioski z tak prowadzonego rozumowania teologią moralną już nie są, choć za takowe są uznawane. W ostateczności osąd danej rzeczywistości zostaje sprowadzony do pozostawienia czytelnikowi wolności sumienia. W rzeczywistości wiele współczesnych publikacji nie tylko nie rozwiązuje problemów moralnych, ale stawia czytelników poszukujących rozwiązania często przed dylematami jakich nie mieli przed lekturą. Taki styl uznaje się dziś za naukowy i nienarzucający. Problem w tym, że sposób doboru argumentów i przeprowadzenie wywodu często zakrawa o jawną manipulację, co samo w sobie nie jest godziwe. Mamy więc dyscyplinę teologiczną, której regres zaznacza się  w tym że ucieka ona od swojego pierwotnego przeznaczenia, a jest nim osąd rzeczywistości w perspektywie Boże objawienia. Teologia moralna, jeśli chce nią pozostać musi odpowiadać stale na pytanie: jak Pan Bóg ocenia dany czyn, a nie na pytanie jak okoliczności tego czynu wpływają na ludzką jego ocenę. 

Tak zwana teologia moralna często służy dziś dwom celom. Pierwszym jest diagnoza rzeczywistości, co jeśli pozostaje jedynym celem danego wywodu godne jest bardziej etologii niż teologicznej nauce o moralności. Drugim jest usprawiedliwianie ludzkich błędów i w tym zbliża się ona do psychoterapii prowadzonej przez metody seminaukowe. Objawy laksyzmu obecnego w teologii moralnej są łatwo rozpoznawalne. Chyba najbardziej widoczne są eufemizmy stosowane w katechizmach. Grzech nazywany jest rzeczą wewnętrznie nieuporządkowaną, perspektywa winy przedstawiana jest w nazbyt optymistyczny sposób, a środki pokutne zredukowane często tylko do modlitwy. Poszczególne grzechy nazywa się w sposób złagodzony - zamiast obżarstwa mamy nieumiarkowanie w jedzeniu, zamiast głupoty nieroztropność, a nierząd bywa opisywany jako współżycie przedmałżeńskie. Do tego dochodzi tragiczna praktyka spowiednicza - notoryczne zaniedbywanie realnej pokuty. Spowiednicy często udzielają porad niemiłosiernie powierzchownych. Nie wskazują na konieczność naprawienia wyrządzonego zła, nie nakładają obiektywnych pokut, zbywając akt zadośćuczynienia modlitwą często prostszą niż tradycyjny katolicki pacierz. Tak wychowani wierni nie widzą w grzechu wielkiego zła i nie wystrzegają się go. Kazania i rekolekcje omijają coraz bardziej kwestie stricte moralne zbywając je omawianiem ważniejszych w końcu spraw społecznych. Gdyby jeszcze owe były prezentowane zgodnie z katolicką nauką społeczną... . 

Laksyzm swoje źródło ma w niepokornych studiach teologicznych. Przesiąknął najpierw do studiów kościelnych, a dziś rozszerza się w formie liberalizmu obyczajowego na cały świat katolicki. Remedium jest odnowa duchowa i intelektualna akademików katolickich. Powrót do teologii moralnej w jej radykalizmie ewangelicznym na miarę Ojców Kościoła, czy św. Tomasza z Akwinu. Powrót do konfesjonałów rzetelnych sum spowiedniczych i odnowa pokuty w Kościele. Nie łudźmy się. Nawet jeśli przy tak powierzchownej praktyce pokutnej udaje się katolikom bez winy przejść na tamten świat, to pozostaje ogrom kar związanych z licznymi grzechami. I podczas gdy mnóstwo dusz cierpi niesamowity ogień czyśćcowy przewrotni kaznodzieje podają fałszywy obraz tego miejsca zwodząc wiele dusz często do samego piekła, bowiem nieprzestrzeżeni wędrowcy nie baczą na zagrożenia. Pamięć o rzeczach ostatecznych jest najlepszą motywacją do nawrócenia  i do życia zgodnie z Bożym prawem. 

A dlaczego użyłem wyrażenia laksatywny? Bo laksyzm działa przeczyszczająco, szybko uwalnia od zaparć sumienia - powoduje jednak poważne i groźne dla życia (głównie wiecznego) odwodnienie. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 10 lutego 2018

Fałszywe posłuszeństwo

Laudetur Iesus Christus!

Posłuszeństwo jak dobrze wiemy jest jedną z rad ewangelicznych. Chrystus Pan naucza: "Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał" (Łk 10, 16) Ład i porządek w Kościele jest konieczny, po to też Pan Bóg ustanowił świętą hierarchię, aby byli pasterze i służący wedle różnych stopni - tak dla sprawowania kultu Bożego oraz szafowania łaską sakramentalną jak również rządzenia Kościołem. Niestety w czasach zamętu do hierarchii dostały się wilki, które przebrane w owczą skórę zwodzą wiernych na złe drogi.

Wobec trudności jakie napotyka współczesny wierzący należy rozprawić się z błędem fałszywego posłuszeństwa. Kościół święty jest z ustanowienia Bożego hierarchiczny. A to oznacza, że władza w Kościele ma charakter zstępujący. Prawdziwą głową Kościoła jest Pan nasz Jezus Chrystus, widzialną papież rzymski, jemu podlegli są zaś biskupi, którzy jako następcy apostołów kierują pracą kapłanów oraz pozostałych kleryków. To przypomnienie jest bardzo ważne bo niewielu katolików w praktyce pamięta skąd władza w Kościele pochodzi i na czym polega legitymizacja władzy hierarchii. Opiera się ona z jednej strony na prawowitej sukcesji apostolskiej bądź piotrowej oraz odpowiedniej aprobacie Kościoła związanej bądź to z wyborem na urząd (np papież, opat) bądź też misją nadaną przez prawowitych przełożonych (taką winni posiadać biskupi na obszar swojej diecezji, prezbiterzy oraz pozostali klerycy). Czasami misja wyznaczana jest na poszczególne zadanie - na przykład urząd wikariusza generalnego czy pracownika Kurii Rzymskiej. Jednak jak pokazało ostatnie 11 dekad samo formalne przyporządkowanie nie jest wystarczającą legitymizacją władzy kościelnej. Dużo istotniejsze jest materialne podporządkowanie zarządzających ze swymi przełożonymi, a przede wszystkim z samym Panem Jezusem Chrystusem.  Omawiane zagrożenie wiary zauważał już św. Pius X w encyklice Pascendi dominici gregis: "Zwlekać nam dłużej nie wolno. Wymaga tego przede wszystkim ta okoliczność, iż zwolenników błędów należy dziś szukać nie już wśród otwartych wrogów Kościoła, ale w samym Kościele: ukrywają się oni – że tak powiemy – w samym wnętrzu Kościoła; stąd też mogą być bardziej szkodliwi, bo są mniej dostrzegalni. (...) Idą więc wciąż naprzód na obecnej drodze; postępują mimo upomnień i kar, ukrywając niesłychaną zuchwałość pod płaszczykiem udanej pokory. Obłudnie chylą głowy, ale ręką i sercem przeprowadzają tym zuchwalej zakreślone przez siebie plany. " A zatem podstawowym zagrożeniem dla prawdziwego posłuszeństwa jest sposób w jaki działają moderniści. I trzeba być dzisiaj na to szczególnie wyczulonym, bo nie każdy kto mówi że jest pasterzem w rzeczywistości nim jest. Probierzem autentyczności jest dziś wierność Ewangelii i Tradycji Kościoła.

Legitymizacja władzy zależy nie tylko od formalnego przestawania w strukturach kościelnych ale na rzeczywistym działaniu osoby sprawującej władzę. Na tym czy to co ona robi jest zgodne ze zmysłem wiary całego Kościoła, ostatecznie z wolą Bożą. Gdy zatem zarządzający jakimś terytorium lub dziełem kościelnym działa przeciw świętej Ewangelii lub Tradycji Kościoła wtedy przestaje materialnie być w komunii wiary i posłuszeństwa. Takiego funkcjonariusza kościelnego choćby posiadał wysokie dystynkcje musimy omijać, a w ostateczności odważnie się mu sprzeciwić. Ostatecznie winniśmy bowiem posłuszeństwo Panu Bogu. I tu rodzi się problem, gdyż jak wiemy święta hierarchia została po to ustanowiona aby pomóc nam wypełniać w życiu wolę Bożą i po to by Kościół dobrze spełniał swe zadania w świecie. Jednak plagi zapowiadane przez liczne objawienia uznane ongiś przez Kościół dziś się wypełniają. Potrzebujemy więc odwołania się do zmysłu wiary Kościoła. Sytuacja w której trzeba oceniać decyzje przełożonych z pewnością jest trudna i nadzwyczajna, jednak takich czasów dożyliśmy i z dopustu Bożego musimy stawić im czoła. Pan Bóg zsyłając nas dzisiaj na ziemię nie pozostawił nas bez odpowiednich łask - nie wolno popadać w defetyzm!

Wielkim błędem popełnianym przez licznych prawych katolików, tak duchownych jak świeckich jest odwoływanie się do rady ewangelicznej posłuszeństwa w realizowaniu zadań jawnie sprzecznych z zamysłem Bożym objawionym w Piśmie Świętym i Tradycji. Gdy staniemy przed sądem Bożym nie będziemy pytani przede wszystkim o to jak realizowaliśmy polecenia przełożonych, ale czy byliśmy rzeczywiście posłuszni. Wystarczy pomyśleć o kryzysie ariańskim z IV w. Cóż by to było gdyby wyznawcy na miarę św. Mikołaja, św. Atanazego czy św. Cyryla Jerozolimskiego ulegli synodom heretyckim które ściągały ich z urzędów? Właśnie wielkiej odwadze tych i wielu innych wyznawców zawdzięczamy dzisiaj wiarę w Jezusa Chrystusa - Syna Bożego. Ostatecznie zawdzięczamy im to że jesteśmy katolikami, a nawet chrześcijanami... . I dziś przychodzi kryzys - śmiem powiedzieć na miarę tego z IV wieku. Błędy są może inne, niemniej sprawa tak samo ważka. Kościół przetrwa niezależnie od naszej postawy, jednak to w jaki sposób będziemy wypełniać nasze obowiązki czy to duchowne czy świeckie ma wpływ na to ile dusz zostanie uratowanych ostatecznie także i na los naszej własnej duszy. 

Bierzmowanie, które chyba wszyscy czytelnicy niniejszego bloga przyjęli dało nam łaski do obrony wiary życiem i słowem. Jest to także wielkie zobowiązanie, z którego zostaniemy na sądzie Bożym rozliczeni. Szczególnie dziś istotny jest więc protreptyk bpa Rene Gracida. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku osób duchownych wierność prawdziwemu posłuszeństwu jest trudna i naraża na utratę nawet środków do życia. Jest jednak wiele środków od obstrukcji począwszy a na zawiązywaniu specjalnych stowarzyszeń skończywszy. Pamiętam jak tak zwany prymas polski - abo Wojciech Polak wystosował odezwę w której zaznaczył, że suspenduje każdego kapłana archidiecezji gnieźnieńskiej, który wyrazi sprzeciw wobec islamizacji Polski przez przyjmowanie nachodźców. I oczywiście garstkę kapłanów by pewnie dla sprawy poświęcił i wykluczył z duszpasterstwa, ale gdyby wystąpiło kilkudziesięciu? Wątpię... . Czas decyzji ostatecznej się zbliża. Nie zdecydowanym przypominam napomnienie św. Pawła: "Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy - niech będzie przeklęty! Już to przedtem powiedzieliśmy, a teraz jeszcze mówię: Gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą [od nas] otrzymaliście - niech będzie przeklęty!" (Ga 1, 6-8).

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 26 stycznia 2018

Allah objawiony w Koranie nie jest Bogiem!

Laudetur Iesus Christus!

Dziś kolejny dzień islamu w Polsce. Z tej okazji warto rozprawić się z pewnym mitem, mianowicie twierdzeniem, że chrześcijanie i muzułmanie czczą tego samego Boga. Sama deklaracja monoteistyczna jest zbyt słabym dowodem. To tak jakby próbować wykazać że hinduizm i religia antycznych greków to tożsama wiara mająca za cel te same bóstwa.

Przede wszystkim Allah objawiony w Koranie ma inną naturę niż Pan Bóg objawiony w Piśmie Świętym. Allah jest zbyt dumny by mieć syna, a duch boży utożsamiony jest z aniołem Gabrielem. W warstwie dogmatycznej Allah nie jest więc trój osobowy. Czytając Koran, można wręcz odnieść wrażenie, że został on napisany w kontrze do chrześcijaństwa. Jezus Chrystus nie jest Synem Bożym, a jedynie prorokiem. Także wskazywanie na zmienność postaci Allaha, jaka ma się objawić w dniu ostatecznym jest zupełnie odmienną od dogmatu o niezmienności prawdziwego Pana Boga.

Człowiek w islamie nie znaczy praktycznie nic - jest niewolnikiem Allaha. Z tego powodu nazywanie Allaha ojcem jest bluźnierstwem, zupełnie przeciwnie do katolicyzmu, czy nawet mozaizmu. Sprawiedliwość islamska nijak się ma do tej którą podaje Pan Bóg. Nie tylko chodzi o nierówność kobiety wobec mężczyzny, ale także poszczególnych narodów. Pojęcie grzechu w islamie traktowane jest czysto prawniczo. Islam proponuje etykę sytuacyjną, obiecuje że grzechy jego wyznawców zostaną przerzucone na niewiernych. Jest to zupełnie inna wizja zbawienia niż w chrześcijaństwie. Wreszcie eschatologia świadczy dobitnie o zupełnym duchowym zubożeniu twórców tej religii. Niebo sprowadzone jest do wielkiej orgii, w której panuje jeszcze bardziej rażąca nierówność niż ta w życiu doczesnym.

Jakkolwiek nie dotknąć istoty bożej objawionej w islamie coś nam się nie zgadza. Tak natura boża, jak i wypływająca zeń wizja człowieka są głęboko sprzeczne z podstawą katolicyzmu. Rzekoma wspólna tradycja abrahamiczna jest mitem, który obaliłem już w zeszłym roku. Narracja wspólnego Boga jest bardzo znamienna dla krzewicieli New Age, jest także chwytliwa dla inkulturacji panarabii w Europie. Z całą mocą przeciwstawiajmy się tej bluźnierczej propagandzie. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 25 stycznia 2018

Zanegowane męczeństwo

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiejsza ważna rocznica z mojego życia powoduje że odejdę od tematyki ekumenicznej. Rzadko piszę wpisy o osobistym charakterze jednak są takie momenty i takie dni w których uważam że warto wyjść nieco poza konwencję. Wiele osób, które mnie zna sądzi iż największą przykrość w życiu sprawiło mi wygnanie z seminarium. Z pewnością zniszczenie powołania  jest pewną boleścią, jednak w życiu zdarzają się gorsze rzeczy, a to co mnie najbardziej boli we współczesnym Kościele to właśnie brak szacunku wobec męczeństwa.

Co jakiś czas dochodzą głosy o postępach w relacjach na linii Watykan-Pekin. Ostatnio pojawiające się wiadomości na temat zdjęcia przez Stolice Apostolską prawowiernych biskupów Kościoła podziemnego, czyli katolickiego i zgody na objęcie ich katedr przez uzurpatorów, do tego najprawdopodobniej nieważnie bo pod przymusem wyświęconych. Wielu katolików dziwi się i oburza, jednak podobny kurs obecny papież przedsięwziął już na początku swojego panowania w 2013 r. 

O prześladowaniu chińskiego Kościoła wiadomo od zawsze, jeszcze przed powstaniem Chińskiej Republiki Ludowej katolicyzm nie cieszył się wolnością. Bezsprzecznie za kraje w których katolicyzm jest prześladowany uznaje się także Koreę Północną, Arabię Saudyjską, czy Iran. A gdybym powiedział, że wystarczy udać się do ambasady w Warszawie i przekroczyć jedną granicę, aby być w kraju prześladującym wiarę katolicką? Wielu nie potrafi w to uwierzyć. I właśnie w krajach byłego ZSRR aż do dzisiaj katolicyzm nie cieszy się pełną wolnością.

Rewolucja bolszewicka doprowadziła do takiego reżimu ateistycznego, że już w 1922 r Stolica Apostolska oficjalnie uznała podziemne struktury działającego tam Kościoła za prawowierne. Po śmierci Stalina w 1953 r zaczęła się powolna transformacja ustrojowa prowadząca do przynajmniej częściowego uznania struktur kościelnych. Jednak kolejni papieże w swej roztropności nadal utrzymywali hierarchię która w razie zaostrzenia reżimu zdolna byłaby do kontynuacji sukcesji apostolskiej i zabezpieczenia podstawowych dóbr duchowych laikatu. Przyszła pierestrojka na fali której wydawało się zbyteczne utrzymywanie takich struktur. Jednak Jan Paweł II chociaż bardzo liberalny wobec polityki wschodniej dalej polecał utrzymywać wszystko to co konieczne aby w razie zmiany sytuacji politycznej nie doszło do przerwania ciągłości istnienia struktur Kościoła. Nowe Tysiąclecie i zmiany zachodzące za naszą wschodnią granicą potwierdziły zapobiegliwość papieża.

Za pontyfikatu Benedykta XVI ochrona interesów Kościoła na terenach objętych prześladowaniem lub nim zagrożonych była zapewniona, a wręcz wzmacniana. Stolica Apostolska nie szczędziła środków i ludzi do tego, aby bezpieczeństwo było zagwarantowane, jednocześnie prowadzono stabilną politykę wschodnią. A dziś? Wystarczyło kilka miesięcy rządów Franciszka, aby nastąpił demontaż wszystkich wspieranych przez Watykan struktur Kościoła podziemnego w krajach byłego ZSRR. 

Wyklęty kleryk był uczestnikiem i świadkiem zachodzącego słońca przezorności Kościoła względem jego prześladowców. Osobiście przez krótki czas doświadczyłem utraty praw osobistych i widziałem ludzi, którzy swoją odwagą i poświęceniem zasłużyli na czerwień kardynalską dużo bardziej niż obecni proboszczowie rzymscy. Wielu z tych ludzi już nie ma, niektórzy zostali za wiarę katolicką umęczeni, choć odbyło się to w zupełnej ciszy i zapomnieniu. Ci męczennicy XXI wieku oskarżą kiedyś pochopne decyzje jakie zapadły na początku obecnego pontyfikatu. Postępowanie obecnej widzialnej głowy Kościoła suponuje nie tylko wielką nieroztropność, ale wręcz celowe działanie na szkodę Winnicy Pańskiej.

Ks. kardynał Kazimierz Świątek mój największy autorytet powiedział, że kiedyś wyznawcy, czyli ci co przetrwali prześladowania cieszyli się w Kościele autorytetem biskupim. Niestety dziś jak zauważył chwała wyznawców i męczenników jest dyskredytowana przez poprawność polityczną. Ofiara setek tysięcy biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i ludzi świeckich którzy padali ofiarami mordów sądowych, zaginięć w niewyjaśnionych okolicznościach przyrody, internowania, więzienia w koloniach karnych, obozach koncentracyjnych, a współcześnie w obozach filtracyjnych idzie dziś nie tylko w niepamięć ale także w bezsens. Bowiem kilka pochopnych decyzji przekreśla ofiarę tych ludzi. O kraje byłego ZSRR nikt się nie upomina. Kościół przeszedł tam już drogę krzyżową, a obecnie kona na krzyżu. Podobny los gotuje się teraz Chinom. Dramatyzm chińczyków polega na tym, że oni nie mają do kogo się zwrócić o sakramenty, tam nie ma cerkwi schizmatyckiej wprawdzie, ale jednak ważnie szafującej sakramentami. Jeśli duchowieństwo w porę nie zejdzie do podziemi nie tylko przed Pekinem, ale także Watykanem, to najludniejsze tereny na świecie pozbawione zostaną głosicieli Ewangelii i szafarzy Bożej łaski.

Przez całe wieki największą czcią otaczano najpierw męczenników, a później wyznawców. Skromne doświadczenia jakie miałem w kwestii prześladowań nie czynią mnie żadnym autorytetem, jednak to co widziałem na zawsze przewartościowało moje życie i moją wiarę. Wszystkim czytelnikom polecam czytać żywoty świętych męczenników i wyznawców. Niech one będą dla nas pociechą w czasach zamętu i czytelnym drogowskazem na ścieżkach wiary. W czasach współczesnych nie brakuje nam wyznawców. Wśród rzesz duchownych wielu jest poddawanych próbom wiary. Chodzą słuchy, że Stolica Apostolska szykuje specjalne ślubowanie sprzeczne z odwiecznymi prawdami wiary i moralności. Czy w XXI w traktujemy wiarę na tyle poważnie, że jesteśmy w stanie jeszcze coś dla niej poświęcić?

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 24 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 8 - wspólne deklaracje

Laudetur Iesus Christus!

Chociaż dokumentami ekumenicznymi zamierzam się zająć w przyszłości i po kolei je omawiać, to jednak już teraz anonsuję na przyszłość ostatni problem jaki widzę w ruchu ekumenicznym. W ekumenicznym dialogizmie przyjęto za zasadę powoływanie dwu czy wielostronnych komisji do sprawa badania doktryny czy też czasem także moralności. Owocem prac tychże zespołów są wspólne deklaracje, które przez modernistycznych teologów podnoszone są do rangi dokumentów Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Taki pogląd jest z gruntu fałszywy.

Po pierwsze nawet jeśli od strony katolickiej zasiadają jacyś biskupi to nie są oni uprawnieni do tego by wydawać dokument wiążący w sumienia każdego katolika. Walor oficjalnego nauczania mają bowiem tylko te dokumenty które są niesprzeczne z Pismem Świętym i całą poprzedzającą Tradycją, są wydane przez papieża lub na jego wyraźne polecenie np dokumenty Kongregacji Nauki Wiary. Biskupi nauczają w sposób zobowiązujący mnie w sumieniu tylko wtedy gdy zbiorą się na soborze powszechnym. Zdanie poszczególnego biskupa nie jest oficjalną wypowiedzią Magisterium Ecclesiae, choć naturalnie od strony materialnej może i powinno wyrażać katolicką wiarę i właśnie dlatego może zasługiwać na przyjęcie. 

Po drugie deklaracje, które dotychczas wydano dotyczą nauki już zdefiniowanej. Przedstawiają ją w sposób albo wprost heretycki, albo niekompletny, przez co usiłują uszczuplić świętą Tradycję Kościoła. Takie nauczanie z natury rzeczy nie obowiązuje w sumienia wiernego katolika. Przykładem może być wspólna deklaracja o usprawiedliwieniu z 1999 r, która zostanie w przyszłości poddana głębszej analizie. Nauka o usprawiedliwieniu została zdogmatyzowana na soborze trydenckim. Deklaracja niczego nowego nie wnosi. Jedynie sprowadza nauczanie katolickie do akceptowalnego ze strony protestantów, a przez to czyni oficjalne stanowisko współczesnej hierarchii czysto protestanckim. To w żaden sposób nie zbliża nas do rozwiązania problemu. To tak jakby osobie zasypanej przez lawinę próbować pomóc dokładając śniegu... . Innym przykładem absurdalnej deklaracji jest ta o wspólnym uznawaniu chrztu. Skoro sygnatariusze rzekomo przyjmują pierwsze 8 wieków wspólnej Tradycji to powinni uznawać także orzeczenie papieża Stefana I o ważności chrztu heretyków, byleby chrzest udzielony był z wody i przy użyciu formuły trynitarnej. Po co wyważać dawno otwarte drzwi? Chyba tylko po to by uniknąć owego oskarżenia o herezję.

Po trzecie jaki walor ma nauczanie tworzone przy współudziale i aprobacie heretyków oraz shizmatyków? Jakim prawem uznaje się takie dokumenty za oficjalne stanowisko Kościoła? Jest to czysty irenizm, czyli pogląd stanowiący, że wiarę należy przedstawiać w sposób niekonfrontacyjny i ostatecznie wspólnie z błędnowiercami poszukiwać prawdy. Jaki owoc może wydawać kompromis w sprawach wiary? Czyż Chrystus Pan prowadził jakieś wspólne warsztaty z uczonymi w prawie, czy też z mesjańskim autorytetem nauczał ich? 

Ślepa droga ekumenizmu wynika z tego, że u założeń tego ruchu leży pogląd że odszczepieńcy od wiary katolickiej mogą nas w czymś ubogacić albo pomóc nam odkryć jakąś prawdę wiary. Tymczasem dialog choćby katolicko-protestancki może być dla katolika zbawienny tylko w tedy gdy z pomocą łaski Bożej doprowadzi do powrotu protestanta na łono Kościoła. Gdyby katolik przyjął choć ułamek błędów protestanckich przez to samo przestaje być katolikiem. Zrozummy w końcu, że herezja w swoim podstępie nie jest porzuceniem całej wiary tylko wybiórczych prawd. Herezja w konsekwencji prowadzi do odłączenia się od Kościoła. Z troską i miłosierdziem chrześcijańskim módlmy się o nawrócenie innowierców. Szukanie jedności poprzez kompromisy jest niemiłosierne tak wobec nas samych jak i tych z którymi dialogujemy. 

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

wtorek, 23 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 7 - współużytkowanie miejsc świętych

Laudetur Iesus Christus!

Co jakiś czas dobiegają nas informacje na temat goszczenia w naszych świątyniach, kaplicach, sanktuariach i innych miejscach świętych wyznawców innych denominacji chrześcijańskich czy nawet religii. I gdyby chodziło o ukazanie im piękna katolickiej liturgii, o modlitwę w intencji ich nawrócenia ergo gdyby chodziło o zbawienia ich duszy nie widziałbym żadnego problemu. Niestety hierarchowie dopuszczają do profanacji miejsc Panu Bogu poświęconych. Największą tego typu hucpą były spotkania indyferentnych przywódców różnych religii w Asyżu. Miejmy jednak świadomość, że podobnego typu wydarzenia mają miejsce praktycznie każdego dnia na świecie.

Teologia świątyni w gruncie rzeczy jest prosta. Jest to miejsce, które przez specjalny obrzęd zostaje konsekrowane jako doczesny przybytek Boży na ziemi. Przez prawowite poświęcenie oddajemy dany budynek, czy miejsce i jego wyposażenie na wyłączną służbę Bożą. Od momentu prawowitej konsekracji miejsce pozostaje do wyłącznej dyspozycji Pana Boga. Niestety jak napisałem w oddzielnym wpisie nowe świątynie prawdopodobnie nie są ważnie poświęcone. Jednak nadużycia których dokonują się duchowni nie znają parytetu prawomocnej konsekracji - profanowane są nawet częściej te na pewno ważnie poświęcone świątynie, gdyż jest ich po prostu więcej i są miejscami piękniejszymi, a przez to bardziej atrakcyjniejszymi.

Na czym polega problem? Zwykle jest to użyczenie katolickiej świątyni na potrzeby obrzędów kacerzy, rzadziej grup schizmatyckich. Najczęściej odbywają się w naszych świątyniach wielkie uroczystości protestanckie, a więc ordynacje superintendentów, czy superintendentek zwanych dla zmylenia przeciwnika odpowiednio biskupami oraz biskupkami, czy obchody wielkich jubileuszy w tym 500 lecia reformacji, urodzin herezjarchy Lutra itp rzeczy. Również starokatolicy zwłaszcza w krajach Beneluxu bywają zapraszani do katolickich miejsc kultu aby odprawiać swoje celebracje. Znamienne jest że gościnność się kończy, gdy ugoszczenia potrzebują tradycyjni katolicy czyli niegdysiejsi gospodarze tych miejsc, którzy zostali zeń wygnani wraz z tradycyjnym kultem. Użyczenie miejsca świętego do kultu niekatolickiego stanowi profanację świątyni, na równi z przeznaczeniem jej do celów świeckich, bywa że jest to nawet delikt większy zwłaszcza że jak spróbuję udowodnić wiąże się zwykle z większym zgorszeniem. Problemem podstawowym jest przeznaczenie miejsca świętego do celów niezgodnych z jego poświęceniem, a nawet rzec by można przeciwnych. Pomyślmy, czy Pan Bóg cieszy się z tego, że jacyś chrześcijanie oddzielają się od jedynego Kościoła i próbują wbrew poleceniu Chrystusa Pan czynić własne wspólnoty? Skoro Panu Bogu miłe to nie jest, zatem mamy do czynienia z obrażaniem Go w miejscu najbardziej dla Niego przeznaczonym. Drugi aspekt jest czysto duszpasterski. Takie pozwolenia powodują zgorszenie. Zgodnie z tym co napisałem w oddzielnym wpisie problem nie jest wielki gdy pojawiają się aktywiści antymodernistyczni i protestują przeciwko fałszywej gościnności. Wtedy gdy laikat zaczyna przyjmować ów fakt za normę to oznaka że dochodzi do zgorszenia indyferentyzmem. Jest to bowiem oznaka że wierni tracą zmysł wiary.

Innym przejawem degrengolady jest powstawanie mieszanych miejsc kultu. Takie kaplice, czy świątynie powstają zwykle w centrach handlowych, czy lotniskach. Możemy je łatwo rozpoznać po tym, że zawierają symbolikę wielu wyznań, a nawet religii. Ceremonia dedykacji odbywa się przy współudziale duchowieństwa różnych wyznań. Trzeba jasno powiedzieć, że nawet jeśli obrzęd jest ukatolicyzowany to takie miejsce nie jest ważnie poświęcone, choćby nawet zachowano tradycyjny ryt konsekracyjny. Jest tak dlatego, że sakramentale posiada strukturę podobną do sakramentu, tak więc jeśli szafarz nie zachowuje właściwej intencji to poświęcenie nie zachodzi. Nie ulega wątpliwości że biskup "poświęcający" takie miejsce nie zamierza przeznaczać go na wyłączną służbę Bożą, jeśli zakłada że miejsce będzie domem modlitwy dla heretyków czy innowierców. Trzeba przestrzec wszystkich katolików - omijajcie takie przybytki szerokim łukiem. Jest to wprowadzanie New Age do Kościoła.

Wreszcie to co się stało w Asyżu. Jest to przykład wzorcowy dla innych tego typu zachowań. Sprowadzenie duchowieństwa różnych religii oraz symboli religijnych do równego poziomu jest bluźnierstwem samym w sobie. Pamiętajmy że w katolickiej świątyni zwykle przebywa w sposób substancjalny sam Pan Bóg!  Nawet patrząc czysto socjologicznie. Jakie szanse na ostanie się ma religia, która nie uważa siebie za jedyną drogę wiodącą do Pana Boga? Nie powinno więc dziwić, że wielu chrześcijan w zachodniej Europie konwertuje na islam. Nie prowadzi się statystyk dotyczących skali zjawiska w Polsce, ale z różnych doniesień wiem, że i tutaj ma ono miejsce.

Należy przedsięwziąć stanowcze środki zaradcze. Użyczanie heretykom, czy innowiercom naszych świątyń do sprawowania ich wiarołomnego kultu jest czymś wobec czego wierni katolicy powinni wypowiadać głośne non possumus. Wierni są to winni przede wszystkim samemu Pan Bogu, dla którego poświęcane są te miejsca. Są to winni swoim dziadom - sprawiedliwość domaga się by rzeczy wzniesione przez przodków użytkować zgodnie z nadanym przezeń przeznaczeniem. Wreszcie jesteśmy to winni nam i naszej dziatwie. Świątynie, kaplice, sanktuaria są miejscami szczególnego spotkania z Panem Bogiem. Ich profanacja prowadzi do tego, że nie można w nich dalej godziwie sprawować liturgii. Miejsca sprofanowane trzeba specjalnymi przez Kościół obrzędami rekoncyliować. Czynne weto stawiane hierarchii: pisanie odwołań, podań, petycji, ale także fizyczna obrona katolickich świątyń, to prawo i święty obowiązek każdego bierzmowanego katolicka. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.


Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 6 - interkomunia

Laudetur Iesus Christus!

Jeden z moich wykładowców powiedział wprost - celem działań ekumenicznych jest doprowadzenie do interkomunii. Mianem interkomunii nazywa się wzajemne międzywyznaniowe dopuszczenie do wspólnoty eucharystycznej, to zakłada implicite także wspólną naukę o Najświętszym Sakramencie, Mszy Świętej, a zwykle także o kapłaństwie. W praktyce stanowi często fuzję  obydwu wyznań.

Co roku w okresie oktawy jedności i różnorodności internety zalewają informacje dotyczące bezbożeństw pseudoeucharystycznych. Gdyby chodziło o łamanie się opłatkiem, nikt nie śmiałby podnosić rwetesu. Ale rzecz przestawia się zgoła odmiennie - spotkania ekumeniczne żywo mają przypominać wspólną Eucharystię, bo Mszą Świętą takie obrzędy trudno już nazwać. I nawet jeśli Pan Jezus Chrystus nie jest w sposób substancjalny obecny na takowych zebraniach to zastanawia sam wymiar parenetyczny i pedagogiczny owych przedsięwzięć. Bo takie celebracje wychowują wiernych i wpajają im świadomość, że komunikowanie wraz z heretykami i schizmatykami jest w porządku. Kolejne pokolenie może utracić Mszę Świętą. Zresztą temat tak zwanej Eucharystii ekumenicznej wałkowany jest od dawna, a raz na jakiś czas wypływa w postaci newsa tylko po to aby zbadać opinię laikatu na rzeczony temat.

Z teologicznego punktu widzenia istotne są dwa aspekty. Pierwszy to kwestia ważności samego sakramentu. Jest oczywiste, że podczas spotkań opłatkowych wspólnot protestanckich do żadnego przeistoczenia nie dochodzi. Oni sami tego nie ukrywają, choć nie przeszkadza im to wyciągać bezbożnie ręce po największy skarb Kościoła, oczywiście pod warunkiem, że nie muszą przed Nim klękać. Sami zresztą hojnie praktykują gościnność eucharystyczną zwodząc rzesze naszych wiernych, którzy czasem oddają ich opłatkom latreutyczną, bałwochwalczą cześć. Zwiedzenie katolicy uczestniczący w takich obrzędach tracą kompas wiary i stają się materialnymi protestantami.

Drugim aspektem jest eklezjalny wymiar owej interkomunii. I wydawałoby się że wszystko jest w porządku. W końcu dzisiaj wiele się mówi o tym jak przyjmowanie Komunii Świętej jest wyrazem i znakiem jedności z Kościołem. Jakże jednak różnie pojmuje ów eklezjalny wymiar Komunii Świętej modernizm, Kościół oraz cerkiew prawosławna, zwłaszcza Patriarchat Moskwy i Wszechrusi. Moderniści Pragną interkomunii po to by zaprowadzić formalny i materialny paneklezjalizm.  Dla nich interkomunia to znak że żyjemy w prawdziwie pojednanej różnorodności. Kościół zgodnie z teologią Mistycznego Ciała Chrystusa zauważa szeroki kontekst eklezjalny, jednak nie jest on dominujący. Przyjęcie Komunii Świętej to przede wszystkim sakrament, który jednoczy wiernego z Panem Jezusem i dopiero z tej perspektywy z Kościołem. Wreszcie prawosławie które wymiar eklezjalny Komunii Świętej znowu wynosi aż zanadto. Tam bowiem komunikowanie się jest znakiem nie tylko przynależności konfesyjnej ale wręcz liturgicznej. 

Stanowiska modernistyczne i prawosławne są oczywiście błędne i pomniejszają wartość Komunii Świętej jako sakramentu. Ani moderniści, a wraz z nimi protestanci, ani paradoksalnie prawosławie nie zauważa w pełni osobowego Pana Boga kawałku eucharystycznego chleba. Dzieje się tak dlatego, że tylko Kościół wyraził kompletną naukę o Najświętszym Sakramencie.

W praktyce interkomunia jest dopuszczona. Zgodnie z nowym prawem kanonicznym można udzielić Komunii Świętej heretykom i schizmatykom, jeśli wyznają katolicką wiarę w odniesieniu do tego sakramentu. Przy tym wszystkim skandaliczne jest to, że nie wymaga się od nich w pełni katolickiego wyznania wiary, czyli powrotu do Kościoła. To że katolikom pozwala się in articulo mortis przyjmowanie Najświętszego Sakramentu od niekatolików, byleby oczywiście sam sakrament był ważny nie dziwi. Natomiast jest wielce zastanawiające, że prawodawstwo udziela takiej zgody w sytuacji gdy zagrożenia życia nie ma, gdy istnieje przez dłuższy czas niemożliwość otrzymania sakramentu od katolickiego szafarza. Taki zapis w konsekwencji prowadzi do indyferentyzmu.

I jako klamrę niniejszych rozmyślań dodam wypowiedź innego profesora, który porównał ekumenizm do podróży w wagonie restauracyjnym, owszem eleganckim, z suto zastawionym stołem, kapelą i profesjonalną obsługą. Jednak bawiący się w owej salonce restauracyjnej sami nie znają i nie potrafią przewidzieć celu swej podróży. Obserwując ich z zewnątrz wydawać by się mogło, że ich celem jest sama zabawa. A ja dodam, że stacja końcowa jaką będzie niewątpliwie sąd Boży może owych bawiących się bardzo zaskoczyć. Wspólne biesiadowanie na kredyt kończy się nie tylko drobną dyspepsją ale zwykle także surową windykacją. Celem życia człowieka jest zbawienie duszy. Każdy z nas wie, że nie żyje się po to żeby jeść, ale je się po to żeby żyć. Interkomunia pomija cel Komunii Świętej jaką jest uświęcenie poprzez zjednoczenie z Panem Bogiem, składa w ofierze cel ostateczny na rzecz dobrej wspólnej zabawy. "Święte, świętym! Kto święty niech przystąpi, kto nim nie jest, niech czyni pokutę."

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

niedziela, 21 stycznia 2018

Abusrdy ekuemnizmu cz. 5 - fałszywa tytułomania

Laudetur Iesus Christus!

Istotnym problemem w dialogu ekumenicznym jest fałszywa tytułomania. O samym problemie tytulatury kościelnej pisałem już we wrześniowym wpisie. Na temat fundamentalnych pojęć z zakresu nauki o Kościele pisałem na początku zeszłorocznego cyklu ekumenicznego. Warto się z tymi wpisami zapoznać, żeby mieć jakikolwiek przyczynek do niniejszego krótkiego wpisu.

Jak powszechnie wiadomo język służy określaniu i opisywaniu rzeczywistości. Słowo jest nośnikiem informacji - pozwala stwierdzić rzeczy nieuchwytne organoleptycznie. W dziedzinie wiary oraz naukowej refleksji na jej temat, czyli teologii słowo jest szczególnie istotne. Stąd należ postulować, aby używać możliwie najprecyzyjniejszych pojęć dla opisywania rzeczywistości. 

Niestety modernizm jako herezja idzie w parze z postmodernistycznymi wypaczeniami dotyczącymi języka. Dzisiaj teologię uprawia się już w sposób jawny poza kontekstem scholastycznym. Dochodzi więc do tego, że pojęcia niegdyś ściśle zastrzeżone dla określonego desygnatu są w sposób nieuprawniony ekstrapolowane. Gdy świadomy katolik usłyszy słowo prezbiter odnosi go od razu kapłana posiadającego drugi stopień kapłaństwa, gdy słyszy słowo Kościół myśli o wspólnocie wiernych założonych przez Chrystusa Pana. Wierny świecki ma prawo sądzić, że ktoś kto jest opisywany jako ks. Marcin, albo x Marcin jest prezbiterem i jest to całkiem zrozumiałe. Wierny świecki może nie rozumieć, że ktoś używając sformułowania "nasz Kościół" niekoniecznie myśli o wspólnocie wierzących założonej przez Pana Jezusa Chrystusa i to nawet wtedy gdy w ów początek od naszego Zbawiciela wierzy. 

W czasach powszechnego zamętu oczywiste słowa stają się dwuznaczne. Dobra katecheza musi niestety te różne konteksty podejmować, aby wierni byli przygotowani do życia świeckiego. W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan, ale i poza nim można znaleźć w gablotach wielu krucht kościelnych oraz w ogłoszeniach  parafialnych oczywiste dwuznaczności językowe. Ogłasza się, że na Mszy Świętej w dniu N o godzinie XYZ Słowo Boże wygłosi ks. bp Marian Niemiec. Co pomyśli zwykły wierzący? Przyjedzie biskup głosić kazanie. Nawet gdy zobaczy że ów "biskup" jest jakoś inaczej ubrany to jednak w pomyśli o nim jako o prawdziwym biskupie, a o jego wspólnocie jako prawdziwym Kościele, w końcu tłoczy się od małego i co niedziela powtarza: "Wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół".  

Gdy byłem w seminarium rokrocznie na ogłoszeniach wisiało podobnej treści ogłoszenie. Oczywiście wszyscy klerycy musieli we wszelkich bezbożeństwach ekumenicznych bezwzględnie uczestniczyć. Pewnego razu na zawieszonej kartce poskreślałem wszystkie nieodpowiednie słowa. Jaką to wywołało burzę... Wystarczy lekko ruszyć ekskrementy żeby poderwało się wiele much. Oczywiście wszyscy domyślali się kto to zrobił, ale nikt nie miał dowodów. A ja tylko upomniałem się o właściwe nazewnictwo, żeby zamiast określać dajmy na to zielonoświątkowców Kościołem, nazwać ich  wspólnotą zielonoświątkową zgodnie z soborowym określeniem przypomnianym w Deklaracji Dominus Iesus. Na wykładzie z ekumenizmu podjąłem temat błędnej tytułomanii. wykładowca przyparty do muru przypomniał właściwe określenia, jednak stwierdził że grzecznościowo mówi się do pastora per ksiądz, a na ichniejsze wyznanie Kościół. I oczywiście w dalszych wywodach konsekwentnie używał "formy grzecznościowej".

Tak więc szczególnie w tygodniu modlitw o jedność chrześcijan należ strzec się niniejszych słów:
a) biskup - tym mianem określa się również superintendentów protestanckich,  nawet kobiety sprawujące urząd zwierzchnika wyznań protestanckich i starokatolickich. Należy pamiętać, że biskupem jest tylko osoba posiadająca ważnie udzielone święcenia w stopniu episkopatu, czyli sukcesję apostolską. Poza Kościołem sukcesja zachowana jest także w prawosławiu i częściowo w starokatolicyzmie
b) ksiądz - tym mianem określa się także pastorów, którzy podobnie jak superintendenci nie posiadają żadnych święceń. Co ciekawe niegdyś pastorzy bronili się przed tytułowaniem ksiądz, a dziś przyjmują to określenie bardzo ochoczo.
c) Eucharystia - nie zawsze chodzi o Mszę Świętą, czasem jest to zaproszenie kierowane do "bratniego Kościoła protestanckiego", po protestancku jest to większe nabożeństwo
d) Kościół - jak wspomniałem wyżej i w wielu innych wpisach Kościołem sensu stricto jest tylko Kościół katolicki. Nieściśle używa się czasem sformułowania "Kościoły prawosławne" w żadnym zaś razie wspólnoty protestanckie nimi nie są

Brońmy się przed tymi zwodzeniami. Miejmy odwagę choćby wziąć długopis i dokonać poprawek. Da to do myślenia naszym hierarchom, którzy nawet jeśli nie zaniechają swoich poczynań, to przynajmniej je nieco stonują wiedząc, że mają do czynienia ze świadomym laikatem.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 20 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 4 - mieszane małżeństwa

Laudetur Iesus Christus!

Na wykładach z prawa kanonicznego nasz wykładowca wypowiedział kontrowersyjną dla wielu tezę: "W zasadzie małżeństwa mieszane to dyspensa od 6 przykazania". Podstawą twierdzenia jest kanon 1086 § 2 Kodeksu z 1983 r, który stanowi o możliwości dyspensowania od różności religii. Profesor  mówił co prawda o małżeństwach międzyreligijnych, ale rozważając problem doszedłem do wniosku, że niestety konieczna jest ekstrapolacja na przynajmniej część małżeństw międzywyznaniowych w łonie chrześcijaństwa.

Małżeństwo jak dobrze wiemy jest 7 sakramentem Kościoła ustanowionym przez Chrystusa Pana dla zapewnienia fizycznej płodności Kościoła, rozszerzania w widzialny sposób Królestwa Bożego i dla katolickiego wychowania dziatwy. Małżeństwo w sposób szczególny odzwierciedla relację Chrystusa Pana do Kościoła. Jest więc ważnym znakiem zbawczym nie tylko dla samych małżonków, ale także dla całej społeczności wiernych. Podniesienie małżeństwa do rangi sakramentu to jedna z większych łask jaka mogła spotkać rodzaj ludzki i wypełnienie błogosławieństwa zawartego w Księdze Rodzaju dotyczącego płodności i rozmnażania się. W ten właśnie sakrament herezja protestancka uderzyła najsampierw.

Ale po kolei... . Argumentacja profesora kanonistyki była dość prosta. Skoro jest nauką katolicką iż nupturienci sami dla siebie są szafarzami sakramentu małżeństwa, to jakimże jest szafarzem nieochrzczony? A nawet jeśli uznamy że małżeństwo jest sakramentem z natury rzeczy, co jak wiemy prawdą nie jest to i tak fakt nieuznawania katolickiej nauki o małżeństwie zrywa autentyczność znaku i powoduje że całe ślubowanie jest symulacją. I właśnie to ostatnie stwierdzenie stało się dla mnie asumptem do dalszych dociekań.

Kościół obwarował małżeństwo licznymi przeszkodami. Poza przeszkodami Kościół stwierdza iż niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci którzy nie mają zdolności do wyrażenia zgody na małżeństwo, kanony 1095-1117 Kodeksu z 1983 r. Skoro można stwierdzić nieważność małżeństwa powodu braku zgody małżeńskiej spowodowanej błędną świadomością co do samego małżeństwa czy to zawinioną czy też niezawinioną, to czy tym bardziej jest nieważne małżeństwo zawierane z jednej strony przez katolika, a z drugiej strony kogoś kto publicznie i uparcie odrzuca katolicką naukę o małżeństwie. Logika podpowiada, że takie małżeństwo nie może być ważne.

Warto zastanowić się nad przykładami:
a) małżeństwo katolicko-protestanckie
Jaką materią zgody małżeńskiej dysponuje protestant podchodząc do małżeństwa z katolikiem? Przede wszystkim protestant nie uznaje małżeństwa za sakrament, gdyż sam Luter oraz inni herezjarchowie protestanccy uznawali że małżeństwo to sprawa doczesna podległa władzy świeckiej, a nie duchownej. Skoro protestant odrzuca ten sakrament jako taki, to czy może być jego szafarzem lub przyjąć go? Skoro wymagamy zgodnie z zasadami tradycyjnej sakramentologii od szafarza intencji tego co czyni Kościół to tutaj tej intencji nie ma - szafarz nie chce udzielić ani przyjąć sakramentu małżeństwa. Małżeństwo katolicko-protestanckie z pewnością będzie jedynie kontraktem cywilnym zwartym w pięknym sakralnym otoczeniu z ckliwym kazaniem oraz może nawet kadzielnym dymem. 
b) małżeństwo katolicko-prawosławne
Do ważności takiego małżeństwa istnieją dwie przeszkody. Pierwszą z nich jest szafarz. To czego zabrania Kościół klerykom, na to pozwala cerkiew swojemu duchowieństwu. Szafarzem małżeństwa w prawosławiu jest prezbiter. Jak zatem ma zajść sakrament skoro jeden z szafarzy ceduje swoje szafarstwo na kogoś nieuprawnionego? A nawet jeśli uznamy, że kwestia szafarza jest zupełnie drugorzędna to pozostaje kwestia nierozerwalności małżeństwa. Chociaż cerkiew optuje przeciw rozwodami, to jednak dopuszcza je i praktykuje drugie pokutne małżeństwo. Czy jeśli jeden z nupturientów implicite dopuszcza możliwość zawarcia drugiego małżeństwa to czy wyraża zgodę na sakrament małżeństwa rozumiany po katolicku? Moim zdaniem nie. Małżeństwa mieszane katolicko-prawosławne uznaję zatem za niesakramentalne podobnie jak te katolicko-protestanckie.
c) małżeństwo katolicko-starokatolickie
Specyfika denominacji starokatolickich jest złożona. Chociaż starokatolicyzm co do zasady uznaje sakramenty to jednak cechuje się indywidualizmem doktrynalnym. Wierni nie są obowiązani wierzyć wiarą boską w głoszone przez te wyznania prawdy. Oznacza to, że cała sakramentologia nie jest również dogmatyczna. Wobec tego wszystko to co Kościół o małżeństwie naucza nie zobowiązuje pod rygorem grzechu śmiertelnego. Notabene starokatolicy w większości odrzucają spowiedź lub traktują ją fakultatywnie. To co napisałem odnośnie do małżeństwa katolicka-starokatolickiego suponuje pewne wątpliwości, jednak w porównaniu z poprzednimi wyznaniami są one najmniejsze i  dużej mierze zależą z którą wspólnotą starokatolicką mamy do czynienia.

Wyklęty kleryk nie ma żadnych wątpliwości że klasyczne małżeństwa międzyreligijne są kontraktem niesakramentalnym z powodów przytoczonych we wstępie do niniejszego wpisu. Kościół zawsze przed małżeństwami mieszanymi przestrzegał i surowo je wzbraniał. Dziś tak hojnie udziela w tym względzie dyspens, że wielu proboszczów, w tym mój proboszcz różności wyznania nie uznaje już wcale za przeszkodę i rozkazuje by nie wpisywać tej przeszkody małżeńskiej w kartotekach parafialnych. W praktyce zakaz małżeństw mieszanych został zniesiony. Jest to tragiczna sytuacja - Kościół już kilkadziesiąt lat temu zaczął zezwalać na życie w związkach niesakramentalnych. Po zadekretowaniu niesakramentalnych małżeństw mieszanych, odrzuceniu fundamentalnego celu małżeństwa (a przynajmniej odsunięciu go na bok) przychodzi dzisiaj kolejna fala protestantyzacji małżeństwa, które powoli przestaje być sakramentem. Wierni nauczani przez fałszywych pasterzy tracą zdolność do zawierania tego sakramentu. Dzieje się to na naszych oczach. Trwa depopulacja fizyczna oraz duchowa. One idą ze sobą w parze. Cywilizacja śmierci triumfuje. Jak długo to ma trwać Boże?

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 19 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 3 - gościnność ambony

Laudetur Iesus Christus!

Dzisiaj o czymś co bardzo wzburzało moje nerki gdy byłem w seminarium. Gościnność ambony to praktyka dopuszczania heretyków do głoszenia wiary w katolickich świątyniach. Cały absurd sprowadza się nawet nie do samej praktyki ale reakcji wiernych. Większość z nich gdyby nie mandat hierarchiczny na tego typu akcję po prostu wyszłaby ze świątyni oburzona. Tymczasem ci maluczcy gdy tylko usłyszą o jakimś mitycznym przywileju to zamykają oczy wiary, a otwierają ślepe konformistyczne posłuszeństwo. A nawet gdyby przywilej był to czy praktyka stałaby się przez to godziwa? Rozważmy... .

Przez wieki kazanie, czy też homilia były pozaliturgiczną posługą słowa. Po prawie 20 wiekach istnienia Kościół uznał, iż jest to jednak przepowiadanie liturgiczne i podniósł na Soborze Watykańskim II jego rangę. Odnośne teksty na temat homilii znajdują się w 52 i 53 punkcie Konstytucji o Świętej Liturgii. Niestety wraz z podniesieniem rangi tej formy przepowiadania nastąpiła postępująca pauperyzacja. O jej pozostałych formach czytelnicy dowiedzą się z innego wpisu. Skoro homilia lub kazanie jest częścią liturgii to stanowi ona publiczną Służbę Bożą, należy więc do misterium Kościoła, do sposobu jej przeżywania, szczególnie że jest związana przede wszystkim z celebracją mszalną. Wyklęty kleryk wyznaje relatywizm homiletyczno-liturgiczny. Chociaż uznaje on za prawdę postulat soborowy, co potwierdzają homilie wielkich Doktorów Kościoła, które zaiste są Słowem Bożym, to jednak liturgiczność homilii czy też kazania uzależnia od treści i formy. Liturgia bowiem domaga się właściwej treści i godnej formy. Nie są więc homiliami, czy też kazaniami jakieś przedstawienia dla dzieci, wywody społeczno-polityczne a także prywatna dumka modernistycznych pastuchów. Z uczciwością za kazania wyklęty kleryk nie uznaje także swoich wpisów na niniejszym blogu.

A zatem skoro to liturgia domaga się ona także odpowiedniego szafarza. Szafarzem słowa Bożego jest ważnie wyświęcony kleryk w odpowiednim stopniu. I tak wielowiekowa Tradycja Kościoła za kleryka zdatnego głosić kazania w czasie Mszy Świętej uznaje biskupa oraz prezbitera. Diakon może wygłosić taką naukę tylko za pozwoleniem biskupa lub prezbitera. Potwierdza to wyraźnie kanon 767 Kodeksu z 1983 r: "Wśród różnych form przepowiadania szczególne miejsce zajmuje homilia. Stanowi ona część samej liturgii i jest zarezerwowana kapłanowi lub diakonowi. W
ciągu roku liturgicznego należy wykładać w niej na podstawie świętych tekstów tajemnice wiary oraz zasady życia chrześcijańskiego." Nie ma zatem mowy o żadnych minorystach, świeckich, czy wreszcie heretykach. Aby swój nikczemny zamysł przeprowadzić moderniści wykoncypowali przywilej, którego choć długo szukałem znaleźć nie mogłem. Zresztą nawet gdybym znalazł takowy to materialnie kwestia nie wyczerpuje znamiona przywileju. Z kanonu 76 Kodeksu z 1983 r: "Przywilej, czyli łaska udzielona dla pożytku pewnych osób, fizycznych lub prawnych, szczególnym aktem, może być przyznany przez ustawodawcę oraz przez władzę wykonawczą, której prawodawca dał taką władzę." Jakiż tutaj jest pożytek i jaka łaska? Uczono mnie na modernistycznym fakultecie teologicznym że przywilej nie może być sprzeczny z obowiązującym prawem, gdyż wtedy zowie się on indultem. Zatem przywilej nawet gdyby się znalazł nie byłby prawomocny. Jaka jest różnica pomiędzy przywilejem, a indultem? Indult to wyjątek od prawa (contra legem) nadany przez prawodawcę kościelnego dla danej osoby np.: indult sekularyzacyjny pozwalający odejść z zakonu, przywilej zaś to coś będącego obok prawa (iuxta legem) np.: przywilej noszenia racjonału dla arcybiskupa Krakowa. 

Rozważmy sprawę od strony czysto moralnej. Skoro wiadomo, że herezja jest czymś szkodliwym, a heretyk szerzy ową szkodliwą rzecz, to czy godzi się go dopuszczać do miejsca z którego można fałsz rozpowszechniać? Szkodzi to samemu heretykowi, którego utwierdza się w błędzie często tytułując go w sposób nieodpowiedni. W końcu dopuszczenie kogoś w Kościele do tak ważnej czynności oznacza aprobatę dla wygłaszanych poglądów. Wreszcie szkodzi maluczkim, którzy stają bezbronni wobec nawet niefarbowanego wilka. Pasterze dopuszczający do takich bezeceństw grzeszą ciężko. I padnie argument, że przecież  praktyka gościnności ambony nie zna głoszenia treści spornych, że jest refleksją teologiczną, łamaniem się Słowem Bożym itp farmazony. Bardzo proszę stworzyć panel dyskusyjny lub pogadankę poza przestrzenią świętą i poza liturgią. Z chęcią wyklęty kleryk zaproszenie przyjmie. Jednak w duchu i prawdzie. Nie wolno nazywać Słowem Bożym coś co nim być nie może. Nawet jeśli heretyk wygłosi luźną refleksję, to sam klimat w jakim się to dzieje, nazywanie pastora księdzem, a superintendenta biskupem oraz cały entourage tego przedsięwzięcia jest z gruntu przesiąknięty herezją indyferentyzmu religijnego. 

W dobie nazywania ambony stołem Słowa Bożego i wynoszenia ponad zdrowy rozsądek parenetycznego wymiaru liturgii mszalnej dochodzi właśnie do profanacji liturgii Słowa. Dopuszczanie szafarzy niekatolickich do ambony to szczególny przypadek communicatio in sacris. Dotyczy bowiem bardzo wymiaru duszpasterskiego i jest wielkim zgorszeniem dla wiernych. Przeciwko praktyce gościnności ambony należy przedsięwziąć radykalne kroki nie wyłączając fizycznej blokady ambony. Świątynia katolicka, a tym bardziej liturgia nie jest prywatnym folwarkiem celebransów. Niech ci pamiętają, że zdadzą sprawę ze swego urzędowania przed Bogiem samym. Wierni zaś obowiązani są takie nauczanie przynajmniej bojkotować czy to przez porzucenie uczestnictwa w ekumenicznych bezbożeństwach lub też ostentacyjne wyjście w trakcie takiego przepowiadania. Jest aktem wielkiej odwagi rozpoczęcie w grupie różańca czy też fizyczna blokada ambony przed wstępującym nań heretykiem. Należy się przeto organizować, a wilki w owczej skórze oręża różańca i zmysłu wiary prostego ludu wiernego rychło się przestraszą. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

czwartek, 18 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz. 2 - modlitwa o jedność Kościoła

Laudetur Iesus Christus!

Niewiele osób uczestniczących w liturgii analizuje treści modlitw w których uczestniczy. Czy pamiętamy kolektę z ostatniej Mszy Świętej na której uczestniczyliśmy?  Odpowiadając kapłanowi "Amen" potwierdzamy wygłoszoną przez niego modlitwę. Przez wieki przyzwyczailiśmy się mieć zaufanie do funkcjonariuszy kościelnych, dziś jednak w czasach powszechnego zamętu należy mieć się na baczności. Okazuje się bowiem, że nie wszystkie modlitwy które nam się podaje są w istocie katolickie, niektóre z nich wprost przeczą zasadom naszej wiary.

W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan należy zwrócić szczególną uwagę na modlitwę wiernych oraz kolekty. Może się okazać, że ich treść będzie zawierała modlitwę o jedność Kościoła. Drogi czytelniku! Wystarczy pomyśleć o Credo nicejsko-konstantynopolitańskim wypowiadanym przy okazji każdej niedzieli. Wyznajemy w nim wiarę  w "jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół". Wielkie wyznanie wiary Kościoła ormiańskiego dodaje: "wierzę w jeden i jedyny Kościół". Obie formuły są jak najbardziej katolickie, druga nawet precyzyjniejsza. Wiara w jeden Kościół zawiera w sobie ekskluzywizm eklezjologiczny, chodzi ni mniej ni więcej o to że Chrystus Pan założył jeden Kościół, ten Kościół zdaniem Soboru Watykańskiego II trwa (subsistit in) w Kościele katolickim (Lumen Gentium 14). A katolicka wykładania tych słów oznacza, że Kościół Chrystusowy jest Kościołem katolickim. Katolickość Kościoła znaczy że jest on powszechny, tzn prawdy przezeń głoszone i orędzie zbawcze zapośredniczone przez łaskę Bożą jest dawane światu właśnie przez tenże jeden, jedyny, powszechny i apostolski Kościół. Święty Bellarmin podał kryteria rozpoznawania Kościoła Chrystusowego czyli katolickiego, są to kryterium wspólnie wyznawanej wiary, przyjmowania prawdziwych sakramentów i bycia pod zwierzchnictwem prawowitej władzy kościelnej.

Tymczasem wielu domorosłych teologów, często posiadających wysokie stopnie hierarchiczne popada w błąd indyferentyzmu i przedkłada go ponad mądrość Kościoła. Tydzień modlitw o jedność chrześcijan nazywa się tak celowo i nie ma tu żadnej pomyłki. Nie jest to tydzień modlitw o jedność Kościoła. Inicjatywa powstała jeszcze zanim do urzędów kościelnych dopchali się moderniści. Tak więc fałszywi pasterze będą wam drodzy czytelnicy przedkładać różne intencje w stylu módlmy się o jedność Kościoła, owczarni chrystusowej itp. Trzeba kategorycznie i odważnie milczeć, a potem upomnieć celebransa - wiem że jest to trudne. Lektorów i diakonów uprzejmie proszę aby w modlitwie wiernych dokonywali odpowiednich zmian jeśli zapis wezwania jest sformułowany z przedstawioną powyżej herezją indyferentyzmu. Należy usilnie powoływać się na naukę o znamionach Kościoła, na katechizmową formułę św. Bellarmina, wreszcie na Credo którego używamy w czasie liturgii. Chrystus Pan założył jeden Kościół. Jeśli ktoś ma wątpliwości polecam encyklikę Mystici Corporis Christi Piusa XII. W skrócie argumentacja jest prosta. Skoro św. Apostoł uczy, że Kościół to mistyczne Ciało Chrystusa to wobec takiej nauki nie można w kontekście dogmatów o unii hipostatycznej mówić czy pisać o jakimś podziale tego Ciała, albo też wskazywać iż jest więcej niż jedno.

Niestety błędy indyferentyzmu wkradły się także do tłumaczenia Mszału Rzymskiego na język polski. Oto w modlitwie o pokój czytamy: "Panie Jezu Chryste, Ty powiedziałeś swoim Apostołom: Pokój wam zostawiam, pokój mój wam daję. Prosimy Cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i zgodnie z Twoją wolą napełnij go pokojem i doprowadź do pełnej jedności.Który żyjesz i królujesz na wieki wieków." Tymczasem łacińska wersja Mszału Rzymskiego używa czasownika coadunare co oznacza podtrzymywać, utrzymywać, utwierdzać. Zatem modlitwa powinna zawierać się w tej treści: "I zgodnie z Twoją wolą napełnij go pokojem i utwierdzaj (podtrzymuj),  w pełnej jedności." Kapłan świadomy odpowiedzialności za słowa nawet z narażaniem konsekwencji kanonicznych będzie wypowiadał ową modlitwę zgodnie z zamysłem Kościoła. Zawsze może odmówić ją w razie szykan po prostu po łacinie - przełożeni wobec takiego dictum acerbum zwykle odpuszczają. Wierny katolik ma prawo na taką modlitwę nie dać odpowiedzi: "Amen". Jest to bardzo logiczne. Posłuszeństwo należy się bowiem najpierw Pau Bogu, potem Kościołowi i dopiero na końcu duchownemu. Ten ostatni ma prawo do posłuchu tylko wtedy gdy jest wierny posłannictwu Kościoła. 

Pilnujmy zatem wypowiadanych przez siebie modlitw, świadomie afirmujmy modły składane w naszym imieniu przez kapłanów. Słowo ma wielką moc, może wyrażać wiarę, ale może także wyrażać herezję, słowo może błogosławić, a może też przeklinać. Godzi się przytoczyć się na koniec słowa Księgi Powtórzonego Prawa: "Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi." (Pwt 30, 19-20). Ktoś powie, że przesadzam, ale w sprawach kultu Bożego nie ma spraw małych. Wybierajmy prawdę zamiast fałszu.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

środa, 17 stycznia 2018

Absurdy ekumenizmu cz 1 - judaizm włączony do ruchu ekumenicznego

Laudetur Iesus Christus!

Rozpoczęła się kolejna oktawa multikulturalizmu religijnego. W Polsce tydzień modlitw o jedność chrześcijan nie bez powodu poszerzony jest na początku o dzień judaizmu. Jakież było moje zdziwienie gdy na wykładach z dialogu międzyreligijnego dowiedziałem się, że judaizm zostanie wyłożony w ramach wykładu o ekumenizmie. Okazuje się bowiem, że Komisja do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem działa przy Papieskiej radzie do spraw Popierania Jedności Chrześcijan. Wykładowca długo próbował mnie przekonać, że związek judaizmu z katolicyzmem jest tak wielki, iż uznać można je za wspólną nawet religię.

Tegoroczny tydzień jedności i różnorodności zamierzam poświęcić mitom i absurdom ruchu ekumenicznego. Jako pierwszy z nich widzę właśnie włączenie judaizmu do watykańskiej agendy ekumenicznej. Ekumenizm swoją nazwę wywodzi z greckiego οικουμένη co znaczy wspólny dom lub wspólnie zamieszkały obszar. Przez dziesięciolecia ruchu ekumenicznego zrodzonego w łonie protestantyzmu rozumiano go jako dążenia do przywrócenia jedności rozbitemu na różne denominacje chrześcijaństwu. Posoborowie rzekomo katolickie poszło jednak dalej niż hertycy i włączyło w kręgi absurdu także judaizm. Zgodnie z ogólnie przyjętymi tezami religioznawców za chrześcijanina może się uważać ktoś kto wierzy w Trójcę Przenajświętszą i w imię tejże Trójcy przyjął chrzest z wody. Oczywiście nie jest to definicja katolicka, św. Cyryl za chrześcijan uważał jedynie tych którzy przeszli przez chrzest i bierzmowanie, zgodnie z etymologią słowa chrześcijanin, którą wywodzi od imienia Chrystus i partycypacji w Jego namaszczeniu Duchem Świętym. Słusznie się więc uważa za sektę niechrześcijańską Świadków Jehowy i innych im podobnych którzy nie udzielają ważnego chrztu. Dlaczego zatem po wstąpieniu Kościoła do ruchu ekumenicznego zdecydowano się wprowadzić doń także judaizm? Odpowiedź wydaje się prosta, jest nią syjońska i kabalistyczna infiltracja środowisk kościelnych. Po prostu część hierarchii Kościoła, która utożsamia się z tradycją i kulturą żydowską postanowiła uczynić ukłon w stronę swoich braci.  Innego rozwiązania nie widzę, jeśli jakiś czytelnik ma pomysł proszę o dyskusję. Nie ma argumentu żeby judaizm traktować jako denominację chrześcijańską. Nie praktykują oni bowiem ani chrztu, ani nie wierzą w Boga Trójjedynego, chociaż tę wiarę można wywieść ze Starego Testamentu, a przynajmniej jeśli nie jest ona wprost wypowiedziana to zdecydowanie niesprzeczna z treściami Starego Zakonu.

Judaizm trudno nawet nazwać religią. Co prawda odwołuje się on do tradycji mozaistycznej, ale brakuje mu istotnych elementów. Przede wszystkim nie ma w tej religii kultu - nie składa się ofiar ponieważ świątynia starozakonna została zburzona przez samych wyznawców mozaizmu przez ukrzyżowanie Chrystusa Pana. Nie ma także kapłaństwa, choć niektóre środowiska judaistyczne nawiązują do tej tradycji i wyznaczają nawet osoby mające rzekome pochodzenie z pokolenia kapłańskiego. Ci rekonstruktorzy mozaizmu posunęli się nawet do tego, że wybudowali makietę świątyni jerozolimskiej w skali 1:1. Cóż z tego skoro nie stoi i nie może stać we właściwym miejscu. Do jakiej religii można porównać judaizm? Jest nią np buddyzm. Współczesny judaizm jest bardziej filozofią plemienną osób identyfikujących się z tradycją mozaistyczną niż religią sensu stricto.

"Módlmy się i za żydów wiarołomnych: niech Bóg i Pan nasz zdejmie zasłonę z ich serc, aby i oni poznali Jezusa Chrystusa Pana naszego. Wszechmogący, wieczny Boże, który nawet wiarołomnych żydów nie odrzucasz od swego miłosierdzia, wysłuchaj próśb naszych, jakie zanosimy za ten naród zaślepiony, aby uznając światło prawdy, którym jest Jezus Chrystus, wyrwał się z swoich ciemności." Z modlitwy powszechnej na wielki piątek.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

sobota, 6 stycznia 2018

Prawdziwe i autentyczne Pismo Święte

Laudetur Iesus Christus!

Dziś z okazji uroczystości Objawienia Pańskiego ciąg dalszy problemów związanych ze źródłami wiary. Artykuł z zeszłego roku dotyczący relacji Pisma Świętego do Tradycji spotkał się z życzliwym przyjęciem. Mam świadomość że to co dzisiaj napiszę wielu zszokuje, ale niestety trudno przemilczeć fakty. Niestety większość z nas nie posługuje się katolickim Pismem Świętym, chociaż tak jest napisane na egzemplarzach, które jak mniemam wszyscy czytelnicy niniejszego bloga posiadają.

Najpierw trzeba przypomnieć, że Pismo Święte jest integralną częścią Tradycji. Po pierwsze dlatego, że Słowo Boże początkowo było przekazywane ustnie, dopiero potem zostało spisane, a po wtóre dlatego, że ostatecznie Magisterium Kościoła orzekło o tym które księgi są kanoniczne, a które nie. W sposób ostateczny na temat Pisma Świętego - jego składu i doktryny natchnienia wypowiedział się sobór trydencki, którego orzeczenia z pewnością należą do Tradycji. Jednak czytając dokumenty soborowe natrafiamy na coś więcej jak tylko spis ksiąg. Okazuje się, że Kościół kanonizował także określoną wersję Pisma Świętego, jest nią Wulgata, czyli przekład powszechny dokonany przez św. Hieronima ze Strydonu na polecenie papieża Damazego I wydanego w 382 r.  Wulgata była przez wszystkiego kolejne wieki najchętniej wykorzystywaną wersją Biblii w Kościele. Wobec tego na IV sesji soboru trydenckiego 8 kwietnia 1545 r wydano tak zwany Dekret o Wulgacie,w którym czytamy:  "Ponadto tenże święty Sobór, uważając, że niemało korzyści może wyniknąć dla Kościoła Bożego jeśli ze wszystkich używanych wydań łacińskich Świętych Ksiąg wskaże, które należy uważać za autentyczne, postanawia i wyjaśnia, że starożytne wydanie Wulgaty, które zdobyło uznanie przez długie używanie w ciągu tak wielu wieków w Kościele, jest uważane za autentyczne w publicznym nauczaniu, debatach, kazaniach i wykładach, i żeby nikt nie odważył się ani nie śmiał odrzucić go pod jakimkolwiek pretekstem." Co to oznacza? Że podobnie jak nie można zmieniać orzeczonych na tymże soborze ksiąg, tak i nie można odrzucić Wulgaty jako oficjalnego tekstu Pisma Świętego. Sobór trydencki dodaje także w tej samej sesji klauzulę anatema sit dla tych co odrzucają któreś z ksiąg natchnionych lub katolicki przekład czyli Wulgatę: "Jeśli ktoś tych Ksiąg nie przyjmie jako świętych i kanonicznych w całości, wraz ze wszystkimi ich częściami, tak jak w Kościele katolickim są one czytane i przyjmowane w dawnym wydaniu łacińskim Wulgaty, a wspomnianymi Tradycjami świadomie i dobrowolnie wzgardzi, niech będzie wyklęty." Znamienna jest wzmianka o dawnym wydaniu Wulgaty - już bowiem w kilka lat po soborze zaczęto rozprawiać nad krytyką tekstu Wulgaty. Pojawiło się bowiem szereg kopii różnej często treści, wszystkie opatrzone rzekomym hieronimowym pochodzeniem. Zaczęto więc tworzyć kolejne wydania Wulgaty, w końcu za pontyfikatu Piusa X powołano Komisję Biblijną dla stworzenia Neowulgaty. Prace przeciągnęły się tak długo, że wydanie w jednym kodeksie pojawiło się dopiero po 70 latach w 1979 r. Efektem końcowym było włączenie do tekstu apokryfów - 3 i 4 Księgi Ezdrasza oraz Modlitwy Manassesa. Do tego w krytyce tekstu wykorzystano prace protestanckich egzegetów i wydane przez nie "wulgaty". Niech więc sami czytelnicy pomyślą, czy taki kodeks może się zwać oficjalnym tekstem Pisma Świętego Kościoła Katolickiego?

Gdyby tego było mało konferencje episkopatów za nic mają postanowienia Stolicy Apostolskiej i wydają Biblie wg własnych tłumaczeń, pomijających zupełnie nawet osławioną neowulgatę. I tak w Polsce obowiązuje w liturgii Biblia Tysiąclecia, która podobno jest przekładem z języków oryginalnych. Nie lepiej jest w innych krajach. Dochodzi do wydawania Biblii ekumenicznych - istnieje nawet taka w Polsce, a więc pisana wespół z heretykami, którzy Pismo Święte cytują przewrotnie niczym szatan zniekształcają poszczególne wersety lub usuwają albo dodają całe księgi.

Drodzy czytelnicy - Słowo Boże którym się karmimy powinno być wiadomego pochodzenia. Istnieje jedna Biblia katolicka, jest nią Wulgata, jedynym oficjalnym językiem biblijnym jest łacina. Niestety obecnie brakuje współczesnego przekładu Wulgaty sykstyńskiej, będącej pokłosiem prac soboru trydenckiego. Jeśli czytają mnie egzegeci tradycyjni i prawowierni to proszę by temat zgłębili i rozpoczęli pracę nad stosownym tłumaczeniem. Dlaczego zatem wyklęty kleryk świadom iż tysiąclatka ni jest Biblią katolicką cytuje właśnie ją? Odpowiedź jest jasna: ponieważ nie istnieje współczesny pisany zrozumianym językiem Polski przekład Wulgaty, a przynajmniej wyklęty kleryk takowego nie zna.

Jeśli ktoś dalej chce się babrać w Qumranach, źródłach Q, czy skryptach X niech pomyśli jakie owoce przyniosła być może niezbyt dobrze tłumaczona ze starszych tekstów Wulgata, a jakie przynoszą obecne tłumaczenia. Wulgata była przełożona na polecenie prawowitej władzy kościelnej, w posłuszeństwie i z asystencją Ducha Świętego potwierdzoną owocami w postaci szeregu świętych którzy w Wulgacie znaleźli Słowo Życia. Tymczasem do współczesnej egzegezy wkradły się niejasności i spory i każdy w oparciu o wykopane papirusy wyciąga często sprzeczne wnioski. Czy tak godzi się postępować ze Słowem Bożym? Jakie są tego owoce widać... .

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Warunki betlejemskie, czyli rzecz o bieliźnie kielichowej

Laudetur Iesus Christus!

W świątecznym zabieganiu zapominamy często o sprawach najważniejszych. Ludzie świeccy krzątają się wokół zakupów, przystrajania swoich domów i miejsc pracy często tandetnymi ozdobami. Duchowieństwo zaś spędza ten czas również na mniej lub bardziej właściwych rzeczach. Są więc kapłani którzy biegają od jednego do drugiego spotkania opłatkowego, są też tacy którzy gros czasu spędza w konfesjonale. Przeżycie świąt w jakimkolwiek stanie przyszło nam żyć powinno być związane z refleksją nad przeżywanymi treściami. Dzisiejszego posta kieruję głównie do kapłanów, jednak pozostali wierni też wiele skorzystają, zwłaszcza jeśli w tworzeniu warunków betlejemskich na ołtarzach Pańskich są czynnie zaangażowani.

Rozważmy więc na początek fragment tzw Ewangelii dzieciństwa: "W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie." (Łk 2,1-7) Czytamy, że Najświętsza Maryja Panna owinęła Syna Bożego w pieluszki i złożyła w żłobie. Katolicka mistyka porównuje często kapłana do Maryi. Owa zrodziła Go w sposób cielesny i kapłan ma moc sprowadzenia Chrystusa Pana cieleśnie obecnego w znaku chleba na ziemię. Jak dobrze wiemy z katechizmu owo sprowadzenie Pana Jezusa na ziemię otacza szereg obrzędów zwanych zbiorczo Mszą Świętą. Żeby Msza Święta była ważnie sprawowana potrzeba niewiele: ważnie wyświęconego kapłana, odpowiedniej materii chleba i wina oraz słów i właściwej intencji kapłana sprawującego Najświętszą Ofiarę. Żeby jednak ten akt odbył się godnie potrzeba dużo więcej różnego rodzaju westymentów, pięknie sprawowanych rytów, posługujących etc. Naczynia do sprawowania Mszy Świętej otacza się od czasów co najmniej po apostolskich różnymi okryciami zwanymi bielizną kielichową. Mają one ścisły związek z Ciałem i Krwią Pana Jezusa Chrystusa, dlatego tradycyjnie poświęcać powinien je biskup. Stare przepisy liturgiczne ściśle określają sposób traktowania bielizny kielichowej. Niestety nowe przepisy kwestie te zbywają na tyle krótko, że wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych. Stosując hermeneutykę ciągłości należy więc zachować stare czcigodne obyczaje. Podczas gdy wielu kapłanów toczy boje o krzyże na ołtarzu, odpowiedni ornat, krzyżowanie stuły czy zakładanie manipularza, kwestie ważniejsze pozostają pozostawione bezmyślnej często profanacji. I nie twierdzę, że kapłanom tym brakuje wiary, ale często nie rozumieją hierarchii wartości. A wydaje mi się też, że łatwiej jest przekonać proboszcza czy rektora miejsca do posiadania własnego zestawu bielizny kielichowej i jej wyłącznego użytkowania niż do korzystania z oddzielnych szat liturgicznych. 

Pełniąc służbę liturgiczną w wielu świątyniach natknąłem się na różne rodzaje nieuszanowania rzeczy świętych. Najczęstszą był brak szacunku wobec bielizny kielichowej. Przypominam że należą do niej: korporał (na którym w trakcie tradycyjnej liturgii składane jest Ciało Pańskie), palka (która przykrywa kielich i chroni go przed owadami) oraz puryfikaterz (służący do puryfikacji naczyń liturgicznych - w każdym rycie ma on kontakt ze Świętymi Postaciami). Niektórzy zaliczają także welon kielichowy, jednak ten nie ma bezpośredniego kontaktu ze Świętymi Postaciami i nie jest w NOM-ie obowiązkowy. Pierwszym i najbardziej powszechnym rodzajem nieuszanowania jest pozostawienie troski o bieliznę osobom nieposiadającym wyższych święceń, lub w przypadku NOM-u przynajmniej posługi akolitatu. Jest to plaga. Jeszcze mój Ojciec wspominał, że gdy był ministrantem za dotykanie tychże ubiorów i kielicha groziła ekskomunika. Opowiedział mi że gdy jego kolega wziął do ręki kielich, to choć był próżny przeor wykrzyczał: "ekskomunika". Ile słuszności w tej historii potwierdzą biegli znawcy prawa liturgicznego i kanonicznego. Może ktoś powie przesada, jednak  dbałość o rzeczy święte jest znamieniem prawdziwej pobożności. Dziś paramentów mszalnych i bielizny kielichowej dotykać mogą wszyscy. Jest to z pewnością rodzaj profanacji i kapłani powinni chronić przynajmniej niepuryfikowane naczynia oraz bieliznę kielichową przed dotykaniem ze strony osób nie posiadających odpowiednich święceń. Gdyby tego było mało często zwykłym kobietom poleca się pranie bielizny kielichowej, która często traktowana jest na równi z obrusami czy co gorsza zupełnie świeckim odzieniem... . Już sam pomysł, by pranie tego co ma bezpośredni kontakt z Ciałem i Krwią Pana Jezusa Chrystusa powierzać laikom jest sprzeczny z zamysłem hierarchii, ustanowienia lewitów w Nowym Testamencie, ich to bowiem jest funkcja. Wobec tego procederu logicznym staje się, że również do puryfikowania naczyń liturgicznych, a nawet rozdawania Ciała Chrystusa nie potrzeba żadnych święceń. Znamienne jest iż praktyka dotykania bielizny kielichowej, paramentów mszalnych oraz prania korporału i puryfikaterza poprzedziła wprowadzenie nadzwyczajnego szafarzatu.

Skutkiem desakralizacji bielizny kielichowej jako takiej jest brak troski o nią. Często pozostaje ona zwyczajnie brudna. Używana jest czasem przez kilku kapłanów jedna i ta sama przez kilka dni. Zdarzało mi się widzieć puryfikaterze  w takim stanie, że brało mnie na wymioty... . Nawet ręczniczek do lavabo wydawał mi się czasem czystszy. Drodzy kapłani, jeśli już względy sakralne do was nie przemawiają, to może chociaż higieniczne... . To co się dzieje na kredensjach i ołtarzach wielu parafii przyprawia o zgrozę. I piszę to celowo w Święto Bożego Narodzenia! Bo chociaż wiem, że bielizna kielichowa symbolicznie oznacza prześcieradła w które zostało złożone Ciało Pańskie po ukrzyżowaniu, to jednak analogia do pieluszek w które złożyła Pana Jezusa Chrystusa Najświętsza Dziewica nie jest bez znaczenia. Dla świata każda Msza Święta to swoiste Boże Narodzenie. I chociaż nie mamy wielkiego wpływu do jakiego świata przychodzi Chrystus Pan - możemy jedynie przygotować własne serce i głosić innym nawrócenie - to jednak mamy wpływ drodzy kapłani na to w jakim otoczeniu jest składane Boże Ciało. Polecam Wam drodzy księża uczynić sobie zatem kilka postanowień z okazji zbliżającego się nowego roku:
1. Postaram się o trzy komplety lnianej bielizny kielichowej: korporału, puryfikaterza i palki. Wszystkie będą w kolorze białym. 
2. Dam je poświęcić katolickiemu biskupowi (można w tym celu zrobić sobie pielgrzymkę do Lichenia, gdzie rezyduje abp Lenga - z pewnością pomoże...)
3. Nigdy więcej nie powierzę bielizny kielichowej laikom ani nie będę jej używał wspólnie z innymi kapłanami.
4. Osobiście będę prał codziennie puryfikaterz, a jeśli sprawuję Mszę Świętą tradycyjną także korporał. Wodę z pierwszego prania zleję do specjalnej studzienki, a jeśli jej brak to do roślin. 
5. Pozostałe przybory będę otaczał odpowiednią troską i dbał o ich czystość według potrzeby.

Drodzy kapłani - bielizna kielichowa ma bezpośredni związek z Ciałem i Krwią Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli traktujecie Naszego Pana jak osobę, a akt przeistoczenia jako realne i substancjalne zjawienie się Pana Boga w postaci chleba i wina to przejmiecie się tą lichą dezyderatą jaką do Was wystosowałem. Czy wyobrażacie sobie nie zmieniać bielizny intymnej prze choćby dwa dni? A wielu z Was czyni to wobec bezbronnego Ciała Chrystusa. Święto Bożego Narodzenia uczy katolickiego kapłana pietyzmu wobec spraw związanych z Najświętszą Ofiarą. Śpiewając kolędy wspomnijcie troskę Najświętszej Maryi Panny wobec Dzieciątka Jezus. Wskrzeście w sobie odrobinie empatii i wprowadźcie katolickie sposoby obchodzenia się z Panem Bogiem na Mszach sprawowanych przez Was. Niech Was w tym wspomaga Święta Boża Rodzicielka Maryja.

I przy okazji wszystkim czytelnikom bloga życzę wszystkiego co dobre i katolickie z okazji świąt Narodzenia Pańskiego. Niestety naród dalej kroczy w ciemności, a pasterze śpią. Ale Pan Bóg nie  da swego dziedzictwa na zatracenie. Zachowajmy więc czujność. Christus natus est pro nobis. Alleluia!

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk

piątek, 15 grudnia 2017

Jak pokutować w modernistycznej wspólnocie?

Laudetur Iesus Christus!

Kryzys modernistyczny bardzo boleśnie dotknął dyscypliny pokutnej. Jak napisałem w poprzednim wpisie, już nawet tradycyjne okresy pokutne jak na przykład adwent tracą swój pierwotny charakter. Każdy wierzący katolik wie, że aby dojść do zbawienia trzeba pokutować za grzechy które się w życiu popełnia. Katolickie katechizmy wymieniają w aspekcie pokuty trzy najprzedniejsze uczynki człowieka: post, modlitwę i jałmużnę. 

Pokuta należy do ważnych środków zbawienia, niestety jednak we współczesnych domach formacji, wielu wspólnotach zakonnych duch pokuty nie tylko upadł, ale jest także prześladowany. Świadczy o tym niedawny list byłego nowicjusza, który skarżył mi się na to że przełożeni wyrzucili go z powodu nałożenia sobie pokuty ponad to co wymagał zakon. Przy tym nie złamał on posłuszeństwa - nie dostał on żadnego polecenia czy upomnienia, a jedynie wydalenie. Takich przypadków jest wiele i trzeba się umieć przed tym skutecznie bronić. 

Jak więc pokutować w nowym seminarium czy zakonie, żeby korzystać ze środków które Kościół słusznie zaleca, a jednocześnie nie podpaść przełożonym i tak zwanym współbraciom? Może najpierw aspekt pozytywny. Chrystus Pan naucza: "Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (...) Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz,  aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie." (Mt 6, 1-6; 16-18) Jeśli więc jest coś pozytywnego w prześladowaniu pokuty, to jest to właśnie wymóg czynienia jej w ukryciu - bowiem prześladowanie zakłada zejście do podziemia. Paradoksalnie opresja w tej dziedzinie ułatwia więc wykonanie Chrystusowego polecenia.

Tak więc czyny pokutne należy wypełniać w ukryciu nie tylko z powodu tego, że Chrystus Pan tak nakazał ale dziś także ze względów koniunkturalnych. W ukrywaniu się z pokutą nie ma nic przeciwnego wobec posłuszeństwa. Zakłada to nawet w pewnym stopniu ułatwienie tej rady ewangelicznej, w momencie bowiem ujawnienia naszych  praktyk pokutnych narażamy przełożonego jeśli jest modernistą na to, że do swoich grzechów dołoży jeszcze często nadużycie władzy oraz odwodzenie podległego wiernego od łask płynących z pokuty. Trzeba jednak spełnić dwa warunki: praktyki pokutne nie mogę szkodzić zdrowiu i nie mogą odbijać się na obowiązkach stanu. Pokuta choć jest obowiązkowa stanowi jednak coś ponad nasze obowiązki codzienne i tylko wtedy jest miła Pan Bogu gdy jest ofiarowana w połączeniu z troską o życie jakie nam dał oraz obowiązki stanu jakie nam nałożył.

Jeśli chodzi o post, to w życiu wspólnotowym odpadają wszelkie czyny o charakterze publicznym. Niejedzenie posiłku lub ostentacyjne odstawianie pokarmów mięsnych czy innych ściągnie uwagę braci seminaryjnej czy zakonnej. Będzie to niestety uznane za dziwactwo. Łatwo jednak jest przeprowadzić post ilościowy - zjeść tylko trochę, albo poza refektarzem nie przyjmować żadnych pokarmów, co w wielu seminariach dalej jest dużym wyrzeczeniem. Co prawda w moim seminarium jedzenie się poprawiało, ale pamiętam jeszcze na I roku jak zdarzał się Łazarz, a do samego końca Hizop - te pokarmy swoje nazwy miały nie bez powodu... . Po latach wspomina się je z uśmiechem, ale człowiek który chciał pościć, mógł się przy nich umartwić, co poniektórzy twierdzili że także stracić zdrowie... . Tak więc post w wymiarze ilościowym jest jak najbardziej możliwy i szczerze pisząc ten rodzaj postu bywa najbardziej dotkliwy. Pościć można także ograniczając dostęp do mediów - znowu ma to rację wtedy kiedy ograniczamy rozrywkę. Jeśli jakiś kleryk prowadzi w mediach ewangelizację to nie wolno mu z niej rezygnować pod pozorem postu. Analogicznie można potraktować kwestie związane z rekreacją przy czym trzeba znowu uważać by nie narazić się na bycie niewspólnotowym - to bardzo poważny delikt w modernistycznych domach formacji zagrożony nawet usunięciem. Pamiętać należy, że post to wyrzeczenie się jakiegoś dobra należnego. Nie robimy żadnej ofiary wyzbywając się grzechu - to jest nasz obowiązek. 

W kwestii modlitwy sprawa wydaje się prosta. Seminarium czy klasztor powinien być oazą modlitwy, a kleryk który dużo się modli powinien być wzorem dla współbraci. Niestety praktyka pokazuje że również pobożność jest tępiona przez modernistów. Modlić się należy tyle i ile przewiduje plan dnia. Spędzanie nawet rekreacji na modlitwę może być w niektórych miejscach uznane za dewocję. Oczywiście nie brakuje osób, które są pobożne tylko na pokaz, jednak one zwykle miarkują się gdy widzą, że swoim pozerstwem przesadziły. Prawdziwa pobożność nie zważa na otoczenie. Co prawda człowiek pobożny nie zaniedba swych obowiązków codziennych, ale zwykle ma też siłę ducha by oprzeć się bezczelnym często docinkom wspólnoty. Postawa taka szybko uznawana jest przez przełożonych za niepasującą do wspólnoty. Ks. Jochemczyka wyrzucono za "kiczowatą pobożność" - ilu nieznanych nam kleryków nie mogło z podobnych względów zrealizować swojego powołania? Modlitwy w zakresie zewnętrznym należy więc ograniczyć do czasu wyznaczonego przez plan dnia. Bezpiecznym czasem umożliwiającym zwiększenie czasu spędzonego na rozmowie z Panem Bogiem jest poranek. Raczej nikt nie pogoni kleryka czy zakonnika który wcześniej przyjdzie do kaplicy lub kościoła, pod warunkiem że nie zbudzi socjuszy. Należy nauczyć się modlitwy nieustannej i przebywania ciągłego z Panem Bogiem. Różaniec można w ciszy odmawiać w czasie pracy fizycznej, to samo dotyczy dodatkowego rozmyślania. Nawet przejście z jednego zajęcia do drugiego można wypełnić nabożną myślą. Święci są doskonałym przykładem jak realizować Boże życie często w ukryciu przed całym światem. 

Wreszcie jałmużna. Wydawać by się mogło, że skromne zasoby kleryka czy zakonnika uniemożliwiają wypełnianie tej rady ewangelicznej. Nic bardziej mylnego. Oczywiście afiszowanie się przeznaczeniem jakiejkolwiek sumy zwłaszcza w środowisku zakonnym i to z tego co stanowi kieszonkowe na najbardziej potrzebne sprawy osobiste może być odebrane negatywnie. Należy jednak pamiętać, że jałmużnę można uczynić także z rzeczy niematerialnych, choćby z czasu wolnego. Rozmowa z irytującym współbratem, albo poświęcenie dodatkowo komuś czasu lub pomoc w wykonaniu czyjegoś oficjum jest jałmużną, często bardziej wartościową niż sypnięcie groszem, który zbywa. 

Reasumując - realizowanie pokuty w realiach współczesnego modernizmu choć nie jest łatwe to jednak jest możliwe. W przeciwieństwie do wyznawania i praktykowania czystej wiary zwykle nie wymaga heroiczności cnót. Pomimo szeregu problemów na jakie trafia pokutujący znamienny jest aspekt pozytywny - łatwość w wypełnieniu Chrystusowego nakazu czynienia pokuty w skrytości. I tym optymistycznym akcentem pragnę wszystkich wiernych Tradycji kleryków żyjących w seminariach, księży w parafiach czy konwiktach lub osoby konsekrowane w klasztorach zachęcić do praktykowania pokuty za grzechy własne i całego świata. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Z katolickim pozdrowieniem:
Wyklęty kleryk